Małgorzata Matera

W dokumencie Nowe Zagłębie, 2009, nr 5 (5) (Stron 24-30)

Fot. M. Matera

NZOZ Stacja Dializ „Hand-Prod” w Zawierciu rozpoczęła funkcjonowanie z koń-cem maja 2008 roku. Od samego początku zainteresowanie placówką było bardzo duże.

Ośrodek dializacyjny na terenie powiatu zawierciańskiego miał powstać już kilka lat temu, jednak dopiero firmie „Hand-Prod” to przedsięwzięcie się udało.

Stacja Dializ znajduje się w nowo powstałym budynku przy ul. Willowej 11, położonym w pobliżu Szpitala Powiatowego w Zawierciu. Nad bezpieczeństwem medycznym pacjentów czuwa wysoko wykwalifikowany i mający wieloletnie doświad-czenie w dializoterapii personel lekarski i pielęgniarski. Kierownikiem Oddziału został dr n. med. Ryszard August, posiadający wieloletnie doświadczenie w opiece nad chorymi z przewlekłą niewydolnością nerek. Pacjenci mówią o nim: „lekarz z powołania”.

Reportaż

papiery, lekarz coraz częściej przeczył sam sobie. Zaczęłam podejrzewać, że w rzeczywistości nigdy tych papierów nie wysłał. Nie potrafił mi nawet wy-tłumaczyć, dokąd tak naprawdę miał je wysłać. Kiedy przebąkiwałam, że mogę zawieźć je sama albo poprosić kogoś wy-skakiwały niespodziewane okoliczności, które zmuszały lekarza do zniknięcia w najbliższym korytarzu.

Od dwóch lat, trzy razy w tygodniu, Katarzyna jest dializowana. Najpierw trafiła do centrum dializ oddalonego od domu o jakieś 30 kilometrów. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak wygląda życie dializowanego człowieka. Mało kto wie, że dializy to nie tylko kilka godzin spędzo-nych w bezruchu. To, niestety także ból, skoki ciśnienia, niespodziewane skurcze, problemy z przetokami i… styczność ze śmiercią.

– Tam często ktoś umiera – mówi Katarzyna i nie patrzy mi w oczy.

– Na szczęście – dodaje ożywionym tonem (mam wrażenie, że chce pokiero-wać rozmowę w innym, lepszym kierun-ku) – w maju zeszłego roku przeniosłam się do nowej Stacji Dializ w Zawierciu.

To było prawdziwe błogosławieństwo losu. Zaczęłam z powrotem wierzyć, że jestem człowiekiem. Na ulicy Willowej 11 – śmieje się – jest moja druga sypialnia.

Podróże do Stacji

Od prawie dwóch lat, co drugi dzień, Ka-tarzyna wstaje o 5:00. Musi być gotowa na 6:00. O tej godzinie czeka już samo-chód przed blokiem. Wsiada zazwyczaj jako pierwsza. Potem kierowca jedzie po innych pacjentów. W samochodzie będzie ich czworo. O 7:00 wszyscy są już na łóżkach. Przygotowani. Zaczyna się podłączanie.

– Pewnie mało kto zechce uwierzyć w to, co powiem – Katarzyna patrzy na mnie uważnie – ale przez te dwa lata nie odechciało mi się żyć. Nauczyłam się używać odtwarzacza mp3 – teraz zamiast czytać, słucham. Odkryłam też, że nie każdy lekarz jest tylko wyedukowaną ma-szyną. Naszą stacją opiekuje się niezwykły lekarz: mądry, cierpliwy, ciepły. Jest nie tylko doskonałym specjalistą, ale także pełnym empatii człowiekiem.

– Proszę sobie wyobrazić lekarza – pod-kreśla – który sam pacjentów przykrywa kocem, bez problemu pyta czy zrobić komuś kawę albo herbatę. Często żartuje.

– To dobrze? – pytam..

– Tak – odpowiada Katarzyna – śmiech powinien się zagnieżdżać w takich miej-scach. I na przekór powszechnej zdrowej opinii potrafi. Jeśli da mu się szansę.

Małe – wielkie cuda

– Tuż po przebudzeniu widzę najlepiej.

Czasem, gdy otworzę oczy to przez krótką chwilę wierzę, że stał się cud – pole widze-nia obejmuje całą meblościankę. Potrafię nawet rozróżnić kolory książek. Dzięki dojazdom na Willową przez ostatnie dwa lata widziałam wiele wschodów słońca.

Widziałam wschód słońca zimą i latem…

Będąc zdrową osobą Katarzyna nie umiała zmobilizować się do wczesnego wstawania – nawet nad morzem.

– Zdaję sobie sprawę, że „moje” wschody słońca różnią się znacznie od wschodów ludzi widzących normalnie – tłumaczy – Ale to są moje skarby. Momenty, których nikt nigdy mi nie odbierze. Widziałam mgłę unoszącą się wczesnym wiosennym rankiem tuż nad asfaltem. Widziałam pustą drogę z Poręby do Zawiercia. A to naprawdę rzadko się zdarza. Słuchałam pierwszych ptaków. Nauczyłam się odróżniać pianie kogutów w podmiejskich wsiach, z których zabieramy innych pacjentów.

Katarzyna podkreśla, że tylko od czasu do czasu zastanawia się czy rzeczywiście nie brakuje jej wielkiego świata. Czy nie jest tak, że wyhodowała w sobie to przekonanie po to, aby się nie udusić. Ponoć w krajach UE osoby poddawane dializom mogą podróżo-wać. Podobno w każdym miejscu powinni móc czasowo korzystać ze stacji dializ.

A w rzeczywistości? Rozmawiałam kiedyś z mężczyzną z niewielkiej miejscowości pod Poznaniem, który marzył o południowych Włoszech i próbował zaplanować wyjazd z „gościnną podmianą krwi”. Powiedział

mi wówczas:

– Teoria uśmiecha się tylko landrynko-wo…Rzeczywistość jest twarda jak beton.

Może i rozbije ją zdrowy człowiek. Chory rozbije sobie tylko głowę. I marzenia.

– Boisz się? – pytam Katarzyny.

– Bardzo.

– Czego się boisz?

– Sama nie wiem… Czasem tego, że się uduszę, że nawali mi przetoka. Boję się bezradności, boję się, że jakaś pielęgniarka może być nie w humorze. Czasem boję się, że jestem bardziej mięsem niż człowiekiem.

Ale ten lęk na szczęście mija – wystarczy kilka życzliwych słów, ciepła kawa. I jesz-cze… – zamyśla się.

– Co jeszcze? – patrzę na Katarzynę uważnie.

– Boję się, że już nigdy nic się nie wydarzy.

Że ograniczenia uduszą mnie jakiejś nocy.

I jeszcze tego, że nawali maszyna. I człowiek.

– Człowiek? – pytam zdziwiona.

– Tak. Boję się, że kiedyś zobaczę na twarzy obsługującej mnie i moją maszynę pielęgniarki niesmak i zniechęcenie. Znie-chęcenie moją beznadziejnością. Znużenie.

Zobaczę kobietę zmęczoną moją ułomnością, zirytowaną wahaniami ciśnienia, niedocu-krzeniem, tym, że nie jestem w stanie sama się zważyć, bo nie odczytam pomiaru…

Moja rozmówczyni zamyśla się.

– Czy to się już kiedyś zdarzyło?

Katarzyna milczy.

Świat się kurczy

Świat ludzi, którzy rozpoczynają diali-zy, okrutnie się kurczy. Nagle

pojawia-Dr n. med. Ryszard August – kierownik zawierciańskiej stacji dializ. Fot. M. Matera

ją się życiowe ograniczenia i codzienne uciążliwości. Niektórzy pacjenci łatwiej oswajają się z koniecznością dializowania, innym nie udaje się uniknąć głębokich reakcji depresyjnych. W związku z tym na oso-bach pracujących z ludźmi dializowanymi spoczywa trudny „psychoterapeutyczny obowiązek”. Personel ma nie tylko leczyć, ale także pomagać w łagodzeniu lęków.

Przyglądam się Ryszardowi Augu-stowi – kierownikowi zawierciańskiej stacji. Siedzi przede mną nie tylko zaan-gażowany w swoje zawodowe obowiązki lekarz. Mój rozmówca wygląda na czło-wieka, który czyta świat z ogromną pasją i twórczym zaangażowaniem. Połyka go zachłannie, doświadcza z radością.

Ryszard August to nie tylko lekarz, ale także podróżnik, autor przewodnika Nida. Rzeka zakręcona.

– W jednym z e-maili, w którym usta-laliśmy termin naszego spotkania – przy-pominam – pisał pan o swojej prywatnej wojnie, mającej na celu zachęcenie spo-łeczeństwa do aktywnego wypoczynku.

Widziałam także zdjęcia, które pan robi.

Mam wrażenie, że jest pan pełny coraz to nowych inwencji. Jak pan to godzi z codzienną konfrontacją z ludźmi, któ-rym choroba narzuciła ogromne (często nieodwracalne) ograniczenia?

– Wydaje mi się, że tak naprawdę naj-większe ograniczenia narzucamy sobie sami. Każdy z nas ma inne możliwości.

Różnimy się nie tylko z powodu choroby.

Także ludzie zdrowi są inni, jedni silniejsi inni słabsi. Każdy może być aktywny. Nie trzeba pokonać 5000 kilometrów, można iść po prostu na spacer do lasu. Staram się odpoczywać aktywnie – to prawda.

Ale proszę pamiętać, że najważniejszy jest sens podróżowania, a nie cel. Kiedy ceni się istotę podróży, wcale nie trzeba jechać na drugi koniec świata. Świat osoby dializowanej wcale nie musi być

„za ciasny”. Wszystko zależy od indywi-dualnego postrzegania rzeczywistości i akceptacji tego, co zostało nam dane.

– Jak pomóc pacjentowi uruchomić mechanizmy obronne, osiągnąć dobry poziom przystosowania do, nazwijmy to „nowej” jakości życia? Jak zarazić go tą akceptacją rzeczywistości, radością?

– Nie ma uniwersalnej recepty. Każdy człowiek jest inny, do każdego trzeba podejść indywidualnie. Na pewno, jeśli lekarz chce zarazić pacjenta jakąś świeżo-ścią, sam także musi być „świeży”. Musi wierzyć w to, co mówi choremu. Jeżeli lekarz przekonuje pacjenta, że nie wolno palić papierosów, a sam pali, to jest źle.

Podobnie, jeśli mówi choremu, że trzeba schudnąć, a sam jest gruby, to także nie jest dobrze. W pracy z przewlekle cho-rymi bardzo ważna jest konsekwencja.

I jeszcze praca nad tym, aby pacjent, który co drugi dzień spędza w stacji 3–4 godziny nie trwał w destrukcyjnym przekonaniu, że wciąż wraca do zakładu leczniczego.

– Ale przecież właśnie tam wraca. Co zrobić, aby o tym zapominał?

– Zgadza się. Wraca. Jednak nie musi (wręcz nie powinien!) myśleć tylko o tym, że jest związany ze „sztuczną nerką”.

Staram się, aby pacjenci traktowali to, co tutaj się dzieje, jak przysłowiowy

„magiel” albo wizytę u kosmetyczki. Je-żeli pojawia się jakiś problem, pacjent to zgłasza i od razu zaczynamy działać.

Natomiast jeśli problemu nie ma, to rozmawiamy o wszystkim, co nie jest związane z chorobą. O drobiazgach, sprawach życiowych – mniej i bardziej istotnych, żartujemy (mój rozmówca uśmiecha się), plotkujemy. Musi być trochę „zwariowania” w tym działaniu.

Kiedy nic się nie dzieje, jestem gotowy np. obciąć włosy. Do gołej skóry.

– Naprawdę? – śmieję się.

– Tak. Mogę też zapuścić brodę, po-tem ją zgolić. Rozmawiamy wówczas czy to była dobra decyzja, czy tak jest lepiej czy gorzej. Jestem trochę jak Doda (śmiejemy się z moim rozmówcą). To taka „terapeutyczna” funkcja plotki, z przymrużeniem oka rzecz jasna. Może to i śmieszne drobiazgi, ale pomagają doprowadzić do tego, że pacjent „ucieka”

od depresji, zaczyna działać, doświad-czać życia.

– W jaki sposób?

– Na przykład podróżując. Znam osoby, które potrafią w dniu pomiędzy dializami wsiąść do samochodu albo pociągu i jechać na cały dzień do Pragi.

Albo po prostu uprawiają ogródek, spa-cerują po lesie.

– A jeśli ktoś chce wyjechać np. na wczasy? Słyszałam różne opinie o tzw.

dializach gościnnych. Niektórzy twier-dzą, że łatwo można wszystko załatwić i zaplanować, inni, że to trudne.

– Moim zdaniem wszystko jest do zro-bienia. Do nas na przykład przyjeżdżają chorzy z Niemiec, Kanady. Chcą zwiedzić Jurę i korzystają z dializ gościnnych u nas.

– Co z pacjentami, którzy nie mogą podróżować, np. niewidomymi albo po amputacjach? Wydaje mi się, że będąc lekarzem mogłabym się rozkleić, zagubić w subiektywnych światach pacjentów, ich bólu… Że byłoby mi bardzo trudno omi-nąć w pracy zaangażowanie, które byłoby niebezpieczne. Czuję, że nie umiałabym (nie wiedziałabym jak) wzmacniać w nich wiary w to, że warto żyć, że warto „tak”

żyć. Jak Panu to się udaje?

– To bardzo trudne. Nie ma uniwer-salnej odpowiedzi. Myślę, że nikt jej nie zna. Czasem przychodzę do pracy i wydaje mi się, że jestem dobrze przy-gotowany, a okazuje się, że tym razem to teoretyczne przygotowanie jest nic niewarte i muszę szybko wypracować do tej teorii jakąś praktykę. Czasem staram się pacjentowi, który np. nie ma nóg pomóc zrozumieć, że przez to posiada większą wiedzę życiową, że jest mądrzejszy od nas wszystkich i może tę wiedzę przekazywać innym. Ma dzieci, rodzeństwo, wnuków, którzy czerpią z tej mądrości, uczą się tego, co najważniejsze w życiu. Widzą, że warto walczyć, że nie wolno się poddawać. Syn pacjenta może

Dializa. Fot. M. Matera

sobie w jakimś trudnym życiowym mo-mencie przypomnieć, że ojciec w jeszcze trudniejszym położeniu dał sobie radę i zaczyna myśleć: „mnie też może się udać”. Poza tym nie zapominajmy, że tak naprawdę nigdy nie wiadomo, który dzień w życiu jest najważniejszy. Może to ten, który dopiero nadejdzie – chociaż teraz wszystko wygląda beznadziejnie?

Przecież gotowy ranking dni najważ-niejszych można mieć dopiero na łożu śmierci. W życiu bywa różnie. Rodząc się, człowiek dostaje jakąś talię kart do tego, aby grać. Jeśli ktoś dobrze „blefuje”, to samymi waletami wygra tę partię.

A przegrać można mając cztery asy.

– Panie doktorze, pacjenci opowiadają o Panu same dobre historie. Wszyscy, z którymi rozmawiałam nazywają Pana wzorem i lekarzem z powołania. Proszę mi wierzyć, zajmuję się problemami pacjentów od wielu lat i taka opinia jest naprawdę rzadką opinią. Jestem ciekawa, w jaki sposób (i czy w ogóle) „zaraża”

Pan swoją postawą osoby zatrudnione w zawierciańskiej stacji?

Ryszard August uśmiecha się.

– Wie pani, ja jestem z Sosnowca. Judym też był z Sosnowca (śmiech). A poważnie,

jestem lekarzem i to jest moja praca, którą staram się wykonywać najlepiej, jak potrafię.

Tłumaczę to wszystkim moim współpra-cownikom. Jeszcze przed uruchomieniem zawierciańskiej stacji przeprowadziliśmy wiele rozmów. Pamiętajmy, że z każdym chorym mamy do czynienia ponad 500 godzin rocznie. Są okresy, że z chorym częściej się widuję niż z żoną i dzieciaka-mi. W kryzysowych sytuacjach przypo-minam, że każdy nasz pacjent jest czyimś ojcem, mężem, dzieckiem… Proszę, aby osoba z personelu, która czuje, że zbliża się chwila irytacji czy emocjonalnego zmęczenia, pomyślała o swoich bliskich, o tym, jakby chciała, aby traktowano jej najbliższych. To bardzo pomaga. Proszę także, aby podczas gorszych dni w kon-frontacji z pacjentami udawać. Czasem

„odgrywanie roli” jest konieczne. Nie mamy prawa przerzucać naszych złości na innych.

Przypominam sobie, że będąc chłopcem chciałem być pustelnikiem albo aktorem.

Nie mogłem się zdecydować. W końcu wybrałem rozwiązanie pośrednie: zdecy-dowałem się studiować medycynę. Lekarz – podobnie jak pustelnik jest często sam.

Z kolei przed pacjentami musi nierzadko odegrać jakąś rolę, nie wystarczy przecież

wypisać recepty. Ten zawód to właśnie połączenie pustelnika i aktora.

Zakochanie

Katarzyna, jak większość pacjentów, w lewej ręce ma przygotowaną przez chirurgów tętniczo-żylną przetokę.

– Drzwi do „sztucznej nerki” – mówi moja rozmówczyni.

Przetoka szumi, tętni. To dobry ob-jaw: znaczy, że wszystko działa. Jednak w nocy szum bywa nie do wytrzymania.

Uparty, nużący dźwięk, który przypomi-na o tym, że świat jest za ciasny. Wtedy rzeczywistość przeszkadza.

– W takich chwilach wydaje mi się – przyznaje Katarzyna, że świat jest o nu-mer za ciasny. Na szczęście potrafię rozdmuchać te chwile. Wstaję, zapalam papierosa, potem wietrzę w mieszkaniu.

Smród tytoniu ucieka razem ze smrodem zwątpienia. I wraca miłość do świata.

Do mojego ciasnego świata. Od wielu lat pielęgnuję to zakochanie.

Imię bohaterki reportażu, na jej życzenie, zostało zmienione.

Fot. M. August

Fotoreportaż

Robert Garstka

– urodzony w  1972 roku w  Bielsku-Białej. Mieszkaniec Będzina. Animator kultury, działacz społeczny, dokumentalista regio-nalnej historii. Członek i  współzałożyciel fotogru-py Koń Trojański oraz Stowarzyszenia Wspierania Działań Twórczych VIA ARTE. Członek Związku Polskich Fotografów Przyrody Okręg Śląski. Lau-reat licznych konkursów fotograficznych. Uho-norowany nagrodą oraz wyróżnieniem Miasta Będzina za osiągnięcia w  dziedzinie twórczości artystycznej oraz upowszechniania i  ochrony kultury. Autor książek Będziński pejzaż frasobliwy i Dom Wieczności.

Autor tak opowiada o swoim projekcie: Na początku dysponowałem zaledwie skromnym rejestrem małych obiektów sakralnych, który w znacznym stopniu ogra-niczał się do fotograficznej dokumentacji. Z  czasem pogłębiałem wiedzę, poszukując na różne sposoby jak najwięcej nowych informacji na ich temat. Nie myśla-łem wtedy, że systematycznie powiększające się dane z czasem pozwolą na wydanie książki. Ta myśl zrodziła się znacznie później. W trakcie gromadzenia materia-łów przemierzałem wzdłuż i wszerz tereny naszej Gmi-ny, dostrzegając jak wiele krzyży i kapliczek nadszarp-niętych jest „zębem czasu” oraz destrukcyjną działal-nością człowieka. Będzin, szczycący się długą i barwną historią, posiada wiele mało znanych i niedocenionych pamiątek architektonicznych upamiętniających waż-ne dla Polski i naszego regionu wydarzenia historycz-ne. Wśród nich są i takie, które nie mogą się poszczy-cić mianem zabytku, ale i  one mają swój „życiorys”, owiany tajemniczością. Właśnie dlatego również i one zasługują na uwagę i  opiekę. Nie należy przechodzić obojętnie obok zniszczonych przydrożnych świadków wiary (jak to niestety często ma miejsce), lecz podjąć wszelkie starania aby zachować je dla przyszłych po-koleń.

O  Będzińskim pejzażu frasobliwym napisał Adam Śmigielski Biskup Sosnowiecki: Ta publikacja – mam nadzieję – przyczyni się do pogłębienia wiedzy o małych obiektach sakralnych znajdujących się na te-renie Będzina, Grodźca, Łagiszy i zachęci czytelników do zachowania po najdłuższe lata tego dziedzictwa naszej kultury religijnej, jakimi są przydrożne krzyże, figurki i kapliczki. Ta publikacja przyczynia się też do ratowania tak pięknych i drogich nam pamiątek prze-szłości, które na naszych oczach giną na skutek dzia-łania natury, niedbalstwa i często lekkomyślności ludz-kiej. Na nas spoczywa obowiązek troski o nie. Trzeba o nie dbać, bo przynoszą błogosławieństwo od Boga i chronią przed nieszczęściami. Dzięki tej lekturze mo-żemy dostrzec i odkryć na nowo piękno przydrożnych kapliczek, krzyży i figur. Jestem wdzięczny Autorowi, że poprzez swoją publikację przyczynia się do zachowa-nia w pamięci świadectwa wiary ludu naszej diecezji i  uwrażliwia nas, byśmy wszyscy mieli poczucie obo-wiązku zachowania ich dla przyszłych pokoleń.

28

Dzieje Żydów w Jaworznie obejmują okres dwustu lat. Początki sięgają pierwszej połowy XVIII wieku. Żródła z 1748 roku wspominają o 15 Żydach z rodzinami, którzy osiedli w Szcza-kowej i Ciężkowicach. Pod koniec XVIII wieku na terenie Jaworzna zamieszkiwało już 55 sta-rozakonnych. Byli to dzierżawcy miejscowych karczem i browarów oraz krawcy, szmuklerze i pasamonicy.

Jaworzniccy Żydzi do 1795 roku należeli do gminy będzińskiej. Po trzecim rozbiorze przyporządkowano ich gminie chrzanowskiej.

W ciągu XIX wieku wsplnota rozwijała się.

W 1886 roku w okolicy mieszkało 752 Żydów, w tym 406 w samym Jaworznie. W drugiej połowie tego wieku na prywatnej działce Jaku-ba Bestera został założony kirkut – cmentarz żydowski.

W początkach XX wieku wybudowano bożnice, przy ul. Królowej Jadwigi, potem przy ul. ks. Stojałowskiego. Spełniono również wymogi dotyczące funkcjonowania łaźni ry-tualnej. Na terenie Jaworzna funkcjonowało szkolnictwo żydowskie, zakładane między innymi w synagogach oraz działały liczne or-ganizacje dobroczynne, np. „Chesed we Emes”

zajmujące się głównie chowaniem zmarłych.

Działała administracja żydowska będąca filią chrzanowskiej gminy wyznaniowej. W tym cza-sie przewodniczącym jaworznickiego rabinatu był Chaim Zev Rosenblum, który wcześniej urzędował w rabinacie miasta Chrzanowa i w Nasielsku. Od 1914 roku przez piętnaście lat w tutejszym rabinacie zasiadał brat Chaima – rabbi Beniamin Rosenblum.

W czasie działalności obu rabinów miejsco-wa społeczność żydowska podejmomiejsco-wała próby zorganizowania własnej gminy wyznaniowej.

Pierwszą prośbę w tej sprawie skierowano do Starostwa Chrzanowskiego w 1914 roku, gdzie rozpatrzono ją pozytywnie i przesłano do Namiestnictwa we Lwowie. Prawdopo-dobnie wskutek wybuchu wojny pozostała bez

odpowiedzi. Ponownie upomnieli się jaworznic-cy Żydzi o własną gminę w 1927 roku.

W międzywojniu w  granicach admini-stracyjnych dzisiejszego Jaworzna zamieszkiwały już dwie wielkie wspól-noty. Jedna niespełna dwutysięczna w  Ja-worznie, druga licząca niemal czterystu Żydów w Szczakowej. Były po-dzielone na grupy będące pod wpływami działających ruchów politycz-nych. Większość stanowili ortodoksi i syjoniści, mniejszość Żydzi zasymilowani. Mimo różnic, między grupami istniała współpraca.

W 1928 roku w Jaworznie były już trzy domy modlitwy, łaźnia rytualna,  cmentarz żydowski, stowarzyszenia oświatowe. Rabinat składał się z dwóch rabinów, pracowało też dwóch, cza-sem trzech rzezaków rytualnych. W związku z potrzebą uregulowania prawnego podjęto decyzję o rozpoczęciu starań o zalegalizowanie faktycznie już istniejącej organizacji gminnej.

Pierwsze kroki podjęto w 1927 roku podczas wizyty prezydenta Ignacego Mościckiego w Jaworznie. Delegacja Żydów zwróciła się do prezydenta o poparcie ich starań o własną gminę. Towarzyszący głowie państwa generał Wróblewski przyrzekł „sprawę tę bez zastrzeżeń

przychylnie załatwić”. Mimo usilnych starań, jaworznickim Żydom nie udało się do wybuchu wojny stworzyć w Jaworznie odrębnej gminy wyznaniowej.

Owo na ogół spokojne życie mieszkańców zmieniło się z wybuchem II wojny. Sytuacja Żydów od pierwszych dni okupacji była bar-dzo trudna i pogarszała się. Rozporzędzenia

Owo na ogół spokojne życie mieszkańców zmieniło się z wybuchem II wojny. Sytuacja Żydów od pierwszych dni okupacji była bar-dzo trudna i pogarszała się. Rozporzędzenia

W dokumencie Nowe Zagłębie, 2009, nr 5 (5) (Stron 24-30)