nAsZe POdróże

W dokumencie Siemianowicki Rocznik Muzealny, Nr 10 (2011) (Stron 179-184)

Wspomnienia są jak lawina zasypująca bezustannie umysł. Co wybrać z nich, żeby przelać na papier cząstkę pamięci o najbliższym człowieku, moim mężu, Antonim Halorze?

Był twórcą w pełnym tego słowa znaczeniu, poruszającym się samotnie własnymi drogami i ścieżkami. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, bo sama uprawiałam fascynujący zawód – dziennikarstwo. Każde z nas miało swój krąg zainteresowań, które często się zbliżały do siebie, przenikały, ale pozostawały na swoich płaszczyznach. Między nimi rozciągał się duży obszar spraw wspól-nych: tych samych wartości, zbieżnych poglądów na to, co się działo wokół nas, podobnego przeżywania dobrych i złych chwil, jakie przynosił kolejny dzień, miesiąc, rok. Jedną z tych wspólnych, silnie łączących nas, spraw było zamiłowanie do podróży. Nie udawało nam się, z wielu, bardzo prozaicznych zresztą, powodów, spełniać go w takim stopniu, jak tego pragnęliśmy. Oboje jednak należeliśmy do pokolenia ,,głodnego świata”, zamkniętego za ,,żelazną kurtyną”, która dopiero w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, zaczęła się trochę uchylać, by w następnej dekadzie zamknąć się znowu – i to bar-dzo szczelnie (chyba że ktoś chciał wykupić bilet tylko w jedną stronę...). Dla współcześnie żyjącego pokolenia, to zupełnie niezrozumiałe rzeczy – wszak jedyną barierą utrudniającą wyjazd dokądkolwiek jest brak wystarczających środków finansowych, ale to można pokonać. My byliśmy w zupełnie innej sy-tuacji. Dla nas więc każda okazja wyjazdu za granicę, za każdą granicę, była czymś szczególnym. Jakże głęboko rozumieliśmy Ryszarda Kapuścińskiego, który w wydanych w 2004 r. Podróżach z Herodotem pisał o latach swojej wczesnej młodości: [...] największe moje pragnienie, które nie dawało mi spoko-ju, nęciło mnie i dręczyło, było nawet skromne, bo mianowicie chodziło mi o jed-no tylko – o sam moment, sam akt, najprostszą czynjed-ność przekroczenia granicy.

Przekroczyć i zaraz wrócić, to by mi, myślałem, zupełnie wystarczyło, zaspokoiło mój niewytłumaczalny właściwie, a jakże ostry głód psychologiczny.[...]

Wyjątkowo bliskie było nam to wyznanie. Zresztą to pierwsze wydanie Po-dróży..., z zakreślonymi na żółto ręką mojego męża fragmentami, leży do dziś na podręcznej półce obok Dziejów Herodota; i obie książki po równo ,,zaczytane”.

Nam w dzieciństwie i wczesnej młodości towarzyszyły podobne od-czucia i pragnienia. Zaczęły się trochę spełniać w latach siedemdziesiątych.

Mojemu mężowi w większym stop-niu, bo w ślad za sukcesami odno-szonymi na filmowym polu w Polsce, pojawiły się zaproszenia z zagranicy.

Niedalekiej zresztą, kończącej się na Paryżu, Wiedniu, czy Moskwie. A naj-większą przygodą życia stał się dwu-miesięczny rejs jachtem do Islandii, który m.in. zaowocował cyklem prze-pięknych obrazów p.n. ,,Atlantyk”.

W III Rzeczypospolitej, kiedy już paszporty można było trzymać w szu-fladzie, próbowaliśmy nadrabiać zaległości, oczywiście w miarę posiadanych środków, czasu, sił i zdrowia, które wtedy, gdy praktycznie cały świat stawał przed nami otworem, zaczęło coraz częściej odmawiać posłuszeństwa. Odpu-ściliśmy więc podróże dookoła świata, dalekie kontynenty. – Nie ma co my-śleć o Afryce czy Azji, skoro nawet Europy nie zdążę poznać naprawdę w ciągu tego życia, które mi jeszcze zostało – mawiał mój małżonek. I, niestety, miał rację. Ale i tak, tego co wspólnie przeżyliśmy podczas naszych podróży, tych dużych, urlopowych – po Europie i po Polsce i tych małych, weekendowych – po bliższej i dalszej okolicy, wystarczy na cały kufer (kto jeszcze dziś zna to słowo) pięknych i dobrych wspomnień. Co ciekawe, właśnie te dotyczące naszych krótkich sobotnio-niedzielnych wypadów są bardziej natrętne, po-jawiają się przed każdym niemal weekendem. I to nie przypadek, bo przez wiele lat, kiedy zbliżał się weekend, zwykle we czwartek, czasem w piątek rano przy śniadaniu, padało pytanie – I co, będziesz miała wolne? Pytanie było jak najbardziej zasadne, bo przecież pracując w redakcji codziennej gazety, nie wszystkie weekendy miałam wolne. Ale jeśli tak było, wystarczyła moja mina, mrugnięcie okiem i już było jasne – rano wyjeżdżamy. Dokąd? Wszystko jedno. Przed siebie. Wieczorem przygotowywałam walizeczkę, do tego plecak, gdyby trzeba było odbyć dłuższą eskapadę w terenie. Ręczniki, bielizna, przy-bory toaletowe, jakieś ciuszki na zmianę. Rano kanapki, owoce, butelki z mi-neralną – i już wsiadaliśmy do malucha, którego kolejne wydania służyły nam przez wiele lat, potem do poczciwego seicenta. No więc dokąd? Cel był bardzo często dla mnie do tej chwili niespodzianką, bo jeśli wcześniej nie miałam ja-kichś specjalnych życzeń, albo nie wybieraliśmy się do kogoś w odwiedziny,

Antoni Halor na tarasie zamku w Mosznej na Opolszczyźnie

co trzeba było jednak zapowiedzieć gospodarzom, odpowiedzialność za wyprawę brał na siebie małżonek.

Nie było sensu dopytywać wcześniej o szczegóły, bo decyzję, śmiejąc się, podejmował niby to spontanicznie;

wskazujący palec podniesiony do góry i wystawiony w odpowiednim kierunku: no to teraz... na Chorzów, albo na Tychy, albo na Kochłowice...

Kto prowadzi? Prowadziliśmy oboje, na zmianę, wszystko jedno kto naj-pierw, kto potem. Kiedy wyjeżdża-liśmy dość wcześnie rano, wolałam, żeby to on jako pierwszy usiadł za kierownicą. Z bardzo prostego po-wodu. Są ludzie-sowy i ludzie-skow-ronki. Mój mąż budził się raniutko jak skowronek, świeży i wypoczęty,

ja jak ta sowa mogłam nie spać do świtu, ale rano ciężko było wstawać.

Ruszaliśmy więc przed siebie, dokąd oczy i cztery koła poniosą... Ale tak na-prawdę bez słów było wiadomo, że cel jest jasny, co najwyżej trochę zmienią się drogi i ścieżki prowadzące do niego. Bo poprzedniego dnia wieczorem, kiedy ja pakowałam walizkę, mój małżonek jednym okiem patrząc w telewizor, gdzie aku-rat ,,szedł” jakiś western czy science fiction, drugim wpatrywał się w mapę czy atlas, czasem wyciągał z półki jedną, drugą książkę. Po prostu trzeba było spraw-dzić to i owo, żeby wcielić w życie pomysł. Bo najpierw zawsze był pomysł. Pomysł rodził się na tysiąc sposobów. Czasem u jego podłoża był strzępek zasłyszanej gdzieś opowieści, czasem przeczytana gdzieś legenda, kiedy indziej wspomnienie z dzieciństwa, zdjęcie obejrzane w gazecie. I już jechaliśmy w nieznane... A gdzieś tam u celu czekała niebanalna dziewiętnastowieczna kapliczka, średniowieczny krzyż pokutny, barokowa świątynia albo drewniany kościółek z piękną polichro-mią, ruiny zamczyska albo pałac zamykający w swych wnętrzach fascynującą hi-storię jakiegoś możnego rodu, a po drodze były jeszcze liczne przystanki, bo kto wie co człowiek może spotkać kiedy rusza w nieznane. Nieważne bowiem czy jechało się na wschód czy na zachód, na północ czy na południe – cel był jeden:

poznanie nieznanego, odkrycie czegoś o czym się wcześniej nie wiedziało. Nie chodziło więc o to, żeby dojechać, obejrzeć, zrobić zdjęcie, zjeść przywiezione kanapki i wrócić z poczuciem dobrze spędzonego weekendu.

Na dziedzińcu opactwa benedyktynów w Tyńcu

Poznawanie nieznanego zaczyna-ło się zwykle w miejscowej księgarni, czasem dostępnej dopiero kilkana-ście kilometrów dalej, z nadzieją, że znajdzie się jakiś przewodnik, mapkę, choćby folderek, opracowanie jakiegoś lokalnego historyka-amatora (a oka-zuje się, że takich jest niemało). Ale nie mieliśmy niepotrzebnych złudzeń;

w latach osiemdziesiątych czy jeszcze w pierwszej połowie dziewięćdzie-siątych ubiegłego wieku efekty takich odwiedzin były nader mizerne. Półki przeznaczone na książki też świeciły pustkami, nawet zwykła widoków-ka była często nieosiągalna. Dopiero z czasem zaczęło się to zmieniać. Pojawiły w sprzedaży mapy, plany miast, prze-wodniki. Zdarzały się całkiem miłe niespodzianki. W Stargardzie Szczecińskim udawało się np. kupić mapkę turystyczną Beskidu Sądeckiego, a w Zdzieszo-wicach – ,,Warmię i Mazury”. Ale jakoś trzeba sobie było radzić.

Mój małżonek uzbrojony w dwa aparaty fotograficzne, sporej wielko-ści torbę, w której były dodatkowe obiektywy, gruby notatnik, ołówki, długopisy, trochę literatury przed-miotowej, często pochodzącej sprzed II wojny, albo i jeszcze starszej, ru-szał do akcji. I sobie tylko wiadomym sposobem, czasem w najbardziej nudnym pejzażu, znajdował jakąś perełkę architektoniczną, w kopcu ziemi rozpoznawał szwedzki szaniec, w rozsypującej się ruinie dawnego dworku szlacheckiego dostrzegał nie-źle zachowany herb jego właścicieli.

A potem trzeba było dotrzeć do sed-na, czyli odpowiedzieć na dziesiątki, setki pytań: co to za dworek, zamek czy pałac, kto go zbudował, kim był,

Na zielonym szlaku w Mszanie Dolnej w towarzystwie małżonki własnej i Alicji Stanek (w środku), małżonki autora wszystkich zamieszczonych w tym tekście zdjęć – Marka Stanka

Na San Domino, jednej z wysp włoskiego archipelagu Tremiti na Adriatyku

jakie były jego losy, jakich miał wro-gów i przyjaciół, czego dokonał, co po nim jeszcze zostało, a wszystko po to, jak napisał Herodot, a za nim powtórzył Kapuściński, żeby dzieje ludzkości z biegiem czasu nie zatarły się w pamięci.

Mój mąż hołdował tej samej za-sadzie, a ja też nigdy nie miałam nic przeciwko niej, więc żeby ocalić jakiś ułomek historii, szukaliśmy odpowie-dzi na te liczne pytania; najpierw w naj-bliższym otoczeniu, u mieszkających w pobliżu sąsiadów, przypadkowych przechodniów, staruszków-gawędzia-rzy, historyków-amatorów, interesują-cych się przeszłością swojej rodzinnej wsi czy miasteczka, miejscowych pro-boszczów, bo w księgach parafialnych można znaleźć mnóstwo ciekawych informacji. To były często tak fascy-nujące rozmowy, że trudno się było

rozstawać, więc nie raz i nie dwa wracaliśmy potem w te same miejsca, do tych samych ludzi, albo do ich przyjaciół, znajomych, którzy też coś na ten temat mieli podobno wiedzieć. Czasem wiedzieli, czasem nie, ale to nie było ważne.

Ważne było czy w ogóle mieli coś ciekawego do powiedzenia. A przeważnie mieli, tylko jakoś wcześniej nikt z nimi nie rozmawiał. W ten sposób pozna-waliśmy często naprawdę niezwykłych ludzi, bywało że pielęgnopozna-waliśmy te znajomości, a niektóre z czasem przekształciły się w przyjaźnie. Niektóre dotrwały do dziś, a wiele z zasłyszanych opowieści znalazło trwałe miejsce w książkach mojego męża. Czasem i ja wykorzystywałam je w moich tekstach dziennikarskich.

Wracaliśmy z tych weekendowych podróży po Śląsku, po Małopolsce, czasem i dalszych regionach, bogatsi, pełni dobrych emocji, energii, no i wspomnień. Szkoda, że zostały tylko wspomnienia.

Na spacerze w Antibes w Prowansji

MArIA FOJcIK

W dokumencie Siemianowicki Rocznik Muzealny, Nr 10 (2011) (Stron 179-184)