Eugeniusz Januła

W dokumencie Nowe Zagłębie, 2012, nr 6 (24) (Stron 21-25)

Człowiek, który się kulom nie kłaniał, opisywany w wierszach i czytankach dla dzieci gen. Karol Świer-czewski „Walter” jest mimo upływu lat od jego zagadkowej, a może przypadkowej śmierci postacią ta-jemniczą, na pewno kontrowersyjną. Uczestnik może nie samej rewolucji, ale wojny domowej, pozosta-jący w Armii Czerwonej, wysoki rangą oficer, później generał, uczestnik wojny wewnętrznej w Hiszpanii, wreszcie radziecki generał okresu drugiej wojny światowej, skierowany do Armii Polskiej ze względu na swe pochodzenie. To najkrótszy życiorys Świerczewskiego do czasu przejścia do Armii Berlinga (I AWP) na stanowisko zastępcy dowódcy armii. Wkrótce miał zostać dowódcą II AWP.

dochroniarzy otworzyć drogę wojskom sprzymierzonym przez Północne Niem-cy, do Berlina. Operacja ta skończyła się klęską, a olbrzymie straty w ludziach po-niosła też polska Samodzielna Brygada Spadochronowa gen. Sosabowskiego2. Niemniej jednak w dalszym ciągu w lu-tym 1945 r. obaj dotychczasowi sojusz-nicy mieli mniej więcej równe szanse na szybsze dojście do stolicy Niemiec. Nie jest prawdą, iż w tym okresie wojny Niem-cy stawiali aliantom zachodnim mniejszy opór niż Rosjanom. Zjawisko takie było widoczne, ale dopiero w kilkunastu ostat-nich dniach działań wojennych.

Zimowa ofensywa Rosjan dotarła z du-żym trudem i przy coraz twardszym opo-rze Niemców do linii Odry-Nysy Łużyc-kiej. Trudności wynikały też z braków logistycznych. Tu można podać jako pewnego rodzaju ciekawostkę, że na te-renach zdobytych (a więc i na obszarze Polski) Rosjanie zmieniali rozstaw szyn kolejowych na większości linii, dostoso-wując szerokość do własnych, szerokich.

Stalin bardzo chciał ofensywę kontynu-ować i z marszu forskontynu-ować Odrę. Do ta-kiej decyzji skłaniał go szczęśliwy zbieg okoliczności w formie fatalnych decyzji – również kadrowych – Hitlera. Niemcy

zamierzali uderzyć z Pomorza w lewą flankę rozwijających się wojsk radziec-kich, wykorzystując w roli osłony ope-racyjnej, nienowy już, ale silny i dobrze wkomponowany w teren Wał Pomorski.

Pod zasłoną tej linii fortyfikacji rozwija-ła się niemiecka Grupa Armii Wisrozwija-ła (He-eresgruppe Weichsel) stanowiąca mniej więcej równoważność radzieckiego fron-tu. To silne zgrupowanie musiało oczy-wiście przyjąć pozycje wyjściowe do ata-ku i uderzyć w odsłonięte skrzydło i tyły drugiego frontu białoruskiego dowodzo-nego przez marsz. Konstantego Rokossow-skiego. Zamiar był bardzo dobry i w pełni wykonalny, tyle że na czele tego zgrupo-wania Hitler postawił zupełnie nieudol-nego pod względem znajomości sztu-ki wojennej Heinricha Himmlera, szefa SS. To głównie tej sytuacji I Armia Woj-ska Polskiego – rzucona w zimie, prosto z marszu z olbrzymimi brakami w zaopa-trzeniu (nawet tylko z połową jednostki ognia w zakresie amunicji) – zawdzięcza swój sukces. Olbrzymim powodzeniem, mimo znacznych strat w ludziach, było zdobycie frontalnym atakiem, węzłowych pozycji Wału Pomorskiego. Tym sposo-bem jedna z ostatnich okazji w tej woj-nie, może nie pobicia przeciwników, ale

na pewno uzyskania poważnego sukce-su operacyjnego, wymknęła się z rąk3. Ówczesny szef sztabu generalnego Na-czelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH) gen. Heinz Guderian w zaistniałej

sytuacji dosłownie wykrzyczał na Hitle-rze zmianę dowódcy Heeresgruppe We-ichsel. Bo też na to zgrupowanie, stoją-ce teraz po zachodniej stronie środkowej i dolnej Odry, miało spaść główne ude-rzenie maszerujących na Berlin Rosjan.

Führer z wielkim trudem zgodził się na kandydaturę gen. Gottharda Heinrici’ego, którego po prostu nie lubił, bo ów miał własne zdanie i czelność krytykowania

„genialnych” decyzji Wodza4. Natomiast nie wyraził już aprobaty na zmianę do-wódcy Grupy Armii Środek (Heeresgrup-pe Mitte) broniącej zachodniego brze-gu Nysy Łużyckiej, i zajmującej również tereny środkowych i zachodnich Czech.

Tymi wojskami dowodził mianowany już pod koniec wojny na stopień feldmar-szałka Ferdinand Schörner – zagorzały hitlerowiec, nieodznaczający się jednak specjalnymi kwalifikacjami w dziedzinie sztuki wojennej.

Tak wyglądało dowodzenie po stronie niemieckiej, przy czym należy nadmienić, iż głównym zgrupowaniem rozwiniętym obronnie na kierunku berlińskim była – wchodząca w skład Grupy Armii Wisła – 9 Armia dowodzona też przez gen. The-odora Busse’a.

1 kwietnia 1945 r. w Moskwie odbyła się narada na temat zakończenia wojny w Europie. Stalin – obawiając się, że stro-na zachodnia szybciej dojdzie do Berlistro-na – chciał natychmiast, czyli już 3 kwietnia,

rozpocząć forsowanie Odry i Nysy. Jednak wojskowi, szczególnie formalny zastępca dyktatora, Griegorij Żukow oraz marszał-kowie Aleksander Wasilewski i Konstan-ty Rokossowski, a także szef i Konstan-tyłów Armii Czerwonej gen. Chrulew i mający duży wpływ na dyktatora minister przemysłu obronnego gen. Ustinow wyperswadowali Stalinowi ten pomysł. Argumentem ko-ronnym było określenie sytuacji, w której atakujące wojska nie miały na tyle zapa-sów materiałowych, aby przy zakładanej intensywnej obronie niemieckiej dojść w jednym rzucie operacyjnym do Berlina i zająć go. Stalin po długich perswazjach przychylił się do tych sugestii i wyznaczył ostateczny termin ataku na 16 kwietnia 1945 r. Dokonał przy tym ostatecznych

Historia

Portret generała Świerczewskiego na banknocie 50 zł z 1975 r. Na górze wrsja niezaakceptowana, na dole wprowadzona do obiegu. Fot. arch.

ustaleń personalnych5. Drugim frontem białoruskim dowodził marszałek. K. Ro-kossowski. Jego front zgromadził wojska nad dolną Odrą i z naturalnych przyczyn nie mógł być użyty do forsowania rzeki w połowie kwietnia. Odra była wezbrana, ponadto w dolnym biegu płynęła dwoma korytami: wschodnim i zachodnim. Wia-domo było z góry, iż wojska Rokossow-skiego mogą raczej wiązać broniącą linii dolnej Odry niemiecką 3 Armię Pancer-ną. Późniejsze wydarzenia dowiodły, że radziecki marszałek – mimo swych nie-podważalnych zdolności dowódczych – napotkał duże trudności6. Trafił mianowi-cie na równie utalentowanego gen. Hasso von Manteuffela; jednego z najzdolniej-szych dowódców związków pancernych po drugiej stronie.

Kierunek wprost na Berlin miał obrać marszałek Żukow dowodzący pierwszym frontem białoruskim. Jego wojska stały nad środkową Odrą. Natomiast na po-łudniu z zadaniem forsowania Nysy sta-ły wojska pierwszego frontu ukraińskie-go marsz. Iwana Koniewa. Stalin swoim zwyczajem wprowadzał rywalizację. Linie rozgraniczenia między frontem Żukowa i Koniewa doprowadził tylko na odległość ok. 50 km od Berlina. Stwierdził przy tym:

kto tu będzie pierwszy, niech bierze Berlin.

Obaj dowódcy niezbyt się lubili. Wpraw-dzie Żukow dwukrotnie w czasie dzia-łań wojennych „wyprosił” Koniewa u ge-neralissimusa przed batalionem karnym, przed który Stalin bardzo chętnie zsyłał dowódców za rzeczywiste lub rzekome błędy w dowodzeniu, ale Koniew nie znał uczucia wdzięczności7. Ponadto Koniew zaczynał karierę jako komisarz politycz-ny, a „liniowiec” Żukow wyraźnie komi-sarzy nie lubił.

Koniew zwietrzył swoją szansę. Usta-wiając wojska, gros sił skoncentrował na swoim prawym skrzydle, przewidując, że jeżeli przełamie opór Schörnera na Ny-sie, to później nie napotka już większych trudności. 2 Armia WP została umiesz-czona wspólnie z 52 Armią ZSRR na le-wym, południowym skrzydle frontu Ko-niewa. Te dwie armie miały osłaniać siły główne frontu, idące na północny zachód w kierunku Berlina. Dowodzący 2 Armią WP gen. dywizji Karol Świerczewski otrzy-mał bardzo szczegółowe instrukcje i roz-kazy8. Koniew nie za bardzo miał zaufanie do jego kwalifikacji militarnych.

Bohater? Alkoholik?

Oceny gen. Świerczewskiego do czasu ope-racji łużyckiej były podzielone. Podkreśla-no często jego wielką odwagę, ale z dru-giej strony był uważany za bardzo mało utalentowanego dowódcę. Podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. służył po stronie radzieckiej na czele batalionu wal-czącego na froncie zachodnim. Ukończył następnie prestiżową Akademię Wojskową im. Frunzego, a potem brał udział w hisz-pańskiej wojnie domowej, gdzie dowodził brygadą międzynarodową i kolejno dwie-ma dywizjami. W tamtym okresie zauwa-żono też, że bardzo poważnie nadużywa alkoholu. Po powrocie z Hiszpanii pisał wspomnienia i wykładał w szkole oficer-skiej. Jesienią 1941 r. dowodził już jako radziecki generał major (brygady) 248 Dywizją Strzelecką, doprowadzając ją do niemal całkowitego unicestwienia (z po-nad 10 000 żołnierzy uratowało się jedynie ok. 300) przez hitlerowców w kotle pod Wiaźmą już w listopadzie tego samego roku. Inna rzecz, że w tym kotle Rosjanie ponieśli straty sięgające 300 tys. zabitych, rannych i głównie, wziętych do niewoli9. Dywizja Świerczewskiego była tylko jedną z wielu zupełnie rozbitych i zniszczonych.

Po tej tragedii Świerczewskiego wycofa-no praktycznie na kilka lat z dowodzenia i przesunięto do szkolenia. Tu znów opi-nie o jego nadużywaniu alkoholu stały się głośne W 1944 r. został dość niespo-dziewanie mianowany zastępcą dowódcy 1 Armii WP. Z dowodzącym armią gen.

Zygmuntem Berlingiem nie mógł sobie ułożyć współpracy; bezpośredni przeło-żony w swoich wspomnieniach wielokrot-nie określał swego zastępcę jako alkoholika i wojskowego nieprofesjonalistę10. Berling został usunięty z dowodzenia I AWP w sy-tuacji kiedy na własną rękę podjął decy-zję o forsowaniu Wisły, aby przyjść z po-mocą powstańcom warszawskim. Na jego miejsce przyszedł jednak nie Świerczew-ski a gen. Grochow-PopławŚwierczew-ski.

Jesienią 1944 r. Świerczewski otrzy-mał nowe ważne i wyróżniające zada-nie. Był to rozkaz o formowaniu 2 Armii WP i mianowaniu Świerczewskiego na dowódcę tej armii. 2 Armia WP została uformowana według etatu gwardyjskie-go, czyli uprzywilejowanego. W jej skład weszło m.in. pięć Dywizji Piechoty, 16 Brygada Pancerna i – co było jej podsta-wowym atutem uderzeniowym – korpus

pancerny w składzie trzech brygad pan-cernych i jednej zmechanizowanej. Porów-nując, była więc i liczniejsza, i teoretycznie znacznie silniejsza od 1 Armii WP. Jako żołnierze weszli w jej skład jednak nie żoł-nierze, którzy jako Polacy znaleźli się na terytorium ZSRR, ale przede wszystkim młodzi ludzie, poborowi z szeroko poję-tej Lubelszczyzny i Kielecczyzny.

W skład kadry dowódczej weszli też oficerowie formacji partyzanckich; Ar-mii Ludowej, ArAr-mii Krajowej i Batalio-nów Chłopskich, niemniej trzon stanowili oddelegowani oficerowie radzieccy – pol-skich było zbyt mało11. Starano się nato-miast, aby dowodzący najwyższego szcze-bla (dowódcy dywizji, korpusów i brygad) znali język polski. Chociaż wskutek presji czasu formację szkolono w sposób bardzo uproszczony, była to potężna, dobrze wy-posażona siła, dysponująca ok. 550 czołga-mi T-34/85 i 1.700 działaczołga-mi różnych kali-brów i przeznaczenia. Do walki w ramach struktury II AWP skierowano 95 000 żoł-nierzy, co przekraczało 80 proc. teoretycz-nego etatu armii gwardyjskiej.

Pierwszy etap operacji berlińskiej roz-grywający się w dniach 16–19 kwietnia 1945 r., 2 Armia WP – podobnie jak i cały I front ukraiński – zakończyły pomyśl-nie. Koniew nawet „wygrał” tu z Żuko-wem; m.in. dlatego że Nysa to nie Odra, jednak przede wszystkim dlatego iż trafił na dość miernego przeciwnika. Schörner ustawił większość swoich wojsk linearnie na linii Nysy, gdzie silna i dobrze przygo-towana artyleria Koniewa dosłownie wy-biła w nich szerokie korytarze dla swoich jednostek12. Natomiast dalej na północ Heinrici wycofał wojska z linii Odry i ar-tyleryjskie przygotowanie Żukowa trafi-ło w próżnię. Tu Niemcy ustawili moc-ną obronę na Wzgórzach Seelowskich na wschód od Berlina, ale rozpoznanie u radzieckiego marszałka tym razem za-wiodło. Żukow nie przypuszczał, by stro-na niemiecka mogła jeszcze przed samym Berlinem skutecznie się bronić, natomiast wojska obu frontów sowieckich poniosły spore straty od wielu tysięcy min mor-skich, które Niemcy nad ranem w ciemno-ściach spuścili do Nysy i Odry13. Potężne pływające miny detonowały po zetknię-ciu się z czymkolwiek.

Druga Armia WP przeprawiła się przez Nysę Łużycką, najpierw dwoma dywizja-mi, a potem całością sił 16 i 17 kwietnia.

Historia

Straty oczywiście poniosła, lecz umiarko-wane. Ponadto Nysa Łużycka poza minami nie przedstawiała wielkiej przeszkody inży-nieryjnej. Świerczewski zachęcony tym qu-asisukcesem, zlekceważył rozkazy Koniewa i zamiast maszerować tak, aby natychmiast móc przyjąć szyki obronne według zasady

„schodami w prawo”, wysłał główne siły ar-mii, czyli korpus pancerny i dwie dywizje piechoty (później doszła jeszcze trzecią) pod Drezno. Marzyły mu się bowiem lau-ry zdobywcy tego miasta. Armia została w ten sposób rozciągnięta na długość pra-wie 90 km od Odry poprzez Budziszyn aż pod Drezno14. Tymczasem Niemcy, kon-kretnie Grupa Armii Środek feldmarszał-ka Schörnera zachowała jeszcze sporo sił żywych i sprzętu. Przynaglona osobistym rozkazem swego wodza z Berlina, uderzyła w nadmiernie rozciągniętą i słabo ubezpie-czoną formację. Nie był to atak przeprowa-dzony jakimiś wielkimi siłami – początko-wo uderzyły tylko początko-wojska zbiorczej grupy operacyjnej gen. Hermanna von Oppeln--Bronikowskiego, ale jak tylko strona nie-miecka wyczuła słabość obrony, to Schörner rzucił w lukę swoje główne siły pancerne15. Miał rozkaz, aby w tym momencie walki iść wszystkimi siłami na pomoc Berlinowi.

W rejonie Budziszyna Niemcy zupeł-nie rozbili 16 Brygadę Pancerną i prawie całą 5 Dywizję Piechoty. Tu trzeba dodać, iż wzięto do niewoli i wkrótce zamordo-wano dowódcę tej dywizji gen. Aleksan-dra Waszkiewicza. W dowództwie 2 Armii WP zapanował nieprawdopodobny chaos.

Nie pora i miejsce na ewentualne analizy i odpowiedzi czy Świerczewski był w tym momencie trzeźwy czy nie, niemniej fak-tem jest, iż stracił głowę i wydawał zupeł-nie sprzeczne i chaotyczne rozkazy. Wezwał co prawda spod Drezna Korpus Pancerny, ale nastąpiło to dopiero 22 kwietnia. Wpro-wadzany do walki częściami sił i nie wspar-ty piechotą, Budziszyna nie odbił. Poinfor-mowany o sytuacji Koniew początkowo ją zbagatelizował, ale następnie wysłał do 2 AWP swojego szefa sztabu gen. Iwana Pie-trowa. Ten – jako doświadczony dowódca – zaczął reorganizować obronę frontem na południe, wojsk polskich i 52 Armii ZSRR, ale Niemcy nacierali z sukcesami dalej. Ko-niew musiał interweniować osobiście16. Po-rzucił pod presją zdarzeń berlińskie ambi-cje, gdzie w tym czasie Żukow przez dwie doby „dreptał” w miejscu, nie mogąc prze-łamać dobrze zorganizowanej obrony na

Wzgórzach Seelowskich. Świerczewski nie został wprawdzie formalnie zdjęty z funk-cji, lecz praktyczną komendę nad 2 AWP przejął sam dowódca 1 frontu ukraińskie-go, zreorganizowawszy do końca jej obro-nę. Ściągnął z kierunku berlińskiego ra-dziecką 5 Armię Pancerną Gwardii, a z linii Nysy 7 i 10 Dywizje Piechoty 2 AWP. Wtedy też sytuacja została opanowana, a postępy wojsk grupy Schörnera definitywnie przy-hamowane. Wcześniej jeszcze Świerczew-ski wydał rozkaz ściągnięcia spod Drezna, samotnej już w tym rejonie, 9 Dywizji Pie-choty. Rozkaz był spóźniony o co najmniej trzy doby, a wykonanie jeszcze gorsze. Dy-wizja, która w dzień poruszała się trzema nieubezpieczonymi kolumnami, wpadła w zasadzkę i skończyło się to masakrą. SS--mani wymordowali ponad 300 rannych ze szpitala polowego, który wpadł w ich ręce.

Zakończenie

Epilog dużego epizodu operacji łużyckiej był dla strony polskiej wręcz tragiczny. Armia poniosła zupełnie niepotrzebnie olbrzymie straty. Według niezweryfikowanych danych zginęło wówczas aż 4902 oficerów i żoł-nierzy, 10 532 zostało rannych a ok. 3000 uznano za zaginionych. Stracono także ok.

280 czołgów, 800 dział i bardzo dużo in-nego sprzętu bojowego. Jak wyliczyli hi-storycy Wojskowego Instytutu Historycz-nego, operacja łużycko-budziszyńska – bo tak nazywa się tę akcję w historiografii woj-skowości – przyniosła aż 27 proc. strat ca-łego Wojska Polskiego okresu październik

1944 – maj 194517. 2 Armia WP musiała zo-stać wycofana dla reorganizacji początko-wo na teren Czechosłowacji, później skie-rowano ją już definitywnie do Polski, bo wojna się skończyła.

Ważne są oczywiście nie ewentualne rozważania, czy Koniew nie zdobył Berli-na, gdyż musiał wrócić pod Budziszyn, ile raczej błędy i zaniedbania, których suma złożyła się na to, iż teoretycznie silna – a na pewno dobrze wyposażona polska armia – poniosła tak wielką i niepotrzebną zupeł-nie klęskę. Mętne zasłaniazupeł-nie pogromu sformułowaniami, że jednak front został utrzymany i Schörner nie przedarł się do Berlina, są – delikatnie mówiąc – niepo-ważne. Wniosek nasuwa się jasny: mimo iż nie można obarczać gen. Świerczewskie-go całością winy (należy pamiętać, że ar-mia była włącznie z dowódcami wyższe-go szczebla niedoszkolona), ten wojskowy nie nadawał się zupełnie do dowodzenia na wyższym szczeblu. Próba kreowania go na bohatera wynikła głównie z uwagi na okoliczności jego śmierci w walce z od-działem Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) w 1947 r. Ciśnie się pytanie, dlacze-go mimo bardzo ostrej selekcji postawiono go na czele armii, a wkrótce potem awan-sowano? Marszałek Koniew uchyla rąbka tajemnicy. Pisze wprost, że nie mógł zdjąć Świerczewskiego z funkcji – co chętnie by uczynił – bo na korzyść tego ostatniego in-terweniował sam Generalissimus. Magna-tum preces imperia…

1 Historia drugiej wojny światowej: 1939-1945.

MON. Warszawa 1979, t. 11, s. 495 i nast.

2 Szerzej: J .Gavin: Market-Garden Operation.

NY 1970, s. 279-284.

3 H . Guderian: Wspomnienia żołnierza. MON.

Warszawa 1970, s. 343-356.

4 E. Januła: Operacja berlińska. Jak było na-prawdę. Nowe Zagłębie nr 5(23) 2012.

5 G. Żukow: Wspomnienia i refleksje. MON.

Warszawa 1976, s. 573-582.

6 E. Januła: Op. cit.

7 Ibidem.

8 Historia drugiej wojny…, t.11. s. 578–585.

9 G. Żukow: Op. cit., s.317-328.

10 A. Topol: Zygmunt Henryk Berling.1896–2980.

Wyd. UŚ. Katowice 1990, s.233–238.

11 Druga wojna światowa. 1939–2945. MON.

Warszawa 1961, s. 411 i nast.

12 Historia Drugiej wojny…, t.11. s.458–467.

13 E. Januła: Op. cit.

14 Historia drugiej wojny…, t. 11, s. 524–531.

15 H. Guderian: Wspomnienia…, s. 319 i nast.

16 Szerzej: Historia drugiej wojny…, t.11, s. 540 i nast.

17 WWW.Bitwa pod Budziszynem 1945. Do-stęp: 15.10.2012.

Historia

Obecny Pomnik Karola Świerczewskiego Waltera w Jabłonkach (w tle góra Walter). Fot. Kolin

Pierwszym Ślązakiem, który zwrócił uwagę na energicznego pisarza z kresów wschodnich, był Paweł Stalmach znad Olzy.

W 1956 r., w redagowanej przez siebie

„Gwiazdce Cieszyńskiej” opublikował trzy jego wiersze. Wkrótce potem, wpływowy Kraszewski, śląskie czasopismo, rekomen-dował w stolicy. Uzyskało debit prasowy na Królestwo Polskie i stało się bardziej popularne niż krakowski „Czas”.

Kraszewski, wydający w Warszawie „Ga-zetę Polską”, na Śląsku miał wielu abonen-tów i współpracowników. Prócz Stalmacha korespondencje nadsyłali: Józef Lompa, na-uczyciel, redaktor „Dziennika Górnoślą-skiego” i prezes Towarzystwa Pracujących dla Oświaty Ludu Górnośląskiego miesz-kający w Bytomiu, a potem w Woźnikach, Józef Chociszewski, publicysta i dzienni-karz z Cieszyna oraz prof. Johann Fritz, syn niemieckiego kupca z Frankfurtu, oddany Polakom lektor ich języka z uniwersytetu we Wrocławiu. Po 1863 r., gdy Kraszewski przebywał na emigracji w Dreźnie wydając

„Rachunki” i „Tydzień” – na jego ręce, tek-sty nadsyłali Jan Donimirski, prezes Towa-rzystwa Literacko-Rolniczego z Prószkowa pod Opolem, pastor ks. dr Leopold Otto, wydawca i redaktor „Zwiastuna ewange-licznego” oraz księgarz, oświatowiec Jerzy Kotula, obydwaj z Cieszyna, Stanisław Gry-glewicz, bibliotekarz Towarzystwa Literac-ko-Słowiańskiego z Wrocławia, a także ks.

Paweł Kamiński z Katowic, pierwszy pro-boszcz tutejszej parafii starokatolickiej. Księ-ża Konstanty Damrot i Norbert Bończyk przesyłali Kraszewskiemu swoje utwory li-terackie i otrzymywali przyjazne recenzje.

Ze Śląska do pisarza płynęły setki

li-stów od czytelników zauroczonych „Krzy-żakami 1410”, „Waligórą”, przypominają-cym dzieje śląskiego księcia, bądź innymi opowieściami, w których byli obecni

Ślą-zacy i wątki bliskie ich sercu. Fana swego pisarstwa miał w osobie Wawrzyńca Haj-dy – „Śląskiego Wernyhory” z Piekar Ślą-skich. Z Królewskiej Huty o książki dla swych parafian zabiegał ks. Paweł Schaff.

Pierwsze spotkanie Kraszewskiego z Za-głębiem i Śląskiem miało miejsce w stycz-niu 1858 r. Z Warszawy jechał koleją wie-deńską przez Częstochowę i Będzin, a po przejechaniu sosnowych borów za Strze-mieszycami znalazł się na stacji Granica, nazywanej też Maczkami albo Maćkami.

Dotarł tutaj po 11 godzinach przebyw-szy 287 wiorst, czyli ponad 300

kilome-trów. W pobliżu biegła linia demarkacyjna pomiędzy imperiami Aleksandra II oraz Franciszka Józefa I. Po rosyjskiej odprawie celnej, wraz z gromadką pasażerów prze-szedł na sąsiedni peron, skąd odchodził skład z austriacką obsługą, parowozem i wagonami. Stąd lokomotywa wjechała na kamienny most nad Białą Przemszą, a potem popędziła przez Szczakową, Trze-binię, Oświęcim, Jawiszowice i inne sta-cyjki „coraz mniej naszym nazywające się językiem”. Opis krajobrazu tej okolicy po-zostawił we wspomnieniach zatytułowa-nych Kartki z przejażdżki po Europie 1858.

Jesienią 1860 r. patrząc z okien pocią-gu jadącego z Krakowa przez Katowi-ce i Opole, porównywał widoki z Litwą i Wołyniem: „Śląsk nie jest wcale żyzny, nie dała mu natura nic więcej, nic obfi-ciej, jak nam, a przecież jaka tu ogrom-na w użyciu tych darów bożych różnica”.

Przejeżdżając mosty na Przemszy, z roz-rzewnieniem spoglądał w stronę Niwki i Modrzejowa. Był też we Wrocławiu i za-uważył: „sam Wrocław nawet już,

Przejeżdżając mosty na Przemszy, z roz-rzewnieniem spoglądał w stronę Niwki i Modrzejowa. Był też we Wrocławiu i za-uważył: „sam Wrocław nawet już,

W dokumencie Nowe Zagłębie, 2012, nr 6 (24) (Stron 21-25)