Rodzina Chrześciańska, 1904, R. 3, nr 18

Pełen tekst

(1)

odzina chrz

Pisemko poświęcone sprawom religijnym, nauce i zabawie.

Wychodzi raz na tydzień w JYiedzie/ę.

Bezpłatny dodatek do „Górnoślązaka** i „Straży nad Odrą“

Z:

Na Niedzielę piątą po W ielkiejnocy.

Ewangelia u Jana świętego

w 'R o zd ziale X V I.

Onego czasu: Rzekł Jezus Uczniom swoim : ^ Z a­

prawdę, zaprawdę powiadam wam: jeśli o co prosić będziecie Ojca w imię moje, da wam. Dotychczas o nic nie prosiliście w imię moje: proście, a weźmie­

cie, aby radość wasza była pełna, tom wam powie­

dział przęz przypowieści. Przychodzi godzina, gdy już nie przez przypowieści mówić wam będę, ale ja ­ wnie o Ojcu oznajmię wam. W on dzień w imię moje prosić będziecie, a nie mówię wam, i l ja będę Ojca prosił za wami: albowiem sam Ojciec miłuje was, żeście wy mię umiłowali i uwierzyli, żem ja od Boga wyszedł. Wyszedłem od Ojca, a przyszedłem na świat, znów opuszczam świat, a idę do Ojca.*

Rzekli Mu uczniowie je g o : »Oto teraz jawnie mówisz, a żadnej przypowieści nie powiadasz. Teraz wiemy, ie wszystko wiesz, a niepotrzebać, ieb y Cię kto py­

tał: dla tego wierzymy, iżeś od Boga wyszedł, i

E w angelia św .

m uroczystość W n ie b o istp iia Pańskiego,

u św . M arka w rozdz. X V I.

Onego czasu: Gdy jedenastu Uczniów u stołu siedziało, ukazał się im Jezus, i wymawiał niedowiar­

stwo ich i zatwardziałość serca, iż tym, którzy Go widzieli, że zmartwychwstał, nie wierzyli. I mówił im: >Idąc tedy na wszystek świat opowiadajcie Ewan­

gelią wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzci się, abawion będzie, a kto nie uwierzy, będzie po- tępion. A cuda tych, co uwierzą, te następować będą: W Imię moje czarty będą wyrzucać; nowemi językami będą mówić: węże będą brać, i choćby co śmiertelnego pili, szkodzić im nie będzie; a niemocne ręce będą kłaść, a dobrze się mieć będą.« A Pan Jezus potem jako do nich mówił, wzięty jest do nieba, i siedzi na prawicy Bożej. A oni wyszedłszy, prze­

powiadali wszędy; a Pan dopomagał i utwierdzał mowę przez cuda, które następowały.

Matka Boska Pocieszenia.

Powieść historyczna z XVI-go wieku.

& --- “

(Ciąg dalszy.)

Kobiety rozpłakały się. Słudzy Sirtorich zrobili na prędce nosze z gałęzi, położyli na nich ciało don Alfonsa i cały orszak podążył ku zamkowi.

Cypryan i Brygida, podziękowawszy Matce B o­

skiej i Sirtoiim za opiekę, spieszno udali się do do­

mu; po drodze opowiadali wszystkim ważną nowinę

— a gdy się dowiedział sołtys, zawołał radośnie:

— Cieszcie się dzieci, don Alfons nie zostawia potomstwa, a więc będziemy wolni, jak byliśmy wpizo- dy, rządowi tylko podlegać mamy, a nie magnatowi i jego służalcom!

S.rtori, posłyszawszy ostatnie słowa umierają­

cego, wziął z jego ręki kluczyk, a teraz zajmowała go tylko jedyna myśl: Czy żyła jeszcze ukochana matka, czyli też tylko miał zobaczyć jej grób lub zwłoki... Niepokój dręczył go okropny, tymczasem orszak zwiększał się i pospieszyć nie było sposobu.

Tłumy chłopstwa napływały ze wszech stron, dążąc na zamek z krzykiem:

— Śmierć panom 1... jesteśmy wolni!... rabować!

walić przeklęte mury zamczyska!...

Tymczasem dworzanie, widząc rozjątrzone tłumy pospólstwa, zamknęli bramy, ściągnęli mosty z murów, ukazując się zbrojno wołali:

— Rozejdźcie się! murów rękami nie zwalicie!

Wtem ukazał się Sirtori na koniu, stanął przed bramą, podniósł rękę, odzywając się:

— Bądźcie spokojni, otwórzcie mi, puście mnie do zamku, daję wam słowo rycerza, że nikomu nic się złego nie stanie. Ani ja, ani ludzie moi, żadnej wam nie wyrządzą przykrości. Patrzcie, oto psn wasz, umierający, dał mi ten kluczyk, mówiąc, źe matka moja, hrabina Perego, jest zamknięta w wię­

zieniu, a klucz ten jest od drzwi, które do niego prowadzą. Wy może wiecie o tem ! Proszę was, puśćcie mnie, nic więcej od was nie żądam !

Nadleśny, który właśnie najwięcej gospodaro­

wał w zamku, pamiętał dobrze, jak przed laty z roz­

kazu pana, porwał był hrabinę a pozabijawszy jej ludzi — uniósł ją do zamku i oddał w ręce pana, który za to hojnie nagrodził jego i całą bandę ra­

busiów, którym przywodził. Ale od tej chwili nie słyszał nic o nieszczęśliwej ofierze, i pewnym był, że oddawna już nie żyje i jest w jakim tajemniczym lochu pogrzebana. Nie mieściło się tedy w głowie

(2)

138

nikczemnika, aby klucz, będący w ręku Sirtoriego miał otwierać jakieś więzienie, sądził, że prędzej mu­

siał to być ów skarb ukryty, o którym słyszał od dawna. To też odezwał się do Sirtoriego:

— Nie wątpisz pan, że przy pomocy tych tu ludzi mógłbym wytrzymać miesiąc cały oblężenie formalne zamku, nie chcę jednak korzystać z mojej pozycyi i wpuszczam pana z jego ludźmi do zamku, ale wprzód żądam słowa, że mnie i moim ludziom wolno będzie wyjść ztąd, kiedy nam się spodoba, ze wszystkiem co mieć będziem przy sobie!

Zacny sługa myślał o dobrem obładowaniu się przy rabunku.

Jakkolwiek wstrętnem było dla Sirtoriego trak­

tować z tego rodzaju człowiekiem, dał jednak żądane słowo. W tej chwili spuszczono mosty i otworzono bramy.

Sam tylko orszak Aleksandra miał dostać się do zamku, ale cały tłum pospólstwa wcisnął się za nim na podwórze, i kto wie, do czegoby dojść mo­

gło, gdyby nie sołtys, który silnym głosem wzywał do porządku, nakazywał wasalom spokojne zacho­

wanie się w zamku nieboszczyka, jeśli chcą odzy­

skać złotą wolność, która miała być udziałem ich piadziadów.

I zapanował spokój i porządek w bezładnym tłumie.

Sirtori, z kluczem w ręku, pytał o sypialnię don Alfonsa.

Nadleśny zastąpił mu drogę.

— Proszę pana o klucz — i sam otworzę i za­

wołam pana, jak znajdę drzwi i zamek.

Sirtori, mając w pamięci ostatnie słowa umie­

rającego, upierał się przy swoim zamiarze, ale nie mogąc ani pr )śbą ani obietnicą przekonać upartego Fianciszka, oddał mu klucz nakoniec. Sługa oddalił się szybko, a nie dając czasu Sirtoriemu, ab_y za nim podążył, zniknął wśród dobrze znanej scbie drogi, przysionków, komnat i korytarzy.

Sirtori, żona jego i dworzanie, którzy ani na krok nie odstępowali młodej pary, stali, oczekując z niecierpliwością powrotu nadleśnego.

W tej chwili rozległ się w tłumie krzyk przs- raźliwy.

— D yab eł!... dyabeł!...

Istotnie huk straszny wstrząsnął zamkiem — za­

pach prochu i siarki dał się czuć w powietrzu. Lud zaczął się cofać za bramy.

Ale Sirtori, mający na myśli matkę swoję, g o ­ tów był iść choćby w piekło — nie czekając dłużej, wbiegł na schody, za nim pospieszyła żona, żegnając się i szepcząc modlitwy, ciekawość przemogła strach w niektórych obecnych i ci także z daleka za nimi iść zaczęli.

Wiedziony przeczuciem, przybył Sirtori do sy­

pialni don Alfonsa, ale tu dym czarny zaciemnił zu ­ pełnie światło, po chwili straszny widok przedstawił się oczom obecnych.

Drzwi ukryte za firankami łóżka, były otwarte, a w nich leżał poszarpany trup nadleśnego.

Taką bowiem była niespodzianka, przygotowana pizez mściwego magnata dla Sirtoriego w razie jego śmierci, był pewny swojej zemsty', oddając klucz z po­

leceniem, aby sam drzwi otworzył.

Los jednak zdziałał inaczej i zamiast niewinnej ofiary wspólnik zbrodni odniósł zasłużoną karę.

Po za otwartemi drzwiami ukazały się schody, prowadzące na dół. Sirtori, zapaliwszy pochodnią, szybko po nich schodzić zaczął, długo szedł coraz głębiej aż nareszcie skończyły się schody i znalazł się w ciasnej celi — tu przy słabym świetle swojej

pochodni dojrzał coś czerniejącego się na ziem i; po­

chylił się, było to ciało kobiety.

Nie zna jej... ale słowa don Alfonsa.., wreszcie przyspieszone uderzenia serca mówią mu, że to jego matka.

— Matko!... matko!.... — woła, ale napróżno...

ciało zimne i nieruchome leży bezwładnie na ziemi.

Porywa je na ręce, i blady, drżący, idzie po schodach na górę...

Gdy się ukazał we drzwiach gabinetu, obecni od łez wstrzymać się nie mogli, tak straszny i smutny był widok kobiety, wyniesionej z tego grobu, w któ­

rym od lat tylu cierpiała.

Złożono ją na łóżku, zaczęto rozcierać, ogrze­

wać — powoli powróciła do życia.

WT pierwszej chwili nieszczęśliwa kobieta mnie­

mała, że Bóg zlitował się nad nią i zesłał śmierć, o którą napróżno błagała od lat tylu.

Światło dzienne, powietrze czyste, głosy ludzkie, wszystko to w3’dało jej się nadziemską rozkoszą.

Podnosiła i przymykała powieki, aby p iz e k o n a ć

się, czy rzeczywistość nie była marzeniem.

Oczy jej spoczęły nakoniec z upodobaniem na postaci pięknego młodzieńca, klęczącego przy łóżku, który przyciskał rękę jej do ust swoich. Lecz głosu jednakże wydobyć nie mogła. Milczała przecież już

od lat tylu...

— Matko!... matko dioga!.,. To ja t>vój Oleś —- czy mnie nie poznajesz?

Głos syna poruszył struny macierzyńskiego serca, łzy polały się strumieniem z jej oczu, przycisnęła Aleksandra do piersi; zaczęła go pieścić, całować, jak niegdyś małego cbłopczynę, tę jedyną pociechę po śmierci ukochanego małżonka.

Gdy przyszła do równowagi, opowiedziała smu­

tne swoje przygody.

Gdy ją porwano i sprowadzono do zamku, don Alfons otoczył ]Ą przepychem, chciał ją sobie pozy­

skać łagodnością, gdy jednak na nic to się nie przy­

dało, gdy przykonał się, że zabójca męża wstręt tylko i obrzydzenie budził w szlachetnej kobiecie, zniena­

widziwszy ją, wtrącił do więzienia, prześladował i co dnia rzucając jej bochenek razowego chleba i dzban wody, dodawał straszne obelżywe wyrazy.

Lata minęły w ciemnej, wilgotnej piwnicy, w śró d

takich cierpień fizycznych i moralnych śmierć wyda­

wała jej się jedynem możliwem dobrodziejstwem.

Ale teraz, gdy nakoniec wióciła do świata żyjących, widziała obok siebie ukochanego syna, piękną i młodą synową, bogosławiła Boga za to niespodziewane szczęście — a wszystko co przecierpiała, wydało się strasznym, nużącym snem.

Przy dokładnem obejrzeniu sypialni don Alfonsa, dostrzeżono, że celka, w której trzymał lat tyle bie­

dną niewinną ofiarę, była w miejscu, gdzie stało łóżko, a tym sposobem straszny ten człowiek mógł napawać swą zemstę jękami nieszczęśliwej; drzwj prowadzące do podziemia znajdowały się po za ołta­

rzem Matki Boskiej Łaskawej, na którym stała żela­

zna klatka z czaszką dziadka Alfonsa.

jakkolwiek Isacchi, dobrze przygotował się na spotkanie Siitoriego, założył jednak własnoręcznie minę pod drzwi, prowadzące do podziemia — dbały przedewszystkiem o spełnienie swych zbrodniczych zamiarów.

Ale Bóg pomieszał szyki i tylko wspólnik wszyst­

kich jego zbrodni poniósł zasłużoną karę.

(Dokończenie nastąpi.)

(3)

Między Francyą a Hiszpanią, od Morza śród­

ziemnego do Atlantyku ciągną się niby wał olbrzy­

mi góry, 'pyrenejskie, tworzące naturalną granicę między dwoma spokrewnionymi narodami, francuskim i hiszpańskim. Są to wysokie góry o stromych

G óry pyrenejskie.

spadkach, poprzerzynane dolinami poprzecznemi.

Najwyższe szczyty są Mont Perdu i Maladetta, okryte śniegiem świecącym z daleka. Mieszkańcy są na północnej stronie Francuzami, na południowej Hi­

szpanami. Tam brzmi w ustach ruchliwego Gaskoń- czyka wygładzony język fr a n c u s k i, który jako na­

rzecze południowo-fraucuskie ma osobliwy koloiyt i przypomina już nieco

pokrewny język hiszpań­

ski. Na południowej znowu stronie słychać dźwięczny i poważny ró­

wnocześnie język hi­

szpański. Mieszkańcy są czystego typu ro­

mańskiego, znamienną ich brunatna cera, cie­

mne oczy i czarne wło­

sy. Twarz ich ma przy­

jemne rysy, szczególnie niewiasty odznaczaią się w młodszych latach niezwyczajną pięknością Prócz Hiszpanów mie­

szkają w południowo-za­

chodniej sironie także Baskowie, pochodz.ący od najdawniejszych mie­

szkańców półwyspu hi­

szpańskiego. Dzięki gó­

rom pyrenejskim two­

rzącym naturalną granicę między Hiszpanią i Fran­

cyą, nie b^jo nigdy"'iakich s ta r ć narodowościowych i politycznych, j akn. p. między nami Polakami i Mo­

skalami lub Niemcami. Góry Pyrenejskie są wałem ochronnym dla obu narodów przeciw wzajemnym napadom. Nigdy ani Francuzi ani Hiszpanowie nie panowali przez dłuższy czas nadsąsiadem . Jak się rozumie, panuje rozbójnictwo w"tych górach mało zaludnionych i pełnych kryjówek, gdzie zuchwałych rabusiów nie dosięgnie żadna pogoń. Napaści na podróżnych zdarzają się nieomal co dzień. Lecz ra­

busie nie są to dzikimi zbrodniarzami, lecz w swem niecrem rzemiośle łączą odwagę z pewną dziką ro-

matyczną rycerskością, która im nie pozwala być nikczemnymi podlcami. Taki rabuś do tego uważa swe rzemiosło za coś chwalebnego i rycerskiego, uważa się wprost za obrońcę uciemiężonych. Również zachowuje cześć dla swej wiary. Wierzy w Boga, modli się i biada temu, ktoby w jego obecności śmiał ujemnie się wyrażać o Matce Boskiej. Bo każdy prawdziwy rabuś uważa się za obrońcę czci »M^- donny*. Daremnemi były dotychczas wszystkie rze-

Jczioro PO w Pyrenejach.

czywiste czy tylko udawane usiłowania władz dążące do ograniczenia lub zupełnego wytępienia rabusiów.

Rabusie przekupują urzędników i policyę, prócz tego mają pomocników w ka*dej wiosce, a wogóle mało się tają z swem rzemiosłem. Niektórzy bogatsi mie­

szkańcy płacą rabusiom pewien podatek, aby tylko być pewnymi od napaści.

Pyreneje przedsta­

wiają widok imponują­

cy, wspaniały. Są co prawda krajobrazy peł­

ne południowego wdzię­

ku, lecz przeważa tu dzika, nienaruszona ro- mantyczność pełna du­

mnej powagi. Hardo piętrzą się niebotyczne szczyty i dumnie spo­

glądają na wesołe b ło ­ nie południowej Francyi i na Hiszpanię.

Widok obu sąsiednich krajów jest odmienny, bo na północ jest gęsto zaludniony kraj o wy­

sokiej kulturze, na po­

łudnie znowu widać długie pasma gór stro­

mych, nagich, bez ro­

ślinności. W tych gó­

rach tak samo jak w Pyrenejach panują iście afrykańskie upały. Z ciemno błękitnego nieba pali niemiłosiernie słońce.

Gdzie jest dość wody, wywołują gorące promienie bogatą niemal podzwrotnikową roślinność. Na za­

chód sięgają Pyreneje aż do zatoki Biskajskiej, nie­

bezpiecznej dla żeglugi, bo jest tutaj morze bardzo niespokojne i często rozhukane silnemi wichrami.

W północno-zachodniej części gór Pyrenejskich leży też słynna miejscowość Lourdes, gdzie rokrocznie zjeżdża wielka liczba pątników z całego świata. Wielka ilość większych i mniejszych potoków i rzek tworzących częste wodospady, biegnie bystrym prądem ku do­

linom i dalej do morza. Również znajdują się dość M ieszkańcy dolin pyrenejskich w stroju ludowym .

(4)

140

wysoko stawy i jeziora, przypominające jeziora w na­

szych Karpatach. Z zwierząt znajdują się w Pyre­

nejach kozice, świstaki i liczne jeszcze wilki i nie­

dźwiedzie, które często wielkie szkody wyrządzają napadając na trzody owiec lub bydła.

Poświęcenie braterskie.

W Tulczynie, miasteczku dawniej polskiem, po- łoźonem w południowej stronie Rosyi, na rynku stała gromada podolskich chłopaków; sołdaty z karabina­

mi otaczali ich do koła, a niewiasty, trzymając w rę­

kach podróżne tlumoki, zanosiły się od płaczu. Spra- wnik ogląda chłopka po chłopku, a biada temu, po ktorego opatizeniu rzeknie: »Łob«, bo to znaczy, źe zdatnym jest do wojska, źe mu trzeba strzydz głowę i oblec go w suknie rekruta.

Gromada ze drżeniem słucha tego słowa : łob — i zą kaźdem jego wyrzeczeniem nowetni zalewa się łzami. I słusznie, bo rekrut pójdzie zdała od rodziny, zapędzą go, Bóg wie jak daleko, zapomni swej o j­

czyzny, języka, a czasem i wiary! Nie zoba«zy go już ojciec ani stara jego matka, która załamując

ręce, w oła: *

— Na to żem cię nieszczęśliwa wychowała,"abyś mię tak prędko na zawsze opuścił?

Rekrut, odziany w szynel i oddany pod straż kozaka, wygląda jak winowajca skazany na śm ierć:

blady z żalu i trwogi, którą powiększa jeszcze płacz zebranej obok niego rodziny.

— Mateusz z Pietniczan! — zawołał sprawnik na młodego wieśniaka, na którego twarzy znać było jeszcze ślady wczorajszego pożegnania z żoną, ze

starym ojcem i trojgiem maleńkich dziatek.

Wieśniak wystąpił z grom ady; był młody, do­

rodny, wszyscy więc oczekiwali tego słowa łob, które przecież powstrzymało się w ustach sprawnika na głos człowieka, biegnącego śpiesznie przez rynek, i wołającego z całej siły:

— Wstrzymajcie się, wstrzymajcie!

W szyscy zwrócili się w stronę przybywającego, który się zatrzymał przed sprawnikiem, i wskazując na Mateusza, powiedział:

— To nie ten ma iść do wojska, ale ja. Ode­

ślijcie Mateusza do Pietniczan, ja Jędrzej, brat jego, staję na jego miejsce.

— Jędrzeju, ja nie pozwolę, żebyś ty poszedł za mnie cierpieć!

— Takiem prosił Boga — odrzekł chłopak — żeby przybyć na czas; piechotą z pod Bałty kawałek drogi! ale jednak zdążyłem ; jesteś więc ocalonym.

Mateusz opierał się, a obecni płakali; Jędrzej dodał:

— Krótka sprawa, bracie; ty masz żonę i dzieci, co tam płaczą za tobą; ja jestem sam jeden. Wracaj więc do nich i pozdrów ojca odemnie.

Na wspomnienie żony i dzieci, Mateuszowi łzy w oczach stanęły. Uścisnął więc brata z uczuciem nieokreślonej wdzięczności i oddawszy mu garstkę pieniędzy, które był sobie na drogę przysposobił, rozpłakał s ę jeszcze tjz nad nim i ruszył do Pie- tnicaan.

W ieczćr był na schyłku. Mateusz zbliżył się po cichu do okna swojej chaty, aby zobaczyć, co też w niej robią.

Jakoż, przy palącym jeszcze ogniu na kominie, ujrzał dokładnie starego ojca w ponurem pogrążonego ; zamyśleniu i żonę z załamanerri rękami, której szlo- ehanie sąsiadki jak mogły uspakajały.

Płacz i krzyk nieszczęśliwej matki c o chwila budził troje małych dziatek, śpiących na n ie ro ze b ra -

nem łóżku.

— Już ja go nigdy nie zobaczę! — wołała Ma- teuszowa w rozpaczy — o! biedni my biedni 1

— O nieszczęśliwy ja ojciec! — dodawał stary.

Te wykrzykniki rozdzierały serce Mateuszowi, stojącemu pod oknem : nie mogąc więc znieść ich dłużej, wpadł jak kula na środek izby, wołając:

— A dyć ja jestem tutaj, nie płaczcież, bo mi serce pęka.

Wyobraźcie sobie, co za radość gwałtowna na­

stąpiła po całodziennej rozpaczy! W jednej chwili ojciec, żona i sąsiedzi obskoczyli rekruta, lozycząc, płacząc i zanosząc się z radości. Dzieci rozbudzone, rozespane jeszcze, powstawały z łóżka, biegnąc do ojca, który siadłszy nareszcie na ławie, pobrał ]e na ręce, gdzie po chwili na nowo zasnęły.

Mateusz pokrótce opowiedział rodzinie, co się z nim przez ten czas działo i jakim sposobem został uwolniony.

Wszyscy słuchali w milczeniu, a gdy w końcu opowiadania dowiedzieli się o postępku Jędrzeja, 0 jego poświęceniu się braterskiem, klękli ze łzą w oku kolo obrazu Najświętszej Panny, modląc się 1 prosząc o szczęście, dobre powodzenie i rychły powrót jego.

Piotr Chmielowski.

Ubył nam znowu człowiek wielkiej nauki, wiel­

kiej pracy i wielkiej zasługi — umarł Piotr Chmie­

lowski.

Nie znali go czytelnicy nasi, nie znało zapewne i bardzo wielu z tych nawet, którzy się mienią być wykształconymi. Mimo to jednak nauka, następnie zaś mozolna i płodna pisarska piaca zmarłego zna­

komicie przyczyniły się do rozwoju i podniesienia na wyższy szczebel umysłu narodu naszego, a już, co najmniej, to nauka i praca Chmielowskiego zna­

komicie przyczyniły się do gruntownego poznania ducha całej naszej przeszłości.

Z pokolenia w pokolenie, ze stulecia w stulecie, zmienia się ludzkość, bo zmienia się duch jej i ura­

bia się on, kształci, oświeca, rozszerza swoje poję­

cia, a skutkiem tego zaczyna spostrzegać to, czego dotąd nie widział i nie rozumiał. Weźmyź pra-pra- ojca naszego, który siedział gdzieś na skraju lasu, ryby łowił, zwierzynę oszczepem zabijał, mięso, pie­

czone wprost na ogniu jadał, skórami się okrywał, bałwanom kłaniał — co ten rozumiał i co wiedział w porównaniu z nami, dziś żyjącymi ? Myślał tylko o tem, żeby swe życie zachować i dlatego starał się o pożywienie; nawet bożkom różnym składał ofiary dla odwrócenia od siebie niebezpieczeństwa iycia, gdyż sądził, źe będzie to skuteczne. Wogóle była to natura gruba, nieokrzesana, bo duch w niej był zdrętwiały, zawierający dopiero g ro d e k teg«, czem być mógł i jest.

Naród nasz, jak inne, był w stanie prostoty, tej prostoty, którą możnaby było przyrównać bodaj do dzikiego życia roślin leśnych ; nikt się o nie nie troszczy, a i same one o siebie troszczyć się nie mogą, więc żyją, rozmnażają się i umierają, ale się nie uszlachetniają. Człowiek wszakże to nie roślina.

Ma on w sobie tchnienie Boże, ma ducha, a ten może się uszlachetnić i rozwijać.

I naród nasz z biegiem lat, z biegiem wieków uszlachetniał się. Duch jego urabiał się, rozwijał,

(5)

coraz to nowem doświadczeniem. Przyjęcie świętej wiary Chrystusowej, dalej poznanie sztuki czytania i pisania, a potem szkoły rozwój tego ducha dzielnie pchnęły naprzód.

Duch ukształcuny pragnie ze siebie wydać owoce. Początkowo owoce te są słabe, nikłe, jak nikłemi bywają pierwociny rozwijającego się ducha.

I naród nasz, stając z biegiem czasu na coraz wyż­

szym szczeblu, starał się wydawać owoce swego ducha. I wydawał je w utworach pisanych, w pie­

śniach lub w uwagach różnych, dotyczących życia publicznego. Stąd powstały pierwsze nasze księgi, najpierw tylko pisane, a potem i drukowane. Drogo­

cenne to;zabytki przeszłości! Dowiadujemy się z nich o stanie; umysłowym ówczesnych .ludzi; a gdy je zbierzymy z lat wielu, zmiarkujemy, jak się duch ojców naszych stopniowo zmieniał i urabiał a desko nalił coraz bardziej. Początkowo szło im to, jak po grudzie. Ojcowie więc nasi najpierw robili tylko zapiski rozmaitych zdarzeń, powtarzali zasłyszane le- giendy i opowiadania, wyrażali swe uczucia religijne, lecz nie tworzyli jeszcze nic, coby naprawdę było owocem ich ducha.

Ale rozwój szedł swoją drogą naprzód, a za nim i twórcza siła ducha narodu naszego postępo­

wała. Mieliśmy więc tak wielkich pisarzów, jakim był dziejopis Jan Długosz i poetów, jak Jan Kocha­

nowski, Szymonowicz, Sarbiewski; mieliśmy uczonych jakim był znakomity na świat cały Mikołaj Kopernik, a pisarzów tych, dziejopisów i uczonych z biegiem czasu mnożył się zastęp duży, dzieła ich zaś stwo­

rzyły nieobliczone skarby m y ś l i p o l s k i e j , jej dorobku wiekowego, skarby, zawarte w tysiącznych księgach.

Przez tysiąc lat, początkowo mało, a następnie w coraz większej ilości i bogatszej treści, mnożyły się w księgach owoce ducha naszych pisarzów. Ale te księgi były porozrzucane po domach, szkołach wyższych i po klasztorach. Nie znano ich całości, nie myślano o tem, żeby się w skarbach owych ro­

zejrzeć, zbadać je, uporządkować i tak uporządko­

wane oddać do użytku następnych pokoleń. Dopiero na początku 18-go wieku znależlijsię miłośnicy owych starych ksiąg i pamiątek; ci więc zaczęli wszelkie dzieła pisarskie gromadzić w swoich księgozbiorach.

Robili to dwaj bracia biskupi Załuscy, Czartoryjscy, Krasińey, Zamoyscy, Ossolińscy i inni. Rozejrzano się w zgromadzonych przez nich skarbach i prze­

konano się, żeśmy się w ciągu tysiącolecia ogromnie zmienili, że duch narodu podniósł się lak wysoko, że nawet porównać się nie dał z duchem pierwszych ojców.

Ale do zbadania tych skarbów duchowych przod­

ków naszych potrzeba było i pracy nielada i nauki wielkiej. Próbowali tego dokonać różni, nawet uczeni ludzie wieku J8-go, a następnie. 19-go i zrobili nie­

mało, bo z gruba przynajmniej uporządkowali różne utwory pisarskie. Rzeczywistego jednak zbadania ich treści, rzeczywistego wydobycia myśli głównej dokonał^dopiero we właściwym stopniu Piotr Chmie- ljwski.

Śp. Piotr Chmielowski urodził się w r. 1848 we wsi Zawodyńcach nad Smotryczem w okolicy K a­

mieńca Podolskiego. Nauki gimnazyalne pobierał w Warszawie, a następnie od r. 1866 kształcił się w byłej Szkole Głównej, potem dwa lata uczęszczał na uniwersytet w Lipsku, gdzie też uzyskał stopień doktora filozofii. Jeszcze będąc młodzieńcem, zaczął już pisywać do gazet, a podawał w nich rozprawy naukowe, dotyczące przedewszystkiem rozwoju ducha

tem zaczął czytać i badać dzieła wszystkich pisa­

rzów polskich, począwszy od najstarszych, a kończąc na ostatnich, i na tych nawet, którzy podawali swoje utwory nie w książkach, ale w gazetach. Czytywał wszystko, czytał zaś tak umiejętnie i badawczo, że potrafił ocenić każdego pisarza, potrafił jego myśl pochwycić, zamiary poznać. A poznawszy je dokła­

dnie, w osobnych sprawozdaniach podawał do wia­

domości i dla pożytku swego ogółu.

Stąd powstało wspaniałe dzieło Chmielowskiego

»Historya Literatury*, czyli piśmiennictwa polskiego, stąd powstał szczegółowy jego rozbiór utworów i ży­

cia Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Z y ­ gmunta Krasińskiego, Kraszewskiego, Sienkiewicza i wielu, wielu innych niepospolitych pisarzów naszych.

Nie policzyć tu wszystkich dzieł i prac śp. Pio­

tra Chmielowskiego. Napisał ich ilość bardzo wielką a we wszystkich starał się wysługiwać, badać i roz­

bierać owoce ducha pisarzów polskich, ducha zatem kwiatu narodu naszego.

Śp. Piotr Chmielowski był krytykiem piśmien­

nictwa polskiego. A nie był to krytyk, któryby się w utworach różnych dosługiwał tylko złego. N ie!

To był przedewszystkiem badacz tego ducha, który się wypowiadał w pisanych księgach; to był ścisły, sumienny a dzielny i rozumny badacz, który pragnął nam pokazać, czem byliśmy, czem jesteśmy i jakich naród miał ludzi w przewodnikach duchowych. A nigdy nie opuszczał śp. Chmielowski sposobności, żeby nie wskazać, z czego zwłaszcza w utworach pisarskich można się nauczyć.

Nie nadszedł jeszcze czas, żeby wszyscy, żeby ogół cały mógł czytać dzieła Chmielowskiego. Przez niego wszakże i przez prace jego wszyscyśmy się dowiedzieli, jak wielka różnica zachodzi u nas po­

między stanem umysłowym i duchowym naszych czasów, a czasów odległych; przez niego też dokła­

dniej poznaliśmy wielkie bogactwo duchowe dawnych

! j i obecnych pokoleń.

Piśmiennictwo jest najlepszym owocem ducha narodu, & Chmielowski właśnie napisał, jak dotąd, najlepszą historyę tego piśmiennictwa, więc rozwoju ducha i to w najdrobniejszych szczegółach i obja-

j | wach jego.

Przez niego synowie i wnuki poznają ojców i dziadów, a pokolenia nowe lepiej będą rozumiały swych przodków. Na tem właśnie polega wielka za­

sługa śp. Piotra Chmielowskiego.

A zasługą też jego jest, że on pierwszy w ba­

daniach swych nie pominął i piśmiennictwa dla ludu.

Naród rozwija się i ducha swego wzmaga aż do ostatnich jego ogniw — do ludu. Ostatniemi czasy dla ludu tego napisano wiele książek, a wszystkie one dają obraz tego, co lud czyta, czytać może i na czem się kształci.

Śp. Chmielowski wiedział o znaczeniu tego pi­

śmiennictwa, nie pomijał go też w swoich badaniach, ale owszem na kartach swych dzieł i prac pomniej­

szych (np. w »Ateneum«) poddawał je pilnemu a szcze­

rze życzliwemu rozbiorowi.

Pracowity swój żywot zakończył śp. Chmielo­

wski w 56-ym roku życia we Lwowie, gdzie był pro­

fesorem literatury polskiej na uniwersytecie. Umarł dnia 22 kwietnia.

Czeić jego pam ięci!

(6)

142

Kwiaty słowiańskie.

G d y najmilszy z rajów Ziemi widzieć chcesz.

Do słowiańskich krajów Zbierać kwiaty sp iesz;

Na słowiańskiej ziemi, Wieczna wiosna trwa, Pięknościami swemi Wiecznie w duszy gra.

Jej kwiaty — dziewice, To aniołów zbiór, Bo anielskie lice Jest słowiańskich c ó r ;

Miłe, krasne, hoże, Któż im hołdów swych Nie złoży w pokorze, Nie pokocha ich ? Czy czeskie dzieweczki Pieścisz okiem twem, Co jak turkaweczki Bawią głosem swym ; Czy Rusinki krasne Czarnookie znasz;

Czy jak zorze jasne Polki w sercu masz.

Każda w duszy budzi Rajskich uczuć świat, NajszczęśliwsEyś z ludzi, Z aniołamiś brat.

Lecz w tem pięknych kole Ja wybrałem już,

I me Polki wolę W tej krainie róż;

Lube gdy ich oko Czucia zatli łzą, Wzniesione wysoko Kwiatem duszy są.

--- — ^ ---

Poradnik gospodarczy.

S ie w hreczki czyli gryk i.

Gryka jest rośiiną wogóle mało wymagającą, udaje się na każdym gruncie, byle nie zupełnie pod­

mokłym i nie wymaga wielkiej żyzności gleby, za­

cienia przytem rolę fwymi szerokimi liśćmi, dlatego też zagłusza chwasty i czyści z nich rolę, nawet z perzu, który pod nią ginie. Doskonale udaje się na nowinach i karczunkach. Na zimno jest bardzo czułą, najlżejszy przymrozek już jej szkodzi, nie mo­

żna jej więc siać wcześniei u nas jak w drugiej po­

łowie maja a nawet w czerwcu. Ponieważ krótkiego czasu potrzehuje do rozwoju bo już w 3 miesiące dojrzewa, więc i w czerwcu zasiana dobry plon dać może. Najwięcej gryce szkodzą zimne wiatry w cza­

sie kwitnienia, które przeszkadzają dobremu zawią­

zaniu się ziarna, to też lepsze plony w ziarnie daje, gdy jest zasiana w miejscu zasłoniętem od panują­

cych wiatrów naprzykład pod pagórkiem albo pod lasem.

Zasiewa się też grykę i na paszę zieloną, która daje się kisić w dołach, zwykle w mieszance z wyką, owsem, grochem, z górzycą itp. Ale na paszę od­

powiedniejszą jest pewna odmiana gryki, tatarką zwana.

Tatarka ma ziarno więcej czarniawe, większe, łupinę twardą i przylegającą mocno do ziarna. Nr kaszę się też mniej nadaje, za to na paszę tatarka jest le­

pszą bo bujniej w liście rośnie, a nie jest tak na zimno wrażliwa jak gryka.

Rola powinna być dobrze spulchniona, krótko przed siewem daje się zwykle orkę ostatnią albo też rolę się przerabia radłem kilkakrotnie. Gryka udaje się po wszystkich płodach, a jest dobrym przedplo- nem zboża, bo ziemię zostawia w stanie pulchnym.

Zasiewa się ją zwykle w ostatnim roku po n a w o zie.

Często udaje się lepiej niż owies na lichem polu.

Siew rzutowy na surową skibę przykrywa się dwu­

krotną włóczką albo radłami, albo wreszcie po za­

siewie na zawleczone pole przykrywa się bard zo płytko pługiem, wieloskibowcem. W suchej roli i w suchym czasie trzeba zaraz po zasiewie dobrze role zwałkować. Wychodzi na mórg na roli żyznej na­

sienia garncy 20, na jałowej garncy 25

Gryka nadaje się do zasiewania wszystkich takich pól, na których wyginęły w zimie oziminy i które musiały być przeorane, szczególnie naprzykład gdy żyto zniszczone zostało przez drutowce, lub myszy polne i t. d.

S z k o d n ik i w io se n n e .

Wkrótce po zasiewach wiosennych, kiedy ruń młoda zbóż jarych już się zielenić zaczyna, rezp o -

poczynają swoją robotę także różni a bardzo liczni nieprzyjaciele pracy rolniczej. W jarych zbożach, gdy już zeszły a tak samo i w burakach po wzejściu, dobrze widać niekiedy żółte źdźbła i listki, które więdną i schną na większych lub mniejszych miej­

scach na pola. Łatwo się przekonać, że te listki i piórka wschodzących roślin wyciągać można z zie­

mi bez oporu, są one odgryzione tuż pod ziemią- Jestto sprawka różnych szkodników. Z tych dwa pojawiają się wcześniej, zaraz z wiosną tj. gąsienice żuka łokasia, i tak zwany drucik albo drutowiec.

Jeśli ziemię odgrzebać w około takich pożółkłych ździebełek jęczmienia lub owsa, to można z n a le ś ć

cienkie 2 —3 cm długie gąsienice ciemno-rdzawego koloru, gładkie, połyskujące, podobne do k a w a łk ó w

gładkiego zardzewiałego drutu: ztąd nazwa druto­

wiec, druciec albo drucik.

Gąsienice te pojawiają się najczęściej w zie­

miach lekkich pulchnych i żyją tuż pod powierzchnią ziemi i nie wiele głębiej jak na palec, rozłażą się i gryzą wszystko co na diodze spotkaja Szczegól­

nie smakują im mięsiste, soczyste części roślin, więc też niszczą najbardziej zboża wschodzące, z a ró w n o

oziminy jak i jare. YV oziminach zaczynają swoje zniszczenie już w jesieni a przez zimę chowają się głębiej w ziemię, aby znowu w yleić na wiosnę ku powierzchni i gryźć, Szczególnie cierpi od nich żyto i zasiewy jare, także i buraki młode. Z tych drulowców po kilku latach wylęgają się tak zwane kowale czyli sprężyki, czarne podłużne żuki, które mają tę właściwość, że jak je się położy na grzbiet, to podrzucają się wysoko. Parzą się one na wiosnę i składają do ziemi jaja, z których potem wylęgają się drutowce.

Ponieważ lubią one najwięcej rozłazić się w roli pulchnej, więc gdy się tylko pokażą, zwałko­

wać pole pierścieniowym wałkiem , albo udeptać szeroką ścieszkę w polu na około tego miejsca na którem grasują, to się ich rozłażenie powstrzyma a tymczasem zboże pozostałe rozrośnie się, wzmocni i rozkrzewi.

(7)

Doskonałem środkiem jest też wyłapywanie tych szkodników w przynętę: po udeptaniu ścieżki na około tych miejsc gdzie te szkodniki grasują, po­

układać w polu, wieczorem, ziemniaki, i ręką je wtło-, pzyć tak jednak, żeby je widać było na wierzchu 1 to dosyć gęsto, co pół kroku. Drutowce do nich się ściągają a na drugi dzień można ziemniaki zebrać 1 zniszczyć szkodniki (wrzuciwszy je do gorącej wo­

dy). Ziemniaki po zabiciu drutowców mogą być leszcze kikakrotnie znowu kładzione na polu.

Inny szkodnik dokuczliwy jest gąsienica łoka- sia, żuka zbożowego; siedzi ona latem po miedzach, pod kamieniami itp. Gąsienice te są szare z bokami Jaśniejszymi a głową czarną, 2 —2 l/n cm długie i bro­

dawkami i włoskami pokryte. W nocy one wyłażą na powierzchnię pola i gryzą młode zboże tuż nad ziemią, tak, że listki żółkną i obsychają. Na te g ą ­ sienice gdzie się rozmnożą jest jedna tylko rada dobra, tępić je kurami i ptactwem domowem pod­

czas orki jesiennej i wiosennej a także ochraniać wszelkie pożyteczne ptaszki, które się owadami ży-

^'ią Wałkowanie w nocy wałkiem pierścieniowym powstrzymuje także na pewien czas rozłażenie się j ! tych szkodników. Kury skoro się raz nauczą jeść robactwo polne, tak potem w tem zasmakują, że pilnie wyszukują w polach i niszczą te szkodniki.

W niektórych krajach zawsze na wiosnę i w jesieni podczas orki w polu i przed zasiewami wy­

wożą kury w osobnych do tego sporządzonych bud­

kach na pole i tam wypuszczają całe gromadki kur i kaczek. Idą one za skibą i wybierają pędraki, dru­

towce i inne szkodniki, a na wieczór kury są już tak przyucz >ne, że same do kurnika wracają. Kur­

nik taki jestto budka drewniana dosyć wysoka w której są grzędy. Umieszcza się ją na 2 kołkach j

i daje się z jednej strony do drzwiczek deskę po­

chyłą aby po niej kury włazić mogły wygodnie do środka. U nas tylko kawki, gawrony i wrony, szpaki i pliszki spełniają tę przysługę rolnikowi, ale są pło­

chliwe i nigdy tak wielkiej ilości szkodników nie wy- | niszczą, co drób. Kury przytein doskonale się kar­

mią takimi owadami. A by je do tego przyuczyć trzeba z początku nie dawać im żywności zbyt ob­

ficie, aby zgłodniały i stały się żarłoczniejsze.

Praktyczne rady.

Ś ro d e k na o g o rzelizn ę od sło ń ca . Wieczo­

rem przed położeniem się do łóżka, nasmarować rę­

cznikiem twarz i ręce m a ś l a n k ą , Jub nie bardzo j j

kwaśnem mlekiem i nie obcierając twarzy, i rąk zo­

stawić tak do drugiego dnia, a wtedy dopiero miękką j j

wodą zmyć przyschnięte mleko, jak zwykle przez umywanie. Dobrze jest na parę godzin przed uży­

ciem mleka, włożyć w szklankę mleka ćwierć łyżeczki utartego chrzanu, ogorzelizna prędzej schodzi.

N a sie n ie p o k r z y w y jest nader użytecznem dla koni, dla czego je Duńczycy, których konie, jak wiadomo, bardzo okazale wyglądają, starannie zbie­

rają, suszą i wycierają. Z tych okruszyn mięszają rano i wieczór garść pomiędzy obrok, przez to sta- wają się konie pilnemi i tłustemi, a sierć ich na­

biera pięknego połysku. Paszy tej używa się trzy razy w tygodniu.

A b y la m p y nie k o p c iły . Często przyczyną kopcenia się lamp są knoty, które, aby uniknąć nie­

przyjemnej woni rozchodzącej się w mieszkaniach, należy zmoczyć je w mocnym occie, potem zupełnie

wysuszyć i tak zaprawione wkładać dopiero do lamp, poczem nie będą ani kopcić ani dymić.

W celu o d tajan ia zm arzn iętej ziem i należy posypać miejsce odnośne niegaszonym wapnem. W a­

pno łącząc się zwodą ziemi rozgrzewa ją do tego stopią, że jeszcze 10 —15 godzin nawet przy mrozie 20° R. można miejsce niem posypane całkiem dogo­

dnie kopać.

S p o só b , żeb y k iszo n e o g ó rk i nie p le śn ia ły . W łożyć w nie woreczek z czarną górzycą około 30 gramów a pleśń się nie pokaże.

m m m m m m

R o z m a ito śc i.

S tó ł z 3430 k a w a łk ó w . Na wystawie w St.

Louis oglądać Lędzie można stół składający się z 3430 kawałków różnego drzewa i koloru. Nad mo- zolnem tem dziełem pracował Mikołaj Monteiser z Ro- eheville przeszło 27 lat. Około 20 lat zbierał Mon­

teiser drzewo, zanim mógł przystąpić do roboty.

Średnica tarczy wynosi 36 cali o 16 kantach. W środku tarczy umieszczony jest kompas, jakiego uży­

wają kapitanowie statków; brzegi są z drzewa ma­

honiowego i różnego', a pod tarczą ukryte są cztery szufladki. — Artystycznej wartości stołu nie stanowi ilość kawałków drzewa, ale ich złożenie, które na widzu robi wreżenie, jakoby' tąrcza była rzeźbiona.

Złudzenie jest tak wielkie, źe trzeba dotknąć tarcz ręką, aby się przekonać, że to nie rzeźba.

Ja p o n k a w N o w ym Jo r k u . Milioner ame­

rykański Jerzy Dalton Morgan, bratanek głośnego Pierponta Morgana, przybył do Nowego Jorku z młodą żoną swoją, którą przed kilku tygodniami poślubił w Japonii. Wśród towarzystwa nowojorskiego, które jest bardzo wyłączne, powstało skutkiem tego wzbu­

rzenie niemałe. Nazwisko panieńskie pani Morga- nowej brzmi Jukio Kat >. Ojciec jej był słynnym kowalem mieczów, a pan Morgan poznał ją w po­

dróży po Japonii, dokąd się udał, zerwawszy zarę­

czyny z pewną Amerykanką. Pani Morganowa zna zaledwie kilka słów angielskich i ubiera się po ja- pońsku, a według słów męża, pochodzi z rodziców zacnych, lecz do arystokracyi japońskiej nie należy.

Miecze, kute przez jej ojca, miały taką sławę w Ja ­ ponii, jak miecze damasceńskie lub toledańskie.

D ro g o ce n n a rę k a . Aby się zabezpieczyć fi­

nansowo przed wypadkami, które przeszkodziłyby mu w występowaniu na koncertach, głośny skrzypek czeski, Jan Kubelik, ubezpieczył swą rękę na sumę

10,000 dolarów za każdy koncert.

J a k się p o d k u w a g ę s i ? Gdzie i jak »kozy«

kują, o tem każdy wie. Lecz jak Kują gęsi o tem może niejeden nie wiedzieć. — Z Szczucina przez Dąbrowę i Tarnów pędzą interesanci całe stada gęsi.

Jest to przestrzeń kilkumilowa i każda gąska musi być podkutą, jeśli ma zdrowo zdążyć do stacyi ko­

lejowej. Podkuwanie odbywa się w ten sposób:

Gęsi, które się odstawia na kolei z dalekiej okolicy, wypędza się na miejsce zlane grubo żywicą lub lenko roztopioną smołą. Gdy one przejdą przez ten teren boso, przepędza je się przez miejsce drobnym pia­

skiem wyszutrowane. Piasek czepia się smoły z ła­

twością i gęś może odbywać dalszą podróż bez obra­

zy lub zasłabnięcia.

(8)

144

PAN

A j w a j!... może tu bul niedźwiedź, A lbo i inszy jaki tygrys,

Co, broń Boże, by sze żuczał I mnie w p lecy dżure w igryzł?...

A j waj !... un ja k b y sze zgniewał, T ob y buło duzo biedy —

Un b y zara leczai do mnie, N y, co ja by zrobial w tedy?

'a na drzewo by nie wilazł,

‘ i na skały żadnej płyty, J a by raptem padniuł zara —

Udał co już je st zabity...

Może un b y sze zlitował...

I nie ruszał umarłemu.

(Z rozpaczą.) No, bo niech mi też kto powie, Z a co ja tu prziszedł ? czemu ? Polowanie ja nie lubię

Ni chodzące, ni jeżdżące — N y, bo po co to zabijacz B iedne sarnę i zające ? Une sobie szedzą czycho, N ie gad ają z wielki skweres, I nikomo żaden przecie Nie m ieszają też interes...

J a mam bardzo miętkie serce — Po co zabić głupi zając,

T oż na targ go można kupicz, T ylko jed en talar mając...

A tu biega sze i zmacha, N aw et czasem czemną nocą.

A b y tylko jem u zabicz — N y i p ita m : za co? po co?

(Z dumą.)

Praw d a, zo to sport je st śliczny, Nasz, rycerski starośw iecki — A le to ju ż trzeba umiecz,

T rzeb a w praw iacz sze od dżeczki...

Mnie poproszył ten mój somszad, H rabia Pem brok z inny pany, B o un straszny je s t m yśliwnik, Polowalnilc zawołany...

To ja k prószył mnie, to ga d a ł:

— Nie odm ówisz mi, somszedże, Strzelasz, m ówią, bardzo lepiej, T o zabijesz pare — śledże.

W szyscy szm iacz zaczęli sobie, A ż rzekł jeden wśród w e s e la :

— Som szad pono w asa strzelasz, W tedy — kiedy... as nie strzela ..

T o i ja sze rozeszmiałem

S A L A M O N G L A N Z G O L D ,

„D żedżyc" Gęsiobyków na polowaniu.

Z taki koncept niezbyt stary — A ż znów s*m szad mnie zapitał:

— Masz pan charty i ogary?...

N ie mam — m ówię — ale kupię, N ie mam ch arty ja w e dworze, Mnie stacz na to — naw et zrobię Je sz c z e srebrne im obroże!...

(Po chwili.) Ja k mnie tak ju ż zapraszali Może cały kw adrans blisko, To ja zaraz przijechałem —

(Pokazując na prawo.) Tam mi dali »stanowysko«, H rabia Pem brok mnie postaw ił Przez szczególne je g o w z g lę d y ..

(Ze strachem.)

Un p o w ie d z ia ł: — Pysznie strzelasz, T o ci niedźwiedź przejdzie tędy...

(O glądając się.)

Niedźwiedź!... Po co niedźwiedź zara?

N iechaj przejdże je g o córkie, Takie małe... nu, te takie, Co nazyw a sze — wewiórkie...

J a nie łubie takie zwierze, (To ju ż z rodu mam od cz o tk i!;

N iedźwiedź lubi miód — to zje mnie, B o ja jestem bardzo słodki...

M oje czocze to rodzone Buła siostrze moje matki — J a dziedzicznie po niej czuję A n typatye do zwierz rzadki...

(Cicho z uśmiechem.) T o ja k poszły se som szady I nie buło szelest ja k i — T o ja sobie oglądniułem I... wilazłem zaraz z krzaki...

I stanąłem sobie w pole I m iszlałem : ja k pozory T utaj zrobicz dla : omszady, Co ja bułem bardzo chory?

T o od te m iszlenie w ielkie — T o dostałem żymne dreszcze, Ju ż miszlałem, co »paskudne«

Mnie ich orob et spotka jeszcze...

A ż tu naraz — cosz sze rusza...

(Z panicznym przestrachem.) A j w aj ! — cała m oja dobra

N a ramieniu buła dusza...

Noc ju ż buła bardzo czemna, Je n o księżyc z nieba błyska...

A ten zw ierz w ciąż p atrzy na mnie, A ż mu piane idże z piska...

W pole niem a żywe^dusze,

|eno m gieł szę k ręczy wełne...

T o ja zara w ikrzykn ąłem : (Przybierając groźną pozę.)

| H alt!.. dy gan ef!., ny bo strzelnę!

L ecz nie brałem w jm oje^rękę D ubeltówke w yszm ienita — Bo sze bałem — chociaż una Buła w cale nie nabita ! (Ale zaw dy lepi — strzedz się, T o mam z^siostrze^mojej matki, Coby fuzje nie dotykacz, Bo z ten przirząd sąjjwipadki...)

(Po chwili.) A zwierz stoi — to ja miszle, J a nie będę biedź po błoni,

Bo ten łobuz^będzie_"goniał, I napewno mnie dogoni!

W ięc zrobiałem parę kroki W tył_i^ n a JbokT od^ta.zw ierże — F i k !... na żemnie w iw ruczyłem I ju ż sobie czyclio* leże...

G ębe w żernie położyłem...

I utkwiłem oczy w grzędzie I leżałem... Ny, nie pójdzie, Ny, co będzie... to już będzie !...

(Po chwili.) T ak leżałem do te... pore W polne bruzdę, ja k b y w kuble...

(Po chwili.) Obudziłem sze — a w pole Bułem ja — i stracli^na wróble.

W szistkie moje już som szady Pojechali w sw oje strony — J a sam jeden pozostałem

I w ciąż jestem — przestraszony!

(Z uśmiechem.) J a nie łubie polowanie,

L e cz co strzelać ja potrafię — (Z zadowoleniem.) To z ten kostjum,“ co ja jestem K ażę zrobiacz fotografie!...

W esoły kącik,

W szkole.

— Gady są to stworzenia, pełzające po ziemi.

Wymień mi nazwę jakiego?

— Mój najmłodszy braciszek, proszę pana pro­

fesora.

Trafn e spostrzeżenie.

— Kobiety lepiej znoszą ból, aniżeli mężczyźni.

— Czy pan jest lekarzem ?

— Nie, jestem szewcem.

Rajca.

Czy wiesz, dlaczego nie można bębnić na ulicy ?

■ Zapewnie ze względu na spokój publiczny.

■ B a ! Dlatego, źe bębnić można tylko na bębnie.

S Z A R A D A .

Kto na wspak tego, że spadek go czeka Hula — choć spadku nadzieją daleka, Temu wprost często tak mocno dokuczy, Źe żyć nauczy.

Z a rozwiązanie powyższej zagadki przeznacza­

my nagrodę

Rozwiązanie szarady z nr. ió-go.

Lombard.

Dobre rozwiązania nadesłali:

M. Wójcik i Franciszka Chrobok z Król. Huty, Konstantyn Lipski, Mala Dąbrówka (otrzymał nagro­

dę), M. Ciemięga. Katowice, J. Kwilą, Kostuchna, Antoni Brychcy, Huta Bismarka.

N akładem i czcionkam i »G óm oślązaka«, spółki w ydaw niczej z ograniczoną odpow iedzialnością w Katowicach.

R edaktor odpow iedzialny: A ntoni W olski w K atow icach.

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :