Rodzina Chrześciańska, 1904, R. 3, nr 17

Pełen tekst

(1)

Rok III. Katowice, Niedziela, 1-go M aja 1904 r. Nr. 17

■■. T — ■*-' i »i i n i l i n i i i Li . ' ł ' --- V' ' “ TS."?.'. V .. .... ... ... * -Łf » .W: f. ;& ..* *... — ---— ^ — ■

Rodzina ehrześciańska

Pisemko poświęcone sprawom religijnym, nauce i zabawie.

Wychodzi raz na tydzień w jYiedzieię.

Bezpłatny dodatek do „Górnoślązaka" i „Straży nad Odrą“.

Na Niedzielą czwartą po W ielkiejuocy.

Ewangelia u Jana świętego

w Rozdziale X V I.

Onego czasu : Rzekł [ezus Uczniom swoim : »Idę do tego, który mię posiał, a żaden z w p s nie pyta mię: «Dokąd idziesz?* Ale iźem to wam powiedział, smutek napełnił serce wasze, Aleć ja prawdę wam powiadam, pożyteczno wam, abym ja o d sz e d ł: bo jeśli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do w as;

a jeśli odejdę, poślę go do was. A On gdy przyj­

dzie, będzie karał świat z grzechu, z sprawiedliwości i z sądu. Z grzechu mówię, iż nie wierzyli w mię;

a z sprawiedliwości, iż do Ojca idę, a już mię nie ujrzycie; a z sądu, iż książę tego świata już jest osądzony. Jeszcze wam wiele mam mówić; ale teraz znieść nie możecie. Lecz gdy przyjdzie On Duch prawdy, nauczy was wszelkiej prawdy. Bo nie sam od siebie mówić będzie; ale cokolwiek usłyszy, mó­

wić będzie, co zaś przyjść ma, oznajmi wam. On mię uwielbi, albowiem z mego weźmie, a wam opowie.<>

---«— ---

N auka z tej Ewangelii.

Wiele uciążliwych podróży podejmował Zb aw i­

ciel nasz na ziemi przebywając; chodził z miejsca na miejsce, od miasta do miasta zasiewając wszędzie ziarno swej boskiej nauki. Najczęściej towarzyszyli Mu w tych podróżach uczniowie jeg o ; było bowiem dla nich rozkoszą być w pobliżu Je g o i nie przy­

puszczali, aby ich opuścił i odszedł, dokądby oni za nim póiść nie mogli. Dla tego posmutnieli, gdy im, jak powiada dzisiejsza ewangelia św., powiedział:

»Teraz idę do tego, który mię posłał: a żaden z was nie pyta mię, dokąd idziesz?* (Jan 16, 5)- J a^ bo­

wiem poseł, wysłany na dwór obcego króla z pole­

ceniami swego pana, polecenia spełniwszy do pana, który go posłał, wraca, tak i Chrystus Pan posłany od Ojca niebieskiego na ziemię, aby ludziom wolę Bożą zwiastował, spełniwszy dzieło, które Mu Ojciec [ego niebieski polecił, opuszcza ziemię i wraca do nieba, z którego przyszedł. T ą drogą i my pójść powinniśmy. Z nieba, od Boga wyszła dusza nasza i do B o g a wrócić musi, jeżeli chce wiecznie żyć i szczęśliwości wiecznej zażywać. D roga zaś, która tamdotąd wiedzie, nie inna, jedno ta, której nas Zbawiciel nauczył, którą nam przykładem swoim

wskazał. Sam mówi o sobie: »jam jest droga; kto idzie za’rmną, nie chodzi w ciemnościach.«

Ach jakże^wielu krętemi drogami chodzą ludzie ! A b y posiąść bogactwa ziemskie, zadowolnić namię­

tności, lub mieć znaczenie u ludzi, wszystkie im drogi pożądane, wszystkie dobre. Ale o cóż to chodzi głównie przy wejściu na jakąś drogę? Przecież nie o to, aby mnie ta droga doprowadziła do doczesnej posiadłości albo przemijającej rozkoszy, lęcz by mnie doprowadziła do celu, na którjm stworzony, do nieba.

Cóż mi bowiem pomogą wszystkie dobra i rozkosze ziemskie, gd y śmierć przyjdzie i zabierze mi je wszystkie na zawsze P

Zbawiciel mówi o dwóch drogach, z których jedna prowadzi do żywota, druga na zatracenie.

Pierwsza jest wązka, przykra i stroma, prowadzi przez kalwaryą, droga to krzyża, lecz celem jej niebieska szczęśliwość. Druga jest szeroka, kwiatem i różami wysypana, lecz kończy się przepaścią piekielną. Jakże wielką jest liczba nierozsądnych, którzy tą szeroką drogą na zgubę biegną! W szyscy nieprzyjaciele Chrystusą Pana i Je g o krzyża biegną tą drogą sze­

roką, gonią za przemijającemi rozkoszami, które na niej zna|dują, a nie baczą na przepaść, do której się za każdym krokiem zbliżają. Jakże zaś małą jest liczba tych pielgrzymów, którzy z załzawionemi ocza­

mi i skrwawionemi stopami idą drogą w ą z k ą ! Wiele

!\ trudów znosić muszą, w skwarze słonecznym nie- j! pokojeni przez zbójców, różnemi cierpieniami trapieni pielgrzymkę odprawiają. Lecz widok nieba, którego codziennie są bliższymi, dodaje im odwagi, a sp o ­ glądanie na Chrystusa Pana, który ich na tej drodze do niebieskiej ojczyzny poprzedza, osładza im wszyst­

kie trudy uciążliwej pielgrzymki. Przez Niego po­

uczeni, Jaską Jego wzmocnieni czują, jaka prawda w tych Je g o słowach : »Weźmijcie jarzmo moje na się, a uczcie się odemnie, żem jest cichy i pokor­

nego serca, a najdziecie odpoczynek duszom wa­

szym; albowiem jarzmo moje wdzięczne jest, a brze­

mię moje lekkie* (Mat. i i , 2 9 —30). Tak uciążli­

wości pielgrzymów, wązką drogą postępujących, są bezwątpienia znośniejszemi, aniżeli ciężary, które ze sobą wleką dzieci tego świata na szerokiej drodze.

B o iluż to ciężarami objuczone ich barki! Trapiące troski, które ich nigdy nie opuszczają, tyrańskie na­

miętności, które tem okrutniejsze, im więcej starają się je zaspokoić, ustawiczna obawa o nabyte z tru­

dem i w pocie czoła dobra, aby ich nie s tr a c ić ; wszystko to tłoczy ich niezmiernym ciężarem i nie daje pokoju ni we dnie, ni w nocy.

Ci jednakże, którzy wązką drogą do nieba zdą­

żają, nie są wszyscy sobie równi, jest pomiędzy nimi

(2)

wielka różnica. Jakkolwiek bowiem podobni są sobie i ściśle złączeni ze sobą, tak iż niejako jednem są or.em dążeniem do jednego i tego samego celu i jak­

kolwiek ściśle złączeni są ze sobą węzłem miłości, to jednakże dwa są pomiędzy nimi 'rodzaje, różne zupełnie pomiędzy sobą: jedni odziani suknią nie­

winności, której wiernie dochowali, drudzy suknią pokuty, w którą się chętnie oblekli. Tamtych przed­

stawia św. Jan Ewangelista, drugich pokutująca Marya Magdalena. Niewinni biegną lekko, uciążliwości drogi prawie nie czując, ostatni zaś jęcząc i wzdychając, j ale pewni swej drogi. Obyś i ty, miły czytelniku, był pośród jednych lub drugich pielgrzymów niebie­

skich! Uniewinniać się nie możesz, jakobyś drogi i celu nie znał. Bo ć dla tego Syn Boży z nieba zstąpił, ażeby cię o przeznaczeniu twojem pouczył i drogę ci wskazał, która cię do celu twego na pe­

wno zaprowadzi. Jego słuchaj, Je g o naśladuj ! Byś wiedział, gdzie On, gdzie słuchać głosu Jego, Kościół swój święty ustanowił, w nim jest, w nim naucza, ręką Kościoła swego drogę ci wskazuje, która do ! nieba prowadzi, Ponieważ Kościół Chrystusów bez­

ustannie dzieciom swoim naukę zbawienia głosi, na błędy niewiary i grzechu wskazuje, które z prawej i drogi sprowadzają, i przed niebezpieczeństwami i zbój­

cami przestrzega, którzy przy drodze czyhają, aby nas zgubić, przeto iest prawdziwie jedynym, pewnym, od B o g a postanowionym przewodnikiem, który nas równie pewno do Ojczyzny niebieskiej prowadzi, jak anioł Rafael niedoświadczonego młodego Tobiasza do ojca jego odprowadził. Ale na tem nie dosyć, Kościół katolicki zaopatruje dzieci swoje w potrzebne zasoby na tą wielką podróż do nieba. Kościół św. j j

bowiem jako szafarz dóbr zbawienia rozdziela nie­

ustannie przez Sakramenta św. i sakramentalia po­

między zgłodniałych i pragnących te łaski, których potrzebują do dalszej drogi i szczęśliwego jej od- | j

bycia i dojścia do nieba. O jakże szczęśliwy ten chrześcijanin, który się tej troskliwej matce, K o śc io ­ łowi św., prowadzić i ze świętych źródeł Je g o orze­

źwiać pozwala!

K ościół św. jednakże nie czyni tego sam ze siebie, Duch św. w nim i przez niego działa. Jak dusza daje ciału życie i możliwość poruszania się i jak ciało bez duszy nie mogłoby ani żyć, ani istnieć, tak teź i Duch św. daje Kościołowi, którego jest duszą, światło, poznanie, łaskę i siłę. O tym K o ścio ­ łowi obiecanym Duchu św. mówi Zbawiciel nasz w dzisiejszej ewangelii ś w .: »gdy przyjdzie on Duch prawdy, nauczy was wszelkie prawdy* (Jan 16, 13).

Jakąż to więc pociechą dla dziecka Kościoła św. wie­

dzieć, źe jD uch prawdy« Kościołem rządzi, w K o ­ ściele naucza i od zboczenia na błędną drogę b ro n i!

Ależ zarazem j akiemże to byłoby głupstwem i zara­

zem niewdzięcznością z mej strony, gdybym, uwie­

dziony i oślepiony błyskotkami djabła i świata, dał się sprowadzić na bezdroża niewiary, błędu, grzechu i bezbożności! Nie musiałżebym ze wszystkimi nie­

wiernymi i bezbożnymi wołać : »przestrzegaliśmy dróg twardych, a drógi pokoju nie poznaliśmy’ ?* (ps. 16 i 13). Czyżbym poszedłszy drogą szeroką, nie mu­

siał razem z odrzuconymi wyrzekać: »zbłądziliśmy z drogi prawdziwej i nie świeciła nam jasność spra­

wiedliwości” i słońce rozumienia nie weszło nam;

napracowaliśmy się na drodze nieprawości i zatra­

cenia i chodziliśmy drogami trudnemi, a drogi Pań­

skiej nie znaliśmy* (Mądr. 5, 6 i 7). Dla tego często powinienem sobie stawiać to ważne pytanie : »dokąd idziesz?* Idzieszże dobrą drogą? Czy należysz do tych, którzy idą wązką drogą prowadzącą do nieba!

» 0 błogosławieni wszyscy, którzy się boją Pana,

którzy chodzą drogami jego* (ps. 127, 1), Jeżeliś na prawdziwej drodze, wytrwajże na niej aż dojdziesz do celu. Staraj się także i drugich, którzy chodzą bezdrożami grzechu i bezbożności, na prawdziwą na­

prowadzić drogę, przedewszystkiem modlitwą i do­

brym przykładem, pamiętając na słowa św. Jakóba apostoła: »Bracia moi, jeźliby kto z was zabłądził od prawdy, a nawróciłby go kto, ma wiedzieć, iż któryby uczynił, że się nawrócił grzesznik od błędnej drogi jego, zbawi duszę je g o od śmierci, i zakryje mnóstwo grzechów* (Jak. 5, 19, 20). Amen.

Matko! dla Ciebie wiosna skarby sieje I ziemię stroi w najcudniejsze kwiaty, Słońce źywszemi blaskami jaśnieje I rzuca Tobie złoto i szkarłaty.

Wzlatując w górę ptak Ci pieśni śpiewa I strugi szemrzą tajemnicze słowo.

Modlą się cicho wody, ptacy, d r z e w a : Bądź pozdrowiona Matko i K ró lo w o ! Gdy świat Ci cały hymny składa części, Czyż serce ludzkie pozostanie zimnem?

Czyż tak od ciężkiej stwardniało boleści, Lub tak jest głuchem, a może i winnem,

Ż e w niebo wzlecieć nie zdoła?

Nie może wylać to co czuje w duszy, Miłości oblec nie potrafi w słowa, Już gó czarami swemi nie poruszy Pełna uroków cicha noc majowa

I blaski świateł dokoła?

Matko! miej litość nad dziećmi swemi, B o im tak źle, o! strasznie źle na ziemi.

0 Maryo! zmiłuj się!

Zetrzej nam z czoła stygmat cierpienia, Daj chwilę ciszy i ukojenia

1 dobroczynną łzę. M, 5.

---— » ♦ ---

Matka Boska Pocieszenia.

Powieść historyczna z X V I-go wieku.

V (Ciąg dalszy.)

Tymczasem żona Sirtoriego, nie nawykła do trudów polowania, uczuła się znużoną i zapragnęła chwilkę wypocząć.

Służba otaczała panią, mąż także chciał zsiąść z konia, gdy w tem zając przemknął na prawo. Don Alfons i Aleksander zwrócili za nim swe konie, a nie­

odstępny Franciszek pospieszył za nimi i już miał zamiar swój do skutku doprowadzić, gd y wtem dały się słyszeć jakieś krzyki, płacz i śmiech zarazem.

Sirtori stanął na miejscu i szybko pospieszył do żony, obawiając się, aby i ją jakie nie spotkało nieszczęście.

Don Alfons zwrócił się w stronę, skąd docho­

dziły głosy.

Tu szkaradna odbywała się scena.

Brygida, eskortowana przez brata, ostrożnie prze­

mykała się przez zarośla, gdy wiem została pochwy­

(3)

131

coną przez trzech zaczajonych zbójców, którzy znu­

dzeni '^długiem oczekiwaniem, radzi byli z rozrywki, jaką^im los nadarzył.

Dziewczyna była młoda, rumiana, świeża jak kwiatek; na ręku niosła koszyk a w nim ubranie, używane przez tydzień w przędzalni.

Szła naprzód spokojna i wesoła, żartując z bra­

tem, którego bardzo kochała.

— A tuś mi ptaszku! — wrzasnął jeden z ra­

busiów i chwycił ją za rękę; a dwuch drugich przy­

skoczyło niebawem, nastąpiło szamotanie się i posy­

pał się grad obelżywych wyrazów.

Dziewczyna oniemiała ze strachu.

— Cypryanie ratuj! — krzyknęła opędzając się napastnikom.

Cypryan spojrzał wokoło, nie było nikogo, nie można było spodziewać s.ę żadnej pomccy i tylko na własne trzeba było liczyć siły.

— Precz łotry! — zawołał. — Czego chcecie /Od tej dziewczyny? — a stanąwszy obok Brygidy,

zakręcił młynka w powietrzu sękatym kijem.

— Tak zaczynasz? A no, to i my umiemy to samo, spróbujemy się, a kto wygra, ten sobie weźmie dziewczynę!

1 zaczęła się bójka, z której Cypryan nie spo­

dziewał się wyjść żywym, więc wołał na siostrę:

— Uciekaj, uciekaj, Brygido!

Ale ta nie odstępowała go wcale.

Rozbójnicy w zapale kłótni zapomnieli o pier­

wotnym zamiarze i bijąc się z Cypryanem, wysunęli się wszyscy z zarośli na placyk przed kapliczką.

Brygida wpadła do kapliczki, sądząc się tam bezpieczną, pod opieką Najświętszej Panny.

Ale zbóje tego rodzaju gwałtu nie uważali sobie wcale za zbrodnię, to też gdy dwóch rozprawiało się z bratem, trzeci wpadł za siostrą do kaplicy, lżąc słowem i gestem. Biedna dziewczyna tuliła się do ściany, wzywając pomocy brata, Madonny, wszystkich świętych, broniąc się zbójowi i zaklinając go, aby ją zostawił w spokoju.

Cypryan widział, co się działo, ale napróżno starał się wydostać z rąk łotrów, bójka trwała, a zwy- cięztwo było niemożliwe.

Ale na tę wrzawę nadbiegły najprzód psy, po­

tem myśliwi, jedni za drugimi, w końcu zjawił się sam Don Alfons.

W jednej chwili nastąpiła cisza.

Służalcza tłuszcza, odkrywszy głowy, stanęła onieśmielona. Cypryan także zdjął czapkę i stanął pokornie, oczekując trwożliwie, co dalej nastąpić miało.

— Łotry! tak to spełniacie moje rozkazy? —

— krzyknął Don Alfonso. Precz mi ztąd, na stano­

wisko! Zdacie mi z tego rachunek.

Cypryanowi nie mieściło się w głowie, aby Nie­

dźwiedź z Borzago miał łajać ludzi swoich za to co uczynili. Wszak to była dla nich zwykła swawola, tolerowana przez magnata.

Wtem Don Alfons zwrócił się do niego:

— Nauczę ja ciebie, szubrawcze, szanować moich ludzi, jak śmiałeś występować przeciwko mojej liberyi ?

Biedny chłopiec szukał w swej głowie słowa uniewinnienia się, zdolnego przebłagać gniew sro­

giego p an a; gdy wtem nadleśny zbliżył się do niego a przypatrzywszy zyzem, zawołał:

— Aha! jesteś tutaj, trutniu! poznaję cię do­

brze, wszak jesteś jednym z tych, których spotkałem polujących na pańskie zające.

Don Alfons zakipiał szalonym gniewem.

i! — Tego już zanadto, bić się z moją służbą!

polować na moję zwierzynę! Związać go zaraz i bić batami, aż wyda swoich wspólników.

— Jaśnie oświecony panie, przebacz! jestem niewinny, służba napadła na biedną siostrę moją. Co do zająca, to —

— Próżne prośby! — ofuknął dziki magnat i dał znak swoim służalcom, a ci zwrócili się do chłopca.

Cypryan, doprowadzony do rozpaczy, znalazł się w kaplicy obok Brygidy, bladej i drżącej ze stra­

chu, oparłszy się tutaj plecami o ścianę,'schwycił w rękę swój kij sękaty, włożył czapkę na głowę i za­

krzyknął :

— Weźcież mnie teraz!

W yciągnąć chłopca z kaplicy nie śmiałby żaden z lndzi, ale poszczuto psy, a te rzuciły się na niego.

Chłopiec bronił się dzielnie kijem, a szczekanie i sko- wyczenie psów, krzyki służalców, wszystko stanowiło dziką wrzawę.

Don Alfons klął z wściekłością i przysięgał, że go zabić każe, choćby mu go przyszło wywlec własną ręką z pod ołtarza.

W tej chwili Siitori z żoną nadbiegli, aby do­

wiedzieć się, co się tutaj stało. Brygida, zobaczywszy piękną, młodą kobietę z wyrazem anielskiej dobroci na twarzy, wymknęła się z swego ukrycia, a biegnąc ku niej zaw ołała:

— Pani, ratuj! zlituj się nademną przez Boga żywego i Najświętszą Pannę!

Jakkolwiek trudno było wyrozumieć odrazu o co chodziło, młoda kobieta nie zawahała się ani chwili, zeskoczyła z konia i stanęła obok Brygidy, błaga­

ją c wzroKiem równocześnie męża, aby jej przyszedł z pomocą.

Don Alfons pożądliwym spojizał na dziewczynę okiem i zaw ołał:

— Hej chłopcy! pochwycić mi tę dziewkę i za­

raz odprowadzić do zamku, tam otrzyma ona zasłu­

żoną karę.

Sirtori zapłonął gniewem, widząc, że Don Alfons nie uważa na wdanie się żony jego w tę sprawę.

— Panie ! — odezwał się Don Aleksander — zdaje mi się, że zapominasz o najprostszych prawach grzeczności względem kobiety!

— Wiem dobrze, co się komu należy odemnie i nie potrzebuję, aby się tu ktokolwiek mięszał w moje sprawy! — odparł szorstko Don Alfons a zwróciwszy się do swoich ludzi, powtórzył: — Czyście słyszeli?

bierzcie tę dziewczynę!

Sirtori zwrócił konia i tejże chwili stanął po­

między trwożnie stojącemi kobietami, a służalcami Don Alfonsa, podnosząc do górę oszczep, krzyknął:

— Precz mi ztąd, hołoto! Ani kroku dalej!

Nie posiadając się ze złości, przyskoczył Isacchi.

— Kto się tu śmie opierać wymiarom sprawie­

dliwości na mojem terytoryum? Ja tu jestem panem!

a to są moi wasale, — wolno mi robić co mi się podoba, — sam król hiszpański chyba mógłby mię się o powdy postępowania mego zapytać!

— Gwałt i morderstwo nie jest wymiarem spra­

wiedliwości! a ja jestem rycerzem i to wkłada na mnie obowiązek bronienia uciśnionych, gdziekolwiek ich spotykam ! — odparł Sirtori, gotując się do boju.

— A więc spióbuj się ze mną, hardy młokosie, zobaczymy, kto tu ma prawo rozkazywać, a komu milczeć wypada!

I zaczął się bój. Don Alfons, zaślepiony nie­

nawiścią i gniewem, chciał zabić koniecznie szlache­

tnego młodzieńca.

Sirtori, dobrze znający sztukę potykania się w pojedynku, oszczędzał swego przeciwnika, osłaniając

(4)

tylko samego siebie od zabójczych zamachów; Isacchi nacierał coraz gwałtowniej, i była chwila, że Siito- iiego życie wisiało na włosku, ale broniąc się pchnął on w gardło swego przeciwnika i w tejże chwili ten ostatni spadł z konia, krzyknąwszy:

Do m nie!

Służba rzuciła się ratować pana, a Cypryan opuściwszy schronienie swoje w kaplicy spojrzał i krzyknął:

- Zabity! Niedźwiedź z Barzago nie żyje!

Dworzanie obydwóch magnatów rzucili się na siebie, ale Sirtori powstrzymał ich zapędy.

Nadleśny tymczasem popatrzywszy w oczy Don Alfonsa i skonstatowawszy bliską śmierć, dal znak towarzyszom i wszyscy udali się w stronę zaniku.

Tymczasam wśród lasu rózeg! ała się ostatnia scena życiowego dramatu Don Alfonsa.

Leżał na trawie, Brygida podtrzymywała mu głow ę; Sirtori klęczał przy nim. dona Emilia starała się zatamować krew i opatrywała ranę. Isacchi sze­

roko otworzył oczy i gasnącym głosem zażądał, by go przeniesiono do kaplic}'.

Tutaj patrząc na obraz Najświętszej Maryi Panny wymówił jeszcze:

— Obraziłem Cię, Pani, w przybytku Twoim, pozwoliłem sobie na najście krwawe i gwałtowne, znieważ}łem Twoją kaplicę, ukarałaś mnie słusznie, ale przebacz! bo żałuję szczerze! — Zdjął z szyi łańcuszek złoty, przycisnął do ust medalik Matki Boskiej, mówiąc te słowa:

— To do kościoła.

Następnie zdjął kluczyk, a oddając go Sirto- riemu objaśnił:

— Otwórz drzwi w moim gabinecie.. . za łóż­

kiem... matka twoja... idź sam...

Odetchnął ciężko, wyprężyły się jego członki...

już nie żył.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

Od Riyiery do Lourdes.

(Ciąg dalszy.)

Nareszcie przybyliśmy do Lourdes. Już zdaleka widniała wysoka wieża wspaniałej katedry, której wi­

dok wywołał we mnie dziwne uczucia i myśli. W mieście wszędzie było pełno obcych, i to nietylko Francuzów, lecz przybyszów z całego świata. Mó­

wiono tu nieomal wszystkimi językami europejskiemi.

Widziałem Niemców i Hiszpanów, Włochów i W ę­

grów, Chorwatów, Czechów i Belgijczyków i rozumie się Polaków, co mnie najwięcej cieszyło. Byli tu ro­

dacy z wszystkich dzielnic polsl ich, ?. Królestwa, z Galicyi, z Księstwa Poznańskiego i ze Śląska. To wszystko zauważyłem mimochodem, niechcąc się ni­

gdzie zatrzymać, gdyż przedewszystkiem chciałem dostać się do Bazyliki i do słynnej groty, aby tu u stop Królowej niebios serce pokrzepić, na tem miejscu, diogiem sercu każdego wielbiciela Najśw.

Panny, na tem miejscu słynnem na cały świat, lecz innego rodzaju sławą, nie świecką, jak starożytny światowładny Rzym lub nowoczesne stolice świata, Londyn lub Paryż. To miejsce jest dla tego synne, że tu szczególnie obfitem źródłem płyną łaski nie­

bieskie, szczególna uciecha dla utrapionych. Bo tu panuje Kiólowa niebios, jako uzdrowienie chorych, tu nadzwyczajnym sposobem okazuje swą dobroć, przed całym światem, przed całem chrześcijaństwem ukazuje, że nikt daremnie nie ucieka się pod jej opiekę. Tylu chorych na duszy i na ciele uzyskało

zdrowie. Jest rzeczywiście mało miejsc na ziemi, gdzieby w przeciągu tak krótkiego czasu z d a rz y ło

się tyle cudów. I to rzeczywiste cuda, bo nie się­

gają one starodawnych czasów, gdzie trudno o świad- ków, gdzie był lud nieoświecony i zabobonny i nauka nierozwinięta, cuda te zdarzyły się w oświeco­

nym 19-tym wieku, w czasach najtrzeźwiejsaego ra- cyonalizmu, który nie wierząc w nadprzyrodzoność, wierzy jedynie w rozum ludzki, w czasach s k r a jn e g o

materyalizmu i religijnego nihilizmu. Cuda te wy­

darzyły się w l Francyi, tak skoręj, jeżeli ch o d z i

o zwalczanie i ośmieszanie katolicyzmu, tak skepty-

Z okolic Louchonu około Lourdes.

cznej co do takich wydarzeń. Ta skeptyczna nie­

nawidząca Boga i religii Francya, dumna ze swego rozumu bez Boga, nie zdołała mimo wszelkich za­

biegów i chęci zaprzeczyć tym cudom, ~ta |Fiancya, w której przyrodzoznawstwo i ścisłe nauki doszły do takiego stopnia rozkwitu, która wskutek nadmiaru badań i zajmowania się ścisłemi naukami przyrodni- czemi stała się materyalistyczną i racyonalistyczną, postradała wiarę w Boga i w ducha, i uwierzyła tylko w materyę, ta Francya stanęła zdumiona wobec tylu faktów, niezrozumiałych, niepojętych dla ducha niewiernego pokolenia, wierzącego tylko w przyrodę- Lecz Francuz mówi: Lex extremes se touchent: Skraj­

ności się stykają. I dziwnem zrządzeniem w Francyi stykają się najskrajniejszy ateizm z najgorętszą wiarą, neopoganizm z silną wiarę pierwszych chrześcian.

Co do ofiarności na cele religijne Francya jest nie­

dościgniona. Niebawem się naocznie przekonałem o żywej wierze ludu francuskiego.

Było to właśnie o tym czasie, w którym różne pielgrzymki przybywały do Louides z różnych stron Francyi i innych krajów europejskich, Pizybyły takie osobne pociągi dla chorych, spodziewających się zna- leść zdrowie na tem cudownem miejscu.

Pociągi z chorymi są z różnych stron Francyi, jeden z Paryża, który nosi nazwę »pociąg biały«. Jadą one powoli i zatrzymują się długo na stacyach.

U biednych widać narozmaitsze choroby, rany i cier­

pienia. Komu siły pozwalają, daje się pizewieźć lub przenieść przed sławną grotę, i tu ci biedni oczekują cudu, wyzdrowienia i to z taką W j a r ą ,

z taką pewnością, takiem zaufaniem, że ogarnęło mnie zdumienie. Pamiętam jeszcze jak raz, gdy przez cały dzień nie zdarzył się ani jeden cud, pewna, może 18-letnia dziewczyna rzekła do swej matki: 11 est mi- raculeux, il n’ya pas de miracles: Jest to cudowne, dziś nie m i cudów. Liczba cudów i nadzwyczaj­

nych zdarzeń na tem miejscu jest bardzo wielka.

Bezbożnicy i niedowiarki z całego świata chcieli za­

dać kłam tym niepojętym dla nich faktom, lub wy- tłomaczyć je w swój sposób, lecz nie udało się.

Zdareenia były zbyt pewne, przekonające, publiczne,

(5)

133 tak, że trzeba je było uznać, jeden z uczonych nie­

dowiarków, ociemniały Lasserre, odzyskał tu wzrok, co go tak wzruszyło i taką wdzięcznością nepełniło, że postanowił pisać historyę cudownego miejsca.

Zbadał ściśle wszystkie fakta, i w swej książce wy­

stąpił stanowczo i z przekonaniem przeciwko nie­

wierzącym uczonym, dawniejszym kolegom. Równie jak Lasserre jeszcze wielu innych uczonych i nie- uczonych niedowiarków z całego świata powróciło na tem cudownem miejscu do wiary lat dziecięcych, wpojonej przez rodziców. O cudach, które się zda­

rzyły w Lourdes, możnaby pisać całe tomy.

Pyreneje.

Do Lourdes dąży rokrocznie bardzo wielu ludzi z Francyi i z całej Europy. Czem dla nas Polaków jest Częstochowa, dla Włochów Loieto, dla Hispanii Santiago de Compostella i Mont Serrat, dla Anglii Holy Rood, tem jest Lourdes dla Francyi, dla całej Europy, miejsce, dokąd dążą stroskani i cierpiący, gdzie się spodziewają znaleść otuchy i pocieszenia.

Czas pobytu mego w Lourdes był ograniczony Ostatni dzień chciałem przepędzić wśród prześlicznej przyrody gór Pyrenejskich. Są to góry strome, spa­

dziste, dzikie, niby mur oddzielające dwa państwa i dwa narody: Francyę i Hiszpanię, a tworzą między nimi naturalną granicę. Lud w okolicach Lourdes jest francuskim, lecz mówi narzeczem, w którem znajduje się bardzo wiele wyrazów prowansalskich a po części i hiszpańskich, jest to typ romański, brunatna cera, czarne włosy i ciemne oczy, średnia wielkość. Zachował jeszcze swój strój narodowy, choć wszędzie szczególnie po miastach widać ubra­

nia nowomodne. Nie jest to ten sam francuz, któ­

rego widzi się w Paryżu lub północnej Francyi. Co prawda tak samo ognisty i ruchliwy, lecz posiadający w znacznej mierze hiszpańską »grandezza« (powa- żność). Szczerze jest przywiązany do wiary kato­

lickiej, i monarchiczne usposobienie i wspomnienia jeszcze mało zatarte, choć coraz bardziej i tu szerzą się idee importowane z Paryża i z miast, niewiara i mateiyalizm.

Okolice Lourdes są przepyszne. Z iednej strony ogromne szczyty Pyrenejów, z drugiej jedna z naj­

piękniejszych krain Europy, południowa Francya.

Przez miasto płynie dziko szumiąca rzeka Gave. Na jednej z okolicznych gór widać romantyczny zamek.

W górach pyrenejskich są najrozmaitsze widoki, przeważnie czynią wrażenie dzikości i niewzruszonej powagi. Twarde wysokie opoki zewsząd otaczają głębokie doliny i wąwozy. Przez te wąwozy ciągnęli w odległych czasach Kartagińczycy, Iberowie i Rzy­

mianie, ciągnęły szczepy germańskie podczas gmino- ruchu, maszerował Karol W ielki, którego wojsko zniszczyli górale, których potomkowie, Baskowie, jeszcze dziś żyją w tych górach, niezmięszawszy się

z sąsiadami, i jeszcze dziś używając swego własnego języka iberyjskiego, który ma być podobno tak tru­

dny, że nawet dyabeł, jak mówi lud, nie nauczył się go dostatecznie, choć w tym celu przebywał przez 7 lat wśród Basków. Ciągnęli tu później Arabowie, ciągnęli Francuzi i H iszpanie, ciągnęli nareszcie i Polacy, aby się okryć nieśmiertelną sławą pod Somosierra i Saragossa.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

Poradnik gospodarczy.

Siew buraków i m archw i pastewnej.

Buraki są niezmiernie ważną rośliną w dzisiej- szem gospodarstwie, na wszystkich bogatszych i głęb­

szych ziemiach; buraki cukrowe dla gospodarstw w pobliżu cukrowni położonych są głównem źródłem dochodu w gospodarsiwie, buraki zaś pastewne dają dużo paszy zimowy dla bydła. Aby plon był dobry, wymagają buraki troskliwej uprawy i dobrze znawo- żonej ziemi, inaczej mogą się wcale nie opłacić.

Rola pod buraki powinna być pulchną dobrze i głęboko uprawną. Na rolach płytkich o podglebiu kamienistem albo żwirowatem, na piaskach albo bar­

dzo ciężkich iłach w górach, nie udają się. Nawóz stajenny powinien być już w jesieni przyorany — daje się go obficie, bo pod buraki nigdy za wiele nawozu. Na nawozie z wiosną przyoranym buraki nigdy tak piękne nie urosną, jak na zimowej orce.

Oprócz obornika, dodatek nawozów fosforowych t. j.

superfosfatu, tuż przed siewem p ) 2 cetnary na mórg, szczególnie dobrze wpływa na urodzaj buraków.

Także i na zielonym nawozie przyoranym w jesieni udają się buraki doskonale.

Ponieważ rola już jest należycie uprawioną przed zimą, teraz więc tylko spulch. ia się ją radłem wzdłuż i na poprzek albo raz tylko, a skoro tylko rola jest przysposobioną, zasadza się jak najwcześniej buraki.

Spieszyć się trzeba, gdyż im wcześniej zejdą, tym dłuższy czas będą miały do rozwoju i urosną większe i pożywniejsze.

B u r a k i p a s t e w n e sieje się na pole odrazu ręcznie; przesadzane z rozsadnika zwykle chorują długo, zanim się przyjmą i mniejszy plon dają. Chyba gdy niema roli na wiosnę gotowej, to w ostatecznym razie sieje się naprzód na grządce na rozsadę jak kapustę, a w maju przesadza.

Siew' wprost w pole dwojakim robi się sposo­

bem, tj. na polu plaskiem albo porzędowanem w re­

dlin)' czyli grobelki. Na rolach suchszych i pulchnych sieje się w pole płaskie. Pole należy zwałkować do­

brze aby zrównać przed siewem i znacznikiem po­

ciągnąć linie na 45—50 cm od siebie oddalane i ró­

wno w prostym kierunku. W te linie sadzi się ręką buraczane nasienie po 4—5 ziarnek w jeden dołek i ręką się zagrzebuje i przyciska. Do robienia doł­

ków najlepiej służy mały kołeczek opatrzony po­

przeczką, aby wszystkie dołki robić jednakowo głę­

bokie.

Dołek od dołka w rzędzie ma być odległy na 30 cm. Nasienie nie powinno iść głębiej jak 5 cm w roli sypkiej a tylko 3 cm (i cal) w roli zwięzłej, gdy je damy głębiej, to trudno wschodzą.

Co do gęstości sadzenia zważać trzeba na to, że na roli żyznej dobrze uprawionej sadzić można gęściej, na jałowej rzadziej.

Na rolach zwięzłych mało przepuszczalnych, zlewających się po deszczu w skorupę, lepiej sadzić

(6)

buraki pastewne innym sposobem, to jest na rząd­

kach czyli redlinach wypukłych. Rzęduje się więc pole rzędowmkiem trójradełkowym albo tylko obory- waczem zwykłym, robiąc rzędy nie g ł ę b o k i e ; na grzbiety tych redlin sadzi się buraki jak poprzednio opisano, robiąc dołki kołeczkiem. Ten sposób ma i tę dobrą'stronę, źe buraki rosną wtedy odrazu wy­

żej niż chwasty w bruzdach obok i nie tak łatwo dadzą się chwastom zagłuszyć.

Jak tylko po sadzeniu buraków spostrzeżemy, źe robi się na polu skorupa, to trzeba ją zaraz skru­

szyć, spulchnić, r.alepiej ręcznie, lekką motyką.

Z pod zatwardziałej roli buraki nierówno scho­

dzą i dużo ich ginie. Na obszarach większych za­

miast ręcznej roboty, użyć można lekkiej brony lub wałka pierścieniowego do kruszenia powierzchni.

Zaskorupienie się roli na redlinowej uprawie nie tak łatwo się zdarzy jak na płasko uprawnej, więc i z tego powodu na roli zwięźlejszej redliny są lepsze dla buraków pastewnych niż płaska uprawa.

Odmiany buiaków pastewnych są bardzo liczne.

Jedne kuliste duże, co do połowy w ziemi siedzą np.

lejtowickie żółte i czerwone, inne są długie walco­

wate, i te wyrastają największe; jedne siedzą głębiej w ziemi, np, oberndoifskie fiaszowe, drugie prawie całe na wierzchu rosną, walcowate, z tych najlepsze Eckendorfskie. Prócz tego są dobre odmiany Ma­

muty, długie Piloty, olbrzymie z Woriak (Yauriac) i kuliste Lejtowickie. Na zwięźlejszych glebach le­

psze te, co rosną na wierzchu jak np. szczególnie eckendorfskie i woriaki, bo ich zbiór jest łatwiejszy.

Dla równiejszego wschodzenia buraków można na­

moczyć nasienie przez 24 godzin w gnojówce tęgiej, a potem rozsypać na noc przed sadzeniem na kle­

pisku, aby dobrze obeschły. Nasienie buraków musi być co roku świeże i nie można go z roku na rok przechowywać.

Na mórg wychodzi przy ręcznem sadzeniu około 8 kilo nasienia.

B u r a k i c u k r o w e uprawić można tylko tam, gdzie w pobliżu cukrownia i dowóz jest łatwy. Ci, co chcą uprawiać buraki cukrowe, zawierają z cu­

kiernią układ (kontrakt), na podstawie którego cu­

krownia dostarcza zwykle nasienia i obowiązuje się kupić buraki po pewnej cenie oznaczonej z góry, a gospodarze zobowiązują się pewien obszar pola burakami zasadzić. Dobry7 plon buraków daje zysk nieraz wysoki, ale też trzeba troskliwie je uprawiać.

Buraki cukrowe wymagają roli bardzo dobrze upra­

wnej i głębokiej. Orka głęboka przed zimą a nawet uprawa ręczna łopatą na dwa sztychy jest potrzebna.

Przynajmniej jednak pogłębiaczem trzeba spulchnić rolę przy ostatniej orce przed zimą. Nawóz musi być przed zimą przyorany, na zielonym nawozie do­

skonałe rodzą się buraki także, jeżeli się dodaje jeszcze superfosfatu i tomasówki; te fosforowe nawozy dzia­

łają doskonale na wytworzenie się cukru w burakach.

Przed sadzeniem na wiosnę należy więc dać J/a—2 cetnarów superfosfatu na mórg, a dodatek saletry chilijskiej na mórg po 50 kilo przy sadzeniu i 50 kilo przy pierwszem motykowaniu, wpływa niezmiernie korzystnie na wzrost buraków.

Zwykle cukrownie same przepisują pewien spo­

sób uprawy i nawożenia, najlepszy dla pewnej okolicy, aby buraki miały w sobie dosyć cukru. Rolnikowi zaś chodzi o to, aby ich było dużo. Sadzi się po­

dobnie jak pastewne, jednak tylko w płaskie pole nie w redliny i gęściej, w rzędy na 40 cm odległe w odstępach co 23—25 cm.

Częściej jak co 4 lata nie jest dobrze dawać buraki na to samo pole, gdyz można pole w y ja ło w ić

prędko i buraki chorują na różne choroby.

M a r c h e w p a s t e w n a wielka, nadaje się na paszę dla bydła i koni, podobnie jak buraki (krowy dają z niej mleko koloru trochę żółtawego i masło bywa źółciejsze), Zadawalnia się i gruntem nieco gorszym, na którym już buraki nie bardzo chcą"Yo- snać, ale naturalnie nalepszy plon da na roli głęboko uprawionej i pulchnej. Można ją uprawiać na grun­

tach wapnistych, na borowinach a nawet i na pia­

skach byle nie za suchych. Uprawa jak pod buraki musi być o ile możności dobra a nawóź w jesieni już przyorany, bo na wiosnę już na to czasu niema.

Marchew bowiem z początku rośnie bardzo powoli więc trzeba ją zasiewać wczas, tym więcej, że jej przymrozki nie zbyt szkodzą. Rola musi być wy­

czyszczoną z chwastów aby marchwi nie zgłuszyły odrazu, wcześnie też okopywanie musi się rozpocząć.

Siew uskutecznia się podobnie zupełnie jak bu­

raków w pole płaskie albo, na zwięzłej roli, w re ­ dliny; ale gęściej niż buraki pastewne, rzędy na 30 do 40 cm, a w rzędach daje się nasienie kupkami na 20—25 cm w dołki ręką wygniecione, całkiem płytko ziemią się przykrywa, nie głębiej jak na 2 do 3 cm (1 cal).

Nasienie marchwi jest szorstko włochate i zcze- pia się ze sobą, więc przed siewem nasienie wytrzeć silnie w rękach z piasliiem aby się ogładziło, a po­

tem zmieszać z ziemią i tak siać. Siać można sze- rokorzutnie ale tylko na rolach bardzo dobrych i czy­

stych i tam gdzie chodzi o wielkie obszary, zresztą zawsze większy plon będzie przy uprawie w rzędy.

Aby widać było dobrze rządki marchwi, to przy pła­

skiej uprawie co parę kroków wsadzić ziarnko bobu, łubinu lub owsa, aby można chwasty odrazu między rzędami niszczyć, zanim jeszcze marchew wyraźnie powchodzi. Nasienia marchwi olbrzymie; wychodzi na mórg ą1/ * — 5 kilo przy siewie w rzędy; przy sze- rokorzutnym 10 kilo.

Z a sie w lucerny, saradeli, łubinu.

L u c e r n a czyli dzięcielina jest rośliną paste­

wną, wiele lat trwającą. Na tem samem miejscu trwa odrastając ciągle z jednego kerzenia, do 15 lat i daje co roku w cieplejszych i niezbyt suchych oko­

licach pięć, u nas trzy a nawet w roku dobrym do czterech pokosów wcale obfitych. Dorasta do % m i jest doskonałą paszą. Ziemi wymaga głębokiej i nie podmokłej, raczej na suchej się udaje. Dobrze rośnie zarówno w lekkiej pulchnej jak i w gliniastej ciężkiej glebie, byle w niej było trochę wapna. Na miejscach wyniosłych i suchych o głębokiej glebie, byle nie zupełnie piaskowych, lucerna jest nieraz pewniejszą niż koniczyna, bo ma bardzo głębokie korzenie i z ich pomocą może pobierać wilgoć z wię­

kszej głębokości, za to nie znosi wcale bezwapiennego iłowatego zimnego i zamokniętego podglebia.

Pod uprawę lucerny pole powinno być w jesieni dobrze i głęboko uprawione pugłębiaczem, albo prze- ryte ręcznie. Jeżeli rola mało tylko wapna zawiera, to trzeba wapna zawieść 6— 10 fur na mórg i roz­

rzucić przed zimą i przyorać, grunt przytem musi być dobrze z chwastów wyczyszczony, szczególnie z perzu boby inaczej lućerna w pierwszym roku wy­

ginęła. Ponieważ lucerna trwa kilka i kilkanaście lat, więc wybiera się niedaleko zagrody stosowny, nie duży kawałek pola na lucernik i ten się należycie uprawia. Na wiosnę zasiewa się lucernę w jęczmień albo rzadko siany owies rychlik. Pod lucernę przy

(7)

135 zasiewie jęczmienią trzeba dać nawozów fosforowych np. tomasówki po 4 cetnary na mórg. Zresztą sieje się i przykrywa ziarno zupełnie tak jak koniczynę a nasienia trzeba 572 garncy, czyli 18 kilo, na mórg.

Sieją też i izędowo razem z jęczmieniem. Uważać, aby nasienie było świeże i dobrze kiełkowało. U nas zbyt wcześnie na wiosę siać nie należy lucerny, bo przymrózki młodym roślinkom szkodzić mogą, koniec kwietnia, to pora najstosowniejsza. W tym też czasie należy zbronować lucernik dawniejszy, ciężką broną, aby mchy, chwasty i tiawy wydrzeć i ziemię spul­

chnić a lucernę pobudzić do rozkrzewienia się. Lu ­ cerna w pierwszym roku nie daje zbioru nigdy, po­

tem przez lat 4 coraz większe plony, po 3 i 4 pokosy w jednem lecie, a co najważniejsza daje w c z e s n ą zieloną paszę z wiosną na przednówku, kiedy jeszcze trudno o co innego. Później przez parę lat plony są jednakie a następnie powoli się zmniejszają, wtedy lucernik się przeoruje pod inną uprawę i nowy się zakłada.

S e r a d e l a służyć może na doskonałą paszę ścierniskową po sprzęcie zboża, jeżeli się ją w końcu kwietnia wsieje w zboże. Jestto roślina udająca się doskonale na piaszczystych polach, głębszych i wil­

gotnych, suszy nie znosi. Daje dużo zielonej paszy gdy się uda, znacznie więcej niź lucerna chmielowa.

Jeżeli zboże jest jeszcze małe, to należy zasiew sera­

deli zabronować, przy późniejszym wsiewie zostawia się bez przykrycia.

Ziarna trzeba 24—30 kilo na morg (8- -10 garncy przyczem uważać, aby ziarno było świeże i dobrze kiełkowało, gdyż dużo znajduje się w handlu ziarna starego, które nie kiełkuje. Ziarno świeże łatwo po­

znać: gdy się je nożem rozkroi jest wewnątrz żółte jak wosk pszczelny, a nasienie stare jest ciemne, brunatne lub czarne.

Seradela często nie udaje się odrazu, gdy zo­

stała świeżo wprowadzoną do gospodarstwa, ale na to jest sposób; należy rolę przed zasiewem posypać ziemią z takiego pola, na którem seradela dobrze w przeszłym roku rosła, wystarczy dwie fury na mórg rozsypać cienko równo wszędzie, potem dopiero za­

siewa się zboże, w którem ma przyjść seradela. Przez to dodanie ziemi, napuszcza się do roli pod seradelę mnóstwo drobniutkich żyjątek czyli tak zwanych bak­

teryi niewidzialnych okiem, które żyją w roli a są potrzebne do dobrego rozwoju seradeli podobnie jak i wielu innych koniczyn i grochowatych roślin. Siew seradeli nadaje się doskonale do przyorania na nawóz zielony w jesieni, na ten cel można ją wsiewać i pó­

źniej jeszcze w maju.

Ł u b i n na z i a r n o . Łubin używa się na pa­

szę suchą i kiszoną i na zielony nawóz. Na paszę i na przyoranie można go siać i później nawet w lipcu, po wczesnych mieszankach, po życie i t. p., chcąc jednak uprawiać go na ziarno, trzeba go za­

siać już w kwietniu. Na rolach piaszczystych sieje się łubin żółty, na gliniastych, górskich, łubin nie­

bieski, który bywa dw ojaki: o białem lub szarem na­

sieniu. V Udają się łubiny na rozmaitych ziemiach, byle nie zawierały jdużo wapna, po każdym przed- plonie. Uprawa może być dokonana dopiero na wio­

snę tj.: orka jedna głęboka. Dodatek kaimtu i toma­

sówki wpływa na urodzaj nasienia korzystnie. Siać można na surową skibę i zawłóczyć albo przykryć radłem. Przyorywać nie należy, bo łubin głębokiego przykrycia nie znosi. Wysiewa się na mórg na ziarno 25 d o i 2 8 ’ g a r c y '(120 kilo); na paszę zaś wczesną korzec i 3 garce na moig.

Na siano zasiewać można łubin nieco później do końca maja tak aby go jeszcze można dosuszyć

dobrze z końcem lata, gdyż później trudno schnie.

Na piaszczystych rolach uprawia się łubin żółty na zielony nawóz do przyorania pod żyto ozime; w tym celu zasiew winien być jak najwcześniejszy, w kwie­

tniu, aby go można już w końcu lipca przyorać.

Praktyczne rady.

D ziesięć p rzep isó w p rz e c iw suchotom . Wie­

deński »Związek prźeciwdziałania suchotom* ogłasza następujące przestrogi i wskazówki dla chorych i ich otoczenia:

1. P l u c i e . W domu nie należy nigdy pluć na podłogę, tylko w spluwaczkę napełnioną wodą.

Na ulicy spluwać w chustkę. Spluwalniczkę należy co dzień wypróżniać, obmywać wrzątkiem, a nastę­

pnie świeżą wodą napełniać.

2. B i e l i z n a . Chustkę z plwocinami wrzucać do naczynia z wodą i zaraz wygotować. Bieliznę z ciała i pościeli chorego owijać w mokre prze­

ścieradło i chować osobno ; prać i gotować także osobno.

3. Z a m i a t a n i e . Nie zamiatać na sucho!

Kurz może zawierać tuberkuliczne zarazki. Posadzkę skrapiać wodą, szczotkę owijać w mokrą ścierkę, a po wytarciu nią podłogi co dzień wygotować. Me­

ble wycierać ^wilgotną ścierką.

4. P r z e w i e t r z e n i e . Jak najwięcej przewie­

trzać. Zimą i w nocy nie domykać okień, pozosta­

wiając małą szparę. Dobrze okrywać chorego.

5. O d ż } ' w i a n i e — obfite, mieszane jarzyny,

p o t r a w y mączne, chleb, masło, ser, mleko. Nie jeść dużo od razu.

6. A l k o h o l . Nadużywanie alkoholu (wina, piwa/ wódki, koniaku, rumu), jest szkodliwe. Pijacy są najskłonniejsi do suchot.

7. M l e k o — pijać tylko przegotowane.

8. O b m y w a n i e . Co dzień wycierać całe ciało ręcznikiem wilgotnym, potem wycierać suchym.

Myć usta i zęby. Przed jedzeniem myć ręce. Kąpać się często.

9. P o c a ł u n k i . Nie wolno dzieci całować w usta.

10. Suchotnicy powinni sypiać oddzielnie i sa­

mi w pokoju.

R o z m a ito śc i.

O p ero w an ie lam p arta. W menażeryi Bo- stocka w Paryżu dokonano w tych dniach operacyi na lamparcicy, zwanej »Cora«, która kulała od kilku tygodni wskutek gruczołu ropnego na prawej łopatce.

Wspaniałe zwierzę obroniło przed kilku tygodniami pogromcę Murellego, napadniętego przez jaguara, lecz poniosło przytem ranę, która zaczęła ropić tak bardzo, źe postanowiono ją operować. Nie było to zadanie łatwe. Narkotyzować Cory nie chciano, bo któż może wiedzieć, jaką dozę chloroformu znosi lampart? Położono zatem »pacyentkę« na lewym boku, przeciągnięto łapy przez kraty i silnie je przy­

wiązano, przyczem nie zapomniano o zakneblowaniu.

Dr. Dramard wszedł do klatki z pomocnikami i roz­

poczęła się niezwykła operacya. U Chorej miejsce umyto i wygolono. Przy pierwszem cięciu przerażone zwierzę szarpnęło się tak silnie, że postronki po­

puściły; naciągnięto je silniej i operacya rozpoczęła

(8)

się na nowo. Tera z Cora zachowywała się zupełnie rozsądnie, i operacya odbyła się szczęśliwie. Po wszystkiem rozwiązano j>Corę«, jakby nic nie zaszło, podniosła się leniwie i rozpoczęła swój zwykły po­

chód dokoła klatki.

Sm a cz n e g o . Koreańczycy jadają dziwne po­

trawy. Na dowód przytaczamy zupełnie wiarogodny ę spis potraw, podanych na obiedzie podczas jednego z większych przyjęć w Soeulu, stolicy państwa ko­

reańskiego :

Glisty zimne w kwaśnym sosie.

Konserwy z pająków z pieprzem.

Liszki (gąsienice) w oleju palmowym.

Zupa z gniazd jaskółczych.

Ryba gotowana z tartemi mrówkami.

Skrzela rekina na oleju rycynowym.

Udo psie smażone.

Wątróbki szczurów z różna.

Ciastka na mleku klaczy.

Owoce.

W esoły kącik.

M ięd zy k u m o szk am i.

— A gdzie to wasz mąż, pani Jakubowo?

■— W szpitalu.

— O rety! A to nieszczęście, taki zdrowiusienki niedawno go przecie widziiło!

— Kiedy, moja pani Kacprowa, mój mąż jest w szpitalu teraz posługaczem.

R óżn ica.

— jaka jest różnica pomiędzy przezornością a tchórzostwem ?

— Bardzo prosta. Jeżeli my się boimy, to jest przezorność, a jeżeli się kto inny boi, to jest potem tchórzostwo.

M a n o w ca m i.

Zakochany:

— Panno Julio, czy przypadkiem jeszcze się pani nazwisko rodzinne nie sprzykrzyło ?

N a jle p sz y śro d e k . U fryzyera:

— Ten pan, który kupował u nas eliksir na porost włosów, był znowu —

-— I wziął drugą flaszkę, czy tak ?

— Nie, obstalował — perukę.

W szystko jedn o.

— Moryc, czego ty beczysz?

— Bo my czocia dała w mamę!

— Może w papę?

— To wszystko jedno, zawsze to rodzice a to bardzo boli.

T e n b ied y nie zazna.

— B )ło dwóch bogatych lu dzi— rzecze ojciec do syna — jeden uczciwym sposobem zrobił mają­

tek, a dru«i podstępnem banktuctwem. Którym wo­

lałbyś być?

— A który więcej zarobił ?

N a op ak.

— Lekarstwo, które mi doktór napisał, dosko­

nale mi pomogło na kaszel.

— Hm — rzecze lekarz — to muszę go spró­

bować, bo i mnie kaszel dokucza.

ZAGADKA.

Czego pan sam niemiał, prosił sługi swego, coby mu to dał; sługa sam tego nie miał, jednak to swemu panu dał.

Za rozwiązanie powyższej zagadki przeznacza- my nagrodę

Rozwiązanie szarady z nr. 15-go.

K a r y — era.

Dobre rozwiązania nadesłali:

Franc. Kołodziejczyk, Szarlej, Mik. Knietsch, Krasów, Agnieszka Knopp, Zabrze, Jan Szulc, Poznań, Wal.

Kuczera, Smolna.

Rozwiązanie zagadki z nr. 15-go:

B o le s ła w ś m ia ły (syn) zab ił św . S t a n is ła ­ w a , b isk u p a k r a k o w s k ie g o (ojciec) na sk a łc e w k o śc ie le . (Kościół św. nasza matka.)

Dobre rozwiązania nadesłali:

Jan Kędzior* i Gr. Moroń, Grzawa, W. C.* z K., Karol Matloch*, Ruptawa, Paweł Kupka, Dolne Mar­

klowice, Woje. Sobania*. Słupna, ]. Szendzielorz, Mi- chałkowice, Mich. Wałecki, .Świętochłowice, Sebast Neudek, Zaborze, Stan. Kutz*, Małe Szymnice, Tom.

Kasprzak*, Bruch. Katarz. Wolska*, Tarnowo, J. Grze­

śkowiak, Kato%vice, P. Woszyk, Bytom, F. Gepfert, fanów, Boi. Kiczka*, Słupna, Józ. Dejas, Wesoła, St.

Mika Dąb, Mik. Stabik, Mikołów, Kaiol Pietreczko, Lyski, Fior. Jabłonka, Lipiny, Fran. Machura, Szarlej, Teod. Urbanek*, Mysłowice, Fr. Małek, Ruda, Franc.

Gruszka, Świętochł., Apolonia Gwosdź, Siemian., Jan Bernhardt, Załęże, Mel. Woźniak*, Słupna, H. Kiera, Sadzawka, Leop. Zarzecki, Biertułtowy, Woje. Kruk, Janów, Fr. Toborek*, Huta Bismarka, Jan Krząkała, Bykowina, Tom. Milczek, Kochłowice, Rysz. Bodynek, Św iętochł, Mik. Leksza*, Płania, Ludw. Koppel Lau- rahuta. Andr. Christ*, Dąb, Józ. Próba, Kr. Huta, M.

Pikos, Paproczan, Ant. Gront, Siemianawice, Jan Kupka*. Świętochłowice, Fr. Lukoszek*, Kr. Huta, M.

Balitzki, Mysłowice, Jan Hoschek*, Paruszowiec. Aug- Płaczek, Kr. Huta, i. Wilk, Turzokolon., W. Źemba i P. Nowak, Kochłowice, J. Jerchel, Załęże, W. Zo- wada*, Szopienice, Aug. Sitko, Załęże, J. Pilch, Bu- rowiec, Tom. Potempa, Zawodzie, J. Adamczyk. B i­

skupice, T. Borowski i Józpfa Prasoł*, Wyrów, Jan Urbanek*, Brzezinka, Józ. Fabian, Bismarkhuta, Fr.

i Porada, Lipiny, Em. Maciek, Laurahuta, F. Roczniok, Zaborze, j. Sobieroj, St. Zabrze, P. Kuczera*, Osiny, Fr. Włóczka. Sośnica, Fr. Ferda*, Katowskahołda, Przybyła, Zawodzie, Fr. Richter*, Rozdzień, M. Kansy, Nowe Fleiduki, Józ. Kleppek, Załęże, R. Dittmann*, Chorzów, Zygmunt Wójcik, Król. Huta.

Nagrodę otrzymali ci, których nazwiska ozna­

czone są gwiazdkami.

--- --- ♦ . ---

N akładem i czcionkam i * G óm oślązaka«, spółki w ydaw niczej z ograniczoną odpow iedzialnością w Katow icach.

R edaktor odpow iedzialny: A ntoni W olski w K atow icach.

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :