Rodzina Chrześciańska, 1904, R. 3, nr 14

Pełen tekst

(1)

Rok III. Katowice, Niedziela, 10-go Kw ietnia 1904 r. Nr. 14.

Rodzina chrześciańska

Pisemko poświęcone sprawom religijnym, nauce i zabawie.

Wychodzi raz na iydzień w JYiedzielę.

Bezpłatny dodatek do „Górnoślązaka" i „Straży nad Odrą“.

t&tttcsy&iorrswrr&z-yj: :-~csx :oxoccer:^:::"cr.cjiCcccxxccoow3ccD^rxc'^:ss;:::o:c:a::c::'x>arcoscs»:-x.-. ^xcox^sco<

Na Niedzielę pierw szą po W ielkiejnocy.

Lekcya

i. Jan V , 4 — 10.

N ajm ilsi! W sz ystk o co się narodziło z B o g a , zw ycięża św iat; a to je s t zw ycięstw o, które zwycięża świat W iara nasza. Któż jest, co zw ycięża świat, je d n o który wierzy, iż Jez u s je s t S y n e m Bożym ? T e n jest, który przyszedł przez w odę i krew, Je z u s C h rystu s; nie w w odzie tylko, ale w wodzie i krwi. j A duch ]est, który św iadczy, iż Ch rystus je s t p ra­

wda, A lbow iem trzej są, którzy św iadectw o dają na n iebie: O jciec, S to w o i D uch ś w ię t y ; a ci trzej jedno są. A trzej są, którzy św iadectw o dają na z ie m i: D uch i woda, i krew, a ci trzej jedno są.

Jeśli św iadectw o ludzkie przyjm ujemy, świadectwo B o ż e większe je s t; albowiem to jest świadectwo Boże, które w iększe je s t, iż św iadczył o synie swoim. K to wierzy w S y n a B o żeg o , ma świadectwo B o ż e w sobie.

Ewangelia u Jana świętego

w Rozdziale X X .

O n ego c z a s u : G d y był wieczór dnia onego pierwszego szabbatów, a drzwi były zamknione, kędy U czniow ie byli zgrom adzeni dla bojaźni ży d ów ; przjr- | j szedł Jezus, i stanął w pośrodku i rzekł im : Pokój w am ! A to rzekłszy, ukazał im ręce i bok. U r a d o ­ wali się tedy U czniow ie, ujrzawszy Pana. Rzekł im tedy zasię: Pukój w a m ! jako mię posłał O jciec, I i ja w as posyłam . T o powiedziawszy, tchnął na nie i rzekł im : W eźm ijcie D ucha ś w . : których o d p u śc i­

cie grzechy, są im odp u sz czo n e ; a których zatrzy­

macie, są zatrzymane. A Tom asz, je d e n ze dwu nastu, którego zowią D idym us, nie b y ł z nimi, kiedy przyszedł Jez u s. Mówili mu tedy drudzy Uczniow ie:

W idzieliśm y Pana. A on im rze k ł: Jeśli nie u]rzę w ręku Jego przebicia gw oździ, a me włożę palca m ego na m iejsce gw oździ i nie włożę li ręki mojej w bok Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach byli zasię U czniow ie Je g o w domu, i T o m asz z nimi.

Przyszedł Je z u s drzwiami zam knionem i, i stanął w pośródku, i r z e k ł: P okój w am ! Potem rzekł T o ­ maszowi: Włóż sam palec twój, a oglądaj ręce moje,

i ściągnij rękę twoję, a włóż w bok m ó j , a nie bądź niewiernym, ale wiernym. Odpowiedział Tom asz i rzekł mu: P a n mój, i B ó g mój. Powiedział mu Jezus' Iżeś mię ujrzał T o m aszu uwierzyłeś. B ł o g o ­ sławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli. — W ieleć i innych znaków uczynił Jez u s przed oczym a Uczniów swoich, które nie są w tych księgach napisane.

A te są napisane, abyście wierzyli, źe Je z u s C h ry ­ stus, S y n B o ż y ; a iżbyście wierząc, żywot mitli w Imię Je g o .

---- —--»--- —

Nauka z tej Ewangelii.

K iedyż się to pokazał Pan Jez u s pierwszy raz po swoim zmartwychwstaniu A postołom ?

Oto na wieczór tego dnia, w którym zm artw ych­

wstał, w pierwszy dzień po szabasie, podług naszej cbrześciańskiej rachuby, w niedzielę na wieczór, w dzień, później przez A p o sto łó w przeznaczony na dzień święty, który B ó g przykazuje ludziom z a c h o ­ w y w a ć : spamiętaj ab yś dzień święty święcił.*

C o chciał Zbaw iciel powiedzieć przez te iło w a : jpo k ó j wam* ?

Przez to chciał Zbaw iciel powiedzieć, że p oje­

dnaw szy przez swoję mękę ludzi z B o g i e m , przywró­

cił im pokój duszy, s p o k o j n o ś ć sumienia, jakie j k a ­ żdy u^ywa, co przez zasługi męki Jezusa dostępuje odpuszczenia popełnionych grzechów. T a k ie g o to pokoju życzy Zbaw iciel swoim Apostołom , 1 wszyst­

kim, w N iego wierzącym.

D la czego Pan Je z u s pokazywał uczniom swoim nogi i ręce?

T o uczynił dla tego, aby ich słabych w wierze tem bardziej przekonał, że On jest ten sam, lu ó ie g e żydzi ukrzyżowali, a nie żadne widmo.

C o to za m oc dał Z baw iciel Apostołom i czy tylko sam ym ?

W ogólności Jezus Chrystus zlał na A p ostołów tę samą moc, ja k ą odebrał sam od O jca niebieskie­

go, moc nauczania lu d z i, a w szczególn ości dał im m oc i władzę odpuszczania, albo zatrzymania ludziom orzechów, j a k ie po chrzcie świętym popełniają. zaś władzę nie sami tylko A p o sto ło w ie mieli posia­

dać, ale mieli ją przelew ać na swoi h następców bi­

skupów, ci znowu na swoich w s p ó ł p r a c o w n i k ó w in­

nych ka p łan ó w ; co też uczynili, i co po dziś dzień biskupi czynią.

ja k ie t o g r z e c h y m a ją A p o sto ło w ie i ich na­

stępcy odpuszczać a jakie z a t r z y m a ć ?

i

(2)

IOÓ

W sz ystkie g rzech y m ogą b y ć odpuszczone, byle tylko ci. co je popełnili, szczerze uznali ich ciężkość, żałowali za nie serdecznie, i mocne uczyniw szy przed­

sięwzięcie popraw y ze skruchą praw dziw ą ich się w yspow iadali. Jeżeli zaś grzeszn icy nie żałują p ra w ­ dziwie za popełnione grzechy, co się poznaje po tem, że się nie pop raw iają i ciągle w ten sam grzech jak n aum yślnie w p a d ają ; jeżeli zostają w n ałogach i nie chcą z nich p o w s ta ć ; tacy nie są godni od p u sz cze­

nia grzechów, i takim zatrzym ują się grzechy. Ż e b y więc spowiednik mógł doskonale osądzić s p o w ia d a ją ­ cego się, nie d osyć jest, pow iedzieć zgrzeszyłem, ale trzeba w szczegó ln ości w yznać, co zgrzeszyłem, jak zgrzeszyłem i ile razy zg rzesz yłem ; bo, źe w szyscy jesteśm y grzesznicy, o tem wie ka żd y ; lecz cośm y takiego popełnili, żeśm y zostali grzesznikam i, to żaden nie m >że wiedzieć, jeżeli mu nie powiemy. T rz e b a się w ięc grzechów spowiadać; ab y dostać ro z g rze­

szanie, albo nie, aby odebrać naukę, radę, jak sobie m am y postąpić, aby z tych lub ow ych pow stać grzechów.

Ja k to n azyw am y inaczej tę sp ow ied ź?

Sakram entem pokuty.

C z y powątpiewanie T o m asza o zm artw ychw sta­

niu Z b aw iciela było w ielkie?

T a k jest. Chrystus przed sw oją śmiercią prze­

powiedział był przecie, że trzeciego dnia zm artw ych­

wstanie Zm artw ych w stał, bo i A n io ł niewiastom był powiedział, i Piotr święty i M arya M agdalena widzieli G o, i owi dwaj uczniowie idący do E m a u s i zebrani razem Apostołow ie. Ci w szyscy powiadali T o m aszo w i że widzieli P ana, że im ręce i nogi p o­

kazywał, a jednakże nie chciał uwierzyć, i dopiero, g d y sam własnemi rękoma dotknął się ran Zbawi- cielow ych, zaw ołał: »Pan mój i B ó g mój.« W iara w ięc tych, co na słow a A p ostołów uwierz) li, większa była aniżeli T o m asza Błog osław ien i, co nie widzieli, a uwierzyli. O taką i my m ocn ą starajm y się wiarę a i o nas będzie m ożna p ow iedzieć: B ło g o sła w ien i !

Matka Boska Pocieszenia.

/ j Powieść historyczna z X YI-go wieku.

Pod koniec XV I stulecia, gdy wojny nędzą ludu znaczyły przejścia swoje, gdy kraj 'zgliszczami i smutkiem zapełniały, gdy klasy uprzywilejowane władzę w swoje ręce zagarnęły, cała część Lombar- dyi, pomiędzy Brianzą a Erbą, tak byfa spustoszoną, tak dziką, że komukolwiek wypadało przejeżdżać tamtędy, gotował się w podróż tę, jakoby na śmierć nieuniknioną. A jeśli mógł, dobierał sobie liczny orszak zbrojny, dla zabezpieczeni osoby swej od dzikiego zwieiza i zgrai rozbójników przepełniających knieje i drogi. Nie mniej niż rozbójnicy, strasznym był dla wszystkich, pan na zamku Barzago osiadły, Don Alfonso [aceii, przezwany przez wasali swoich i chłopstwo okoliczne ^Niedźwiedziem z Barzago*.

Gwałtowny, mściwy, obojętny na wszelkie ludzkie cierpienia, nie rozumiał, co. jest litość, miłosierdzie lub poszanowanie cudzej własności, o prawach rzą­

dzących krajem miał przekonanie, że mają one zna­

czenie sieci, w którp plączą się drobne twory, ale z których zwierz gruby, zawsze bez szwanku wycho­

dzi. Przekonania religijne Alfonsa Jaceti, polegały na pozorach, były pewną liczbą przesądów, usypia­

niem wyrzutów sumienia, za pomocą pewnych praK­

tyk pow ierzchow nych, nie krępujących w gruncie rzeczy dzikich instynktów magnata. Ktokolw iek zna­

lazł się w zam ku »Niedżwiedzia"z B a rz a g o * ,1 musiał zauw ażyć przedewszystkiem, niezliczone mnóstwo przyborów myśliwskich. R ogi, noże, oszczepy, na wszystkich ścianach sfory, psów, sokoły, ułożone do polowania, zg raja leśników, dojeżdżaczy i strzelców, stanow iły dwór tamtejszy. N ajm ilszą za b aw ką Don A lfon sa było istotnie polow an ie; rozryw ka , ta przy­

gniatała ciężko jeg o wasali. T ęp ie n ie w s z e l k i e g o rodzaju zwierzyny, karane było bez litości. Don A lfo n s o łatwiej p rzebaczyłby zabójstw o człowieka, niż zniósł upolow anie zająca lub kuropatwy.

T o też dzikie zwierzęta w yniszczały b e z k a r n i e owczarnie, obory i kurniki włościańskie, a ileż razy prócz tego, wesoła zg raja strzelecka, tratow ały łany pszeniczne, g o n ią c za j i a t t a m i z a ją c a ?

B ie d n y wieśniak zalewał się łzami, widząc zni;

szczone w jed n ej chwili nadzieje sw oje i swojej r jd z in y , ale milczał, bo i komuż miał się poskarżyć na sw oją krzywdę?

Ulubionem miejscem p olow an ia D o n Alfonsa był las na skłonie gó ry, prawie przytykający do zamku Barzago. L a s len nosił wtedy, to, jakie dotąd zachow ał nazwisko, zwał się lasem »P ociesze­

nia*. G ęste jego dęby i kasztany d aw ały bezpieczne zwierzynie i ptactwu leśnemu schronisko.

S am y m środkiem szła droga, a na jej skręcie stała kapliczka, w zniesiona pod wezwaniem N ajśw ięt­

szej Maryi P an n y Ł a s k a w e j.

Ustroń po za kapliczką gęsto była usłan a krzy­

żami znaczącym i m ogiły p om oidow an ych , bo w y ­ p adki zbrodni i rozboju były tu praw ie zwyczajnym i zjawiskami.

Dnia 7-go września 1500 roku cisza | uszczy zakłóconą została gw arem strzeleckiej drużyny, rżenie, szczekanie psów i wrzask sokołów i g w a r y głosów ludzkich roznosiły się w e w szystkie strony.

Don A lfo n s o p olow ał w towarzystwie młodej, prześlicznej damy i jej męża, pana włości sąsiednich, A leksan d ra Sirtori. Don A lfo n so był uprzejmym nad wyraz dla sw ych gości, bawił ich rozmową, a ob iecyw a ł bardzo c iekaw ą obławę.

Młoda kobieia zamężna od paru zaledwie tyg o­

dni szczęśliwa i sw obodna, patrzyła w około siebie wzrokiem pełnym zadow oln ien ia; — piękny jasny słoneczn y dzień, zd aw ał się pozostawać w zupełnej zgodzie z myślami jej i uczuciami, za to mąż jej, obok niej jadący, był smutny, blady i zamyślony- Jakaś przykra myśl zasępiała piękne j e g o czoło.

— C o ci jest, mój drogi?... — zap ytała m ł o d a kobieta C z e g o tak posm utniałeś w tej chwili?

— T e m iejsca straszną są dla mnie pamiątką,

— odparł zagadnięty — mówiłem ci w szak o tem, Emilio.

— Don A lfo n so musi pamiętać okrutny w yp a­

dek, jaki sp otkał tu rnoję matkę.

— A tak... prawda... słyszałem coś o tem... przed laty... — wtrącił D on Alfon so, — m arszcąc gęste i czarne brwi swoje...

— A w którem to m iejscu stało się to nieszczę­

ście?,.. — zapytał A leksander.

— T a m dalej... p raw d o p o d o b n ie niedaleko ka­

plicy Pocieszenia...

— A czy nie dow iedziano się n ig d y nic p e ­ w niejszego o tem strasznem w ydarzeniu?

Don A lfo n so utkwił jaszczurczy wzrok w sm u­

tnej twarzy p iękn eg o młodziana, a nie znalazłszy w niej śladów podejrzani*, odrzekł:

(3)

107

— Cóżby się tu duło odkryć pewniejizego? Te strony przepełnione były wówczas rozbójnikami, — wszak prawda Antonio?...

Na te słowa zbliżył się nadleśny Don Alfonsa.

— Jaśnie wielmożni państwo, nie mogę sobie wyobrazić, co tu się działo przed laty! Plądrowali tę okolicę,"' na cały kraj sławni przywódzcy band rozbójniczych: Kain z Puzino, Raspanio i wielu innych.

— Tak — potakiwał Don Alfonso, — źle się tu' dawniej działo, bardzo źle, ale od chwili, jak roz­

stawiłem tych oto zręcznych kotów, dodał wskazując na swych ludzi, szczury już nie wojują; możecie też państwo być najzupełniej spokojni, nic w'as złego spotkać w_tej okolicy nie może.

— Ale powiedz mi pan... — zaczął A le­

ksander...

Don Alfonso bardzo nie rad jego zapytaniom, spiął konia ostrogą i ruszył prędkim kłusem, za nim zaś podążyło cale towarzystwo.

Don Alfonso puścił sokoła za dzikim gołębiem, ten jednakże uwolniwszy się z uwiązanego do nogi rzemienia, wzniósł się swobodnym lotem w powie­

trze, skręci! w bok i przysiadł na dachu ubogiej karczemki.

Całe towarzystwo natychmiast tam się skiero- J wało. Hałas nadbiegającej drużyny przejął strachem spokojnych chaty mieszkańców.

Ośmnastoletni chłopiec, krzątający się przy jakiemś zajęciu domowem, skoczył co tchu do sieni i schował się pod próżną beczkę, gospodyni oporzą­

dzająca w tej chwili ognisko kuchenne, upuściła popiół na izbę, gospodarz zaś wyszedł zakłopotany i przed próg, aby powitać dostojnych gości. Biedne człećzysko miał czapkę w ręku i bił pokłony Don Alfonsowi, mrucząc:

— Jaśnie oświecony panie... taki zaszczyt na mój domek ubogi.

»Niedźwiedź z Barzago* ani spojrzał na mó- wiącego, skinął tylko na służbę i jeden z tejże wdra­

pał się natychmiast na dach i wpędził kominem sokoła do izby, który przerażony zaczął po niej szybować, zrzucając z pułek naczynia, kubki, szklanki, talerze, wszystko słowem, co tylko było.

Gospodarz stał w kącie, nie śmiąc przemówić ani słowa, bał się nawet wzrokiem okazać smutek z doznanej krzywdy.

Po pewnym czasie służba zdołała pochwycić zbiega i wrócić go do rąk pana.

Uśmiechnął się do ulubieńca, a gdy miał od­

jeżdżać z orszakiem, zawołał:

— Antonio! oddaj no temu człowiekowi upolo­

waną dziś zwierzynę, wrócim tu za parę godzin na obiad.

— Słuchaj — dodał, zwracając się do chłopka I

— zajmij się sporządzeniem uczty, ale uczty jak się J należy, pomysł także, aby wina było poddostatkiem.

Pamiętaj i to dobrze, że masz ze mną sprawę, ja żaitować nie lubię!...

Odwrócił się i odjechał.

Teraz gospodarz wrócił do izby, pełnej kurzu, sadzy, skorup wszelkiego rodzaju i załamał ręce w milczeniu. Takie zwykle mniej więcej po sobie zo­

stawiła ślady wizyta dobrego pana.

— Chwała Bogu, że już pojechali!,.. — rzekł wreszcie.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

Dziewica z kwiatu.

Już była ziemia ubrana w zieleń I w wonne róże,

Już w jasnem źródle poił się jeleń Mknął ptak w lazurze;

Już raj otworzył złociste wrota, Buchały wonie,

Ociężał granat, cytryna złota, Krasne jabłonie;

Kwiecia tam b y ł o zawsze, jak w maju, Nie rosły chwasty,

Ale nie było królowej raju, Pierwszej niewiasty!

Brzmiała aniołow rajska muzyka, Arfy i lutnie,

Lecz bez tej nuty, co w duszę wnika, Słodko a smutnie —

I był już człowiek, władca, pan ziemi, Z urodą ciała,

Lecz brakło duszy z węzły bratniemi, Coby kochała!

Więc na dar wielki, największy światu, Arcytwór własny,

Bóg wyprowadził Dziewicę z kwiatu W poranek jasny.

Na tle zieleni wśród raju głębi, Leśnych mozaik,

Bielał jak stado śnieżnych gołębi Liliowy gaik.

Dokoła brzózki rozwiały włosy, Czerniały sosny;

Od olch słowiczy, wskroś ciemne wrzosy, Szedł śpiew żałosny,

Szedł wskroś paprocie, kalin korale, Szmer wiatru cichy,

Szumiały, patrząc w strumyka fale, Lilii kielichy.

I oto rankiem, z chwilą przedświtu, 0 mroków skonie,

Gdy bladły gwiazdy na tle błękitu W nocy welonie,

Kiedy szczeliną rozpękł różową Widnokrąg szary,

Gdy szły nad łąką porą majową Srebrne opary,

Tanim z ciemności zmartwychwstał znuwn Gaju zakątek,

I one brzózki i mchy z parowu, 1 roje łątek,

Nim światłem łąki pozieleniały Na obręb szerszy,

Bóg tchnął — i słońca w ów zastęp biały Zszedł promyk pierwszy.

I lżejsza, niźli mgły lekkiej rąbki, Niż lotna chmurka,

I bielsza, niżli białe gołąbki, Muszczące piórka,

Bardziej niż błękit w noc jasną cicha, Niż słońce jasna,

Czystsza od lilii białej kielicha, Jak róża krasna,

Jak anioł cudna, jak palma wiotka, Niebiańsko-lica,

(4)

io8

Z lilii tych wonią wzniosła się słodka Kwiatów-Dziewica!

Przy szat jej bieli lilie ściemniały;

W koło jej głow y

Kręgiem siebrzystym zajaśniał biały Sierp księżycowy.

Słodycz z pow agą miała na czole, A włos jej długi,

Ja k płaszcz gdzieś tonął w m gieł jasnych kole Jasnemi smugi.

Od rzęs spuszczonych kładły się cienie Na cudnej twarzy,

I była jako miłości tchnienie, G dy serce marzy —

N a poły ziemska, nawpół niebieska, fak ludzkie modły,

Bo wszystkie myśli, czyste ja k łezka, W niebo ją wiodły,

I była pełną świeżości ranka, Róż majestatu,

I tak w ybłysła z m gieł jasnych wianka — D ziewica z kwiatu!

Z nią dzień różowy, jasny zawitał, W blasków powodzi.

Dzień najpiękniejszy, który zaświtał, Odkąd brzask wschodzi!

I tak się zdziwił pięknością ową, Ów dzień na ziemi,

Ź e wziok nakrywał, jak przed króltw ę, Rzęsy złotemi.

Zam knęły oczy gw iazdy od blasku, Światłem zasute,

Do pieśni ptaki znalazły w lasku Na]tkliwszą nutę,

I lały wonie znoszone świeże Kwiatów kadzidła,

A śpiewak Boży, nucąc pacierze, Uderzył w skrzydła.

I najpiękniejszy w ybłysnął pączek Róży szkarłatu, —

Wśród księżycowych stała obrączek Dziewica z kwiatu!

T ak była piękna Królowa ona Z światłem na skroni,

Że B ó g wyciągnął ku niej ramiona, Zatęsknił do niej !

Że nawet rajska kwiecista gleba, U życia proga.

Niegodną była te) myśli nieba Natchnienia B o g a!

G Ł O S Ś W I Ę T Y C H .

I.

Miej serce syna względem B oga; serce matki względem bliźniego, serce i umysł sędziego względem siebie samego.

(Błogosławiony Ludwik z Grenady.) Przebacz winy cudze; módl się i płacz abyś zmazał twoje winy; unikaj grzechów ciągiem czu­

waniem nad sobą; zmaż przeszłe winy przez natych­

miastową spowiedź. (S. Augustyn.) Sternik prowadzący okręt patrzy się na niebo aby rozpoznał drogę, którą się ma udać; podobnież i ty czyń ; podnoś zawsze twe oczy do nieba, tam wyczytasz przykazania boskie, które jakby jasne gwiazdy oświecą twą drogę.

(S. Jan Chryzostom.) Odnoś przynajmniej wszystko do Boga, jeżeliś nie został powołanym do opuszczenia dlań wszyst­

kiego. (S. Ignacy Loyola.)

II.

Cnota jest dobrem użyciem swobody sumienia' (S. Augustyn.) Cnota, ma za cel wszystko, co trudne i dobre.

(S. Tomasz z Akwinu.) Istotą cnoty jest: aby człowieka skierować na dobrą drogę. Owóż dla człowieka, to jest dobrem co zgodne z rozumem.

(S. Tomasz z Akwinu.) Niema jednej cnoty bez drugich chyba, że ta jedna cnota jest najdoskonalszą.

(S. Grzegorz Wielki.) Każda cnota przychodzi w pomoc innym cno­

tom, i d jd aje im wartości.

(S. Tomasz z Akwinu.) Miłość cnoty i poszukiwanie onej zaczynają się od tego, że nas czynią cnotliwymi.

(S. Franciszek Salezy.) III.

Gdy czujemy iż jesteśmy przez nałogi najsilniej zwyciężeni, starajmy się nabyć cnót nałogom tym przeciwnych. Jestto zapewnienie sobie zwycięztwa nad naszym nieprzyjacielem, osiągnąć cnotę którejśmy nie mieli, i udoskonalić wiele innych.

(S. Franciszek Salezy.) Niezmiernie jest pożytecznem, starać się wy­

łącznie o wydoskonalenie w sobie jednej jakiej cno­

ty, nie do tego stopnia aby już inne cnoty zanied­

bać, lecz aby nadać pewien kierunek sercu swemu.

(S. Franciszek Salezy.) Nikt nie staje u celu od razu ; postępując nie zaś lecąc, dochodzi się do wierzchołka.

(S. Bernard.)

(5)

iOą

Ja k chrząszcz mały ks. Latreillego zachował

od śmierci.

Zawsze Opatrzność Boska czuwa nad nami i nic się bez woli Jej lub dopuszczenia nie dzieje.

Najczęściej zaś posługuje się Bóg małemi środkami ku dopięciu swych zamiarów. Gdyby tylko ludzie na wszystkie okoliczności, wśród jakich szczęście lub nieszczęście ich spotyka, należycie zważali, czę­

ściej by w nich spostrzegli jawne ślady Opatrzności Boskiej. Doświadczył tego na sobie uczony badacz przyrody, ksiądz Latreille, któremu Opatrzność Boska przez małego chrząszcza życie uratowała.

Piotr Andrzej Latreille urodzony w Brives roku 1762 należy do pierwszo­

rzędnych uczonych mężów przeszłego stulecia. Miano­

wicie odznaczył on się uczonemi dziełami, jakie napisał o chrząszczach i innych owadach. Umarł on w sędziwym już wieku, bo jako 70- letni starzec roku 1833 w Paryżu.

Atoli już w młodym wie­

ku, nim jeszcze wydał swoje sławne dzieła był wystawiony na niebezpie­

czeństwa niechybnej śmier­

ci. Wtedy już bowiem będąc księdzem w Brives, podczas słynnej rewolucyi francuskiej potówno zwie- lu innymi wiernymi księ­

żmi został skazany na wywiezienie do Kajenny.

O kręt, który skazańców tamże miał zawieść, na morzu się rozbił i wszyscy towarzysze księdza La- traille potonęli. On sam tylko uszedł niechybnej

śmierci przez"'małego chrząszcza, jakiego mu Opatrzność Boska pra­

wie w ostatniej chwili przed wyjazdem jakby na pomoc zesłała.

Otóż jak wypadek ten jeden z współczesnych mu przyrodników, choć wtedy jeszcze młody lecz główny jego świadek i obrońca, Bory de Saint-Vin- cent, w swych wspomnieniach z lat młodości sam opisuje:

»Latreille przed rokiem 1792 z niektórych pu- blikdcyi o nowo odkrytych owadach, jako też z kilku wzmianek Fabriciusza i 01iviera był znany w świecie uczonym. Jako ksiądz z Brives został uwięzionym razem z proboszczami z Limousin, którzy nie chcieli żłożyć przysięgi rządowej ; jakkolwiek żadnym nie zawiadowaPprobostwem, to przecież go uwięziono, Biednych kapłanów * tych razem - z innymi, ’ których po drodze do nich przyłączano, w ^taczkach ? odsta­

wiano do Bordeaux aby ich ztamtąd okrętem prze­

w ie ś ć do Guyany. Gdy około czerwca do miasta

portowego przybyli, umieszczono ich w seminaryum

Jfó k a Baska Ostrobramska.

jako więźniów, ażby się znalazł okręt na ich prze­

wiezienie. Wypadki 9. termidora spowodowało im ułaskawienia. Od azd ich zwlókł się/aż do wiosny, i tak też ksiądz Latreille pozostawał pod ostrą strażą w owem więzieniu. Mieszkał on w tej samej celi z jakimś sędziwym schorzałym biskupem, do którego codzienie przychodził chirurg, aby opatrzyć mu rany.

Podczas jednej z tychże wizyt, spostrzegł ksiądz Latreille małego jakiegoś chrząszcza wychodzącego ze szpary podłogi, schwycił go, podszukał, nadział na szpilkę i utkwił ją w korek, widocznie ze swego odkrycia uradowany. Młody chirurg spostrzegłszy to, zapytał: »Zapewne to rzadki owad?«

’ _ Tak jest — odpowiedział Latreille.

— To mi go pan musisz dać l

— Czemu ? —

— Znam kogoś, co ma piękny zbiór i bardzo się temu zwierzątku ucieszy. —

— Dobrze tedy ! Zanieś mu pan ten

owad, powiedz mu. jakieś go otrzymał i poproś go, aby mi podał jego nazwę«. —

»Chirurg, pisze dalej pan Bory, pobiegł tedy

do mnie i oddał mi chrząszcza. Choć bowiem jeszcze byłem bardzo m łody, zajmowałem się przecież już wtedy bar­

dzo dużo naukami przy- rodzonemi. Starałem się

więc przysłanego mi chrząszcza poznać, lecz wszystkie badania były daremne... Gdy się Latreille o tem do­

wiedział, poznał, źe do­

piero jestem początkują­

cym i kazał mi powie­

dzieć, że jest księdzem Latieille skazanym na śmierć do Guyany.

»Na podstawie tej wiadomości udało mi się po wielu zabiegach, księ­

dzu Latreillemu wypusz­

czenie z więzienia wy­

jednać; wuj mój de Dar- legas i mój ojciec ręczyli za niego.

Ksiądz Latreille wła­

śnie wsiadał na okręt,

<rdy odebrał tę nowinę: kilka godzin później, t byłby niechybnie zginął. Albowiem okręt, na który wsiadł, rozbił się tuż blisko lądu, a tylko majtkowie zdołali się ocalić. Tak to oczywistem zrządzeniem Opatrzności mały owad stał się wybawi­

cielem księdza Lattrelliego.* Chrząszcz ten należy do rodzaju »conynetes« czyli »nekrobia< z odznaką

»ruficollis«.

(6)

IIO

Marzenie do księżyca.

Czy wiesz, że to nie sen T a cisza, co płynie

Hen

Po błyszczącej rosami dolinie?...

Perlista skryła mgła Jezioro, co lśnieniem

G ra —

I życie me zmieszała z marzeniem.

Czy wiesz, że pośród lśnień Srebrnych zgasł płomienny

Dzień,

Ż e na ziemię upadł spokój senny?

Ż e już nie przyjdzie wschód — Ż e od wieków śniony

Cud

W stał, światłością nocy osrebrniony?

Czy wiesz, że stanął czas, Na zawsze żar słońca

Z g a sł —

Ż e nastało królestwo m iesiąca?...

Zofia Rygier owa.

Leki wiejskie.

Kto tylko jakiś czas mieszkał na wsi, wie bar­

dzo dobrze, ja k wielki wstręt okazuje nasz lud wiejski do lekarzy i lekarstw aptecznych. Umiera­

ją cy wieśniak drży jeszcze na widok lekarza, a z otwartemi rękami przyjm uje do chaty baby lekarki, zabijające tysiące ludzi swemi doświadczo- nemi lekam i; i w tym celu podajem y tu zdarzenie, którego sami byliśm y świadkami, a które byłoby się skończyło najgorzej, gdyby doświadczony i biegły lekarz spóźnił się tylko o godzinę.

W dobrach W ysokie, położonych w gubernii Lubelskiej, je st wieś D ragany, odległa najwięcej o pół wiorsty ode dworu.

W tej wsi znajdował się włościanin, którego nazwiska nie pamiętamy, rządny, poczciwy, m ający żonę i pięcioro drobnych dziatek. Pracow ał szczerze, zabiegał, oszczędzał, a jednak nie m ógł się niczego dorobić; bo jak Cukolwiek zaczęło mu być lepiej, to zaraz albo wilk zadusił bydlę, albo konia ukra­

dziono, albo ogień nawiedził chatę, dość, że tylko pracy i rządności żony winien byt możność dalszego przy gospodarstwie utrzymania się. W dobrach W ysokich nie było stałego lekarza, ale raz na tydzień przyjeżdżał z Lublina i w miarę zgłoszenia się cho­

rych udzielał im rady i pomocy. Już przybyły lekarz miał odjechać, kiedy dano nam znać, że żona Mar­

cina umiera. Udaliśm y się więc razem do chaty Marcina, i rzeczywiście przerażający widok uderzył nas na wstępie. Chora wiła się w boleściach na

łóżku otoczonem babami, pięcioro drobnych dziatek zanosiły się od płaczu, a biedny Marcin stał oparty o komin, nie mogąc wyrzec do nas słowa. Lekarz przystąpił do łoża chorej, wziął za puls, pokiwał głową i rzekł:

Każda chwila decyduje o życiu, i obracając się do chorej dodał: co ci najbardziej dolega moja kobieto?

— A j! boleści, okropne boleści wewnątrz. *

— Boleści wewnątrz, zapewne dawano ci wódkę?

— Nie.

— Ale^powiedz moja kobieto, bo ja się gnie­

wać o to nie będę; wódka dobra na niektóre sła­

bości i chcę tylko wiedzieć, czyś piła wódkę czystą łub z jaką przyprawą, zimną, albo grzaną?

— Krzyneczkę grzanej.

— Jakąż to krzyneczkę?

— A... tak spory półkwaterek.

— A z czem?

— Stara Maćkowa mówiła żeby rzucić trzy dz ewięci“ ziarnek pieprzu.

— Zapalenie kiszek w ostatnim stopniu, leczone wódką z pieprzem, rzekł do mnie doktor, i prowadził dalej ^egzamen.

— A cóżeś jadła moja kobieto?

— Nic.

— Jakto nic? od kiedy?

— Od wczoraj.

— A wczoraj?

— Wczoraj zapachniała mi jajecznica z kieł­

basą i Maćkowa mówiła, że kiedy się żąda, to trzeba jeść.

— W ieleżeś zjadła tej kiełbasy z jajecznicą?

Ot tę ryneczkę. 1 pokazała ręką najmniej pólkwartowe naczynie. — Pan Bóg cud pokaże, jeżeli ta kobieta nie umrze, puls uderza 1 10 razy na mi­

nutę, powiedział do mnie doktor; a teraz n a j p r z ó d

rozprawić się muszę z mojemi koleżankami bez pa­

tentów. Gdzie jest stara Maćkowa?

— Ot tu.

— Jak ty śmiałaś zabijać matkę pięciorga dzieci?

— Co też jegomość gada, a któż ją zabijał?

— Ty, wódką z "pieprzem i jajecznicą z kieł­

basą.

— Mój jegom ość, jeszcze jegom ości na święcie nie było, a ja już wszystkim bolączki wódką rato­

wałam.

Przyszliśm y lekarzowi w pomoc i kazaliśmy baby lekarki do czasu zdecydowania się słabości, zamknąć na pokutę o chlebie i wodzie, a lekarza zatrzymaliśmy na całą noc.] [Dane lekarstwo po­

żądane przyniosło skutki; silny, nadużyciam i nie- zepsuty organizm dopom ógł lekarzowi, i biedna matka pięciorga dzieci w dwa tygodnie odzyskała zdrowie.

K iedy później oboje ze łzami w oczach dziękowali lekarzowi, on im rz e k ł:

— Największą wdzięczność okażecie m i'tein, jeżeli przestrzegać będziecie innych o s a d n i k ó w z^wioski, aby zamykali drzwi przed babami lekarkami- Godzina czasu decydow ała ’ o twojem życiu biedna k ob ieto ; gdybym się był o tę godzinę s p ó ź n i ł , t w o j e dzieci zostałyby były sierotami, i nie wiedziałyby o tem, że stara Maćkowa zabiła im matkę wódką z pieprzem ifkiełb asą z jajecznicą.

(7)

I I I

Niedziela.

Tak przecudnie słońce świeci.

Płoną strzechy chat, Z łoty ogień z nieba leci C a całuski świat.

T yle ciepła, tyle blasku Nadecalą wsią

A na dróżkach, a na piasku Złote gw iazdy lśnią.

Hen pod borem na zagonie Pożar ’i\ cóż to ?: cóż ?

C ały zagon ogniem płonie Ogniem złotych zbóż.

T ak uroczo, tak świetlano, Pełno słońca strzał,

B ó g w nagrodę takie rano Dobrym ludziom dał.

T y le 'sło n k a i wesela, T yle wonnych tchnień, Toć] niedziela, dziś niedziela Odpoczynku dzień.

Sygnaturka lud już w oła:

Diń, diń, dzwoniąc wciąż, Ja k i taki do kościoła Na paciorki dąż.

T o ć od końca wsi do końca Płynie dzwonka głos,

W woniach kwieci, w blaskach słońca 1 w brylantach ros.

Już wybiega raźna młodzież Na podwórka z chat,

W słońcu bły-ska pstra jej odzież A we włosach kwiat.

K oń na łące trawkę szczypie, Łeb podnosi,£rży,

A w podwórkach żóraw skrzypie Poszczekują psy.

Ot dziewuchy i chłopaki W złotych falach zbóż, Niby habry, niby maki Idą na mszę już.

Boć ze złotej zbóż topieli Niby baiwny kwiat,

Raz po razie mignie, strzeli Ż yw y kolor szat.

Młódź się cieszy z słońca, z czasu...

Brzmi wesoły śmiech,

1 gdzieś w cieniach, w głębi lasu Budzi pełno ech!

Poradnik gospodarczy.

— ——

Uprawa pod jarzyny na gruntach ciężkich.

Grunta ciężkie spoiste lepiej niź grunta lekkie za­

trzymują w sobie wilgoć. Uprawiając grunt ciężki pod jarzynę, mniej mamy na uwadze zatrzymanie w nim wilgoci, powinno zaś głównie chodzić o to, aby grunt tak w jesieni przygotować, iżby z wiosną był dostatecznie pulchny i zdatny do zasiana roślin.

W tym celu ziemię ciężką spulchnia się częściej i głębiej, niż ziemię lekką. Dwie jesiennie orki po roślinach kłosowych (z tych pierwsza płytka, druga

— głęboka) są tu prawie konieczne. Wszędzie po­

wtórna orka powinna być tak wykonana, aby rola mogła dostatecznie przemarznąć. Pogłębiać należy bardzo ostrożnie, aby za dużo surowicy na wierzch nie wydobyć. Jeżeli na ciężkim gruncie wydobędzie­

my calową lub grubszą waistewkę świeżej nierozło- żonej ziemi, to będzie to bardzo szkodliwe d h zbóż jarych kłosowych, gdyż w takim razie powierzchnia podczas deszczu łatwo staje się mazistą, a na słońcu twardnieje, czyli zaskorupia się i tamuje wschodzenie roślin, oraz dalszy ich rozwój.

Oprócz tego rola jesienią zbytnio pogłębiona, na wiosnę wolno obsycha. Należy zwracać wielką uwagę na to, aby, im grunt jest cięższy, tem prędzej doprowadzić go do przeschnięcia na wiosnę i obsiać go o ile można tylko najwcześniej. W tym celu nie dopuszcza się do tworzenia na polu kałuż, oraz do zatrzymywania w bruzdach wody, która powinna mieć wolny odpływ.

Jeżeli ciężki grunt był wystawiony w skibach na działanie tęgich mrozów, wtedy, po spłynięciu wód śniegowych i powierzcbowem obeschnięciu z ła­

twością powinien rozpaść się na proszek; w tym ostatnim wypadku po parokrotnem przejściu brona­

mi na wiosę możemy' ju ż siać, nie używając nawet drapaczy; a jeżeli uda nam się przykryć zasiew, za­

nim deszcz spadnie, mamy prawo spodziewać się równego wzejścia i dobrego plonu. Im pierwej i ró­

wniej nasienie wschodzi, tem prędzej roślinność ocieni a zatem i ochroni grunt od nadmiernej wil­

goci z jednej strony i suszy z drugiej strony.

Praktyczne rady.

J a k trzy m ać g ło w ę w czasie sn u . D awniejsi lekarze byli zdania, że w czasie snu należy głowę umieścić wyżej niż resztę ciała, — nowsi, uwzglę­

dniając obieg krwi, który przy poziomem położeniu całego korpusu ludzkiego wraz z głow ą odbywać się może, doradzają, by nie pościełać zbyt wysoko pod głowę, — zwłaszcza w czasie chorób gorączkowych.

Czytaliśmy także w jednem z pism lekarskich, że dr. Hilty w St. Gallen w Szw ajcaryi zrobił odkrycie, które następnie doświadczeniami stwierdził, iż naj­

korzystniejsze dla organizmu położenie g ł o w y w cza­

sie snu jest to, gd y głow a znajduje się niżej niż całe ciało. Na sobie samym stwierdził on, że po nocy przespanej z głow ą w położeniu niższem niż ciało, budziej się

wcześniej,

a po przebudzeniu czuł się daleko rzeźwiejszym i zdolniejszym do pracy —

|| nigdy też nie doznawał bólu głowy. Zaleca przeto

(8)

112 niższe położenie głow y w czasie snu, zwłaszcza jako środek na bezsenność i cierpienie głow y.

Dobry kit do zlepiania stłuczonego naczy­

nia. Podajemy tu bardzo pojedynczy sposób robie­

nia kitu, którym można zlepiać talerze, miski itp.

stłuczone naczynia. Bierze się łyżkę gęstego wapna gaszonego i tyleż sera świeżego do miski, m ięszając to dobrze przez chwilę, wskutek czego powstaje ciągniący się klej. Tym klejem nam aszczają się części odłupane naczynia i składa się je, poczem wkrótce kit zasycha i trzyma bardzo silnie. Jeżeli naczynie na więcej części się potłukło, trzeba osobno każdy kawałek" przykładać, czekając, aż pierwszy zaschnie.

Firan ek nie należy nigdy mączkować, jeśli się m ają dobrze po wypraniu układać.

Zatęchłe miski, garnki i dzbanki należy przed użyciem dobrze wysiarkować, to jest potrzymać je przez czas jakiś w dymie palącej się siarki.

Aksam itu zmoczonego nie należy nigdy w stanie mokrym gładzić, lecz odczekać, aż wyschnie.

Wesoły kącik.

Prognoza lekarza.

— Jeżeli pan nie przestaniesz pić wódki, sta­

niesz się pan kretynem, stracisz pan zupełnie pamięć i wtedy dopiero przypomnisz sobie ze smutkiem te słowa, które ci obecnie mówię...

Na pensyi.

Profesor do uczennicy : — W ięc, panno Zofio, proszę mi powiedzieć, dlaczego się W anda utopiła?

— B o nie chciała w yjść za Niemca, a... a...

— A co ?

A Polak jej się nie tiafiał...

U nauczyciela muzyki.

— Przyprowadziłem panu mojego syna, którego postanowiłem w ykierow ać na muzyka.

— Czy posiada talent?

— Właściwie, to ja nie wiem ..

W ięc cóż pana skłoniło do takiego postano­

wienia ?

— Widzi pan... trafiło mi się nabyć tanio na licytacyi... skrzypce, więc nie chcę, aby się zmarno­

wały.

Zrozum iała.

W iejska kobieta wrhodzi do zakładu fotogra­

ficznego z zapytaniem :

— Czy tu się także fotografuje dzieci ?

— Naturalnie — brzmi odpowiedź.

— A ile się płaci?

— 6 koron za tuzin.

— Dobrze — mówi kobieta po namyśle — wrócę tu niedługo. Teraz mam dopiero jedenaście.

Gorące przyjęcie-

— Szkoda, że nie kazałaś napalić, w salonie, jak w lodowni.

— Phii... przyjmiemy gości tak gorąco, że nie odczują zimna.

Ostrożny.

— Patrz — rzecze ojciec w gabinecie zoologi­

cznym do syna — oto lew !

Dziecko zbliża się i chce dotknąć zwierzęcia.

— Co ro b isz! — wrzeszczy przerażony rodzic może on nie dobrze wypchany !

Ł a m i g ł ó w k a .

Z mej całości, gdy zechcecie, dwanaście słów mieć [będziecie.

Jest tu królik, grecki, dawny, nieszczęściami swemi [sław ny;

To, czemu myśliwi radzi, co do zwierza doprowadzi;

Pieniądz w Polsce dawniej znany, nie złoty i nie [miedziany;

Jest rysownik znakomity, ptak na Litwie pospolity, To czem konia się okrywa, co na drodze zwykle bywa, Co się w roku często zmienia, co przyjemne do sły-

[szenia ; fest gromada latek cała, i żołnierzy garstka mała, 1 miejsce gdzie te stawiają, na które w s z y s t k i e

[czyhają, W s z y s t k o . . . mam powiedzieć szczerze, ani czło­

w iek, ani zwierzę, Jednak straszne to stworzenie, wielkie czyni spusto­

szenie, Gdy uderzy, to zniweczy, nikt mi tego nie zaprzeczy.

Rozwiązanie szarady z nr. Tt-go:

„ G ó r n o ś l ą z a k“ . Dalsze rozwiązania nadesłali:

Franciszek P» rada, Lipiny, Sylwester Kryska, B yd ­ goszcz, Jan Krząkała, Bykowina,, Tomasz Mieliczek, Kochłowice, Ryszard Budynek, Świętochłowice, An­

toni Kowol, Botrop, Paweł Mycka, F i y d e n s h u t a ,

Teodor Brzóska, Orzegów, Franciszek Oslisło, Bo­

trop, Teresa Polok, Siemianowice, Piotr Steffek, Or­

nontowice, Franciszek Klugier, Lowarium (Belgia), Fr. Pluszczyk, Montois la-Montagne, Tomasz Wittek, Szailej, Jan Kamiński, Stefan Rybarek i K r z e m p k a ,

Świętochłowice.

Rozwiązanie szarady z nr. 12-g-o.

L a —ta—r— nia.

Dobre rozwiązania nadesłali:

Pierwsza z drugą La-ta mamy, Tak jest wiek porachowany.

Druga z trzecią jest rzecz ta-nia, To żydków jest pełno na nia.

Gdy się r między drugą i trzecią rozgości,

Mamy całość, La-ta-r-nia, co świeci w ciemności.

Marya Papierniok, Janów.

Joanna Wierzbica. Butrop, Jan Szulc, Poznań, Pa­

weł Paprotny, Gliwice-Szobiszowice, Agnieszka Knop, Stare Zabrze, Wiktor Gałąska, Gliwice, Jan K a­

miński, Stefan Rybarek, Krzempka, Świętochłowice.

Karól Janocha, Królew. Huta, Franciszek Landkocz

z Lubomia, Bronisława i Marya Janocha, Król., Huta, Janek Wypich, Król. Huta, Piotr W a l c z a k

Franciszek Wencel i Wiktor Woicik z Król. Huty.

TcnKrrr.rs

Nakładem i czcionkami »Gómoślązaka«, spółki wydawniczej z ograniczoną odpowiedzialnością w Katowicach.

Redaktor odpowiedzialny: Paweł Szędzitlorz w Bytomiu.

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :