Rodzina Chrześciańska, 1904, R. 3, nr 23

Pełen tekst

(1)

Rok III. Katow ice, Niedziela, 12-go Czerw ca 1904 r. Nr. 2 3

Rodzina chrześciańska

Pisemko poświęcone sprawom religijnym, nauce i zabawie.

Wychodzi raz na tydzień w jYiedziełę.

Bezpłatny dodatek do „Górnoślązaka" i „Straży nad Odrą“.

Na Niedzielę III. po Ziel. Św iątkach.

Ewangelia u święt. Łukasza

w Rozdziale X V .

Onego czasu: Przybliżali się do Jezusa celnicy

* grześnicy, aby G o słuchali. I szemrali faryzeusze i doktorowie, mówiąc : Iż ten przyjmuje grzeszni ki 1 jada z nimi. I rzekł do nich to podobieństwo, m ówiąc: Który z was człowiek, co ma sto o w ie c : a jeśliby stracił jednę z nich, iżali nie zostawi dzie­

więćdziesiąt dziewięciu na puszczy, a idzie za oną, co zginęła, p ż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, kła­

dzie na ramiona swe radując się; a przyszedłszy do domu, zwoływa przyjaciół i sąsiadów, mówiąc im:

Radujcie się ze mną, lżem znalazł owcę moję, która była zginęła? Powiadam wam, źeć tak będzie radość w niebie nad jednym grzesznikiem pokutę czyniącym, niż nad dziewięćdziesiąt i dziewięcią sprawiedliwych, którzy nie potrzebują pokuty. Albo która niewiasta mając dziesięć drachm, jeśliżby straciła drachmę je­

dnę, iżali nie zapala świecy i wymiata domu, i szuka z pilnością, ażby znalazła? A gdy znajdzie, zwoły­

wa przyjaciółki i sąsiadki, mówiąc: Radujcie się ze mną, bom znalazła drachmę, którą byłam straciła.

Tak powiadam wam, radość będzie przed Anioły Bożymi nad jednym grzesznikiem pokutę czyniącym.

S r e b r n i k .

y j Legenda.

Było to wieczorem w czasie czterdziestodnio­

wego postu przed wielu wiekami. Wśród zwiększa­

jącej się ciemności szło dwóch zakonników obok siebie w milczeniu, ciche tylko szepcąc modlitwy.

Po lewej i prawej stronie na pustym stepie tu i owdzie tylko sterczał nizki krzaczek, w połowie jeszcze śnie­

giem i lodem pokryty, albo też drzeweczko sosnowe karłowate, rzadko tylko pojawiało się wyższe drzewo z nagiemi gałęziami. Przed wędrowcami w półmi- lowem oddaleniu odbijała się od wieczornego nieba ciemna masa murów klasztornych, A z daleka do­

chodził głuchy, przejmujący głos szumu fal morskich, które się z łoskotem rozbijały o niebotyczne skały brzegów północnego morza.

Obydwóch podróżnych serca przejęte były ra­

dością i błogim spokojem. Przed rokiem przeszło

wysłani zostali do Rzymu i do Ziemi św., aby dla klasztoru przynieść na pamiątkę męki Zbawiciela ziemi z ogrodu Getsemańskiego i Golgoty, i inne re­

likwie, teraz zaś wracali szczęśliwie do klasztoru swego, przynosząc wiele świętach i drogich pamią­

tek. Nikt o ich p »wrOCie nie wiedział, nikt ich się nie spodziewał, jakąż więc radość sprawi ich przy­

bycie w klasztorze.

Ta-demi przejęci byli myślami i o tem też roz­

poczęli rozmowę, gdy |uź do klas/toiu się zbliżali.

Naraz usłyszeli za sobą stąpanie, a gdy się obrócili, aby zobaczyć tego osobliwszego wędrowca, który prócz nich znajdował się w tem pustkowiu, ujrzeli wysokiego mężczyznę, zbliżającego się ku nim w ciemności.

Mimowolnie dreszcz przeszedł obydwóch i dzi­

wną uczuli trwogę, gdy nieznajomy się zbliżył. B y ł ubrany ja k pielgrzym, odziany szerokim płaszczem, miał na głowie szeroki kapelusz a w ręku laskę pieł- grzymską. Nieznajomy pozdrowił obu zakonników i z a p y ta ł:

— Daleko tu ztąd do wsi Halmoe ?

- - Halmoe? — zapytał jeden z zakonników,—

do Halmoe tu na lewo jeszcze trzy mile drogi; tam- dotąd już dziś nie dojdziecie, mianowicie, że tam się gęsty las rozpościera, a nadto przech dzić mu­

sicie przez nadbrzeżne skał urwiska, które gruba osłania mgła. Chodźcie z nami i przenocujcie w kla­

sztorze, to sobie wypoczniecie, a jutro możecie się puścić w dalszą drogę.

— Dziękuję wam, — odpowiedział nieznajomy,

— dla mnie i.ie ma ani wypoczynku, ani pokoju.

Mnie trzeba iść dalej a drogę już znajdę. T ym cza­

sem za dobre serce wasze dam wam małą pamiątkę, jeżeli ją przyjąć zechcecie; pochodzi ona z Ziemi św., z czasów Chrystusowych, dla mnie ona niepo­

trzebnym jest ciężarem, a u was będzie w dobiem schowaniu.

Zakonnicy z zadziwieniem spoglądali na nie­

znajomego pielgrzyma, ten zaś wydob}ł z pod płasz­

cza skórzany woreczek, roztworzył go a przy świede wychylającego się księżyca zabłysnął w oczach za­

konników duży srebrny pieniądz.

— T o jeden z tych tizydziestu srebrników, — rzekł nieznaji my głuchym głosem, — za które apo- stół swego Mistrza, Zbawiciela naszego zdradził i za­

przedał. Z e 'je s t prawdziwym, o tem sami się prze­

konacie, gdy go odbierzecie.

To mówiąc podał im woreczek,

Piżerażeni odwrócili się obydwaj od tej monety, zbroczonej krwią ukrzyżowanego Zbawiciela i samo­

bójcy Judasza.

(2)

i7 8

— W eżm ijcie, — n alega ł nieznajom y, — k la ­ sztor wasz niech z tem zrobi, co chce ; w am się ten pieniądz prędzej przyda, ja k mnie.

Z niechęcią tylko i z o b a w ą od ebrał jeden z za­

konników woreczek i sch o w ał g o do zanadrza. N ie­

znajomy podziękował im, odw rócił się i wielkiemi krokami oddalił się od nich i znikł w ciem ności.

Z a k o n n ic y szli jeszcz e przez kw adrans, a w kla­

sztorze w id ać już było oświetlone o k n a , gdy ten, który niósł ów w o­

reczek, odezwał się do swego towarzysza:

— Bracie, tak mi ciężko i d uszn o ! Zdaje się, że mi serce chce pęknąć, tętna mi biją jak w gorączce; jak g d y ­ by zły duch wszedł we mnie od czasu, jak no­

szę ten pieniądz, który odebrał mi spokój, a przed oczy duszy sta­

wia najczarniejsze obra­

zy rozpaczy. Jakież to okropne uczucie sprawia ten dar nieszczęsny! J a go precz odrzucę, aby się tego nieznośnego niepokoju pozbyć.

— Nie, bracie. — prosił go towarzysz, — bo nużby go kto zna­

lazł i większe jeszcze nieszczęście na siebie ściągnął. Oddaj mi wo­

reczek, a ja go do kla­

sztoru zaniosę.

Towarzysz oddał mu woreczek. Nieza­

długo obaj przybyli do klasztoru i jeszcze tego wieczora stanąć musieli przed opatem, któremu oddali wszystkie drogie relikwie z Ziemi św., a na ostatku także srebrnik, opowiedziawszy zadzi­

wionemu opatowi, w ja­

ki sposób go nabyJi.

Opat udzielił im swego błogosławieństwa, położył wszystko obok swego łóżka na stoli­

czek i udał się na spo­

czynek.

A le nagle obudził się wśród nocy, przera­

żony straszliwemi snami.

Przed oczami duszy po­

jawił mu się Judasz

zdrajca w tej chwili, gdy popełnia najokropniejszą zbrodnię, jaką człowiek popełnić zdoła — gd y nie­

godnie pożywa Ciało i Krew Pana Jezusa. W y d a ­ wał się jemu jako szatan, który swą czarną, obrzy­

dliwą paszczeką Najśw. Ciało pochłania. — — — Otrząsnąwszy się z tego snu straszliwego, za­

snął znowu i widział Judasza, jak Pana nieba i ziemi zaprzedaje za kilka srebrników, potem go znowu ponownie ujrzał na owej roli krwi, wieszającego się na drzewie.

Zebrane łzy. Do wiersza na str. 180

R ozp ac z, przerażenie i trwoga, jak g d y b y całe piekło na nim ciężyło, w ypędziły opata z łóżka.

C h ciał się modlić, ale mu się zdawało, że mu zdrajca ga rd ło dławi i ręce krępuje — nie m ógł się m odlić;

niew ym owną trwogą g n a n y w yszedł na korytarz, ze­

szedł ze schodów do celi przeora, ab y u tego s z u ­ kać pociechy. A l e z tym to sam o się działo, co z npatem. S k o i o t y l k o ujrzał ów nieszczęsny srebrnik,

poczuł i on ten sam nie­

pokój. O baj nie umieli sobie inaczej poradzić, jak tylko pójść do ko­

ścioła i tam n oc prze­

p ędzić u stóp ołtarza przed N ajśw iętszym S a ­ kram entem .

Nazajutrz wezwał wszystkich zakonników do kapitularza, opowie­

dział zgromadzonym o tym straszliwym darze, którzy powracający bra­

cia otrzymali od owego zagadkowego wędrowca i wezwał do narady, co teraz z owym srebrnikiem począć. Z przerażeniem zbliżali się zakonnicy do stołu, na którym leżał srebrnik, a przewracając go, aby go z obydwóch stron obejrzeć, nie śmieli go dotknąć rękami. Po- łysisiwal on jak n o w y ; na jednej stronie był kielich z staro-hebraiskim napisem, na drugiej stro­

nie różczka z troistem kwieciem — różczka Aaronowa, a na około niej również napis he- braiski. Na jednej stro­

nie była u brzegu cie­

mno - czerwona plama

— czy rdza, czy krew, trudno było rozróżnić.

Wśród dreszczu przy­

patrywali się zakonnicy temu srebrnikowi.

— A więc trzy­

dzieści takich kawałków srebra — i za to zdra­

dził ten nieszczęśliwy naszego Zbawiciela i utracił wieczną szczęśli­

wość ! — zauważył jeden z obecnych.

— I piekło sobie ku­

pił, — dodał drugi wska­

zując na czerwoną plamę.

— Jakie to zaślepie­

nie, jaka gwałtowna namiętność — za kilka takich kawałków kiuszczu zaprzedać Zbawiciela!

A któż to mógł być ten, co wam ten srebrnik dał ? — zapytał inny jednego z pielgrzymów.

— Nie wiemy, — odpowiedzieli zamyśleni.

— Ja wiem, — odezwał się jeden siary zakon­

nik, który ich opisu z uwagą słuchał, — to chyba był wieczny żyd.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

(3)

Przyszła kreska na Matyska.

Studencka historya.

(Dokończenie.)

G d y po nabożeństwie ch ło p cy z hałasem w ró­

cili, z a s ta li'p a n a L is a w wybornym h u m o rze ; nam ó­

wił ich zaraz na ogrom ną mustrę i w yru szyli w sz y sc y do ogrodu. C h łop aki n igd y się tak je s z c z e nie u b a­

wili, j a k tym razem, g d yż pan L is uzbroił ich w tyki od fasoli i w ym yślał różne ruchy i marsze, manewry, zasadzki i ataki, a wszędzie osobiście dowodził, n a r a ­ żając się odw ażnie na ciosy n ieprzyjaciela. S k o ro już chłopcom pot kroplisty na czo ła w ystąpił, zako­

menderował pąn L is »do nogi b r o ń * , ' a w ystąp iw szy przed front, z a p y t a ł : -

— A co^będziecie po południu r o b ić ?

— Idziem y na piłkę ! j —

2

odpow iedziała armia jednogłośnie.

€?dy już chłopcy na piłki wybiegli, zabrał się pan L is do przyrządzenia swej sztuki czarnoksięzkiej.

