Z Profesorem Jackiem Rykałą rozmawiają Michał Kubara i Paweł Sarna

W dokumencie Nowe Zagłębie, 2012, nr 6 (24) (Stron 33-37)

Plastyka

ła tam biedota, natomiast bywały miejsca, jak na przykład na ulicy Małachowskiego czy 3-go Maja, gdzie mieszkali bogaci Ży-dzi, posiadający kamienice etc. Podobnie było w Będzinie: oglądałem raz widokówkę – zdjęcie z lat trzydziestych, przedstawia-jące imponujący widok ulicy Modrzejow-skiej; nazywa się tak samo, jak wspomnia-na ulica w Sosnowcu. To była bogata ulica.

Miasta Zagłębia przyciągały jednak wielu przyjezdnych, którzy szukali tutaj szczęścia.

Obok niezwykłych, wspaniałych pałaców są także miejsca biedne, mnie szczególnie bliskie. Jeśli chodzi o Żydów to wydaje mi się, że budowali tymczasowo: nie wiedzieli, czy tutaj zostaną. Tkwiło to w ich wnętrzu i było przekazywane z pokolenia na poko-lenie, bowiem przez wieki byli przeganiani.

P.S. Czym się to objawia i z czym wiąże?

W charakterze domów. Jedynie w centrum były solidne wielkie kamienice, im dalej od niego tym bardziej widać brak środków.

Jednopiętrowe „kamieniczki” nieotyn-kowane, tania cegła łączona z wapieniem, rzadko rachityczny balkonik z podłogą z desek, pełno drewnianych dobudówek.

Bieda w centrum, w dzielnicy handlowej, wyglądała inaczej. Gdy w latach siedem-dziesiątych robiłem zdjęcia wszystko to, prawie nie remontowane wyglądało niesa-mowicie. Z wielkim żalem i sentymentem wspominam starą Środulę, która została zburzona. To był kompleks domów podob-nie cenny jak Nikiszowiec. Niestety został zburzony, jak wiele innych miejsc charak-terystycznych dla tego miasta. To przykre.

Pierwszy film, jaki o mnie nakręciła warszawska telewizja był realizowany wła-śnie podczas burzenia owej dzielnicy na Środuli. Ekipa przyjechała wtedy na czte-ry dni i jeździliśmy w różne miejsca. Na tym filmie widać, jak – dosłownie za mną – burzą te domy... To była niezwykła dziel-nica. Dzisiaj na jej miejscu rosną krzaki.

P.S. Dokładnie dwa lata temu prezentowaliśmy na naszych łamach Pana prace. Nasza redakcyjna koleżanka, Ewa Walewska pisała wtedy o charak-terystycznych podwórkach, rozsypujących się ko-mórkach, bramach, ławkach, ceglanych murach, a więc o wszystkim tym, o czym w tej chwili mó-wimy. Czy jest to związane z pewną osobistą tę-sknotą za przeszłością?

Nie. Choć to, także nie był wybór inte-lektualny...

P.S. Właśnie, jaki to był wybór?

Emocjonalny, to proces poza tymi katego-riami uczuciowymi, to się po prostu, we

mnie bardzo mocno zapisało. W sposób sensualny czułem to miasto, zresztą czu-ję je pewnie do dzisiaj, choć dziś wygląda ono już zupełnie inaczej. W naturalny spo-sób zacząłem budować pewną wizję. Od początku jednak zadawałem sobie pytanie, czy to nie jest zbyt lokalne. Bałem się tego, jednak Opatrzność, która nade mną czu-wa całe życie w naturalny sposób udzieliła mi odpowiedzi. Zacząłem bowiem jeździć po świecie, pokazywać te obrazy na wiel-kich targach sztuki . Wystawiałem właści-wie na wszystkich kontynentach, również w Japonii. I okazało się, że ludzie, urodzeni i wychowani pod zupełnie inną szerokością geograficzną reagowali na te podwórka tak, jakby się tam urodzili i wychowali. To było zupełnie nieprawdopodobne. Argentyń-czyk tłumaczył mi, że tak właśnie wygląda włoska dzielnica w Buenos Aires, a czarno-skóry kolekcjoner z Nowego Jorku kupo-wał obraz zatytułowany „Kolega z wojska”.

P.S. Mamy do czynienia z pewnym uniwersalizmem...

Tak. To wizja świata postrzeganego przez dorastającego człowieka, który jest wraż-liwy, otwarty i chłonie. W związku z tym, te miejsca zapisują się w pewien specyficz-ny sposób, a w połączeniu ze światłem sło-necznym stają się mistycznymi przestrze-niami... Przestrzeń sieni pomiędzy ulicą a podwórkiem to dla mnie rodzaj meta-fory naszego życia. To miejsce transcen-dentne gdzie czas nie istnieje…

P.S. ...a z drugiej strony symboliczne.

Są to pewne wspólne symbole. Przez dzie-sięć lat kilka razy w roku byłem na dużych targach sztuki. To niezwykła przygoda.

Podczas targów sztuki w Kolonii, w ciągu pięciu dni przewija się 200 tysięcy ludzi.

Odbyłem setki jak nie tysiące rozmów na temat mojej twórczości. Mogę podać tu-taj wiele anegdot na ten temat. Pamiętam na przykład pewną kobietę na targach we Frankfurcie. Przechodziła i ciągle wraca-ła do naszego stoiska, aż w końcu otwo-rzyła katalog, zobaczyła moje zdjęcie i zo-rientowała się, że nie jestem właścicielem galerii, lecz autorem tych obrazów. Po-deszła do mnie i zaczęła mi nagle opo-wiadać, że ona tutaj mieszka już kilkana-ście lat, ale urodziła się jeszcze w NRD.

Mieszkała z rodziną na poddaszu kamie-nicy, w razie deszczu trzeba było podsta-wiać miednicę. Opowiedziała mi historię swojego życia i stwierdziła na koniec, że ma teraz pieniądze, ale jest nieszczęśliwa, była natomiast szczęśliwa w tamtej starej

kamienicy... Tak te obrazy na nią podzia-łały. Podobnych spotkań miałem w życiu bardzo wiele. Zdarzało się, że ludzie na-gle przy mnie płakali, a ja nie wiedziałem, co mam zrobić.

P.S. Skoro podtrzymujemy tradycję corocznych spotkań, zapytam, czy coś szczególnego wyda-rzyło się w życiu Pana Profesora w ciągu ostat-niego roku?

Dwa lata temu miałem poważny wypadek.

Złamałem nogę i potem przez rok leżałem unieruchomiony. To było dokładnie 13 maja zeszłego roku. Prawie rok spędziłem w domu. Miałem czas by dokonać anali-zy, zweryfikowałem wiele spraw. Napisa-łem też nowa sztukę teatralną.

P.S. Dobrze zatem, że spotykamy się w takim mo-mencie, kiedy najgorsze jest już za Panem. Chciał-bym teraz spytać o Pańską współpracę z Teatrem Śląskim, a konkretnie o głośny spektakl „Mleczar-nia”, według Pańskiego scenariusza oraz w Pań-skiej reżyserii.

„Mleczarnię” gramy już siódmy sezon. Pod koniec poprzedniego, pomimo pełnej wi-downi, myślałem, że spektakl ten umrze naturalną śmiercią. A tu nagle się okazało, że Teatr Śląski otrzymał unijną dotację na zarejestrowanie dziesięciu spektakli dla te-lewizji, a „Mleczarnia” będzie spektaklem, który zostanie zarejestrowany w pierwszej kolejności. Projekt ten nosi nazwę „Teatr w Twoim domu”. Przyjechała ekipa telewi-zyjna, nagraliśmy przedstawienie za pomo-cą pięciu kamer. Nagrania trwały cały dzień, ale aktorzy wytrzymali. Spektakl otrzymał kolejne życie: we wrześniu wyemitowano go w Telewizji Katowice, ma być emitowa-ny także w inemitowa-nych telewizjach. Ze względu na język, emisja miała miejsce w nocy, wpół do dwunastej; było to przy okazji Nocy Te-atrów. 22 tysiące 420 osób obejrzało spektakl pomimo tak późnej pory, co jest podobno rekordem oglądalności Telewizji Katowice, jeśli chodzi o wszystkie programy, łącznie z informacyjnymi. Jeśli więc chodzi o mi-jający rok to była to moja najsympatycz-niejsza przygoda...

Michał Kubara: Wbrew pozorom, ludzie są spra-gnieni kultury i nawet tak późna pora ich nie odstrasza...

Tak, dwunasta w nocy, w sobotę, kiedy każdy ma dostęp do programów rozryw-kowych i nagle 22 tysiące ludzi wybiera stację, gdzie można obejrzeć spektakl te-atralny, to bardzo miłe.

M.K. Myślę, że ten niebywale pozytywny odzew ze strony widzów telewizyjnych powinien być

znaczą-Plastyka

cym argumentem dla włodarzy telewizji publicz-nej, którzy zapewne uważają widownię spektakli telewizyjnych za widownię niszową...

Tak, panuje już pewien przesyt telewizyj-nej rozrywki i jednakowych filmów. Ja też skaczę po kanałach, kiedy już siądę przed telewizorem i nie mogę znaleźć dla siebie niczego interesującego, bo dobrych progra-mów po prostu jest bardzo mało.

P.S. Z drugiej strony jest teatr, który oferuje żywy kontakt ze sztuką. Teatry i festiwale teatralne mają swoją dużą publiczność. Ludzie czekają na „Inter-pretacje”, czekają na Letni Ogród Teatralny i chodzą na to. Te imprezy są długo pamiętane, podczas gdy telewizyjna rozrywka jest bardzo ulotna i nie po-zostaje w człowieku na długo...

Czy wie Pan, ile dostałem maili od ludzi, którzy obejrzeli „Mleczarnię”? Obcy ludzie, których nigdy wcześniej nie spotkałem za-czepiali mnie na ulicy i pytali, kiedy będzie

„Mleczarnia-bis”…

M.K. Zbliża się koniec roku oraz niezwykle ważne święta: Dzień Wszystkich Świętych, Zaduszki oraz Boże Narodzenie. Chciałbym zapytać o Pana osobi-ste refleksje czy wspomnienia związane z czasem, który będziemy niedługo przeżywać.

Mieszkałem przez czternaście lat na Alei Mireckiego, jest tam cmentarz. Przepro-wadziłem się tam z Sielca w wieku czter-nastu lat i jedną z atrakcji, której wcześniej nie miałem były pogrzeby. Wtedy pogrze-by szły normalnie ulicami,

a ja obserwo-wałem je z balkonu; zwyczaj ten został po-tem zniesiony, zapewne wskutek rozwoju motoryzacji. Pamiętam przygotowaniac do Wszystkich Świętych. Już na parę dni przed, wszystko spowijał dym palonych na ulicy liści. Dawało to niezwykły efekt: wtedy jeszcze nie przestawiało się czasu i o godzi-nie 17.00 było już ciemno. Ten dym i ludzie na cmentarzu sprzątający groby... wszyst-ko wyglądało niesamowicie, jak w jakimś dziwnym filmie. We Wszystkich Świętych zawsze budziłem się wcześnie rano. Byłem ciekaw kto będzie szedł pierwszy pustą o tej porze ulicą. Zawsze była to wystrojona ko-bieta, w średnim wieku. Następnego dnia po Wszystkich Świętych szedłem zobaczyć ten niezwykły pejzaż, cmentarz, który wyglądał, jak po działaniach wojennych: dopalające się znicze, plastikowe ozdoby, jakieś kwia-ty, papiery. Wszystko opustoszałe i często we mgle. To wszystko wyglądało niezwy-kle. Tak więc, dzień Wszystkich Świętych był dla mnie bardzo ważny, lubiłem to świę-to. To był jeden wielki spektakl.

M.K. Idąc dalej, chciałbym zapytać o Boże Narodze-nie. Jak Pan Profesor odbiera te święta i jakie wią-żą z nimi wspomnienia?

To, co mi zostało ze świąt Bożego Narodzenia to między innymi fakt, iż nie lubię dużej liczby potraw na Wigilię oraz, że najbardziej smaku-je mi to, co jadłem w dzieciństwie. W domu się nie przelewało, więc jedzenie było

pro-ste. Była na przykład zupa grzybowa: w wa-kacje zawsze zbieraliśmy grzyby i mieliśmy ich dużo. Kapusta z grochem, karp i jakieś orzechy, ciasto... Kiedy natomiast byłem już starszy, zacząłem chodzić do ludzi i widzia-łem na przykład dwanaście potraw to nigdy mi to specjalnie nie pasowało. Nie lubię ob-żarstwa. Dla mnie Wigilia to właśnie taka prosta, smaczna kolacja. A potem, Pasterka i po powrocie zimna ryba i kieliszek wódki...

Tak, to jest prawdziwa Wigilia, to są Święta.

M.K. Na koniec naszej rozmowy, chciałbym zapy-tać, co Pan Profesor przeniósł z rodzinnego domu do obecnego sposobu przeżywania tych świąt?

W domu zawsze dbano o tradycję. Choinka, potrawy, które robiła babcia, ciocia... Ży-łem bowiem w rodzinie wielopokoleniowej i był to po prostu fajny czas. Potem starałem się kontynuować tamte zwyczaje, umiem zresztą bardzo dobrze gotować. Jest jednak niezwykle trudno, po upływie kilkudziesię-ciu lat stworzyć znów tamte smaki i klimat.

Cóż, lata lecą, chociaż, między nami mó-wiąc, to ja dziś lepiej gotuję niż moja ro-dzina przed laty (śmiech). Z drugiej jed-nak strony piernik mojej babci... Pieczony trzy tygodnie przed świętami, leżał potem w kredensie poprzekładany ściereczkami.

I dopiero po trzech tygodniach był odpo-wiednio miękki. Babcia smarowała go wte-dy marmoladą. Niezapomniany smak...

Dziękujemy za rozmowę.

Plastyka

Plastyka

Nie minęło wiele czasu od ostatniej fali utyskiwań kryty-ków filmowych nad stanem polskiego kina, wywołanej przez pewną rubaszną komedię o hucznym wieczorze kawalerskim grupki bogatych warszawiaków, kiedy to po raz kolejny pol-scy recenzenci chwycili się z przerażeniem za głowy, a kla-wiatury ich komputerów zagrzmiały od nerwowych uderzeń palców. Wraz z nimi do boju ruszyli publicyści i dziennika-rze, którzy prześcigali się w złośliwościach na temat nowego

„przeboju” kinowego. Mowa oczywiście o filmie „Bitwa pod Wiedniem”, który niedawno wzbudził wielkie emocje kryty-ków oraz takież samo zainteresowanie mediów i samych wi-dzów. Wielu spośród tych ostatnich poszło do kina z czystej ciekawości; w moim zaś przypadku, obok ciekawości do głosu doszła też i przekora, choć zwiastun filmu sugerował daleko posuniętą ostrożność. Postanowiłem zatem, wbrew wszyst-kim i wszystkiemu spróbować zostać adwokatem tego dia-belnie złego filmu i spojrzeć nań łaskawszym okiem. Nie do końca się to udało.

Podstawowym problemem związanym z „Bitwą pod Wied-niem” są wygórowane oczekiwania rozbudzone m.in. przez hasło promocyjne tego filmu: „Polskie zwycięstwo, które zmieniło losy świata”. Hasło to zwyczajnie wprowadza w błąd, bowiem polska wiktoria z 1683 roku nie jest tutaj najważniej-sza. Fabuła kręci się przede wszystkim wokół osoby kapucyna, bł. Marka z Aviano, doradcy i spowiednika cesarza Leopolda I Habsburga oraz kapelana obrońców obleganego Wiednia.

Przypisuje mu się liczne uzdrowienia, w tym także – jak su-geruje film – Eleonory Lotaryńskiej, siostry cesarza. Polska zasługa w uratowaniu chrześcijańskiej Europy przed turec-ką nawałą jest oczywiście ukazana jaskrawo (czasem w spo-sób wręcz przejaskrawiony, vide: „afera” ze współczesnym godłem Polski na chorągwi husarskiej), ale pozostaje raczej kwestią drugoplanową wobec ogólnego przesłania. A prze-słanie to jest proste jak drut: należy bronić Europy i jej wia-ry (w domyśle – katolickiej) przed inwazją islamu, co zresztą sugeruje już sam oryginalny tytuł filmu: „September Eleven 1683”, niedwuznaczine nawiązujący do daty 11 września 2001 roku. Dodatkowo, podczas obrony Wiednia Marek z Avia-no dzierży w dłoni replikę pastorału Jana Pawła II, co we-dle słów producenta filmu miało na celu uczczenie papieża, który beatyfikował tego zakonnika. Nie jest to więc film hi-storyczny, a jedynie baśń filmowa osadzona w historycznych realiach, choć to baśń dosyć bełkotliwa. Twórcy „Bitwy pod Wiedniem” beztrosko łączą motyw obrony cywilizacji chrze-ścijańskiej z elementami (a właściwie tanimi chwytami) zde-cydowanie niechrześcijańskimi, wręcz pogańskimi, co dosyć zaskakuje w filmie stanowiącym jednak apoteozę katolicyzmu.

Mamy więc na przykład motyw wilka, pod postacią które-go objawia się wspierający mnicha duch jektóre-go dziadka czy też gorejący miecz, który wskazuje młodemu Markowi życiowe powołanie. Wszystko to byłoby jednak do zaakceptowania w filmie pomyślanym jedynie jako kino fantastyczne klasy B (a może i postmodernistyczne?), gdyby nie strona

technicz-na. Nie będę już przytaczał licznych złośliwości na temat za-stosowanej w „Bitwie...” przestarzałej grafiki komputerowej – dość powiedzieć, że jest sztuczna do bólu. Trudno też zro-zumieć, czemu mają służyć pojedyncze niemieckie wtrące-nia w tym anglojęzycznym filmie. Jedynie aktorstwo daje się jakoś obronić, szkoda tylko, że scenariusz zmusza aktorów do wygłaszania kwestii, które często porażają swym pompa-tycznym banałem, a niektórzy porównują je do złotych myśli wyjętych wprost z twórczości Paulo Coelho. Na uwagę zasłu-guje zwłaszcza Piotr Adamczyk w roli tchórzliwego Leopol-da I, który znakomicie, choć na granicy karykatury odLeopol-dał mimikę i zachowanie zmanierowanego cesarza, w tym na-wet jego „wargę habsburską” i seplenienie. Jerzy Skolimow-ski jako Jan III SobieSkolimow-ski ma do swej roli spory dystans, a od-grywany przez niego polski król to władca odważny i pewny siebie, ale budzący sympatię (w przeciwieństwie do zgroma-dzonych w pałacu cesarskim napuszonych zachodnich ksią-żąt). Reszta polskiej obsady nie ma zbyt wiele do zaprezen-towania: Alicja Bachleda-Curuś jako Eleonora Lotaryńska odtwarza rolę energicznej księżnej w sposób poprawny, ale rola ta nie zapada w pamięć, zaś Daniel Olbrychski i Borys Szyc są właściwie tylko statystami. Fahrid Murray Abraham jako Marek z Aviano usiłuje być charyzmatyczny, ale próby te wyglądają raczej na rozpaczliwe. Film powinien być za-tem traktowany z przymrużeniem oka, chociaż nawet wte-dy pozostawia po sobie duży niedosyt: nie jest ani zgrabną, dopracowaną superprodukcją ani też udanym filmem histo-rycznym z religijnym przesłaniem. Najbardziej jednak nie-wybaczalnym i autodestrukcyjnym błędem twórców „Bitwy pod Wiedniem” jest jej obecna dystrybucja w kinach zamiast na małym ekranie. Film ten nosi bowiem wszelkie znamio-na typowego produktu telewizyjnego, pasującego jak ulał do pasma familijnego jako bezpretensjonalna rodzinna rozryw-ka. Idealna do niedzielnego rosołu zamiast „Familiady”, choć i tak lepiej oddawać się jej z pustym żołądkiem.

Michał Kubara

W dokumencie Nowe Zagłębie, 2012, nr 6 (24) (Stron 33-37)