czyli bohaterach i ofiarach ponowoczesności

In document PAMIĘĆ MIEJSCE OBECNOŚĆ (Page 113-123)

Krytykując mój szkic o ponowoczesnych wzorach osobowych, Jadwiga Miziń-ska wytknęła mi nie bez racji, że maluję karygodnie jednostronny obraz ponowo-czesnego świata, gdy porównuję go do pustyni - w jakiej, jak wiadomo, nie ma drogowskazów i bitych dróg, a więc można przebijać nowe szlaki za każdym ra-zem, gdy się na wędrówkę wyrusza, i swobodnie kierunek marszu dobierać...

Profesor Mizińska upomniała się o inny obraz, od innej strony widziany, z innych przeżyć utkany. Metafora pustyni, powiada ona, lepiej oddaje stan rzeczy Zacho-du, gdzie owych Nomadów po prostu finansowo stać na takie przemieszczanie się w realnej przestrzeni. Wschód, postimperialny obszar świata, nie sprzyja ta-kim masowym wędrówkom ze względu na zubożenie czy wręcz biedę znacznej części jego mieszkańców. Miotanie się przyjmuje więc u nas formę krzątaniny, dreptaniny, „marszu w miejscu". A - jako że grunt jest podmokły - prowadzi to do zapadnięcia się stóp nie znajdujących trwałego oparcia... Sumując: przygod-ność bytu rysuje się ponowoczesnej mentalności w dwóch obocznych kształtach:

pustynnym i bagiennym.

Dla jednych pustynia, dla drugich bagno. Zapierająca dech w piersiach swym ogromem, otwarta przestrzeń pustynna dla jednych; dreptanie w miejscu, pogrą-żanie się, zapadanie w grzęzawisko dla drugich. Jedni i drudzy w miejscu ustać już nie mogą - nie tyle zresztą dlatego, że upodobali sobie bieganinę, ile dlatego, że nie istnieje dziś takie „miejsce", które się ma na myśli, gdy się o staniu w jed-nym miejscu mówi. Takie miejsce, jakie można by uznać za nieodwołalnie swoje, miejsce w jakim można by się okopać i osiąść na resztę życia, licząc na to, że gdy przyjdzie do robienia bilansu będzie ono wciąż takie, jak w chwili kalkulowania budżetu. Ale ze wspólnej wszystkim niemożności bezruchu różne rzeczy dla róż-nych ludzi wynikają. Tak wszak bagno osobliwe, że im żwawiej w nim człowiek nogami przebiera, tym głębiej w nie zapada...

Rację więc ma profesor Mizińska, i wdzięczny Jej jestem za to, że mi przeocze-nie publiczprzeocze-nie wytknęła i że do poniższych przemyśleń (przyjmijcie je Państwo za samokrytykę) zmusiła. Przemyślenia te sprowadzają się zresztą poniekąd do postawienia kropki nad „i"; precyzują one i uwypuklają myśli, jakie się już w

128 Zygmunt Bauman - O turystach i włóczęgach...

szkicu o wzorach osobowych kołatały, choć w formie tak mało rozwiniętej, że ła-two je było przeoczyć. Kreśliłem w tamtym szkicu sylwetki turysty i włóczęgi, ale stanowczo zbyt mało powiedziałem o tym intymnym związku, co to ich zarazem łączy i dzieli. A powinienem był powiedzieć, na przykład, że jeśli turyście zdarza się być włóczęgą mimo woli, to włóczęga być może tylko turystą z urojenia; albo że włóczęga jest zwyrodniałym i mało przystosowanym do życia mutantem w ewolucji gatunku człowieka-turysty; albo, po prostu i mniej dramatycznie - że włóczęga jest turystą, jakiemu się nie powiodło, a turysta włóczęgą, któremu się udało. Gdybym to powiedział, nie musiałaby profesor Mizińska przypominać mi, że obok pustyni istnieje bagno... Dlatego wszak pustynia taka sucha, że wody wszystkie na moczary ściekły. A być może je tam odprowadzono kanałami.

Na głównej ulicy miasta Leeds, w którym spędziłem z małymi przerwami ostatnie ćwierć wieku mojego życia, wznosi się imponujący gmach ratusza, otwartego z wielką pompą przez królową Wiktorię w 1858 roku. Gmach - naśla-dujący naraz pałace faraonów, świątynie greckie i książęce dwory - zaprojekto-wano z wielkim rozmachem i zbudozaprojekto-wano nie szczędząc kosztów. Leedscy miesz-czanie sypnęli groszem szczodrze, jakby chcieli dowieść arystokratycznym zaduf-kom, że ich też stać, że sroce spod ogona nie wypadli i że potrafią nie gorzej od innych sztukom mecenasować. Zgodnie z duchem demokratycznym mieszczań-stwa, cały środek ratusza wypełnia olbrzymia aula zgromadzeń, w której ojcowie miasta spodziewali się debatować sprawy publiczne przy tłumnym udziale współmieszkańców. Wokół sali, wysoko na ścianach wypisali, złotymi zgłoskami na purpurowym tle, najświętsze swe życiowe dewizy (warto by je spisać każde-mu, kto moralność mieszczańską, dziś już wszak zapomnianą, pragnie wskrze-sić). Obok takich jak „uczciwość najlepszą polityką", Labor omnia vincit, „siła w jedności", „splataj prawdę z zaufaniem", czy Auspicium melioris aevi - jest tam jed-na dewiza bijąca wszelkie rekordy lakoniczności: jedno tylko słowo: „Naprzód!".

Kto to słowo kazał wypisać, nie miał zapewne wątpliwości, co ono znaczy. Mu-siał wiedzieć dokładnie, gdzie „przód" a gdzie „tył", i spodziewać się, że tłumy mieszczan, ściągające na publiczne debaty, też z ich rozróżnieniem nie będą miały trudności.

Dla tych, którzy ratuszowe dewizy komponowali, czas miał kierunek. Parł przed siebie, do przodu. Był jak strzała wypuszczona z Bożej cięciwy. Trzeba było z czasem iść, za czasem podążać i mknący naprzód czas doganiać. Czas był bezlitos-nym a i bezapelacyjbezlitos-nym sędzią kapryśnej ludzkiej woli - obnażał i karał surowo wszelką ludzką gnuśność, opieszałość czy zaniedbanie. Ale wytyczał zarazem drogę, po której można było pewnie kroczyć licząc, że się dojdzie tam, gdzie się dojść zamie-rzało; taka droga nadawała sens każdemu ze stawianych na niej kroków.

Gdzie droga, tam można zabłądzić; ale można też dotrzeć do celu - jeśli sobie ten cel człowiek wyznaczy. O różnicy między zabłądzeniem a dotarciem do celu stanowi wiedza i siła woli: wiedza o tym, w jakim kierunku czas podąża; i zdecy-dowanie, by podążać za nim. Wolność była w tamtym świecie naprawdę poznaną koniecznością - i decyzją, by działać w zgodzie z poznaniem. Ale co, jeśli

konie-III. Obecność - w poszukiwaniu nowych filozoficznych i pedagogicznych... 129 czności nie ma? Jeśli czas nie ma swego kierunku? Jeśli nie linią jest czas, prostą, ciągłą i nie do przecięcia, ale wymyślnym, pokrętnym wzorem z przędzy czynów ludzkich utkanym? Co jeśli miast wypełniać znaczeniem każdy ludzki krok, sam tylko po podjętych krokach sensu się może spodziewać?

Budowniczowie leedskiego ratusza nie przyszli na świat gotowi, jak ich dzia-dowie i pradziadzia-dowie. Nie wiedzieli, kim są, zanim zaczynali żyć odpowiednio do tego, czym byli. Musieli wpierw słać się czymś, by kimś być. Tożsamość nie wyprzedzała ich czynów - wlokła się za nimi. Wypadała z życiorysu, jak spada z drzewa dojrzały owoc pracy sadownika. Że man jest self-made, nie było zawoła-niem chwatów i awanturników: było mądrością wysnutą z poznania konieczno-ści. A więc budowniczowie leedskiego ratusza i ich współcześni, nasi z kolei pra-dziadowie, musieli się porządnie natężyć i solidnie napracować, by stać się, kim byli. Ale mieli też dla swych wysiłków poparcie potężne: czasu prącego do przo-du nieubłaganie i nigdy z drogi nie zbaczającego, twardych konieczności, które chłostały boleśnie niepokornych, ale też i szczodrze nagradzały pomyślnych i pil-nych, standardów, jakie łamać było można tylko na własną zgubę, ale wewnątrz których czuł się człowiek swojsko i przytulnie, jak w domu. My, pokolenie ich prawnuków i prawnuczek, musimy, jak i oni, stawać się, by być. Ale w odróżnie-niu od nich nie mamy takich, jak oni, możnych sprzymierzeńców.

Jeśli już oni, nasi pradziadowie, mówili, że są zdani na własne siły, co dopiero my mamy powiedzieć! Tym się wszak od naszych pradziadów różnimy, że nie umiemy oddzielić czysto i schludnie struktury świata od ludzkich działań, twar-dej jak skała rzeczywistości od giętkiej i łamliwej ludzkiej woli. Nie w tym rzecz, że świat nagle zmiękł, wyposłuszniał i spotulniał; że jak glinę ugniatać go mogą palce ludzkie. Tak jak dawniej, świat drwi sobie z naszych zamiarów i lekce sobie waży naszą gorliwość; jak dawniej, przypomina nam o swej obecności, raz po raz sypiąc nam na głowy następstwa naszych ponoć czynów, które w niczym do na-szych oczekiwań nie są podobne. Rzecz w tym raczej, że coraz bardziej przypo-mina nam ten świat gracza, tulącego karty do piersi, a coraz mniej prawodawcę czy sędziego, trzymającego się kurczowo prawnego kodeksu. A na dobitek jesz-cze w tej grze, w której świat jest grajesz-czem, przepisy zdają -się zmieniać w toku grania, znikać i pojawiać bez uprzedzenia. W takiej grze nie da się orzec, co jest koniecznością a co przypadkiem, a i samo rozróżnienie traci, prawdę mówiąc, sens. W tej grze są tylko ruchy graczy, i liczy się tylko kamienna twarz, chytre wyjście i sprytne rozegranie posiadanej karty.

Innymi słowy, to nie czyny ludzkie stały się bezładne i kapryśne; przemiana, jak się zdaje, dokonała się „tam oto", w owym świecie, na którym mają się odci-skać nasze czyny i grawerować ich skutki. Jak można planować swe życie jako pielgrzymkę do celu, jeśli święte przybytki nie mają stałego adresu, jeśli same się po świecie miotają, jeśli profanuje się je i poświęca na przemian, ale zawsze w cza-sie nieporównanie krótszym, niż wymagałaby pielgrzymka? Jak inwestować w papiery wartościowe w imię odległych tantiem, gdy o wartościach to tylko wie się na pewno, że jeśli nie jutro, to pojutrze zdewaluują się lub roztopią w inflacji? Jak

130 Zygmunt Bauman - O turystach i włóczęgach...

się sposobić do zawodu „na całe życie", do zawodu jako życiowego powołania, jeśli mozolnie nabyte kwalifikacje z dnia na dzień przeistaczają się z aktywów w pa-sywa, z atutów w obciążenie, i jeśli zawody, posady i miejsca pracy wyparowują bez śladu, a dzisiejszą ekspertyzę czeka jutro smutny los przesądu? A w ogóle, jak ozna-kować i ogrodzić swoje miejsce w świecie, jeśli nabyte uprawnienia do cudzych zo-bowiązań są wszystkie do wymówienia, jeśli klauzula jednostronnego wypowiedze-nia wpisana jest w każdą umowę o partnerstwie, jeśli - jak to Antoni Giddens trafnie określił - wszystkie stosunki ludzkie stały się „czyste" (a więc nie rozpływają się na boki, poza obręb wyraźnego interesu, nie wiążą partnerów zwielokrotnionym węzłem i nie obciążają ich zobowiązaniami na czas, gdy zainteresowanie stosunkiem -ulotne wszak i wiotkie z natury - uschnie), a wszelka miłość stała się miłością

„współbieżną", a więc obowiązki wzajemne, jakie z niej wyniknąć mogą, trwają tak długo tylko, jak to się obu partnerom naraz podoba?

Jak o tym już w szkicu o ponowoczesnych wzorach osobowych pisałem, trud-no w naszym świecie ludziom, którzy upierają się, by żyć swe życie jak piel-grzymkę. Zawsze będą tacy, którzy wbrew wszystkiemu, zacisnąwszy zęby, trud-ną decyzję podejmą i przy niej wytrwają - ale trudno się spodziewać, by ludzie masowo się do pielgrzymki jako wzoru życia garnęli. W świecie który sam jest graczem i w którym wszyscy grać muszą, w grze w której przepisy żyją krócej niż kolejna rozgrywka, człowiek rozsądny a nie na herosa stworzony będzie się raczej starał angażować w możliwie krótkie rozgrywki. Rozsądek wymaga, by nie rzu-cać wszystkiego na jedną szalę, by nie traktować życia jak całości, jak jednego me-czu o olbrzymiej i ogromnie kosztownej stawce - by raczej podzielić życie na wie-le małych i szybko rozgrywanych meczów, w jakich niewiewie-le się ryzykuje. Jak to wyraził Christopher Lasch - decyzja, by żyć z dnia na dzień, traktując życie jako serię nagłych potrzeb i ewentualności, stała się dziś zasadą wszelkiej racjonalnej strategii życiowej. Dodajmy, że ponieważ aby być wolnym, aby nie popaść w ta-rapaty, z jakich wykaraskać się nie sposób, aby nie wiązać sobie rąk bez potrzeby, trzeba żyć rozsądnie - stała się też wspomniana decyzja z konieczności zasadą wszelkiej strategii życiowej człowieka pragnącego wolności.

Strategia, o jakiej tu mowa, domaga się, by wystrzegać się zaciągania długofa-lowych zobowiązań. Sprzeciwiać się wszelkiemu uwiązaniu - do idei, ludzi czy miejsc. Nie zatrzaskiwać żadnych drzwi. Nie przywiązywać się do żadnego miej-sca, jakby się w nim przyjemnie nie żyło; każde miejsce traktować jako teren chwilowego postoju. Nie uzależniać losów życia od sprawowania jednego zawo-du. Nie zaprzysięgać dozgonnej wierności nikomu i żadnej sprawie. Nie tyle sta-rać się (na próżno) kontrolować przyszłość, co unikać obciążenia jej długiem hi-potecznym. Dbać o to, by następstwa żadnej rozgrywki nie trwały dłużej niż ona sama. Odmawiać przeszłości prawa decydowania o czasie teraźniejszym. Krótko mówiąc, odciąć chwilę bieżącą z obu stron - wyjąć ją, o ile się to da, zarówno z hi-storii, jak i z życiorysu. Skasować czas w każdej postaci innej niż zbiór chwil bie-żących, zawsze w przygodnej tylko kolejności po sobie następujących; spłaszczyć pionowość czasu do poziomu przeżywanego momentu/epizodu.

III. Obecność - w poszukiwaniu nowych filozoficznych i pedagogicznych... 131 Jako że „przód" i „tył" były zawsze cieniem, rzucanym na płaszczyznę mo-mentu przez pion czasu - o kolejności przeżyć trudno dziś powiedzieć, czy sprzyja ona ruchowi naprzód, czy ruch zatrzymuje, czy ciągnie do tyłu. Co się w tych warunkach najbardziej liczy (jedyne, co się w tych warunkach liczy), to za-chowanie zdolności ruchu. Nie o to więc już idzie, by odkryć w sobie dane raz na zawsze powołanie lub by cierpliwie i wytrwale, piętro po piętrze i cegła po cegle, budować swe jestestwo, swą tożsamość - ale o to, by „nie dać się zdefiniować", by każda przybrana tożsamość była szatą, a nie skórą, by zbyt ściśle do ciała nie przylegała, by można było, gdy zajdzie potrzeba lub przyjdzie chęć, pozbyć się jej równie łatwo, jak się zdejmuje przepoconą koszulę. Krzepka, solidnie zbudowana tożsamość częściej okazuje się kulą u nogi niż parą skrzydeł. Ponowoczesna stra-tegia życiowa każe unikać jak ognia wszystkiego, co to raz na zawsze, na wieki wieków, aż śmierć nas rozdzieli.

Postać turysty jest uosobieniem takiego uniku. Zaiste - turyści warci swego miana są mistrzami nad mistrze w sztuce rozwiązywania supłów i upłynniania ciał stałych. Dokonują oni wyczynu niebywałego: nie należą do żadnego z miejsc, które odwiedzają, wszędzie są tylko gośćmi, wszędzie w przejeździe. Gdziekol-wiek by nie byli, są „na zewnątrz". Od wszystkiego i wszystkich turysta trzyma się na odległość, i robi co może (a może wiele), by dystans się nie kurczył. Turysta znajduje się jak gdyby wewnątrz pęcherzyka - przezroczystego wprawdzie, ale o ściśle wybiórczej przenikliwości. Błona pęcherzyka reguluje osmozę; mieszkaniec pęcherzyka i jego niepodzielny właściciel może więc decydować o tym, jakim substancjom wolno przedostać się do środka, a jakim wolno przeciec na zew-nątrz. Otulony taką błoną turysta czuć się może bezpiecznie. Pęcherzyk chroni skutecznie przed siłą zasysania, lepkością otoczenia.

Podróżując „na lekkiego", pakując do torby tylko kilka najniezbędniejszych przedmiotów codziennego, często jednorazowego użytku, turysta może wyru-szyć w drogę w każdej chwili - gdy tylko osmoza zagrozi wymknięciem się spod kontroli lub gdy spowszednieją i przestaną bawić przyjemności z otoczenia tło-czone, lub gdy nowe, silniejsze wrażenia i bardziej podniecające przygody zama-jaczą na horyzoncie. Ruchliwość jest w życiu turysty wartością nadrzędną: gdy potrzeba popchnie lub marzenie przywoła, trzeba być gotowym do podróży. Tą wieczną gotowość nazywa turysta wolnością, autonomią, niezależnością - i ceni ją sobie bardziej niż wszystko inne, bo jest ona wszak warunkiem sine qua non wszy-stkiego innego - wszywszy-stkiego, czego serce może zapragnąć. Taką wolność ma „tu-rysta przez życie" na myśli, gdy powiada, wraz z co drugim bohaterem amery-kańskich filmów i sztuk telewizyjnych, że „potrzebuje większej przestrzeni".

Chce przez to powiedzieć, że w swoim życiu sam chce być gospodarzem, że in-nym od jego wędrówek wara, że nikt nie powie mu, kiedy wolno, a kiedy nie wy-pada zabrać swe manatki i ruszyć w podróż.

Rzadko kiedy postanawia turysta z góry, jak długo tam, gdzie jest, zabawi.

A jeszcze rzadziej zdarza mu się upatrzyć z góry miejsce postoju. W życiu turysty o to tylko idzie, by wędrować - a nie o to dokąd dotrzeć. Inaczej niż jego

przód-132 Zygmunt Bauman - O turystach i włóczęgach...

kowie, pielgrzymi, turysta nie traktuje obozowisk, w których popasa, jak etapów z góry wytyczonego szlaku; u końca drogi nie majaczy cel, któryby kolejne zajaz-dy czynił etapami - a i droga sama nie ma z góry ustalonego kresu. Jeśli kolejno odwiedzane miejsca postoju układają się kiedykolwiek w trasę - to tylko wtedy, gdy się turysta za siebie obejrzy i poszpera w zakamarkach pamięci: odkrywa wtedy w swej wędrówce logikę, która nie kierowała jego krokami w czasie, gdy wędrował. Gdy wędrówka trwa, nie przyświeca jej cel ostateczny, który nadawał-by znaczenie temu, co się dzieje. Każdy fragment podróży, jak i każde dzieło sztu-ki współczesnej, musi być niejako semantycznie samowystarczalne - musi samo dostarczać klucz dla odczytania swego sensu.

Miejsce postoju jest obozowiskiem, nie domostwem. Jak długo by się w jed-nym miejscu nie popasało, każdą chwilę przeżywa się tak, jakby szło o pojedyn-czy tylko nocleg. Jeśli już zapuszcza się korzenie, to płyciutkie, tuż-tuż pod po-wierzchnią. Z tubylcami wchodzi się w pobieżne tylko kontakty i zadzierzga na-skórkowe tylko stosunki. A przede wszystkim nie zaciąga się zobowiązań na da-leką metę i niczemu, co dziś się zdarza, nie daje się prawa do krępowania przy-szłości. Tubylcy nie są przecież właścicielami gospód i zajazdów, w jakich przyj-dzie pielgrzymowi wiele jeszcze razy się zatrzymać. Na tych tubylców, których turysta na swej drodze spotyka, „natyka" się on przypadkowo; spotkanie wynik-ło z wczorajszego impulsu, którego przedwczoraj turysta mógł sobie wcale nie wyobrażać, a który łatwo przywieść go mógł w całkiem inne miejsce, zaludnione przez całkiem innych tubylców. Spotkanie zrodziło się z wczorajszego impulsu i skończy się wraz z jutrzejszym. Wprawdzie jest to spotkanie następstwem decyzji turysty, ale jest następstwem niezamierzonym, nie wpisanym do scenariusza, a więc turysta do lojalności wobec napotkanych się nie poczuwa i może przysięgać z ręką na sercu, że nie ponosi za spotkanie i za jego konsekwencje odpowiedzial-ności.

Wszystko to razem daje turyście błogie poczucie zasiadania u pulpitu kierow-niczego, kontroli nad przebiegiem zdarzeń. Nie idzie tu co prawda o owe dawne, heroiczno-prometejskie, przestarzałe już pojęcie „kontroli" - w sensie odciskania śladu swych czynów na kształcie rzeczy, przekształcania świata na modłę swego ideału i zmuszania świata, by w nadanym mu kształcie trwał. Idzie tu o inny zgo-ła rodzaj kontroli - przypominającej ten rodzaj „panowania nad biegiem zda-rzeń", jaki oferuje sztepsel elektryczny czy przyrząd do zdalnego kierowania ob-razem i dźwiękiem telewizora. Idzie tu li tylko o „kontrolę nad sytuaq'ą", nad jej zaistnieniem i zakończeniem; idzie o możność decydowania o tym, z jakim frag-mentem świata wejść w kontakt i w jakim momencie z kontaktu się - bez prze-szkód - wycofać. Włączanie i wyłączanie obrazu nie pozostawia na kształcie świata żadnego śladu. Jeśli już o to chodzi, dzięki łatwości z jaką operuje się wyłą-cznikami, świat zdaje się turyście być nieskończenie elastyczny, niezdolny do utrzymania żadnego kształtu na długo. Świat turysty składa się z widoków, nie kształtów. To nie tyle właściwości oglądanych rzeczy, ile wędrujące zainteresowa-nia turysty, jego wiecznie ruchliwa uwaga, zmienne punkty widzezainteresowa-nia, nadają

III. Obecność - w poszukiwaniu nowych filozoficznych i pedagogicznych... 133 światu formę — zawsze zresztą równie ulotną i tymczasową jak owo spojrzenie, które powołało ją do życia. Lepienie świata turystyczną metodą jest dziecinnie ła-twe - ale też i konsekwencji dla świata pozbawione.

Zdarzenie, które w zasadzie nie ma konsekwencji trwających dłużej niż ono samo, zwie się epizodem. Jak sami turyści, tak i epizody z których się ich bycie-w-świecie składa, przeżywają opowieść (by użyć celnego określenia Milana Kun de-ry), nie stając się jej częścią i nie wpływając na jej wątek. Epizod jest zdarzeniem niejako samowystarczalnym. Każdy epizod startuje od zera; każdy początek jest absolutny, ale równie absolutny jest koniec epizodu. „Ciąg dalszy nie nastąpi" jest

Zdarzenie, które w zasadzie nie ma konsekwencji trwających dłużej niż ono samo, zwie się epizodem. Jak sami turyści, tak i epizody z których się ich bycie-w-świecie składa, przeżywają opowieść (by użyć celnego określenia Milana Kun de-ry), nie stając się jej częścią i nie wpływając na jej wątek. Epizod jest zdarzeniem niejako samowystarczalnym. Każdy epizod startuje od zera; każdy początek jest absolutny, ale równie absolutny jest koniec epizodu. „Ciąg dalszy nie nastąpi" jest

In document PAMIĘĆ MIEJSCE OBECNOŚĆ (Page 113-123)