W ziął tedy najprzód w iep rzow y pęcherz, w yd ął g o dobrze i osm arow ał naokoło sadzą, w ło żył g o potem

|j do ga rn ka, n akrył garn ek ściereczką i wszystko to postawił na środku izby na stole. O koło tego stołu narysow ał pan L is różne koła i kółka, krzyże i k r z y ­ żyki i różne inne przedziwne ni by! o czarodziejskie znaki i niby św ięconą kredą. N a boku zaś postawił m iseczkę z okowitą, do której garstkę soli dosypał.

Pani L iso w a śm iała się z tego wszystkiego, nareszcie i fukała, lecz stary w ojak prosił ją tylko o sekret i od p ow iadał ciągle : zobaczysz moja werbeńko, jak to j | oliwa na wierzch w y p ły n ie ! i czekał ze swymi p rz y ­

rządami spokojnie na chłopców.

Z a le d w ie ósm a w ybiła, zaroiło się w sieni i cie­

kawie studenci stawili się na czarodziejską sztukę.

N aw et Matysek przyszedł do ść wcześnie, choć osta­

tni, bo miał w prawdzie trochę strachu, lecz jaszcze

|| bardziej był ciekaw y.

,r

U l ic a w P a r y ż u . Opis na str. 183.

— Kiedy tak — rzekł pan Lis — to wam mu­

szę już teraz rozkaz dzienny ogłosić. Oto w gło ­ wach mojej żony i Magdy uroiły się podejrzenia, iż któryś z was wynosi w bardzo zręczny sposób w ę­

dliny, kiełbasy i inne';,przysmaki ze śpiżarki. Ja jako wasz dowódzca, dbały jestem o wasz studencki ho- nór i nie mogę znieść na sobie, aby takie podej­

rzenie długo istniało. Postanowiłem zatem rostrzy- gn ąć tę sprawę dziś wieczór, a użyję do niej pewnego sposobu, któregom się od jednego czaro­

wnika w Hiszpani nauczył. W szyscy p ó jd Je m y do próby, a na kim się prawda wykaże, ten zostanie ukarany. Pamiętajcie więc, abyście o 8-mej godzinie byli już wszyscy w domu. Rozumiecie?

— Rozumiemy — odpowiedziała armia.

— A teraz więc »lewo wtył, marsz U — zako­

menderował pan Lis i zapędził chłopaków do obiadu, którzy byli nadzwyczaj uradowani, a jeszcze bardziej ciekawi na wieczorne sztuki czarnoksięzkie. Jeden tylko Matysek miał coś nos na kwitę spuszczony, lecz i on się wnet rozweselił, bo sobie p o m yślał:

Co mi może zrobić pan L is ? On będzie takim sa- wym czarnoksiężnikiem, ja k ja strachem 1 Nie mię m pole wywiedzie i nic się nie dowie.

Pan Lis przystąpił do rzeczy; zasłonił oklia zapalił w miseczce okowitę, która żółtym buchnęła płomieniem, a wziąwszy mały patyczek do ręki, stu­

knął. Na dany znak weszli wszyscy do izby, nie- wyjąwszy pani Lisowej i M ag d y ; żółte światło oblało ich twarze i wszyscy się przerazili, spojrzawszy po sobie, bo wyglądali jak trupy. Z przerażenia tego skorzystał czemprędzej pan Lis i tak jął mówić uro- czystem g ło s e m :

— Tutaj za temi czarodziejskim i kołami i zna­

kami, które są kredą na. Trzech Króli święconą n a ­ rysowane, stoi garnek, a w tym garnku zaczarowany czarny kogut. W szyscy po kolei musicie tu przy­

stępować 1 dotykać ręką koguta a kto z was jest w (nny, kto z was kiełbasy z śpiźarni wyciągał, pod tego ręką zapieje zaczarowany kogut.

Na to wezwanie wystąpiła pierwsza pani Lisowa, a za nią wszyscy i każdy z kolei wsuwał rękę pod ściereczkę i dotykał mniemanego koguta. Matysek zląkł się na razie cokolwiek , lecz potem po­

myślał sobie: Oho, nie taki ja głupi! Chcecie, że­

bym ja dotykał ręką koguta. Otóż właśnie go nie dotknę, to pewno nie zapieje. I uczynił tak prze­

biegły chłopak jak pomyślał, włożył wprawdzie rękę

(4)

pod ściereczkę, lecz nie dotknął się mniemanego ko­

guta i tak napowrót odszedł. On był ostatni. J a ­ koż zaraz po nim zawoła! pan Lis, aby przynieśli świecę i zakomenderował na chłopców do frontu, a gdy się uszykowali, nakazał im ręce podnieść do góry. Wszyscy podnieśli. Wtedy przystąpił pan Lis do Matyska i wskazał go jako psotnika. Chło­

pak pobladł jak ściana. Wówczas wyrzucił pan Lis z garnka sadzą powalany pęcherz r tak się do nich odezw ał:

— faK widzicie, nie jest to kogut, lecz pęcherz posypany sadzą. Kto ma czyste sumienie, ten się go d''tknął śmiało i ma czarną ręUę. Jeden tylko Matysek nie ma czarnej ręki, gdyż bał się dotknąć koguta, a bał dla tego, bo ma nieczyste sumienie.

On jest sprawcą wszystkiego, on udawał stracha, on wyciągał kiełbasy i wędliny ze śpiźarni.

Ze zdumieniem spojizeli wszyscy po sobie i w istocie wszystkich ręce były czarne, tylko nie Ma­

tyska. Na takie dow< >dy nie było co odpowiadać, więc przyznał się Matysek do winy i opowiedział wszystko, jak było i jak za pomocą drąga z noży­

cami, wędliny przez okno dobywał. Na złagodzenie swej winy dodał tylko tyle, że wyciąganych przysma­

ków sam nie zjadł, lecz dawał część ubogiemu ko­

ledze, który był paterfamiliasem w klasie a który mu za to podpt wiadał i dobre dawał noty.

Po tokiem zeznaniu złożono sąd domowy i przy­

niesiono leszczynowy patyk. Ile tam padło plag ko­

leżeńskich, o tem Matysek nigdy później nie wspo­

mni >{; to jednak pewna, że przestał być tak prze­

biegłym i łakomym, a stawszy się później porządnym człowiekiem, przypomniał sobie często przysłowie:

* Przyszła kreska na Matyska*.

Zebrane łzy.

Do ryciny na str. 178.

W chatce ubogiej bolejąca matka, Pogrążona w modlitwie prosi za syna;

Gdyż w wirze tego zepsutego świata Zginęła jej pociecha jedyna.

Wszechmogącego błaga i prosi 1 krwawe łzy leje strumieniem,

D i nieba ręce w cierpieniach swych wznosi Szepcąc modlitwę za swoim synem :

»0 B "źe wieczny, Boże miłosierny, Przyjmij łaskawie łzy matki cierpiącej;

Powróć mi syna. w dobroci niezmierny, I wiej zdrój łaski do duszy błądzącej!

Aby powrócił do ojczystej wiary, Do chatki 1 do rodzinnej swej wioski, Porzucił wszelkie świata tego mary I ulżył matce cierpienia i troski!*

Bóg wszechmogący wysłuchał próśb matki, Aniołów zesłał na nłaczu d linę,

A by ci weszli do ubogiej chatki Zbierając cenne łzy matki w naczynie.

Zanieśli je przed tron Boga wiecznego, Błagając także za matką płaczącą!

A Bóg powrócił syna błądzącego, Napełniając serce matki radościa.

I syn był pociechą na jej stare lata, Miłością swoją Izy matki wetuje — Rajem na ziemi stała się jej chata, Gdyż zgubiony teraz w cnotach celuje!

Tak Bóg przyjmuje łzy każdej matki, Która mu daje je w dobrym zamiarze, Prosząc, by raczył zachować jej dziatki W ojczystej mowie, w ojczystej wierze.

J a n B ed n arsk i.

Woda z Lourdes.

W jednem małem miasteczku Królestwa Pol­

skiego mieszkał profesor z żoną i synem jedynakiem, Konstantym. Ojciec sam nie wiele w co wierzył, matka była wyznania rzymsko-katolickiego, a syn, pomimo że przez matkę w naszej wychowanej religii, przecież zaczął wstępować w ślady ojca.

Było to w końcu 187Ó roku, kiedy Konstanty ciężko zachorował. Sprowadzono lekarzy. Stan chorego w krótkim czasie jednakże tak się pogorszył, iż i najsławniejsi lekarze o zdrowiu a nawet życiu jego powątpiewając, zupełnie go opuścili.

W jedną noc, w kilka dni przed 2-gim Lutego, miał chory dziwny sen. Zdawało mu się, iź widzi Zbawiciela świata i Matkę Jego Najśw., — że pod­

czas gdy Pan Jezus doiknął się jego nogi, która bli­

sko na metr spuchła, ją wyleczył, Najświętsza P a n n a

powiedziała te dwa słowa: »2-go Lutego*.

Na drugi dzień opowiadał Konstanty ów sen rodzicom, którzy jednakże uważając to jako w ynik

fantazyi w rozgorączkowanym stanie — wkrótce nic sobie z niego nie robiąc, zapomnieli.

Wkrótce potem przybyła przyjaciółka żony pro­

fesora, przyniósłszy ze sobą flaszeczkę napełnioną wodą z Lourdes. Profesor sam przyjął od niej ową flaszeczkę — lecz nie wierząc w jej skutek, postawił ją obojętnie na oknie.

Diugi dzień lutego się zbliżał — stan c h o r e g o

coraz więcej się pogarszał, noga coraz mocniej pu­

chła i w końcu zdawało się, że ostatnia g o d z in a

chorego wkróice wybije. Nieszczęśliwi rodzice pła­

cząc 1 jęcząc stali nad łożem chorego jedynaka.

W dzień 2-go Lutego chory coraz się miał go­

rzej i około godziny 10 tej rano leżał z oczami w jedno wlepione miejsce. Zdawało się, źe dusza już uleciała — gdyż światło zapalonej świecy, trz y m an e j

przed nosem chorego, prawie żadnego nie o k a z y w a ło

poruszenia, co było oznaką, iż chory już nie oddecha.

Naraz przypomniała się rozpaczającej m a tc e woda z Lourdes, przez ową przyjaciółkę przywieziona. Po­

chwyciła ją więc i z ufnością w nieskończone miło­

sierdzie Boga, wpuśi iła kilka kropel choremu w usta.

Po dwugodzinnym spokojnym śnie otworzył młodzieniec oczy, obejrzał się do koła, i nie wiedząc nic o wodzie z Lourdes, udzielonej mu przez matkę, rzekł ciężko oddychając: »Najśw. Marya Panna, ta przeczysta Dziewica i Matka Boga żywego, życie mi ocaliła.* Na drugi dzień przybył jeden z przywoła­

nych lekarzy a ujrzawszy matkę, pytał o której go­

dzinie chory umarł. Gdy ta mu z wielką radością oświadczyła, że żyje, pokiwał głową sądząc, źe nie­

szczęśliwa wskutek strasznej boleści rozum straciła.

Pomimo wszelkich zapewnień uczonego lekarza, że chory podług prawideł 1 reguł sztuki lekarskiej dłużej żyć. nie będzie i nie może, wyzdrowiał tenże stosun­

kowo w dość krótkim czasie.

Na profesora to wielkie zrobiło wrażenie, poszedł do kościoła, wyspowiadał się i publicznie wyznał się chrześcianinem, pomimo źe wiedział, iż rząd mu od­

bierze d >tychczasową posadę, jak i wkrótce został zasuspendowany, a chcąc uniknąć dalszych prześlą*

dowań a może i Sybiru, udał się do Galicyi. Syn zaś doznawszy tak wielkiej łaski, poświęcił całe życie usłudze Zbawiciela, wstępując do Zakonu Jezusowego.

(5)

1 * 1

Pod niebem Dalmacyi

5 Skreślił S t a n i s ł a w B e ł z a .

J , — -

(Ciąg dalszy.)

Regułą jest tu bezpłodność i kamienistość gruntu, a ta marna jedna dziewiąta ziemi ornej, jaka rozpo­

starta jest tu większemi i mniejszemi przestrzeniami, nierzadko jest parcdyą błogosławionej roli, niedozwa- lającej człowiekowi przymierać z głodu.

A przecież i ta parodya ziemi ornej i ta ska­

lista wydma, gdzieniegdzie tylko dozwalająca czło­

wiekowi pracować i żyć, nie była wolną od grabierzy i napaści, a przecież i o tej biednej Dalmacyi nie można powiedzieć tego, co o tych miastach i krajach, które nie miały historyi, że była szczęśliwą.

Raguzanka.

Nie, i tu rozlegały się długie wieki szczęki oręża, i tu lały się potoki kiwi, i tu człowiek niepohamo­

wany w swojej chciwości, groził wszystkiemu i chciał zagrabić wszystko.

Rzecz szczególna.

Kiedym ze szczytu wieży Galata nad Bosforem przyglądał się panorami Konstantynopola, lub kiedym z wyżyn Taorminy na Sycylii, spoglądał na szerokie przestrzenie przysiadłe do stoków Etny, rozumiałem te zażarte, niekończące się nigdy walki, jakie się tam toczyły, bom czuł nad Złotym Rogiem znaczenie miasta zdającego się na wybrzeżach morza Marmara być kluczem do dwóch części świata, bo mi impo­

nowała na przestworzach morza Śródziemnego ta starożytna Trinacria — bajecznem bogactwem swojej gleby, przemieniającej ją w szplichlerz Rzymu.

Myśląc więc o tych zapasach krwawych ze wstrętem, jak o każdym gwałcie, naruszającym po­

rządek moralny, wyciskającym łzy, z torbami żebra- czemi wyganiającym z ojcystych zagród pokonanych ich odwiecznych mieszkańców nie usprawiedliwiałem, lecz pojmowałem pobudki, co uzbrojone hordy gnały w dzikiej żądzy, zapanowania nad tymi bogatymi świata punktami.

Ale tu?

Gdzie okiem niemal rzucisz pustka, gdzie nogę niemal postawisz skała, wszędzie prawie brak tego, co życie utrzymuje, nadmiar wszędzie tego, co dla życia jest zatraceniem i śmiercią.

Mimo to i tu, spokój był «*emś w ciągu wie­

ków przypadkowym, jak gdyby — mimo to i tu, jak szkła w kalejdoskopie, zmieniali się zdobywcy, prze­

chodzący do tych stron niewiadomo po co, poszu­

kujący tu niewiadomo zaiste czego.

Rzekłbyś, że człowieka przekleństwem jest na tej ziemi, iż niepohamowy w swojej chciwości, dąży do ciągłego powiększania nie już dóbr swoich, ale podstawy do rozpościerania na niej swojej pychy, że drażni go i o wściekłość przyprawia, nie to, iż inny korzysta z rzeczywistych bogactw, ale, że wogóle jest w posiadaniu czegoś, że ma kąt własny i do­

świadcza spokoju w tym kącie.

Roztwieramy karty dziejów Dalmacyi, i znajdu­

jemy na nich ?

Nie mniej nie więcej, tylko to samo, co na kar­

tach dziejów krajów innych, opływających w do­

statki, budzących dobrobytem swoim zawiść wśród obcych. Zaledwie kraj ten jako część składowa ily- ryjskiego państwa zaczyna być znanym światu, aliści w roku 108 przed Chrystusem, zjawiają się na jego wybrzeżach Rzymianie i w ciągu 33 dni podbijają go pod swoją władzę.

Ale podbici nie poddają się im chętnie.

Korzystając z warunków przyrody, bronią się w niedostępnych kamienistych kryjówkach, i dopiero po wyczerpaniu wszystkich zasobów, w sto dziewię­

tnaście lat po wylądowaniu na swoich wybrzeżach kohort cudzoziemskich, uznają nad sobą władzę Rzymu.

Przez kilka następnych wieków, Dalmacya zdaje się zażywać względnego spokoju, żelazne ramię nad- tybrzańskich władców, chroni ją od grabieży barba­

rzyńców, w siódmym już jednak wieku naszej ery, kroniki notują pierwszy napad Słowian, Chrobatów i Serbów, zniszczenie Solony i Epidaurusa.

Była to właściwie epoka, gdy Awarowie ukazali się jako żądne władzy plemię na widowni świata, rozpoczynają się więc krwawe, długotrwałe walki, w których ich hordy przyjmują w tyeh stronach czynny udział.

A po Awarach?

Karol Wielki przysyła tu z żądaniem hołdu swoje zaprawione w bojach rycerstwo, Wenecya wie­

cznie głodna i pożądająca obcych terytoryów, zdo­

bywa całe nieledwie wybrzeże, Węgrzy rozpoczynają z nią spór krwawy na tej ziemi o tę ziemię, Turcy pustoszą ją zamieniając w zgliszcza jej osady.

I dopiero z chwilą napadku Napoleona I., który za przykładem innych zdobywców nie pozostawił kraju tego w spokoju, Dalmacya wkracza na drogi prawidłowego rozwoju, przyłączona do Austryi prze­

staje drżeć o bezpieczeństwo swoje, o całość swoich miast, życie starców, kobiet i dzieci.

Ale i teraz nie przestaje być areną walk za­

żartych o wpływy i władzę, walk bezkrwawych co prawda i nie pozostawiających po sobie jak dawne ruin i pożóg, niemniei przecież wstrząsających do­

brobytem kraju, na dnie serc biednych jego mie­

szkańców, osadzających piołun rozgoryczenia i nie­

nawiści.

Tak więc kraj teń acz tak biedny, acz tak mało dla człowieka gościnny, w kolei długich wieków, dzielił jednakowe losy z krajami, na które szczodra aż do zbytku natura, niby z puszki Pandory, zlała strumienie swoich łask.

Był grabiony, palony, zdobywauy, widział ko­

lejno zmiany swoich panów i władców, niby piłka przechodził z rąk do rąk. Nie cały.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

(6)

--- 182

Poradnik gospodarczy.

Sianokosy, pierw szy pokos koniczyny.

Uśpieszywszy się z robotami różnemi przed zbiorem siana zabiera się gospodarz do kosy. Pora sianozbiorów zależy od szybkości rozwoju traw y;

im więcej jest wilgoci i ciepła, tem trawy wcześniej wyrosną.

W dolinach rzek wielu wydarzają się po czerw­

cowych deszczach powodzie około świętego Jana.

W takie lata często siano skoszone woda zabiera, lub niekoszone łąki zamula; więc w takich okolicach albo skosić wcześnie i zebrać siano z łąk przed po­

wodzią lub też przeczekać i dopiero w lipcu siec.

Zwykle pierwej kosi się koniczyny a potem łąki Najstosowniejsza pora do zbioru wszystkich koniczy- nowatych roślin na siano jest wtedy, gdy zaczynają kwitnąć. Wtedy najwięcej jest w nich części dla bydła pożywnych, a łodygi

jeszcze soczyste, miękkie.

Koniczyna po okwitniemu skoszona jest twarda i źle odrasta. Tak samo i tra­

wy łąkowe siec wtedy kiedy jeszcze nie kwitną, ale wie­

chy się wykłosiły co do­

piero. Później trawy stają się twarde jak słoma i sia­

no mniej pożywne »białe«

a trawa późno skoszona źle odrasta potem. Przy zbiorze koniczyny chodzi 0 to aby bez zbytecznego przewracania prędko ją do­

suszyć. W suchy czas to łatwo idzie i szybko, ale gorzej w takich okolicach gdzie często deszcze pada­

ją, np. w górach. Tam

też w górskich i podgórskich gospodarstwach, uży­

wają sposobu, który i w równinach okazał się dobry 1 coraz więcej wchodzi w użycie. Jestto suszenie siana na ostwiach albo rogalach. Przygotować je trzeba zawczasu. Gdzie są lasy szpilkowe tam ła­

two o wierzchy świerkowe i jodłowe, które się ucina na 2 1/*—3 metrów długości i u dołu spiczasto się zakończa a boczne gałęzie ucina się tak, żeby ster­

czały dołem pół, górą na ćwierć metra. Gdzie nie­

ma lasów szpilkowych, można robić te rogale z żer­

dzi, przez które się przetyka na krzyż kije. Po zesieczeniu koniczyny stawia się te ostwie wbijając w ziemię, po 25—30 sztuk na 1 morgu.

Kor.icz, zesieczony rano, przez jeden suchy, wietrzny dzień, przewiędnie dobrze i wieczór można go dać już na ostwie. Jeżeli dzień jest mniej gorący lub wilgotny, to czekać aż konicz przewiędnie. Na­

kłada się na ostwie od dołu ku górze, a nie ubijać tylko lekko nakładać na rosochv, tak, aby wiatr mógł przechodzić. Cała kopa na takiej ostwi ułożona powinna być wąska, a wysoka i śpiczasta.

Tak zostawia się konicz aż wyschnie, a choć deszcze padają, to nie wiele mu to szkodzi. Jeżeli jednak pogoda trwa, to nie potrzeba trzymać w ko­

pach ale rano rozkopić, rozłożyć do słońca, a na wieczór przed rosą na nowo na ostwie nałożyć. Od dołu wysmykać zawsze, aby kopa nie leżała spodem na ziemi, tylko raczej wisiała cała na ostwi, bo gdy długo na jednem miejscu stoi, to koniczyna pod nią wyginie. W ten sam sposób suszy się i lucernę

Praktyczne suszenie siana.

i siano łąkowe doskonale. Na mekrych łąkach ró­

wnież doskonale siano wysycha na ostwiach nie wu- gnąc od spodu.

Sposób ten dla tego jest dobry, lepszy od in­

nych, że bez ciągłego przewracania siana można le dususzyć nawet w czasie przepadzistym, przez co drobne listki koniczyny nie oblatują,” nie kruszą si?>

zostają w plonie, a w nich właśnie jest najwięcej p0' żywnych części. Zbiera się też siana więcej trochęi bo się nie tyle po polu roztrzęsie drobnych części.

Skoro nam pogoda dopisuje i czas jest przewiewny;

to już po pięciu dniach koniczynę i siano z ostwi zwozić można.

Zamiast rogali i ostwi używają także tak zwa­

nych kozłów albo trójnogów do suszenia s o c z y s t y c h

roślin koniczyny, do mięszanek, do wyki. Te kozły robi się z trzech żerdzi u góry drutem połączonych na 2 i pół metra długich, na które daje się dołem trzy kije (I i pół metrowe). Na te kozły daje się przewiędłe rośliny, zaczynając od dołu na każdł

z trzech nóg naprzód, pO' tem wyżej środkiem, w koń­

cu na wierzch przykryw*

się dobrą garścią i ubij3 widłami.

Na taki trójnóg wej­

dzie zrtacznie więcej siana niż na ostew, ajsch n 'e lepiej jeszcze bo środkiem powietrze przechodzi. Na mórg trzeba takich 15 20 albo więcej ustawie- Gdzie wiatry™ silne, tatn kozły takie lepiej *stoją 1 lepiej siano trzymają fli*

ostwie. Gdzie nie ostwi, ani rogalów^ani ich zrobić dla braku drzewa niema sposobu, tam dosu­

sza się siano w małych kopkach: rano, gdy pogo­

da, kopki się rozrzuca, a wieczór przed opadnięciem rosy na nowo składa w kupki nie wysokie (na 1 metr) i tak aż do wyschnięcia dobrego. Trawy i przy tym sposobie dość łatwo wyschną, ale koni­

czyny schną długo. Dlatego zasiew koniczyny z tra­

wami, z tymotką, z rajgrasem, ma i tę dobrą stron i źe przyspiesza wysuszenie siana.

Siano musi dobrze wyschnąć zanim się je zwie­

zie do szopy, inaczej łatwo pleśnieje, albo z a g r z e w a

się. Bywały już wypadki, że siano wilgotno zwie­

zione zapalało się samo od siebie płomieniem, nisz­

cząc i inny dobytek gospodarza. Dobrze p rz e c h o ­

wać można siano w stogach, jeżeli z góry g r u b o

słomą się okryje, albo w szopach otwartych pod dachem. Nad stajnią wtedy tylko można s ia n o

umieszczać, jeżeli powała jest dobra i gliną z wierz­

chu ubita, a b y wyziewy stajenne d o siana nie szły- Siano z pól przed zbiorem zamulonych, nie­

zdrowe jest dla bydła i koni. W takim razie kur*

ten trzeba zawsze wytrzepać przed zadaniem zwie­

rzętom, lub cepem siano wyklepać i wytrząść. T a k

samo też i pleśń w paszy szkodzi nadzwyczaj zwie­

rzętom.

Po zwiezieniu w dni kilka zrewidować, czy się w stodole nie zagrzewa za nadto, a gdyby była o to najmniejsza obawa, to natychmiast część na dwór wyrzucić, resztę roztrząść, dobrze jest też przełożyć warstwą słomy równianej (jeżeli jeszcze jest) albo chrustu suchego, aby powietrze mogło mieć lepszy dostęp.

(7)

183 Błądzą gospodarze we wielu okolicach odkła­

daniem z dnia na dzień sianokosów; trawa pO łąkach starzeje, bieleje, potem zajdą żniwa i czasu niema.

Wreszcie siano w kopkach zostawia się aż do jesieni

’ tak zwłócząc, zbierają tylko jeden pokos z łąk do- bl7ch, na których po wczesnym zbiorze siana jeszcze potraw dobry urośnie. Więc nie odkładać i nie ma­

rudzić, co przez pozostawienie trawy nieskoszonej n>c więcej jej nie m ośnie. .

Długa słota przeszkadza szybkiemu zbiorowi siana — wtedy innych imać się robót. Nawóz wozić na próżne pola albo na stosy w polach odległych, ' Pilnie chwasty plewić w okopowiznach, bo one wła­

dnie w wilgotne lata bujają najbardziej. Okopywać aalej ziemniaki, buraki, kapustę, kukurudzę, wreszcie

°rać pod rzepak, pod żyto, skoro tylko pole jest sPosobne.

Na ł ą k a c h po zebraniu siana nie nawodniać Przez dwa tygodnie, aż się nar.owo trawy opuszczą;

P°tem za to można wodę puścić wier/chem nocann j w dnie chłodne a suche. Wtedy i drugi pckos trawy będzie obfity.

Nie zwódź dziewcząt.

Słuchaj chłopcze, masz mnie kochać.

Kochaj z duszy c a łe j:

Ja nie będę tęsknić, szlochać Jak inne szlochały!

Zdiadź mnie tylko, wiem gdzie ścieżka!

Da mi brat talaia, Pójdę w bory, a tam mieszka

Czarownica stara.

A jak ona cię zamówi, Zapisze na niebie, Potem włosów twoich złowi,

Pod krzyżem zagrzebie;

Poznasz wtedy! jak to zwodzić Miodowym wyrazem ;

Będziesz wiedział, jak to chodzić Do dwóch dziewcząt razem.

Teśli puścisz się na wody, Łódź z tobą zatonie;

Jeśli puścisz się na gody Rozniosą cię konie;

W lesie zginiesz w ciężkim bolu, Bo cię dąb przywali;

A przy żniwie w czystem polu Piorun cię wypali!

Ach, i potem nieraz Stasio Z grobu już zapłacze:

»Ach! przebacz mi. droga K a siu !«

Lecz ja nie przebaczę!

Wyjaśnienie rycin.

U lica w P a ry ż u . Ogromna stolica Francyi licząca blizko 3 miliony mieszkańców przedstawia szczególny w idok; łączy bowiem ruch i wrzawę ulic londyńskich z wdziękami i barwnością życia ubli- cznego w Neapolu lub Palermo. Francuz uważa swą stolic* za pierwsz* mia«to na zi*mi i ma ponie­

kąd racyę. Bo Paryż jest niechybnie ogromne śro­

dowisko kultury, miasto które już kilkakrotnie wstrzą­

sało Eur ipą i całym świalem, jak za złotych czasów przepotężnych Ludwików, za czasów rewolucyi i Na­

poleona wielkiego i późniejszych rewolucyi i drugie­

go Napoleona. Paryż posiada wspaniałe dzielnice, siedziby arystokracyi rodowej i pieniężnej, okazałe pałace i kościoły i parki. Wszędzie uwija się ru­

chliwy Francuz, i to albo rodowity Paryżanin, zawsze elegant od stóp do głowy, lub jeszcze liczniej przy­

bysze z prowincyi. Prócz tego przebywa w Paryżu ogromna liczba cudzoziemców, i to dla nauki, dla pieniędzy lu b ' dla rozrywki, bo Paryż to nowożytny

»Babel«, który wszystkich przyjmuje i wszystkich gości, wesoły dla każdego, który ma pieniądze. Bar­

dzo wiele pamiątek historycznych jest w tem mieście, na którego ulicach tak gwarne panuje życie, gdzie z hałasem posuwają się tramwaje, omnibusy, kolejki elektryczne; niezliczone fiakry, kaby, powozy i ele­

ganckie doróżki, gdzie roisię od różnobarwnych tłumów.

R o z m a ito ś c i.

T e sta m e n t d ziw ac zk i. Niedawno zmarła w Paryżu pewna Rosyanka, która w testamencie zapi­

sała 200000 franków temu, który się zobowiąże, na cmentarzu Pere Lachaise w jej grobowcu przeżyć rok cały, nie opuszczając go i nie mówiąc z nikim, oprócz z osobą pi zynoszącą mu dwa lazy dziennie pożywienie, i który będzie palił codziennie światło od zmroku do świtu. Pierwszy, który się zgłosił po spuściznę, stracił po 6 miesięcznym pobycie w gro­

bowcu zmysły i oddany został do zakładu dla obłą­

kanych.

O so b liw a p am ięć. Na odbytym niedawno kongresie psychologów w Giessen przedstawiono zgro­

madzonym młodego, około 28 lat liczącego doktora filozofii, który obecnie pracuje jako urzędnik w pe- wnem biurze technicznem. Odznacza się on pamię­

cią liczb tak fenomenalną, iż zaćmiewa nią wszelkich znanych dotychczas i zbadanych rachmistrzów. Dość powiedzieć, że szereg liczb, składający się z 5 liczb pięciocyfrowych, który mu został jeden raz w zwy­

kłym tempie odczytany, zapamiętuje odrazu tak do­

skonale, że potrafi odrazu wszystkie cyfry powtórzyć w dowolnym porządku, a nawet w dowolnych kom- binacyach. Zdumienie zgromadzenia doszło do naj­

wyższego stopnia, gdy ów młody człowiek, siedząc obok prezesa, wyuczył się na pamięć w przeciągu 12 minut szeregu złożonego z 208 liczb. Potrafił następnie nietylko powtórzyć ten szereg wstecz lub naprzód, podać jaka cyfra znajduje się na 1 0 lub 155 itd. miejscu, lecz powtórzyć też wiernie treść wykładu, wygłoszonego tuż obok niego w czasie gdy się uczył owych cyfr na pamięć.

„ K a w a ł" M a r k a T w a in a . Znany ten humo­

rysta amerykański, gotowy zawsze do żartów i fa- cecyi, urządził niedawno anglikańskiemu biskupowi Doane w Hartford następujący kawał: Kiedy biskup ukończył kazanie, Twain przystąpił do niego i oświad­

czył, że wysłuchał kazania z prawdziwą przyjemno- ścię, pomimo, że ma w domu książkę zawierającą to kazanie całe co do słowa. Biskup anglikański, który rzeczywiście zupełnie oryginalnie owo kazanie po­

myślał, oburzył się na takie twierdzenie i zażądał przedłożenia tej książki, na co się Twain zgodził i przysłał biskupowi następnego dnia obszerny słownik.

(8)

184

U le k a rz a .

Lekarz do chorego Ed w arda: Ostrzegani was, nie pić za nadto.

Edward : Ja nigdy nie mam dosyć, a cóż dopiero za nadto,

N asze dzieci.

Józio (zaglądając w ucho panu Leonowi):

— A widzi ciocia, źe nieprawda! Aha!

— Panna Anna: — Józiu, jakiś ty niegrzeczny.

Jakże możesz panu w ucho zaglądać?

— Jó z io : — A bo ciocia mówiła, źe pan Leon ma pstro w głowie, a to nie prawda, bo nie widać.

W y m ia n a listó w .

Kochani rodzicie ! Wciąż zbieram się, aby na­

pisać do was, ale brak mi czasu. Nie obrażajcie się o to i przyjmijcie dobre chęci za uczynek. Bądźcie też łaskawi przysłać mi trochę pieniędzy.

Kochany synu! Wciąż zbieramy się, aby za- opatrzyć cię w gotówkę, ale brak nam pieniędzy.

Nie obrażaj się o to 1 przyjmij dobre chęci za uczynek.

Z a b o b o n n y .

Automobilista (przejechawszy starą babę z sa­

mego rana):

— Fatalne! Oby tylko nie zwiastowało nie­

szczęścia.

N a w s i po pożarze.

— Biedny Strulu, to i wyśta się spaliła? A czy byliśta zabezpieczeni?

— Jakiś ty głupi, Wojtek! Czy Srul by się spalił bez ubezpieczenia?...

W sk ła d z ie o b u w ia.

— Wszystko zamałe! Nie ma pan większych butów ?

. — Nie panie.

— Więc co ja zrobię?

— Niech pan biega boso, albo niech pan idzie tam, gdzie słoniem buty sprzedają.

W sz k o le w ie js k ie j.

Nauczyciel do ucznia:

— Jak nędzie tryb rozkazujący od ciągnąć?

— Wio! — proszę pana psora.

M ięd zy p rz y ja c ió łk a m i.

— Co?... Zaręczyłaś się z panem Antonim?

Mówiłaś przecież zawsze, że jest nieznośny ?

— Był nieznośny dopóki mi się nie oświadczył.

Teraz za nim przepadam!

Z b yte czn e . Wójt do pisaiza:

— W tej chwili donoszą mi, iż młynarz Tlołka

kąpiąc się utonął. Nareszcie należy raz już ogrodzić niebezbieczne to m iejsce!

Strażnik (wchodząc do kancelaryi):

— Zbyteczne, panie wójcie, kiedy go już na­

reszcie docucili.

S z c z y t p rzeb aczen ia.

— Całować rękę, która nas uderzyła, jest ni- czem w porównaniu te^go, co widziałem dzisiaj w hotelu!

— No, cóż takiego?

— Oto posługacz czyścił but, którym go wczo­

raj kopnięto.

S Z A B A D A .

Pierwsze główką zolitera, Drugie po bruku się zdziera, Trzecie zaś jedna litera,

A wszystko? Zgadnąć nie sztuka, Bo ma blizko przed oczyma, A muie i w ręku trzyma.

Za rozwiązanie powyższej szarady przeznacza- my nagrodę

Rozwiązanie zagadki z nr. 21-go:

K oza.

Dobre rozwiązania nadesłali:

Kazimierz Bleszcz, Chomęcice, Józef Knop, Stare Zabrze, Jan W'erner z Lipin, Stanisław No- , wak, Konstantyn Lipski, Mała Dąbrówka, Franciszek Rychter z Roździenia, Jan Krząkała, Bykowina, Ry­

szard Bodynek. Świętochłowice, Tomasz Mieliczek, Kochłowice, Józef Zasiura, z Chropaczowa.

Rozwiązanie szarady z nr. 21-go.

R y c z y w ó ł.

Dobre rozwiązania nadesłali:

Jan Krząkała* z Bykowiny, Ryszard Bodynek, Świę­

tochłowice, Tomasz Mieliczek, Kochłowice, Józef Knop, Stare Zabrze, Jan Szulc, Poznań, Filip Bi- brzycki, z Krakowa, Albina Landkocz, Łubom, Maks.

Ciemięga i Michał Rzepka, Katowice, Ant. Brychcy Huta Bismarka, Alpizy i Jan Cyrulik, Andrzej P a­

loc, Jodłownik, Anna Sosna, Laurahuta, Wojciech Kużaj, Bruch, Stanisław Pisarczyk*, Królewska Huta, Jadwiga Badura z Roździenia, Bronisława Wróbel, Osiny, Wawrzyniec Kuciera, Laurahuta, Józef Za siura, Chropaczów, Fran. Moroń, Jan Kędzior, Jan Czmajduch, Grzawa, Marya Kolorz, Botrop, Juliusz Broda, Huta Bismarka, Marya Papiernik, Janów, Jan Adamczyk, Bieruń, Ignacy Chłapek, Uchylsko, Agnie­

szka Bodynek, Świętochłowice, Kazimierz Bleszcz, Chomęcice, Franciszek Porada z Lipin.

2 nagródy, które przypadły tym, co oznaczeni są gwiazdkami, jużeśmy wysłali.

N akładem i czcionkam i »G óm oślązaka«, spółki w ydaw niczej z ograniczoną odpow iedzialnością w K atow icach.

R edaktor odpow iedzialny: A ntoni W e ltja W Kat*wi***h.

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :