Szklane panienki - jak wiadomo - mają żywot krótki: od święta Zwiastowania do pierwszej wiosennej burzy. Jednak ta, o której dziś opowiadam, uchowała się dłużej.

Może dlatego, że wiosna była pogodna, a co do letnich grzmotów, to, choć silniejsze, nie są szkodliwe dla szklanych panienek.

1

    Mój przyjaciel, puszysty i leniwy Czarnuś, błądził pewnej marcowej nocy po ogrodzie. Oczywiście, nie miał pojęcia o owym tajemniczym święcie. Koty bowiem są poganami, nie znającymi się w dodatku na kalendarzu. `Jak już powiedziano, błądził, kroczył, stąpał, kluczył, aż spostrzegł szklaną panienkę. Światło księżyca, rozplątując bezlistne gałęzie, lśniło na sukience z szyby.

    Kot natychmiast przybiegł do mnie z dziwną wiadomością. A że rozumiemy się bez słów, wyszedłem za nim do ogrodu. Zjawisko trwało pod starą, powyginaną jabłonką.

Błyskało lustrzaną twarzą, olśniewało falbankami ze szkła, migało dłońmi, które przypominały cienkie tafelki lodu na ściekach ulicznych. Takie tafelki niszczą obcasem niedobre dzieciaki, idąc do szkoły w przymroźne rano.

    Za sprawą mądrego, acz leniwego Czarnusia - a umiemy porozumiewać się bez słów - szepnąłem na powitanie:

    - Jesteś piękna, szklana panienko... Bardzo piękna...

    Zjawisko obróciło się dokoła, niby cicha karuzela, przy czym chwilami znikało nam z oczu na tle mroków ogrodu. Po obrocie szklana panienka stanęła i usłyszeliśmy, ja i mój przyjaciel, że mówi wierszem:

Zasmucona, w srebrnym półmroku, Kotu obca, człowiekowi obca, by się pozbyć nieludzkich uroków, szukam brata, szklanego chłopca.

    Spojrzałam na Czarnusia. Błysnął zielonymi oczyma i wypuścił w górę puszysty, miękki ogonek, niby kłąb dymu z fajki. Obaj wiedzieliśmy, że szklanych chłopców nie ma na świecie. Wiedzieliśmy, lecz jakże powiedzieć smutną prawdę tej, która żyje szukaniem nieistniejącego?

    - Jesteś piękna, ale twój brat jest o wiele piękniejszy - skłamałem.2

    Przez pewien czas szklana panienka przychodziła do mego ogródka co tydzień, pozdrawiając nas pięknymi a smutnymi wierszami. Zjawiała się tylko w pogodne noce, najchętniej przy smugach księżycowego światła. Bywała jednak również i wtedy, gdy tylko nikłe migotanie gwiazd stroiło fałdy jej sukni.

    Z początku patrzyła na mnie zwierciadłem, czekając na wieści o bracie, bo przecież dałem jej do zrozumienia, że oczy moje widziały szklanego chłopca. Czarnuś podpowiadał mi różne przemyślane rzeczy: a to, że poszukiwany przesyła jej przez nas szklane koraliki, a to że ofiarowujemy jej mieszkanie wewnątrz podwójnego okna...

    Szklana panienka nie przyjmowała darów. Obracała się dokoła jek cicha karuzela i mówiła:

Zasmucona, w srebrnym półmroku,

nie chcę pięknych okruchów świata, muszę wyjść z nieludzkiego uroku, odszukawszy szklanego brata...

    Mijały miesiące. W jesieni, z nadejściem słot, przestałem ją widywać. W ogrodzie mokły drzewa, woda zbierała się na ścieżkach, wyłożonych złotymi listeczkami. Nie, to nie był dobry czas dla szklanej panienki... Odetchnąłem, bo przecież ciężko kłamać i kłamać, a z drugiej strony - wyjawić biednej czarodziejce, że nie istniał i nie istnieje szklany, wymarzony brat - o, to byłoby zbyt okrutne! I jakiż by miało cel?3

    Wróciła, gdy śnieg okrył schodki, framugi, gałęzie i klomby białym safianem.

Skarżyła się, że niedobre dzieci dokuczają jej. Któryś tam urwis, zakradłszy się na jabłonkę po rumiane owoce, podsłuchał raz rozmowę naszą. Teraz zimą namówił kolegów i do spółki z nimi zmajstrował na stawie z bryły lodu śmiesznego bałwana.

Psotnicy chodzili dokoła poczwary kołem i śpiewali szyderczo:

Koniec udręki

szklanej panienki!

Oto jest ten szklany brat, piękny niby róży kwiat!

    Skarżyła się na te złośliwe żarty i na nieudolną piosenkę. Czarnuś błyskał gniewnie zielonymi oczyma i nerwowo wyrzucał w górę puszysty miękki ogonek. Wyglądało to, jakby dym buchał z komina parowozu. Tego dnia wróżyłem jej z ręki, no i naturalnie znowu kłamałem jak z nut. Według mojej przepowiedni miała zobaczyć najprzód wiele, wiele sióstr, a dopiero w kilka miesięcy potem - upragnionego brata.

Dziwiliśmy się obaj, i ja, i Czarnuś, gdy w dzień wigilijny zjawiła się w białym od śniegów i księżyca ogrodzie, promienna i szczęśliwa. Tak była wesoła, że zapomniała nawet o swoich smutnych wierszach.

    - Prawdę mówiłeś - rzekła - widziałam w wielu domach zielone siostry, ustrojone w szklane cacka i błyskotki. A to przecież znaczy, że i brat odnajdzie się niedługo...

    Nie rozumiałem, dlaczego ona uważa boże drzewka za swe siostry. Czarnuś, który nie lubił choinek, od czasu, gdy mu gorący wosk ze świeczki kapnął na nosek, także nie mógł wczuć się w to pokrewieństwo. Szklana panienka wydawała mu się ślicznym zjawiskiem, a co do kolących, zielonych drzewek - innego był zdania.4

    Nadeszła wreszcie tajemnicza noc Zwiastowania. Chmury gnały poprze księżyc.

Szklana panienka zjawiała się i znikała w srebrnym mroku. Wyszedłem do niej przez okno. Podałem jej dwa puste kieliszki, a Czarnusiowi spodeczek z mlekiem. Sam, naturalnie, zaopatrzony byłem w kubek pokaźnych rozmiarów. Tam to właśnie, w czerwonym winie, które nocą wydawało się czarne, błyskało odbicie księżyca.

     Panienko, szklana panienko zacząłem mowę, chrząkając jak wszyscy mówcy -dziś rocznica... więc - te kieliszki... mleko i wino... Tak, szklana panienko, rok minął...

Drugi kieliszek to dla twego szklanego braciszka...

    Panienko, szklana panienko - mówiłem dalej, nie bacząc, że niebo mrocznieje, a puszysty ogonek Czarnusia znowu upodabnia się do dymu z parowozu - szklana panienko... dobre wino... przyszło i do głowy, za sprawą Czarnusia, że źle robisz,

szukając brata w milczeniu... A gdyby go tak wezwać?

    Zjawisko obróciło się niby cicha karuzela. Z lustrzanych ust. uleciał głos:

Przeczuwając w chmurnym półmroku, niebywałe jakieś przemiany, wzywam, wyzwól mnie z uroków, bracie szklany, braciszku szklany!

    W tej chwili lunęła pierwszowiosenna ulewa i trzasnął ogłuszający grom. Gdy oczy moje po błyskawicy znów przywykły do mroku, ujrzałem, że szklana panienka znikła, lecz jej pusty kieliszek wolno, ptaszęco wzlatuje ku niebu. Drugi, który w myśli przeznaczałem dla szklanego chłopca, leżał pod jabłonką.

    Mój przyjaciel również znikł, lecz nie tak jak smutna czarodziejka. Po prostu dał susa w okno i skrył się w ostatnim pokoju pod szafką. Nie omieszkał przy tym roztrzaskać doniczki z kaktusem. Trzeba dodać, że i kaktus nie omieszkał ukłuć kota w puszysty, miękki ogonek, przypominający dym z fajki.

    Kiedym tak obejmował rozumem, co się stało, drugi kieliszek także uleciał do góry, jakby ktoś niewidzialny chwycił go za rękę, i podążył za niewidzialną już szklaną panienką. Byłżeby to jej brat?

    Do dziś nie wiem. Pamiętam jednak dobrze, jak srebrnie obracały się oba kieliszki, lecąc na wysokości obok siebie, niby dwa gołębie, w dziwną noc Zwiastowania.

PIERŚCIONEK Z MAJOLIKI

In document Proza znalazła się natomiast jakby w cieniu innych, uprawianych przez autora nuty człowieczej dyscyplin (Page 107-110)