Rodzina Chrześciańska, 1904, R. 3, nr 22

Pełen tekst

(1)

Rodzina chrześciańska

Pisemko poświęcone sprawom religijnym, nauce i zabawie.

'Wychodzi raz na tydzień w JYiedzielę.

Bezpłatny dodatek do „Górnoślązaka" i „Straży nad Odrą".

Na Niedzielę II. po Ziel. Św iątkach.

Ewangelia u święt. Łukasza

w Rozdziale X I V .

Onego czasu: Powiedział Jezus Faryzeuszom tę przypowieść: Człowiek niektóry sprawił wieczerzę wielką, i wezwał wielu. I posłał sługę swego w go­

dzinę wieczerzy, aby powiedział zaproszonym, żeby przyszli, boć już wszystko gotowe. I poczęli się wszyscy wymawiać. Pierwszy mu rzek ł: Kupiłem wieś i mam potrzebę wynijść, i oglądać ją: proszę cię, miej mię za wymówionego. A drugi rzek ł: K u­

piłem pięć jarzm wołów, i idę ieh doświadczać; pro­

szę cię, miej mię za wymówionego. A drugi rzekł:

Zonem pojął, a przeto nie mogę przyjść. A wróciwszy się sługa, oznajmił to panu swemu. Tedy się go­

spodarz rozgniewawszy, rzekł słudze swemu: Wynijdź rychło na ulice i uliczki miasta, a ubogie i ułomne, i ślepe i chrome wprowadź tu. I rzekł słu g a : P an ie ! stało się, jakoś rozkazał, a jeszcze jest miejsce.

^ rzekł pan słudze: Wynijdź na drogi i opłotki, a przymuś wnijść, aby był dom mój nayełnion. A po­

wiadam wam, źe żaden z owych mężów, którzy są zaproszeni, nie skosztuje wieczerzy mojej.

Wytrwałość nagrodzona.

O b r a z e k z ż y c i a w z i ę t y .

\ ---.

(Dokończenie.)

Lekkie pukanie do drzwi przerwało rozmowę;

był to marszałek niosący batysty i koronki, które sprawiła Marynia.

Garderobiana wyszła na znak rozkazujący mar­

szałka. Głos dzwonka przyzwał ją niedługo; twarz baronowy pełna była łagodności.

— Pan marszałek opowiedział mi szczegóły, które ci chlubę przynoszą, — mówiła baronowa, — jestem bardzo kontenta z ciebie, rozbierz mię, i idź spać, sama odbędę moje zwykłe czytanie, aż zasnę.

Obudzisz mię o 6-tej, pójdę na zioła w góry.

Dziewczyna spuściła oczy.

— Wszystko jeszcze śpi w pałacu o tym czasie, i nie wiem, czy —

— A ! zapewnie nie masz zegarka, — rzekła

baronowa uśmiechając się, — przynieś mi mój, który leży na toalecie.

Marynia wypełniła rozkaz.

— Zegarek ten weź dla sieb ie; nie będzie to ostatni znak mojej łaski, jeżeli nadal będziesz taką jak dotąd.

Marynia przez swe postępowanie przekonała ba­

ronową, źe religia jest główną rękojmią, jakiej wy­

magać należy od służących ; przekonała nadto swych towarzyszy, że religia jest jedynem lekarstwem na przykrość i trudy służby. Już wszyscy poznali i oce­

nili jej cnutv, gdy Opatrzność chcąc jej zasługę w prawdziwym pokazać blasku, dopuściła wypadków niespodzianych, które zmieniły bardzo położenie baronowy.

Odebrała ona zastraszające nowiny; dni całe radziła zamknięta z marszałkiem i prawnikami, a po tych długich naradach usposobienie jej stawało się do niezniesienia. Przestała swycłi wycieczek rannych, sypiać nie m ogła; zdrowie upadało, a dziwactwo co­

raz bardziej rosło. Marynia zwiększyła jeszcze swą gorliwość i łagodność; dziwactwa baronowej wzbu­

dzały w jej sercu żywe współczucie.

Jednego wieczoru pani bardziej upadła na du­

chu, niż zw ykle; położyła się wcześniej, mówiąc do M aryni:

— Smutno mi dziecię moje i ciężko na duszy;

i przynieś mi książkę, aby mię pocieszyła.

Dziewczyna pobiegła do swego pokoiku i pizy- niosła »Żywoty Świętych.* Baronowa mimo smutku i niepokojów, jakie ją dręczyły, nie mogła wstrzymać się od głośnego śmiechu.

— Ja nie czytuję tego, — rzekła — przynieś jl mi książkę z mojej biblioteki.

I garderobiana zaczęta czytać książkę, po którą ją baronowa posłała. W trakcie czytania lekki uśmiech

przebiegł po ustach dziewczyny.

— Z czego się śmiejesz, moja mała ?

— Ach ! pani, wybacz mi, ale ten zbiór i ha­

łas słów próżnych bez myśli nie mógłby mię nigdy pocieszyć.

— A cóżbyś wtedy czytała ?

— s Żywot Jezusa Chrystusa.**)

— Żywot Jezusa Chrystusa? — powtórzyła ba- II ronowa zdziwiona— ty mówisz, źe to książka, która

niesie pociechę?

1

*) Prześliczną tę książeczkę polecam y bardzo Szano­

wnym Czytelnikom ; je s t do nabycia w księgarni »Górnoślą- zaka« opraw na za 8o fen.

(2)

170

— O ! tak pani, ja w niej zawsze znajdowałam pocieszenie.

— Zobaczymy później.

Marynia ucałowała ręce swej pani.

— Mała pochlebniczko! — mówiła baronowa, poprawiając wychudłą ręką jasne pukle włosów zdo biących pogodne czoło dziewczyny; — zmieniasz mi charakter i robię niekiedy to, co ty chcesz, nie wie­

dząc sarna o tem. Związek, jaki się rodzi między mną a tobą, zakrawa na węzeł rodzinny. Straciłam moje dzieci, wszystkich, a ch ! wszystkie... To zła­

mało moje serce, pochmurzyło umysł. Jedna z mych córek byłaby już w twoim wieku... O! gdyby mi ją Bóg był zachował, uwierzyłabym w Boskie miłosier­

dzie Jego.

Marynia klę­

czała przy łóżku baronowej, łzy jej gorące i rzę­

siste spadały na dłoń jej pani.

— Idź, spo­

cznij moje dzie­

cko; potrzebuję być teraz samą.

I dziewczyna odeszła na pal­

cach z pokoiku baronowej.

Od tej chwili ; baronowa zlała na Marynię nie- ogianiczone za ufame i uczyniła jej służbę nie tak uciążliwą.

Błogosławiło dziewczę rękę Boga za tę do­

brą odmianę i

starało się dostarczać jemności i rozrywek,

zwalał j.

A gdy jednę ze służących wydalono z pałacu, postaraj się o taką, która ma w sercu pobożność, rzekła baronowa do marszałka; tylko na takie ko­

biety spuścić się można — patrz na naszą mała Marynię.

— Panna Marynia jest prawdziwym aniołem — wyrzekł starzec z zapałem ; — od dwóch miesięcy szukam w niej jakiej wady i nie mogę znaleść. Po­

bożność jej nie ma nic dziwacznego i nieprzyjemne­

go; pokój czystego sumienia jaśnieje na jej słodkiem obliczu. Nie wywyższa się ona nad swe towarzy­

szki, mimo swej rzeczywistej wyższości, znosi ich wady bez szemrania i świadczy im tysiączne usługi bez interesu, jedynie dla tego, aby im sprawić przy­

jemność. Mnie samego szanuje, radzi mi się jak ojca, prawi mi kazania, a niekiedy zdejmuję z głowy kapelusz, gdy pizychodzimy wedle wiejskiego ko­

ściółka, — jeszcze gotowa mnie nawiócić.

Baronowa się roześmiała.

nim sztangret, a potem gospodyni. Kucharka zaś na odchodnem przyszła do Maryni.

— I ty moja panno nie masz tu co robić; ja, cię umieszczę w jakim innym zamożniejszym domu,

— dobrze?

— Nie, moja d ro g a; widzisz, pani moja jest dla mnie dobrą, po cóż ją rzucać, to czarna nie­

wdzięczność !

— Masz tobie!... Jan i gospodyni powiedzieli mi, że baronowej majątek runął cały ; boją się o swe zasługi i dla tego opuścili służbę.

— Ale ja tego nie zrobię i tobie radzę, zostań;

jak nas pani sama odprawi, to jeszcze będzie i na to pora.

Tymczasem interesa baro­

nowej coraz bar­

dziej się wikłały:

wydziedziczono ją, sprzedano majątek. Ku­

charka odeszła, a nieszczęśliwa pani tylko z po­

czciwą swą gar- derobianką prze­

niosła się do Warszawy do bardzo skromne-

Muzeum królestwa cz e sk ieg o swej pani drobnych przy- lle na to usposobienie jej po-

mieszkanka.

Baronowa po­

wróciła pewnego wieczoru z prze­

chadzki bardzo zmęczona. Ma­

rynia tak jak zawsze, podała jej wieczerzę, którą sama j rzy-

Służba jednak baronowej zaczęła rozprawiać głośno o złvm stanie jej interesów i niejeden chciał ją już opuszczać. Jan zaczął pierwszy odwrót, za

w P ra d z e . Opis na str. 176.

rządziła.

— Dziękuję ci Maryniu ! Troskliwość twoja mię wzrusza; ale byłoby z mojej strony nieszlachetnie, nadużywać twego dobrego serca i burzyć twoję przy­

szłość, wiążąc cię do starej kobiety, odartej z ma­

jątku. Jedna z mych przyjaciółek, która cię poznała u mnie, chce cię wziąć do siebie. Aczkolwiek będzie bolesnem dla mnie to rozłączenie, muszę uledz ko­

nieczności, która mi to uczynić nakazuje tylko dla twojego dobra.

Dziewczyna płakała.

— Czyż ci się w czem naraziłam, o pani? — wyrzekła szlochając.

— Co? moje dziecko, — zawołała baronowa wzruszona do żywego, — czy to bierzesz za odprawę, myślisz, że ciebie się chcę pozbyć ?

— Myślę, że chcesz, abym ja opuściłam panią, która nie ma nikogo.

— Ależ dziecko, muszę być szczerą zupełnie;

wieszże o tem, że ja nie mam czem zapłacić twych zasług nawet?

— Ja pracować będę na panią i na siebie.

— Jesteś aniołem M aryo! — przemówiła baro­

nowa, przyciskając sierotę do piersi; — gdzieżeś czer­

pała te wzniosłe i szlachetne uczucia?

— W religii świętej.

(3)

Baronowa porwała książki, które zwykle czyty­

wała i rzucając w ogień, zawoła:

- - Maryniu! podaj mi twoją książkę.

— Moją — Żywot Chrystusa ? — wykrzyknęła garderobianka; — ach! zaraz, natychmiast!

Baronowa, która w gruncie była kobietą uczci­

wą, zasmakowała niedługo w słodyczy tej ślicznej książki, w której codziennie czeipała pociechę i siłę.

Powróciła ona do Boga z sercem skruszonem i była wzorem dla innych.

Bóg spojrzał na nieszczęśliwą.

Jeden z rodziny baronowej, bardzo bogaty czło­

wiek, umierając zapisał jej cały swój majątek. B a­

ronowa odkupiła swe mienie i pałac, przyjęła prawnie za córkę swoją Marynię i przygotowała testament,

w którym ją uczyniła przyszłą dziedziczką całej spu­

ścizny. Bogactwo jednak nie zdołało zwichnąć uczuć religijnych i gdy baronowa zatrzymuje się dziś przed kościołem dla rozdania hojnej jałmużny żebractwu, ubodzy do przechodniów, którzy się dziwią jej miło­

sierdziu, odzywają się temi słow y:

— Tą matką ubogich jest baronowa Czarno- dulska, a ten anioł, który ją prowadzi pod ręką, to jert Marynia, pobożna jej garderobianka!

K O N I E C .

,N arod n e D iv a d lo “ " — te a tr n a ro d o w y w P rad ze . Opis na str. 176.

J a s t r ż ą b.

Co się stało, że kurczęta Biegną z takim krzykiem ? Ach, to jastrząb się ukazał W górze nad kurnikiem.

Począł toczyć wielkie koła, Roztworzywszy szpony, I do żeru nagotował Swój dziób zakrzywiony.

Stara kwoczka przystanęła, Wytężyła oko,

1 wnet wroga dopatrzyła, Pod niebem wysoko.

Oba skrzydła rozpostarła;

Przysiadła do ziemi I pisklęta swe okrywa Piersiami własnemi.

Dziób do boju naostrzyła, Nie da swoich dzieci.

Hej, jastrzębiu, drapieżniku!

Nie radzę ci wszeci Podlatywać nazbyt blizko Do małego stadka,

Bo nie łatwo o zwycięztwo Tam — gdzie walczy matka

Przyszła kreska na Matyska.

Studencka historya.

---—»■«■« - —..

— A ja ci mówię, że to ten lampart Adaś, co go to zawsze chwalisz, że najlepiej umie egzecyrkę!

— Lecz ja ci mówię, mój fiołeczku, ze to szczury bestye takie ci psoty wyrządzają.

— A jakże, szczury, szczury! T y łysa pałko masz tylko oczy na swoje grządki, a zresztą na nic.

— Ha, jeśli nie szczury, moja stokroteczko, to chyba Matysek, bo on bardzo lubi kiełbasy i...

— No, no! ruszaj spać, łysa pałko, ze swoim rozumem !

To mówiąc wytrąciła pani Lisowa pana Lisa z alkierza i poczęła się do nocnego spoczynku roz­

bierać.

Słyszę już jednak, miły czytelniku, jak się py­

tasz, kto była pani Lisowa? Otóż pozwól a natych­

miast zaspokoję twoją ciekawość.

Pani Lisowa była sobie kobietą 48-letnią, wy­

sokiego wzrostu i potężnej tuszy, ruchliwa i pory­

wcza, choć poczciwa, Heród baba, wiecznie z za- tłuszczonym na brzuchu fartuszkiem, w czepcu z ogromnemi kryzami. Z powołania swego była pani Lisowa krupiarką lecz trudniła się także wielu inne- mi rzeczami, a głównie utrzymywaniem studentów, których obecnie aż ośmiu miała na stancyi, z nie- rnałem swem umartwieniem, bo jej ta krzykliwa ha­

łastra przeróżne psoty' wyprawiała. Drugą osobą był

(4)

172

--- pan Lis, jak widać z imienia mąż Lisowej, nizki,

chuderlawy, łysy i przynajmniej o 20 lat starszy od swej małżonki, lecz jeszcze bardzo krzepki i rzutny.

Pan Lis sługiwał dawniej wojskowo, gdzieś jeszcze za czasów starego Napoleona, a teraz największą jego przyjemnością było, chodzić koło kwiatów i sadu.

Natura pana Lisa o tyle zresztą była zmienną, że podczas, gdy za młodu na armaty chodził i obce armie wojował, to obecnie został przez swą godną połowicę zawojowany i siedział głęboko pod jej pan­

toflem. Trafiło się jednak, iz się pan Lis odważył płatać psie figle swej żonie, a wtedy zawierał alians z całą ósemką studentów, którzy mu w tym celu serdeczną dawali pomoc, za co ich pan Lis uczył egzecyrki w ogrodzie, co było jedną z jego naj­

większych przyjemności. Pominąwszy zresztą małe nieporozumienia, nie można było w niczem zganić małżeńskiego pożycia państwa Lisów i owszem ko­

chali się nawet bardzo tkliwie, czego najlepszym do­

wodem, iż pan Lis swą żonkę co chwila do jakiegoś kwiatka przyrównywał, choć pani Lisowa zupełnie do gwoździka, fiolka, lub stokrotki była podobną, jak pięść do nosa. Koniec końców, na całym Kle- parzu, gdyż tu była ich siedziba, słynęli państwo Lisowie ze swej rządności i zamożności, co zresztą nie było im trudno, bo nie mając dzieci, mało na siebie wydawali i mogli grosz do kalety chować;

ona z krup i studentów, a on z kwiatków, jarzyn i owoców.

Takie to stadło małżeńskie prowadziło pewnego wieczora rozmowę, której podsłuchany koniec po- wyżeśmy przytoczyli. Kwestyą spórną był tajemniczy psotnik, który już od dwóch tygodni ze śpiźarni pani Lisowej to kiełbasy, to owoce, to inne różne przysmaki wyjadał. Pan Lis stojąc w obronie swych aliantów, studentów, utrzymywał w głowie, iż to szczury tak sobie po spiżarni gospodarują; lecz pani Lisowa podejrzywała jednego z największych oblu­

bieńców swego małżonka. Otóż ztąd poszła sprzeczka, wskutek której wyleciał pan Lis z alkierza.

— Ale przekonam się ja jutro, co to za psotnik!

— wołała pani Lisowa. — Zobaczymy, czy to jest Matysek.

Trzeba zaś wiedzieć, że ze wszystkich studen­

tów podobał się pani Lisowej tylko jeden Matysek, którego dla swej przychlebności koledzy lizuniem nazywali.

— I jakże to zrobisz, mój gwoździku? Czy go weźmiesz na lep, czy na sidełka ? — zapytał pan Lis z drugiej izby.

— Postawiłam Magdę w sieni za żarnami. Je ­ żeli to który z tych szkodnikow, to ona go już wy­

patrzy. Ale jakim sposobem mógłby on się tam zakraść? Drzwi zawsze na kłódkę zamknięte, chyba nicponie sobie kluczyć dorobili.,.

Jeszcze tych słów nie domówiła pani Lisowa, gdy nagle do izby wpadła służąca Magda, blada jak trup i dysząca z przestrachu.

— Wszelki duch: Cóż takiego ? — zawołali państwo Lisowie oboje razem.

Magda nie mogła długi czas przyjść do słowa;

po długiej chwili wystękła nareszcie, że się jej we drzwiach od sieni okropny strach pokazał, że przy­

szedł od ogrodu i był maleńki jak główka kapusty, a potem zaraz rósł i rósł...

Pan Lis zniecierpliwił się i nie chciał już dalej słuchać, bo nie wierzył w strachy. Jakoż namówił żonę, aby wzięła światło i poszli tak oboje razem szukać stracha i zaglądać do spiżarki, czy też co nie znikło. Nie było nigdzie ani śladu żadnego ducha lub stracha; lecz gdy Lisowa otworzyła śpiźarkę,

to aż krzyknęła z zadziwienia, bo znowu — sporego kawała kiełbasy brakowało. Pan Lis pokręcił na to głową i pomyślał sobie ze smutkiem, że to w istocie studencka musi być sprawka. Jakoż zajizał do izby, gdzie spali studenci, lecz tam wszystko w głębokim śnie było pogrążone, ośm zdrowych piersi chrapało jak organy i tylko sam księżyc chodził po rozrzu­

conych na stole skrypturach.

Dla państwa Lisów, a osobliwie dla Magdy, mogła się ta cała historya wydać dziwną; lecz gdyby jeszcze chwilkę przeczekali, to mogli się byli o wszyst­

kim dowiedzieć. Zaledwie bowiem pokładli się do snu, uchyliły się drzwi od studenckiej izby i wysu­

nął się przez nie strach, cały owięty w białe prze­

ścieradło. Strach ten przeszedł ogrodem aż pod małe zakratowane okienko od spiżarni, przez które wpadało jasnym strumieniem księżycowe światło oświecające wewnątrz ściany, przeróżnemi wiktułami obwieszone i poobstawiane. Otóż pod tem okien­

kiem leżała długa żerdka, 7 ogrodniczemi nożycami i koszykiem, którą pan Lis wczesne owoce z drzew zdejmował. Biały strach podniósł te nożyce, spiął się do okienka, a wyciągnąwszy niebawem przez nie spory kawałek szaba w koszyku, niknął napowiót w studenckiej izbie. Gdy przechodził przez ogród, oświecił mu księżyc całą twarz... Nie był to kto inny, tylko ulubiony pani Lisowej Matysek.

Na drugi dzień była niedziela. Pani Lisowa nie posiadała się ze złości skoro się przekonała, że oprócz kiełbasy i kawałka szabu przez tę noc ubyło. Do tego nawet stopnia wpadła w pasyą, iż prócz Ma- tyska, kióremu dala szklankę cienkiej kawy (co zre­

sztą było objawem niezwykłej łaski), wszystkim swym studentom, mniej niż zwykle mleka na śniadanie wymierzyła. Pan Lis nic nie mówił, lecz za to cho­

dził do ogrodu, t© pod okienko od śpiźarni i sn a ć

miarkował coś, bo się bardzo wszystkiemu przypa­

trywał, a pomyślawszy chwilkę, zatarł ręce i nawet się uśmiechnął.

(Dokończenie nastąpi.)

Poi niebem Dalmacyi.

Skreślił S t a n i s ł a w B e ł z a .

(Ciąg dalszy.)

Czy te krajobrazy, wynagradzają człowiekowi ternu naturalne jego ojczyzny braki, czy sycąc duszę jego, łagodzą fizyczny głód, — nie wiem, ale wy­

ciskają na nim jakieś idealniejsze piętno, ubierają go, w szatę obcą ludziom, którym porzucone w ziemię ziarno, zwraca je w lichwiarskim procencie, tworząc z niego typ, jakiemu podobne nie gęsto stapiają po świecie.

Może nie będzie niewłaściwą rzeczą, jeśli za­

trzymamy się przy tych krajobrazach dłużej nieco, i uchyliwszy zasłonę pokrywającą niektóre z nich przynajmniej, wskrzesimy wrażenia, jakich doznaliśmy, gdyśmy je mieli przed naszemi oczami.

Jesteśmy na drodze prowadzącej z Raguzy do Metkowic, na granicy Hercogowiny.

Przejechaliśmy statkiem parowym wzdłuż brze­

gów Dalmacyi, widzieliśmy Zarę, Sebenico, Spalato, Gravozę i Cattaro.

Chcemy poznać wnętrze tego kraju, jego od­

dalone od morza dziedziny, więc nie przeraża nas brak kolei żelaznej, nie powstrzymuje obawa jazdy

(5)

Jedziemy.

Opuściliśmy starożytny Dubrownik, co się roz­

siadł na skalistem wybrzeżu, płukanem morzem ze trzech stron, i z obrazami w duszy poezyi i piękna, jakiemi podróżnika to piękne miasto darzy, przyglą­

damy się uważnie temu, co nam dokoła wpada wy­

raźnie w oczy.

Co wpada.

Istny zrazu raj. na ziemi, jeden czarodziejski ogród, pełen blasków, barw i woni.

Jedzie się nad morzem, którego lazur walczy o lepsze z szafirem pogodnego nieba, a gdzie morze na chwilę zabraknie, ma się szmaragdowe góry i do­

liny, porosłe kępami oliwek, magnolii, kaktusów, aloesów i palm-

Do wybrzeży Ombli, którą przebywa się z końmi na promie, lustrzana powierzchnia wodna wchodzi nam na każdym kroku w drogę, poza Omblą, widzimy

Raguza i w ysp a Lacrom a.

ją już tylko w oddaleniu z góry i rzadziej, ale zieleń traw i zagajników towarzyszy nam wszędzie.

I tak do Canossy, miejsca słynnego dwoma plan­

tami, jednemi z największych w Europie, odległej od Dubrownika o dobre dwie godziny drogi kołowej.

Za Canossą krajobraz się zmienia.

Jak gdyby wycieńczona nadmiernym wysiłkiem ziemia, jak gdyby niechętna człowiekowi, stąpającemu za dumnie być może po jej powierzchni, lub nie umiejącemu cenić jak należy jej uroków, pokazawszy zrazu na co się gdy chce nawet wśród pustkowiów takich zdobyć może, zamyka się jak ślimak w swojej skorupie, i nie daje mu już dalej nic.

Ginie kwiecie stanowiące taki urok prawdziwie ubłogosławionych przez naturę tych stron, karłowa­

cieje zrazu oliwy drzewo, by wkrótce zniknąć z przed poszukujących go oczów, i ukazuje ci się przerażo­

nemu i zdumionemu, świat kamienia rozpościerają­

cego się wszędzie, Ale jaki świat?

Jadę, patrzę i myślę, pytam sam siebie, zkąd on tu się na tych szerokich przestrzeniach wziął, jaka jego przyczyna, jaka siła piekielna go poro­

dziła ?

Bo ten świat dziwny, nie jest jako żywo skał światem, z którym tak często spotkaliśmy się w po­

dróżach naszych, który mimo dziwaczności ma swoją że tak powiem logikę, jest to morze większych i mniejszych kamiennych okruchów, porozrzucanych w chaotycznym nieładzie na mil kilka wszerz i wzdłuż, morze bezduszne, będące obrazem zatracenia i śmierci.

Prócz jaszczurki, przebiegającej niby błyskawica z miejsca na miejsce, nic się tu nie rusza, prócz marnego mchu ukazującego się tu i owdzie, nic tu

i smutku, miłości i cierpienia.

Organizm dziwny, ponury, beznadziejny, trupi, a przecież okropniejszy od trupa, boć wiesz dobrze o tem, źe on nigdy nie czuł i nie żył, boć nie jest ci tajnem, źe zmartwiał i zmarł w chwili, gdy się na ten świat narodził.

I kiedy się tak dokoła rozglądasz, wytężając wzrok, w płonnej nadziei, że być może gdzieniegdzie ukaże ci się jakiś kompleks drzew lub pole umajone murawą, doświadczasz dziwnego uczucia, — nie grozy, bo ten organizm groźnym nie jest, ale beznadziej­

nego jakiegoś smętku, cisnącego ci duszę niby głaz.

I zdaje ci się, że ten tam Dante, zstępujący do czeluści piekielnych, za bramą, gdzie stał napis: »tu niema nadziei*, innego świata widzieć nie mógł, gdyż zarówno tam jak tu rozpościera się dokoła te­

ren, na który porzucony człowiek zginąć musi niby mucha w pajęcznej matni.

Z pod Raguzy.

Jechałem pomnę drogą prowadzącą wśród tego pustkowia, pewnego skwarnego dnia wrześniowego.

Słońce piekło nielitościwie, odbite o porozrzu­

cane dokoła głazy jego zabójcze pod tem niebem promienie, całą atmosferę poiły ciepłem, mało cie­

płem, skwarem łaźni parowej, żaden ptak nie unosił się w powietrzu, żaden żyjącego jestestwa szelest nie dochodził do moich oczów.

Oczy znużone jednostajnością otoczenia, biegły gdzieś przed siebie wdał, w nadziei, źe na czemś dłużej zatrzymać się potrafią, myśli plątały się w gło­

wie, ręce bezwładnie opadły na dół.

W zmartwiałej tej natarze czułem się sam jak gdyby martwy, bezmyślnie więc spoglądałem przed siebie, z uczuciem smutku i zniechęcenia.

I pod tem niebem ponętnego południa, poza­

zdrościłem pierwszy raz w życiu niebu dalekiej pół­

nocy, jego wichrów i ścinających krew w żyłach mrozów, bom czuł, że te mrozy i wichry, paraliżując, nie uniemożliwiają jednak życia, jak tu ten straszny kamień dokoła, bom wiedział, źe energia i wola wy­

walczają tam sobie, marne co prawda, ale możliwe zawsze środki egzystencyi, podczas gdy tu pryskają pod wpływem okrutnego otoczenia, niby dziecinna bańka z mydła.

Te łany kamieniste, co z małemi przerwami zalegają martwą pustką, długą przestrzeń oddzielającą Canossę od Metkowic, spieczone od słońca niby Sahara, a od Sahary dla życia bardziej wrogie, gdyż ich nie ożywiają tu i owdzie żyzne oazy wdzięczące się do ciebie zielenią granatów i palm, i szmerem wody dającej ci znużonemu ochłodę, te kamieniste łany, nad wyraz jak powiedziałem smutne, pociąga- jącemi nie są.

(6)

174

Jako żywo, to też gdy się wśród nich przypad­

kiem znajdzie, wyrywa się co prędzej ku tym okoli­

com Dalmacyi, które umiłowane snać przez naturę, zaklęły w sobie uroki, jakiemi jedno tylko słoneczne południe, stęsknionego podróżnika darzy.

A okolic takich jest tu zaiste dużo, więcej niż w każdym innym na świecie tej rozległości kraju, co wyjaśnia się warunkami jego lądu, rozciągniętego wąskim pasem na długiej bardzo przestrzeni.

Takie Sebenico i Spalato, taka zwłaszcza za­

toka Catarska z wciśniętem w jej skalisty kąt małem miasteczkiem Cattaro, stanowiącem jedyne tu wrota do czarnogórskiej Cetynii, zachwycać są zdolne tych nawet, którzy otrzaskani z pięknem przyrody, nie lada czem zachwycić się są w stanie.

Tylko za ten zachwyt gdy się podróżuje po ca­

łym tym kraju, jest że tak powiem trzymanym na wodzy, tylko że błogie wrażenie, jakie on w duszę wnosi, paraliżowanem jest uczuciem żalu, że piękno to ociera się o sknerstwo gleby, że dobrobyt tych, którzy mu się codziennie przyglądają, jest w stosunku odwrotnym do jego siły.

Przecież i tu są wyjątki.

0 trzy kwadranse tdrogi jednowiosłową łódką od Dubrownika, leży wyspa Lacroma.

W yspa ma swoją historyę, historyę smutną, była własnością bowiem dwóch młodych z wysokiego domu ludzi, co urodzeni do szczęścia i wesela, dni swoje zakończyli w tragedyi łez i krwi.

Zamieszkiwali ją kolejno, Maksymilian, cesarz meksykański, który śmierć znalazł od kuli, zażaitych w drugiej części świata idei monarchicźnej wrogów, i Rudolf Habsburski, którego zgonu nagłego przy­

czyna/ w okolicach Badenu pod Wiedniem, do dziś jeszcze jest zagadką, zamkniętą razem z nim w grobie.

WTyspa jest czemś fenomenalnem w Dalmacyi, w tej Dalmacyi, którą kamień wziął jak gdyby w wie­

cznotrwałą arendę.

Jest to nie mnief' nie więcej, tylko jeden gaj, gaj zielony i pachnący, śmiejący się do ciebie uro­

kiem niekończącej się nigdy wiosny.

Jak gdyby nie była częścią integralną skalistego lądu, jak gdyby sama podstawy ze skały nie miała, ukazuje ci ona takie bogactwo flory, że podobne onemu, nie często się ogląda na równej przestrzeni na świecie.

Wszystko tu weseli się i porusza, i to ptactwu ożywiające świergotem swoim atmosferę, i te ga­

łęzie strzelające wysoko ku górze, a moc kwiatów niezdających się tu więdnąć nigdy, czarodziejską ja­

kąś wonią upaja i odurza.

Widziałeś tuż łany całe martwego kamienia, doszukiwałeś się dopieroco z mozołem wśród skał i piramid zimnych głazów, trawy lub drzewa, jestże to ten sam kraj, pytasz sam siebie, tonąc w wonnem morzu szmaragdu i barw jaskrawych, Dalmacya-ż to, taż sama Dalmacya, co cię tak niedawno cisnęła ku ziemi martwotą i bezpłodnością swoją, co cię poiła czarną melancholią, obezwładniając ciało i tłumiąc ducha.

1 odpowiadasz sobie na to pytanie że tak, że nie inny kraj masz przed oczyma, i dziwisz się, że zaklął on w sobie tyle tajemnic, że porozsiewał na swojej skalistej wszędzie przestrzeni tyle zdumiewa­

jących przeciwieństw, poustawiał tyle zagadek pożą­

danego rozwiązania których nie doczeka się nigdy człowiek.

T a Lacroma jest bardzo piękna.

Ani słowa.

Uniesiona nad poziom morza, lekkim spadkiem schodząca ku jego falom, zdaje się pływać po bez­

granicznej wody lazurach, w ruchliwem jej lustrze przeglądając się, z koketeryą świadomej swoich uro­

ków kobiety.

Kiedy się więc wśród jej palm, oliwek, cypiy- I sów, kaktusów, pomarańcz i migdałów znajdzie, i z

pośród zielonego jak wiosna życia otoczenia puści wzrok przed siebie, czepia go po łagodnych wynio­

słościach lub gubi w mchhwych obszarach przypo­

minających nieskończoność, poi się wiedy duszę obrazami czegoś podniosłego i uroczego, balsam ukojenia i pociechy zlewa się na serce, strzaskane niestety często i zbolałe.

Ale jak gdyby smutek osiadający na duszy po­

dróżnika po tym kraju był nieodłączną właściwością całej, jak szeroka i długa, Dalmacyi, gdy się przy­

pomni na chwilę, gdzie się jest, i tu ulega się jego wztrząsającej sile, wspomnienie bowiem doli tychi którzy raju tego na ziemi byli chwilowymi posiada­

czami, mąci pogodę umysłu, paraliżując spokój ducha.

I wstępuje się w swą barkę z uczuciem zachwytu co |>ra\vda, ale i poważnego nasiroju powtarzając machinalnie prawdziwe, pełne- głębokiej filozofii sło­

wa, wypisane na ścianach niegdyś zamku dziś kla­

sztoru, ręką jednego z tych nieszczęśliwych :

»Tam gdzie miłość i spokój wszechwładnie pa. ują>

Tam jest błogosławieństwo Boga.

Gdzie złe instynkta jednak wśród ludzi górują, Jest królestwo szatana jego wroga «

Bogactwo gleby takiej Lacromy, choć nic 'v tym, co prawda, stopniu, daje się pizecież w i d z i e ć

tu i owdzie w Dalmacyi, należy jednak wszędzie w tym kraju do wyjątków.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

Poradnik gospodarczy.

Co czynić aby zboże nie w ylęgało.

Oziminy gdy gęste i bujne w początku maja, a czas jest wilgotny, to grożą wylegnięciem i bardzo często też wylęgają później po ulewniejszych desz­

czach lub wskutek wiatru i burz. Trzeba temu za­

wczasu zapobiedz i zerznąć górne liście, aby bujny wzrost trochę powstrzymać, ukrócić.

Żyta nie należy zrzynać wcale bo szybko się kłosi, łatwoby więc m igło nastąpić uszkodzenie kłosa młodego, za to pszenicę zrzynają pospolicie. Jeżeli zima była łagodna i pszenica bardzo z wiosną bujna a gęsta, można ją skosić zaraz z wiosny jak tylko trochę odrośnie od ziemi. W maju lub czerwcu zrzyna się tylko sierpem, aby kłosa skrytego w skrę­

conym liściu nie uszkodzić.

Zrzynanie oziminy zawsze jest tylko środkiem w ostateczności potrzebnym, zawsze osłabia pszenicę i nie wpływa dobrze na ziarno. Jeżeli za nisko się zrzyna, to często kłosy młode przysychają w liściu i nie wykłoszą się należycie. Lepiej jest zawczasu zapobiegać inaczej, aby zboże nie wyległo. Naj­

częstszym powodem wylęgania zboża jest siew zbyt gęsty, ręczny; przy zasiewie w rzadkie rzędy, nie wylęgają zboża tak łatwo nawet w mokre lata. Z a ­ siew grobelkowy przysypnikiem krakowskim jest również środkiem dobrym przeciw wylęganiu, tam, gdzie rzędowa uprawa jest utrudnioną. Dalej nawo­

żenie kostną mąką tomasówką lub superfosfatami w ogóle fosforowemi nawozami, a na zwięzłych glinach także wapnem, działa w roli przeciw wylęganiu, bo wytwarza źdźbła tęższe i mocniejsze. Gnój świeży'i dany pod pszenicę, powoduje bardzo często jej wy-

(7)

legnięcie, więc należy go unikać i dawać pod przed- plon. Na polach wilgotnych częściej zboże wylęga n|z na suchych, więc przez osuszenie, drenowanie Nieprzepuszczalnych pój zapobiega się także bardzo skutecznie wylęganiu. Najpewniej jednak od w yk- gania chroni należyta uprawa głęboka gruntów, zwłaszcza wszystkich zwięźlejszycli. Na płytkiej orce rośnie cienka i słaba słoma, na uprawie głębszej słoma wykształca się tęższa, więc p >głębienie gleby w połączeniu ze staranną uprawą rzędową, to są środki które w każdem gospodarstwie wiele korzyści Przynieść mogą.

Ochrona ziemniaków od gnicia.

Wielką klęską dla gospodarza jest, jeżeli mu ziemniaki wygniją w ziemi przed zbiorem, albo po­

psują się potem w zimie w kopcu. W latach mo­

drych klęska ta nawiedza całe wielkie przestrzenie kraju i może spowodować niedostatek. Jakże temu więc zapobiedz? Czyż człowiek jest zupełnie bez- Sllnym wobec tej zaiazy? Nie! Mamy już teraz środki do jej zwalczenia, ale trzeba je używać wytrwale i zawczasu.

Musimy się naprzód zastanowić czem jest ta zaraza? Dlaczego z iem n iak i g n iją? Pierwszą oznaką gnicia ziemniaków jest to, że liście nagle, już w czerwcu nieraz, dostają plam ciemnych, czernieją ka­

wałkami i usychają. Kto się dobrze przypatrzy, to zobaczy na dolnej stronie takich częściowo poczer­

niałych liści delikatny białawy puszek na brzegu ty'ch ciemnych plam; ten meszek białawy cz y li pleśń można palcem zetrzeć. Z liścia wyrastają cieniutkie niteczki-rozgałęzione, a na nich wiszą jajowate dro bniutke pyłki, które łatwo odpadają. Niteczki te, to lest pewien gatunek pleśni roślinnej, a te pyłki jajo­

wate, co wiszą na nich, są zarodnikami tego gizybka, Czyli tem samem, czem nasienie u innych roślin.

G r z y b e k ten właśnie wywołuje zarazę ziemniaków.

S k o r o takie zarodniki pyłkowate i niewidzialne dla oka dostaną się do ziemi, do kropli wilgoci, to z nich zaraz wychodzą jeszcze drobniejsze zaro- dniczki żywe, które mogą w wodzie pływać, one rozłażą się między grudki ziemi i dostają się do bulw ziemniaczanych, a gdy raz na nich obsiędą, to zaraz kiełkują znowu i wrastają do ziemniaka, po­

wodując jego psucie się. Czasem gdy nastanie czas suchszy, grzybek taki się przyczai i nieraz przy ko­

paniu niewiele okazuje się zepsutych ziemniaków, a dopiero w kopcu psują się w ciągu zimy.

Jedynym wiadomym sposobem przeciw tej za­

razie jest przeszkodzić, aby s ;ę ten grzybek na liś­

ciach nie rozwijał i nie rozpleniał, wtedy się ją ogra­

niczy na parę krzaków. Inaczej zaś od jednego krzaka może się po calem polu rozejść. A b y temu przeszkodzić, skrapid się pole ziemniaczane płynem sporządzonym ze siarczanu miedzi czyli z sinego kamienia z wodą z dodatkiem wapna. Dwa kilo s i­

nego kamienia zawiesza się we woreczku płóciennym w beczce lub innem naczyniu drewnianem i daje się 50 litrów wody. W drugiem naczyniu daje się dwa kilo wapna palonego suchego i także 50 litrów wody i miesza się, aż powstanie jednostajne mleko wa­

pienne. T o mleko przecedzić należy przez płótno, wlać do rozczynu sinego kamienia i wymieszać. Taką to mieszaniną skrapia się pola ziemniaczane dwa razy do r o k u : raz, gdy ziemniaki na piędź od ziemi od­

rosły, diugi raz przed zakwitnięciem. Przekonano się już wiele razy o dobrym skutku takiego kropie­

nia, nietylko bowiem zarazę się tym sposobem zwal­

cza, ale i do bujniejszego wzrostu pobudza się zie­

mniaki i plon otrzymuje się wyższy.

Oprócz takiego zapobiegania przeciw zaraiie, trzeba wybierać wytrwalsze odmiany ziemniaków, które niełatwo jej ulegają. Odmiany nowsze dobre są zwykle wytrz)malsze niż dawne, które już zwyro­

dniały. Tcikże wszystko to, co wpływa na osuszenie gruntu, na szybkie odprowadzenie wody wierzchniej, więc drenowanie pól, okopywanie w kwadrat, wybru- zdowanie przyczynia się do ograniczenia zarazy.

R o z m a ito ś c i.

Śm ierć Nurka. W zbiorniku wodnym Bon- toon, skąd miasto Jersey City czerpie wodę, straszny los spotkał jednego z nurków, któremu polecono za­

toczyć wielką napełnioną ołowiem i ważącą dwie tony kulę drewnianą przed rurę odpływową, albowiem wymagała naprawy. Pewnego dnia o godzinie dru­

giej po południu nurek w odpowiednim stroju spu­

ścił się na dno zbiornika, na głębokość 72 stóp pod powierzchnią wody, i wkrótce potem zaczął dawać sygnały alarmujące. Próbowano wyciągnąć go z głębi, lecz wszelkie wysiłki okazały się daremnemi. Ponie­

waż syrgnały alarmujące nie ustawały, przeto zatele­

grafowano do Jersey City, skąd niebawem przybył pociągiem specyalnym oddział nurków. Najpierw kilku spuściło się w głąb i tam stwierdzili, że noga

j j nieszczęśliwego dostała się pomiędzy olbizymią kulę

a koniec rury żelaznej, z pod której wydobyć jej nie mógł. Czyniono nadludzkie wysiłki, by nieboraka z okropnego położenia oswobodzić; 4 konie ciągnęły linę, którą go w głębi w pasie przewiązano, na umy­

ślnie zbudowanej tiatwie umieszczono windę i nią usiłowano kulę usunąć — wszystkie usiłowania znów o kalały się daremne. Nurek zaopatrywany w po­

wietrze, od czasu do czasu dawał sygnały, że żyje.

Ostatni, bardzo już słaby sygnał przesłał na drugi dzień o godzinie 12 min. 30 po południu; gd y przez dłuższy czas nie nastąpił po nim nowy, jeden z nur­

ków spuścił się ponownie i widział twarz konającego już kolegi przez szkła je g o hełmu. Wyciągnięto tedy trzech nurków, którzy spuścili się poprzednio dla ratowania nieszczęśliwego, a ci, skoro dostali się na świeże powietrze, zemdleli z wyczerpania. G d y ich hię docucono, oznajmili, że skutkiem prądu wody całe ciało uwięzionego nurka zostało wciągnięte pod kulę. Męczarnie jego trwały zatem całą dobę.

Nieprzyjemne przebudzenie. W jednym z ka­

tolickich kościołów w Rosyi odbywał się ślub przy udziale licznych gośct. Ponieważ przed ślubem już wino było w robocie, nic więc dziwnego, że niejeden z pomiędzy gości zaprószył sobie głowę. Jeden z we- selników, któremu ceremonia wydawała się zbyt długą a stanie zbyt uciążliwe, usiadł wygodnie w ką­

cie kościoła i — zasnął. Przypadek chciał, że po odbytym akcie i po wyjściu gości z kościoła wnie­

siono ciało umarłego. Lecz nawet i żałosny głos dzwonów ni śpiew księży nie zdołały obudzić gościa.

Tymczasem i ta ceremonia się skończyła. Kościelny pogasił świece i zamknął kościół. Nadeszła noc.

O godz. 2-ej budzi się nasz g o ś ć ; lecz jakież było jego przerażenie, gdyż zamiast ślubu ujrzał katafalk!

Daremnie krzyczał i pukał do drzwi — nikt go nie słyszał. Przypadkiem natknął się na drzwi prowa­

dzące do dzwonnicy. Pobiegł na górę i począł dzwonić. Na ten hałas zbiegli się księża, kościelni

(8)

i sąsiedzi, i dopiero nieszczęśliwego wypuszczono z kościoła. Wypadek ten tak przerazi! zaspałego gościa, że zaprzysiągł się, nigdy w całym życiu nie pić żadnych alkoholicznych trunków.

Wyjaśnienie rycin.

T eatr narodow y i muzeum czeskie w P ra ­ dze. Czesi, dążący wszelkiemi siłami do postępu i zaznaczenia swej własnej kultury, zdobyli się już prawie na wszystko, co wogóle w takich trudnych warunkach wobec tylu przeszkód i wobec niewielkich własnych sił było możliwem. Posiadają wszelkie szkoły, począwszy od szkół ludowych a kończąc na uniwersytecie, posiadają silnie rozwinięty handel i kwitnący przemysł, posiadają więc także teatry i inne zakłady poświęcone sztuce i naukom, ja k aka­

demię, muzeum itd. Nasze ryciny przedstawiają teatr narodowy w Pradze (narodove divad!o) i muzeum królestwa czeskiego także w Pradze. W teatrze na­

rodowym zachwyca się liczna publiczność utworami swojskich mistrzów, lub wyborowemi dziełami obcej sztuki dramatycznej. Poezya czeska może się szczy­

cić licznym zastępem wybitniejszych przedstawicieli, jak Kolarz, Yrchlicky, lub muzycy Śmietana i Dvo- rzak, choć coprawda nie posiada takich geniuszów jak Mickiewicz, Słowacki iub Sienkiewicz. Lecz co do oświaty wśród szerokich mas ludności i co do rozbudzonej energii narodowej wśród tych mas to naród czeski jest pierwszy między słowiańskiem i;

i kpi sobie z wszystkich zakus i dążeń germaniza- cyjnych wściekłych wszechniemców na wzór krzyka­

czy Wolfa, Schonerera i innych. Z stolicy Pragi, niegdyś za czasów założenia teatru narodowego miasta niemal zupełnie niemieckiego, zrobił naród miasto czeskie o cechach miasta słowiańskiego.

W *

Skrupulatny.

Między przyjaciółmi.

— Dlaczego w testamencie żądasz, aby na zwłokach twoich dokonano sekcyi?

— Pragnę się przekonać, na co właściwie umarłem.

Z datn y na papier.

— No i cóż, pański L eon ek -?

— A ż już nie wiem, co mam z nim robić, mu­

szę go oddać do fabryki papieru...

— Poco?

— No, przecież to gałgan, jakich m ało !

Z a c n y Icek.

— Cóż to, Icku, podobno wyratowaliście z wody Macieja ?

— Nu, jak ja mógł jemu dać się topić, jeżeli on mnie winien 5 talary?

Gruba żałoba.

Wdowiec przychodzi do proboszcza, by mu do­

nieść o zapowiedziach. s

— Jakto — mówi proboszcz — trzy miesiące minęły od śmierci żony, a wy ju ż chcecie brać inną?

— A no, wielmożny księże proboszczu, nie mo­

głem prędzej, bo mi się nic stósownego nie trafiło.

Czuły siostrzeniec.

— Pragnę ci zapisać, mój siostrzeńcze, cały majątek, ale z jednym małym warunkiem...

— Słucham.

— Będziesz mi do' śmierci płacił pensyjkę maleńką.

— Z wielką przyjemnością, choćby i — n aj­

mniejszą.

W yrzut.

— Coś ty taki smutny ?

— Miałem wczoraj bardzo przykry wyrzut.

— Sumienia ?

— Nie. Oświadczyłem się o bogatą Zofię i jej ojciec za drzwi mnie wyrzucił.

--- * . # « * ---

S Z J Ł R J L n A .

Zbyt trudnem jest bracie drogi Wśród drugich wyciągnąć nogi;

Jeszcze trudniej zdaje się tobie,

G d y pierwsze, trzecie masz przy sobie..

Trzecie, pierwsze wielce służy Kobietom i to w podróży.

Gd y zajedziecie do całości Ominą was te przykrości.

Z a rozwiązanie powyższej szarady przeznacza- my nagrodę.

Rozwiązanie zagadki z nr. 20-go:

A — tra— men— ty.

Dobre rozwiązania nadesłali:

Ja n Szulc, Poznań, Filip Bibrzycki, z Krakowa, Albina Landkocz, Łubom, Maks. Ciemięga i Michał Rzepka Katowice, Ant. Brychcy Huta Bismarka, Jan Stachura, Bogucice, Marya Papiernik*, Janów, Jan Adamczyk, Bieruń, An na Sosna, Laurahuta, Juliusz Broda, Huta Bismarka, Fr. Moroń, Jan Kędzior, Jan Czmajduch, Grzawa, Rafał Weiskeler, Zawodzie, Jó ze f K n o p , Stare Zabrze, W awrzyniec Kuciera, Laurahuta, Ignacy Chłapek*, Uchylsko, Jan Krząkała z Bykowiny, Ryszard Bodynek, Świętochłowice, To-

| masz Mieliczek, Kochłowice, Wojciech Kużaj, Bruch, Jadwiga Badura i Franciszek Rychter, z Roździenia, Franciszek Porada i Jan W erner z Lipin, Kunegun-

| da i Wacław Lipiński, Konstantyn Lipski, Stanisław Nowak, Mała Dąbrówka, Agnieszka Bodynek, Ś w ię ­ tochłowice, Jó z e f Zasiura, z Chropaczowa.

2 nagródy, które przypadły tym, co oznaczeni

j są gwiazdkami, jużeśmy wysłali.

---

N akładem i czcionkam i »G órnoślązaka*, spółki w ydaw niczej z ograniczoną odpow iedzialnością w Katow icach.

R edaktor odpow iedzialny: A ntoni W ciski w K ataw icack.

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :