Rodzina Chrześciańska, 1904, R. 3, nr 15

Pełen tekst

(1)

Rok III. Katowice, Niedziela, 17-go Kwietnia 19(M r. Nr. 15.

Pisemko poświęcone sprawom religijnym, nance i zabawie.

Wychodzi raz na iy dzień w jYiedziełę.

Bezpłatny dodatek do „Górnoślązaka11 i „Straży nad Odrą“.

Na Niedzielę drugą po W ielkiejnocy.

Lekcya

I. Piotr II, 2 1 — 25.

Najmilsi! Chrystus ucierpiał za nas zostawując wam przykład, abyście naśladowali tropów Jego.

Który grzechu nie uczynił, ani naleziona była zdrada w uściech Jego. Który, gdy mu złorzeczono, nie złorzeczył; gdy cierpiał, nie groził, lecz się podda­

wał niesprawiedliwie sądzącemu. Który sam na ciele swern grzechy nasze nosił na drzewie, abyśmy umarłszy gizechom, żyli sprawiedliwości; którego sinością jesteście uleczeni. Boście byli jako owce błądzące, a teraz jesteście nawróceni do pasterza i biskupa dusz waszych.

Ewangelia u Jana świętego

w Rozdziale X .

Onego czasu mówił Jezus Faryzeuszom: Jam jest pasterz dobry. Dobry pasterz duszę swą daje za owce swoje. Lecz najemnik i który nie jest pa­

sterzem, którego nie są owce własne, widzi wilka przychodzącego i opuszcza owce i ucieka; a wilk porywa i rozpłasza owce. A najemnik ucieka, iż jest najemnikiem i niema pieczy o owcach. Jam jest pasterz dobry, i znam moje i znają mnie moje. Jako mię zna Ojciec i ja znam O jca; a duszę moję kładę za owce moje. I drugie owce mam, które nie są z tej owczarni; i one potrzeba., abym przywiódł, i słuchać będą głosu mego, i stanie się jedna ow­

czarnia i jeden pasterz.

Nauka z tej Ewangelii.

Wiecie to dobrze, mili Bracia, co Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii chciał powiedzieć, mówiąc o dobrym pasterzu 1 owcach. A ch! tym dobrym pa­

sterzem nie kto inny to jest, tylko On sam. co swoje życie położył na krzyżu za swoje owce Jego zaś owcami są wszyscy ci, co wierzą w Niego. Pan Je­

zus jest więc pasterzem swoich owiec, gtową swo­

jego kościoła, najwyższą głową, rządcą, ale niewi­

dzialnym od czasu swojego Wniebowstąpienia. Po

wniebowstąpieniu Zbawiciela, Piotr św. był widzialną głową kościoła, najwyższym pasterzem, zastępującym Go na tej ziemi, i to z Jego postanowienia. Po Piotrze św. każdy biskup rzymski jest tą najwyższą widzialną, zastępującą głową kościoła Jezusa Chry­

stusa, Papieżem, Ojcem św. Prócz Piotra św. było jeszcze jedenastu innych Apostołów, jak już wiado­

mo (w miejsce zaś zdrajcy Judasza, obrali Apostoło­

wie po Wniebowstąpieniu Jezusa, Micieja.) Ci Apo­

stołowie, u w a ż a j ą c zawsze Piotra za pierwszego^ co do godności; rozszerzali z rozkazu Zbawiciela wiarę świętą i rządzili wierzącymi. Tych Apostołów na­

stępcami są inni biskupi; a tych pomocnikami reszta kapłanów, rządców parafii. Wszyscy są p< słami od Jezusa Chrystusa, aby paśli trzodę Jego, aby na­

uczali wiaiy, obyczajności, i sprawowali wiernym święte Sakramenta. Ich jest powinnością być do­

brymi pasterzami, jak Jezus Chrystus. Wielkie oni mają obowiązki i powinności względem dusz sobie powierzonych; ale i dusze im powierzone mają zno­

wu ku nim również ważne obowiązki i powinności.

Jakie? nad tem się w krótkości zastanówmy. K a ­ żdego dobrego pasterza jest obowiązkiem nauczać wiary świętej i obyczajności, bo powiedział Chrystus:

»idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody; nauczając je chować wszystko, com wam przykazał.* Na coby się przydała i największa gorliwość w opowiadaniu słowa bożego, gdyby niesłuchano nauki i nie starano się żyć, jak ono przykazuje? Pierwszą zatem po­

winnością Wiernych jest: słuchanie słowa bożego, uczenie się, co wierzyć i jak żyć mają. Dalej Zba­

wiciel dal Apostołom moc udzielania iudowi Sakra­

mentów świętych, a ci moc tę zlali na swoich na­

stępców. Słaby jest człowiek sam przez się, potrze­

buje koniecznie pomocy boskiej i łaski ^ Otóż jej może dostąpić, przyjmując Sakramenta święte, jakto chrzest, spowiedź, Ciało i Krew Pańską, małżeństwo i Olejem św. Namaszczenie. Drugą więc powinnością każdego wiernego jest przyjmować Sakramenta ś w ., jakie mu są potrzebne; a przyjmować je należytem przygotowaniem, z prawdziwą pobożnością. Powin­

nością dobrego pasterza jest także, modlić się za wiernych, i zawsze mieć ich na pamięci i w sercu, za przykładem Pawła św., który tak w jednym z swoich listów pisze do Filipenzow: ^Dziękuję Bogu memu w każdem przypominaniu was, zawdy, we wszelkich prośbach moich, za wszystkich was, modląc się z we- si-lem.« Modli się dobry pasterz za swoje owieczki do Boga, o ich nawrócenie i utwierdzenie w dobrem.

Niczego bardziej nie pragnie, nie życzy sobie, jak tego, aby wszystkie zbawionemi były. Słuszną więc jest rzeczą, aby i owieczki modliły się z swej strony

(2)

i za siebie i za swego pasterza, i za swoich bliźnich, bo tego wymaga Paw eł św., gd y pisze do Efezó w :

»W każdej modlitwie i prośbie modląc się na każdy czas w duchu, i w nim czuw ając * wszelką uśta- wicznością i prośbą za wszystkie św. (t. j. za chize- ściany, bo w początkach świętymi, wierni się nazy­

wali, bo i byli nimi) i za mnie, aby mi była dana mowa w otworzeniu ust moich z utnością, ab^m oznajm ia! tajemnicę Ew angelii je j.* Szczególniej w w niedziele i święta kiedy się Msza św. za parafian odDywa, parafianie gorące wraz z kapłanem zanosić powinni modły do B o g a, tego wspólnego Ojca na­

szego, od którego tylko ratunku i pomocy spodzie­

wać się można, gd y siły ludzkie za słabe; a który jak o Najświętszy przedewszystkiem godzień jest chwały. Zw ażyw szy w ogólności wyrażone tu obo­

wiązki wiernych, cóż trzeba powiedzieć o tych, co je zaniedbują ? A c h ! żal ć się trzeba nad ich śle­

potą tak, jak się żalił Izaiasz prorok na Żydów, gdy w ołał: »Próźnom pracował, bez przyczyny i nada­

remno strawiłem siłę moję, przecież sąd mój z P a ­ nem, sprawa moja z B o giem «, albo, jak się sam B ó g u O zeasza proroka na nich żalił, że byli opieszałymi w nawróceniu się, i nie czynili tak, jak ich nauczano.

Jak dobry pasterz zna owce swoje, tak dobrze owce znają sw ego pasterza i słuchają głosu jego, a zam y­

kają uszy na wszystkie przewrotne nauki, któiych je naucza świat i jego gorszące przykłady. — Przy końcu Ew angelii powiada C hrystus: «Mam jeszcze i drugie owce, które nie są z tej owczarni, i potrze­

ba, abym one przywiódł, a słuchać będą głosu mo­

jego.* Temi owcami są poganie. Oni to chętnie przyjęli słowo Boże, usłuchali głosu nauczających Apostołów, i przyjdzie czas, że i leszta pogan na- wióci się do W iary świętej. T«-mi owcami są i w szyscy odszczepieńcy, heretycy i grzesznicy. Z a ­ nośmy więc społem do nieba go iące modły nasze, aby ten Bńg litościwy oświecał wszystkich błądzących, a pizywiódł ich do uznania praw dy; aby ja k naj­

rychlej wybiła godzina, gdy będzie jedna owczarnia i jeden pasterz.

Matka Boska Pocieszenia.

Powieść historyczna z XVI-go wieku.

j?

(Ciąg dalszy.)

— Cypryanie! Cypryanie! możesz już wyjść z uktycia! •— zawołała matka.

Chłopak wygi amolił się z pod beczki, zakurzony' i osnuty paięczeną.

— A no — rzeki — ma słuszność nasz wójt poczciwy, utrzymując, że niektórzy ludzie podobni są do ślimaków, gdzie przystaną, tam zostawią ślady po sobie... Łaska Boska, że się tylko ne tem skoń­

czyło... bo trzeba wam wiedzieć, parę dni temu za­

biłem zająca...

— Zabiłeś zająca!.. — zawołał z najwyźszem oburzeniem ojciec — upuszczając na ziemię jednego z trzech, którego właśnie oprawiał.

— Zabiłeś zająca! — powtórzyła z rozpaczą matk i.

— Boże mój pocóżeś dożyć mi dał takiego nieszczęścia!... Czyż nie znasz rozkazów pańskich?., czy nie wiesz, że te rozkazy trzeba wypełniać świę­

cie. Mniejsza z tem, me o to tu chodzi, ale o tego zająca. Dopóki nicpoń chodził jak u siebie po na­

szym ogrodzie i ogryzał kapustę, co prawda, złość

mnie brała na niego, alem zię powstrzymywał, gdy jednak zabrał się wreszcie do jedynego winnego szczepu, który Brygid a dostała od sw ego narzeczo­

nego ogrodnika, nie byłem w stanie już zapanować nad sobą.,.

— Trzeba było wypędzić po prostu szelmę na złamanie karku, ale nie zabijać.

— Prawda, ojcze, wiem o tem, ale jeżeli mam wszystko szczerze powiedzieć, to ja go tylko postra­

szyłem. Niestety uciekając, wpadł pod n< gi Jaku­

bowi, ten zaś palnął go przez łeb tak potężnie, źe położył go na miejscu. Na nieszczęście znalazł się gdzieś blisko ten zbój Antonio nadleśny. Zaczął wrzeszczeć na nas, ale my, nogi' za pas i jazda. Nie był w stanie rozpoznać nas potępieniec, bo to było 0 zmroku, krzyknął tylko za nam i: Poczekajcie, ja wam tego nie daruję !

*— A no, kiedy tak, to gdyby' cię kto atakował) możesz śmiało odpowiedzieć: Nie ja to zrobiłem) ale ten i ten, byw ajcie zatem zdrowi — wtrąciła na to matka.

— C o? alboż ja mógłbym być tak podłym 1 zgubić towarzysza. N ie, nie śmiałbym w oczy spojrzeć nikomu, gdybym zrobił coś podobnego.

Podczas gdy ojciec potakiwał głow ą synowi, nie m ogąc go obwiniać, ten dalej mruczał pod nosem.

— Ciekawem dla czego nam biedakom z a b ic ie zająca za grzech ma być poczytane, gdy »Niedźwiedź z Barzago* katuje i zabija ludzi i za to żadna nie spotyka go kara. Czyż ten potwór ma prawo być łajdakiem dla tego że jest silniejszym od nas.

— Milcz, milcz, nie bluźnij, chłopcze, — za­

wołała matka — kto wie, może on nie jest tak złym jak ludzie mówią, widziałam sama jak p r z y k ł a d n i e modlił się w kościele.

— A dla czegóż gdziekolwiek spojrzysz matko, spotkasz ludzi poi rzyw dzonych? Co zrobił »Niedi' wiedź z Barzago« z Andrzejem Gobbo, którego całą winą było to, że miał piękną żonę? Styranizował go tak, że zaledwie duszę włóczy w sobie od lat lulku, biedny kaleka. A M aiya Antonina,,., biedna dziewczyna, czy nie dostała pcm ięszania zmyłóW z łaski Niedźwiedzia?... a —

— Przestań Cypryanie, to grzech mówić tak 0 panu naszym, powinieneś przecie wiedzieć, że po­

łowa ludzi musi rozkazywać, a połować słuchać roz­

kazów, cóż ci z tego przyjdzie, że będziesz narzekał, lepiej oto uważaj na siebie i nie wchodź w dróg?

tym, którzy cię krzywdzić mogą.

— Matka ma słuszność, mój C ypryanie — za­

uważył o,;ciec, — a każdy żyć musi, ja k mu prze­

znaczono.

— Zapewne ojcze, ale to nie przeszkadza mi myśleć, że gdybym ja prawa stanowił, to stanowiłbym takie, aby tym co pracują w pocie czoła, było lżej 1 spokojniej na świecie.

— Zapewne, źe byłoby to bardzo pięknie i do­

brze, ale czyż nasze głowy na to?

— Przestańcie pleść od rzeczy, róbcie co do was należy, a resztę zostawcie Panu Bogu i nie obrażajcie go blużnierstwami waszemi — rzekła stara kobieta, żegnając się pobożnie. — Ot Cypryanie, weź no się do skubania ptastwa, bo trudno będzie nam wydążyć z tą robotą.

Chłopiec poskoczył, ale zatrzymał się nagle i zs- wołał: A Brygida? Wszakże to dziś sobota, ma wró­

cić dziś do domu od tkacza.

— Prawda! — zawołali oboje staizy.

Musi iść przez las, a jeżeli spotka się z tą podłą hałastią, nie da sobie rady z niemi, biedna dziewczyna.

(3)

n s

— Boże litościwy! — zawołała matka, składając I f Ce'.— C ° począć, ha, oddać biedaczkę pod opiekę Matki Boskiej Pocieszenia i ufać, że się jej nic złroro ni* stanie.

— Zapewne, że nie inaczej, trzeba jednak i z naszej strony coś zrobić, to Pan Bóg dopomoże.

— Ale cóż my to możemy zrobić — zapytała matka.

— Co? smutno — dodał ojciec.

— Proszę was zostawcie to mnie, moi diodzy, ja pójdę po nią.

— Cóż ty biedaku poradzisz?

— Zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, aby siostrze krzywdy nie było! Mam odwagę Bóg mi dopomoże.

Nacisnął kapelusz na głowę, wziął z zakąta

“ ij gruby, sękaty, przeżegnał się pobożnie i wybiegł na drogę.

Młody chłopiec podążał szybko, gdy stawał przy kaplicy, prz} klęknął, zmówił Anioł Pański, polecił siostrę i siebie Matce Bożej, rzucił giosz do skar- onki i nucąc jakąś piosenkę, pobiegł dolej drogą

ku miasteczku, zkąd miała wracać Brygida.

Kapliczka, przy której p miodlił się Cypryan od niezbyt dawnych powstała tu czasów; a historya jej wzniesienia łączyła się z jednym z tych strasznych, krwawych wypadków, w które tak obfitemi byty dzieje wielkich rodzin w tym czasie.

Dwa możne rody Sirtori’ch i Jsachi’ch z Barzago Pałały do siebie stiaszną nienawiścią, przekonania polityczne, wojny domowe, w których zawsze w prze­

ciwnych stawali obozach, czyniły z nich wrogów nie- przebłaganych.

Kiedy Hiszpanie i Francuzi bój zacięty toczyli o posiadanie Lombardyi, Sirtori popieiali Hiszpanów, podczas gdy Gerbert, zapalony stronnik Francuzów, występował na czele swych zbrojnych hufców prze­

ciwko Hiszpanom; ci ostatni, odnieśli zwiecięstw’o, wypaito zewsząd nieprzyjaciół, a ich stronnicy cicho pozamykali się w swoich zamkach, nie śmiąc pod­

nosić głowy. W ich liczbie znajdował się Geibert;

zamknął on się ze swoją zbrojną drużyną na zamku w Barzago, nie uznając nowej władzy, nie chcąc schylić przed nią dumnego czoła. Sławny podówczas ze swych okrucieństw książę Alby, miał sobie po­

wierzone rządy Lombardyi; Sirtori wspomniał o Ger bercie jako o nieprzebłaganym l uitowniku; okrutny książę skazał go na śmierć i nałożył cenę na jego głowę. Roześmiał się Gerbert, wiedząc, że go me ośmielą się atakować otwarcie i żył spokojny, ufny w grube rriury swego zamczyska i wierność swoich wasali. Ale cena krwi jego była wysoką, znalazł się zdrajca, który go zabił i gł wę jego dostawił księciu. Tę to głow'ę kazał dziki władca zamknąć w żelaznej klatce i zawiesić wśród lasu należącego do zamku, rodzinę nieszczęsnego skazał na wygna­

nie, a pola i ogrody na leżenie odłogiem. Straszne spuszsoszenie zapanowało w okolicy; las zarósł gęsto, wśród niego mnóstwo kryło się opryszków, a podró­

żnego, zmuszonego do przebywania "tej drogi, czekała śmierć prawie niechybna.

Ojciec Don Alfonsa wychował się na wygnaniu, ale doszedłszy do lat dojrzałych, postarał się u dworu o prawo powrotu do kraju i włości rodzinnych. Mo­

żni przyjaciele wyjednali mu i to nawet, źe ojciec lego został uznany za niewinnie, przez pomyłkę tylko, na śmierć skazany. Pierwszą czynnością syna było zabranie czaszki ojca z lasu, gdzie dotąd w że­

laznej klatce grozą przejmowała rzadkich przecho­

dniów, i na tem to miejscu zbudował kapliczkę na cześć Matki Boskiej Łaskawej.

!

Powoli odzyskawszy władzę swoję feudalną nad całą okolicą, czem tylko mógł, szkodził Sirtori’m, zawsze jednak uważał, że okoliczności nie były mu dość sprzyjające, by zadow'olnić straszną żądzę zem­

sty', jaka pizepełniała jego duszę. Jedynego syna Alfonsa wychował w Madrycie, a jak tylko młodzie­

niec powrócił do domu, opowiedział mu hist nyę swego rodu, kładąc nacisk na wszystkie krzywdy, od Sirtorich doznane, wreszcie pokazał mu czaszkę dziada, uwolnioną z żelaznej klatki i przechowaną ze czcią religijną pr.zez dumnego magnata.

Gdy wreszcie nadeszła godzina śmierci, kazał przywołać syna, a zdejmując z szyi medalik z wize­

runkiem Matki Boskiej, na złotym łańcuszku zawie­

szony, rzek ł:

— Słuchaj synu, ten medalik nosił na sobie do śmierci mój ojciec Gerbeit, ja się z nim przez całe życie nie rozstawałem, s teraz oddaję go tobie; nie­

chaj medalik ten przypomina ci święty obowiązek zemsty. Szkodzić wszędzie, rozlewać krew Sir to; ich, gdy się zdarzy sposobność, od tej chwili ma być twoim celem, zadaniem twojego życia, krew ojca do­

maga się zemsty na wieki Przysięgnij synu na ten wizerunek Najświętszej dziewicy, że nie zapomnisz o tem aż do ostatniego tchnienia, że powinieneś tępić nienawistny ród Sirtorich wszędzie i zawsze, przy każdej sposobności, skrycie, mężną odwagą lub postępem.

Przysięgnij!

Don Alfons przysiągł — starzec pobłogosławił syna i wkrótce ducha wyzionął.

Od tej chwili uczucia zemsty owładnęły dusaę j młodziana. Znana od dawna uenaw iść dwóch ro-

i dów spotęgowała się jeszcze, gdy piękna i olbrzymio bogata hrabianka Perego oddała swą rękę Sntonemu, wzgardziwszy Don Alfonsem.

W kilka miesięcy potem, gdy w katedrze me- dyolańskiej, świętobliwy i uczony kapłan Karol Bo- romeusz miał kazanie o miłości bliźniego i o potrze­

bie jedności, Sirtori siedział w ławce, otoczony swą wierną drużyną. — Don Alfons wszedł do kościoła 0 stanąwszy przed ławką, gestem i pomrukiwaniem wyzywać zaczął przeciwnika. W końcu potrącił je­

dnego z dworzan tak silnie, że aż mu łańcuch spadł z szyi.

Z jednej i z drugiej strony porwano się do noży 1 już w kościele krew lać się zaczęła.

Bóg wie, na jakich skończyłoby się zbrodniach, gdyby przybycie gubernatora Albuguerki z zastępem swoich hiszpanów nie przerwało walki.

Nazajutrz w całem mieście zostały ogłoszone kary za zakłócenie spokoju modlących się wiernych w kościele. Don Alfons opuścił wtedy Medyolan;

zamknął się w swoim zamku w Barzag«, otoczył się dworem z ludzi bez czci i wiary złożonym, dla któ rych i ajdzikszy i najokrutniejszy rozkaz swego pana łatwym, a nawet miłym był do wykonania. Zaraz p® powrocie swoim z Medyolanu, Don Alfons udał się do kaplicy Matki Boskiej Łaskawej i tam na klęcz­

kach ponowił zbrodniczą swoją przysięgę, obiecuiąc , wystawić wspaniały kościół [rod jej svezwaniem, jeśii

j mu dopomoże wygubić ród Siitorich.

W kilka lat później zmarł Sirtori w kwiecie wieku i pełni zdrowia. Doktorzy różnili się w zda­

niach o chorobie, która spowodowała śmierć jego, jedni przypisywali ją przeziębieniu, inni czarom.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

(4)

Siew wiosenny.

W płótniance szarej idzie chłop, Po skibach czarnej ziemi stąpa I sypie ziarna na zagony.

O ziemio, ziemio, nie bądź skąpa, O ziemio, ziemio, daj mu plony!

W płótniance szarej idzie chłop, Modlitwą siewu rozmodlony, Nad nim pogodny nieba strop, Słonecznym kręgiem pałający, Słonecznym kręgiem rozloceny...

Padają ziarna na zagony,

Dł< -ń złoto sypie ich rzęsiste — — Niech będzie Chrystus pochwalony Na wszystkie cztery świata strony, Na wieki wieków wiekuiste...

O ziemio, ziemio! Nie bądź skąpa, Przemożna w sile swej rodzącej, Obfituj w kłosach wydaj plony';

Po skibach twoich siewca stąpa W promienną przyszłość zapatrzony...

O niebo, niebo! Niech twój strop Pogodę zsyła na te łan}',

Gdzie hejnał brzmi już^skowrończany...

B łogosław ruini zbóż wschodzącej, B łogosław ziemi zaoranej!... D.

Człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi.

Przed 30 laty żył w Warszawie szewc imieniem Tomasz. Był to człek poczciwy i pobożny. »Od Boga wszystko zaczynaj* — było prawidłem jego życia, to też każdego poranku spieszył ze swym uczniem do pobliskiego kościoła i modląc się tam prosił P. Boga o błogosławieństwo na cały dzień.

Służąc Bogu i pracując rzetelnie zjednał sobie roz­

głos, jako dobry rzemieślnik. Wiele zamawiano u niego roboty, a wszyscy byli zadowoleni, bo towar był dobry robota piękna i mocna, a nadto pan T o ­ masz nie drożył się jak inni, i zawsze słowa dotrzy­

mywał. Nie ’ był on bogatym, ale żył spokojnie wraz z żoną i dziećmi w odziedziczonym po rodzi­

cach domku, na któiym ani szeląga długu nie było.

Całkiem innego usposobienia była jego żona Zofia. Do kościoła zaledwie w niedzielę wyszła a i to na sam koniec nabożeństwa. Do pracy też nie była skorą, jak niektóre żony rzemieślników, 0 nic się nie troszczyła tak dalece jak o modne ubra nie. Najwięcej zaś czasu łożyła na czytanie złych, a nieużytecznych książek. Opisy strasznych wojen, rabunków i strachów największą radość jej sprawiały.

Panną jeszcze będąc czytywała bez wiedzy rodziców różne szpargały, które sobie wypożyczała łub kupowała.

Pragnęła ona zostać żoną jakiego rycerza lub wielkiego pana, o jakich nieraz czytała, gdy się je­

dnak tego nie mogła doczekać, oddała rękę poczci­

wemu Tomaszowi więcej dła wygodnego życia niż z przekonania i s#rca.

% początku szło jako tako; Zofia udawała pra­

cowitą i pobożną. Niedługo przecież Tomasz poznał, jak się zawiódł na jej przymiotach, znosił jednak wszystko cierpliwie, jako krzyż pański. Modlitwą 1 łagodnością pragnął naprawić niedobrą żonę, lecz napróżno. Pewnego dnia wpadła mu do ręki czy­

tana przez Zofię zła niegodziwa książka. Rozgnie­

wany rzucił ją do pieca pomimo oporu, próśb i pła­

czu żony. — Złośliw a Zofia gd y się już nie mogła oprzeć woli męża. groziła, że sobie życie odbierze.

Zasm ucony Tom asz odwiedził jednego ze s w o i c h przyjaciół i począł się żalić nad niedobrą żojią. Po dłuższej rozmowie taką od niego odebrał odpowiedź:

»Nie bierz sobie tego do gło w y że twoja żona chce sobie życie skrócić, nie lękaj się, zwyczajne do mo­

wy u niektórych lekkomyślnych kobiet. S ł y s z a ł e ś może o pewnej pannie, która w napadzie złości po­

biegła do rzeki 1 wołała do przechodzących : ^jeżeli mię nie zatrzymacie, skoczę do w ody;* a gdy się ludzie śmiali i nikt je j“ nie” zatrzyniał,“ wróciła się do domu.*

Nie martw się przeto, panie Tom aszu, przeci­

wnie bądź zawsze dobrej’" myśli, "a względem twej żony staraj się być grzecznym i delikatnym, jeśli nie słowem to przykładem zachęcaj ją do piacy, modli­

twy, pamięci na Pana Boga, bo inaczej bez woli 1 pomocy Bożej daremne twe zabiegi i narzekania.

Co złe książki w twej żonie zepsuły, to jeno B ó g napraw ić może.*

Tom asz przyjął radę swego przyjaciela;" starał się być dla żony grzecznym i uprzejmym, unikał w szelkiej do nieporozumień okazyi, napominał ją i przestrzegał. Nic to przecież nie pom ogło; Zofia w przekonaniu, że mąż z bojaźni jej podlega i ustę­

puje bo musi, odpowiadała mu zuchwale i stawała się coraŁ uporniejszą.

Poczciwy Tomasz nie zrażał się i tern nawet wtedy gdy Zofia lekkomyślnem postępowaniem spowodowa­

ła, że o niej zaczęto coraz gorzej mówić. Tomasz wierząc w ludzkie mowy, nakłaniał ją do unikania wszystkiego, co tylko mogło dawać sąsiadom oka^yą do posądzań i baśni. Niestety! ż^na zamiast przy­

jąć prawdziwie ojcowskie napomnienia, gniewała się tem bardziej i broiła na złość. Ze zmartwienia roz­

chorował się poczciwy Tomasz; lekarz uznawszy jego słabość za niebezpieczną, opowiadał żonie, źe mąż jej długo żyć nie będzie. Zrazu zatrwożyła się tą nowiną, gdyTź sumienie wyrzucało jej, tż ona przy­

czyną choroby; ale pocieszyła się wkrótce myślą, że zostawszy wdową, będzie mogła postępować według własnego upodobania i bez przeszkody. I gdy mąż jeszcze żył, już poczęła myśleć o pogrzebie. Przy­

pomniała sobie, źe jeden stolarz winien był Toma­

szowi za buty. Udała się więc do niego i zamówiła trumnę za on dług. Stolarz nie mając chęci robić trumny dla żywego perswadował Tomaszowej, aby się tak niespieszyła, przytaczając liczne przykłady, źe nieraz uważani prawie ju i za zmarłych, wyzdro­

wieli, że i jej mężowi może się polepszyć.. .. Ale daremnie. Złośliwa żona tem bardziej nalegała.

W kilka dni wykończono trumnę i odniesiono do domu Tomasza; a że ten jeszcze żył, umieszczono ją tyczasowo na strychu. Słabość trwała długo, T o­

maszowa nie mogąc się doczekać śmierci swego mę­

ża, udała się do jakiegoś wróżbity, o którym łatwo­

wierni mówili, iż komu chce, skróci lub przedłuży życie. Lecz i to się nie udało; Tomasz miał się z każdym dniem lepiej, nareszcie całkiem wyzdrowiał.

Wstał z łóżka poczciwy Tomasz, ale żonę jego Bóg ciężko ukarał. Długa niepewność, to nadzieja, to obawa zawodu, nareszcie wyzdrowienia męża pokrzy­

żowały jej niegodziwe zamiary; wszystko to zgryzło przewrotną kobietę, iż ciężko zachorowała. Wezwa­

ny przez Tomasza kapłan z pomocą religijną, wska­

zał jej drogę właściwą, pouczył i nakłonił do poje­

dnania się z Bogiem i przeproszenia dręczonego męża. Opatrzona św. Sakramentami umarła w krótce.

(5)

1 1 7

Stroskan y T o m a s z p oszed ł zam ów ić trumnę do dłu­

żnego stolarza i dowiedział się, że na żądanie j e g o żony zrobiona dla niego trumna stoi na strychu.

W niej p ocho w ał żonę.

‘ Człow iek strzela, B ó g kule n o si;* człowiek za­

mierza, a B ó g , którego wyroki niezbadane, pozwala w yk on yw ać zam ysły, lub też plęcze takowe.

Od Riyiery do Lourdes.

P rześliczn a panow ała pogoda, g d y ś m y w Genui wsiadywali na duży parowiec, który nas miał p rze­

nieść do francuskiej M a r­

sylii. Nad nami lazurowe niebo, na którem ani jednej chrnureczki o k ' nie mogło dostrzedz. Przed nami w spaniałe miasto G en u a, które W ło si nazyw ają >La Super ba* czyli »pyszne*.

I rzeczywiście pyszne to miasto, amfiteatralniewzno- szące się na pagórkach ' w zgórzach, ciągnących się od portu aż hen ku wysokim A lp om i na całym północnym widnokręgu otaczających prawdziwie rajski krajobraz. W szyst­

ko się tu połączyło, aby to miasto rzeczywiście u- czynić pysznem. Wszelkie wdzięki przyrody, nader przyjemny klimat, bogata, barwna roślinność zderza­

ją się tutaj z wszelkiemi cechami miasta przemysło­

wo-handlowego z jednej strony i z zabytkami sła­

wnej przeszłości z drugiej strony. Tu wierze i ko­

puły wspaniałych świątyń, tam znowu dumne pałace w stylu renansowym, na ulicach i placach nad­

brzeżnych nader ożywiony ru c h ; taksamo w porcie, gdzie widać okręty wszel­

kich rozmiarów, od kolo­

salnych parowców atlan­

tyckich aż do kołysających się na przezroczystych fa ­ lach łodzi rybackich.

Taki ^widok dziwnie u- derza serce polskie, boć przyznać trzeba, że w całej

Polsce daremnie by szukano podobnego krajobrazu.

Lecz Polska nasza ma inne niemniej cenne wdzięki i całem sercem ^przyznawałem słuszność naszemu poecie w pieśni o ziemi n aszej: >Piękna nasza Polska cała«.

Takie myśli mi się nasuwały, gdy rozległ się‘"po raz ostatni świst parowej piszczałki okrętu, ostatni sygnał, i za k ilk a ‘minut wstrząsł się cały parowiec i z lekka posuwał się na falach. Wyjeżdżaliśmy z portu i wnet dostaliśmy się na pełne morze «Pyszna*

Genua malała coraz bardziej w naszych oczach, tak iż tylko ogólne“ rysy miasta i wybrzeża dostrzedz było można. Okręt posuwał się na zachód wdluż wybrzeża znanego pod nazwą ^Riviera« czyli wy­

brzeże, które się ciągnie aż do Nicei i Toulonu we

G ro ta w Lou rdes.

Francyi. W ciąż widzieliśmy na północ niebotyczne białe szczyty Alpów . Na okręcie zapanow ało tym­

czasem wesołe ?ycie. Najróżnorodniejsze postacie w najióżniejszych ubiorach mijały się. B a rw n e m a­

lownicze stroje W łoch ów widniały obok czarnego ubrania m odnego, i rozumie się, że było też kilku synów m glistego »Albionu«, z kraju »beafsteaku«

w szarych surdutach w kratki, którzy z sw ą pro­

zaiczną postacią są istną plagą, gdyż przy wszelkich w ycieczkach na najpiękniejszych punktach wid ić ta­

kiego A n g lik a spozierającego na piękne krajobrazy włoskie, które dla jego umysłu, przyzw yczajonego do »business’ u« i materyałnych interesów muszą sta­

nowić coś niepojętego.

Lecz W łoch ów ich o b e c ­ ność bynajmniej nie gn ie­

wa, gdyż posiad ają zazw y­

czaj pełną sakiew kę lub p ugilares pełen banknotów i W łosi widzą w każdym A n g liku jakiegoś »lorda*, któremu nie chodzi o kilka

»sterlini«, którego też wszędzie porządnie w y ­ zyskują i z którym się za­

wsze dobrze zgadzają. I tak i na okręcie spokojnie obok siebie siedzieli sy n o ­ wie światowładnej A n glii i potom kowie w ładczyni starożytnego ś w i a t a ; i dźwięki pięknej ja k ten kraj m ow y włoskiej mię- szały się z wdziękami m o­

w y angielskiej, która mi zaw sze przypominała te wyspy brytańskie m głą zalane.

Widziałem także wielu Francuzów, ruchliwych pro- wansalczyków lub elegan­

tów paryskich. Szłysząc wszędzie koło mnie dźwię­

czne mowy romańskiej, porównywałem je z naszą ukochaną polską mową, Którą wrogowie nazywają baibaizyńską i półazya- tycką i przypomniały mi się słowa Brodzińskiego:

»Z męską godnością się uśmiecha Polak, gdy mie­

szkaniec z nad Tyberu lub Sekwany nazywa jego j ę ­ zyk twatdym.* Język jest wjmikiem dziejowych i miejscowych warunków.

W pięknych Włochach wytworzył się dźwięczny ję­

zyk włoski, a nasz rzekomo twardy język Polski jest językiemjnarodu, który ma za sobą ciężkie, lecz sła­

wne czasy, który walczył niezmordowany, aby reszta Europy nie doznawała takich nieszczęść i klęsk jakie groziły Polsce.

I ja potomek tego narodu, dążyłem przez te piękne okolice, aby dotrzeć do miejsca słynnego na cały świat, lecz słynnego innego rodzaju"sława, do Lourdes.

Lecz tymczasem kołysaliśmy się na spokojnych fałach morza tyreńskiego. Wypłynęliśmy powoli z zatoki genewskiej i zbliżaliśmy się do zatoki liońskiej. Minęliśmy znane miejscowości, San Remo,

(6)

Mentone, Monaco, Nizza. W około nas ciche mo- 1 rze a na północ lśniące szczyty Alpów. Podróż by­

ła nader przyjemna i nieomal niechęć mnie ogar­

nęła, gdy się zbliżaliśmy do celu naszego,' do Marsylii.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

Mowa polska.

Skarbie wieków, polska m ow o!

Tyś świątynią marmurową.

Kędy przyszłość w pełnej zbroi;

Na ołtaizu wspomnień stoi.

Skarbie wieków, polska mowo!

Tyś mądrością jest ludową;

Na niej wije się myśl k r.ioika, Jakoby nić kołowrotka.

Skarbie^wieków, polska mowo ! T yś jest czarą brylantową.

Gdzie młódź^usty sptagnionemi, Pije miłość polskiej ziemi.

Skarbie wieków, polska mowo!

Tyś jutrzenką purpurową ; Póki nie zagaśnie ona, Dusza twoja nie zgaszona.

Skarbie wieków, polska mowo ! T y jesteś lutnią śpiżową.

Na której myśl wiecznie^, żywa.

Hymny prześliczne wygiywa.

Skarbie wieków, polska mowo ! T yś jestjtrumną” kryształową, Gdy uśpiony naród święty, Zamknął swych pamiątek szczęty.

Dyotyma

Poradnik gospodarczy.

Zasiewy wiosenne.

Trudno podług mies ąca i dnia oznaczyć kiedy należy w p *le wyjechać bo to jest rozmaicie: je d n e g o roku już i w styczniu da się orać. innego, w marcu jeszcze za mokro. W osu szon ych rolach i o 3 ty­

godn ie wcześniej uprawę się zaczyri3, niż w mokrych nieprzepuszczalnych. W równinach o m iesiąc albo półtora pierwej wiosna się robi niż w górach. »Nic z |ta k ie g o “ gospodarza, co g azd u jesz kalendarza « m a­

wiali ojcow ie nasi i słusznie, boć trzeba ziemię sw oją znać i wiedzieć kiedy w nią pługiem wjechać, a nie ślepo jakiegoś terminu się trzymać. K siążk a o g o s p o ­ darstwie może tylko podaw ać pewne ogólne reguły i w iadom ości użyteczne, ale trzeba je umieć stosow ać na w łasnym gruncie. Na wiosnę regułą taką być p o ­ winno dla każdego, nie marudzić, nie ociągać się próżno, bo każdego dnia stracon ego teraz^.jszkoda.

Siew kapusty w rozsadniku.

S k o r o tylko jaki kawałekT'grządki, niedaleko domu, zryć i upraw ić można, to' niezwiekać i zasiać

kapustę na rozsadę. Kapusta udaje się na każdym trochę lepszym gruncie, jeżeli tylko jest dosyć wilgoci i jeżeli dobrze wynawożony. Szczególniej niżej położone State stawiska, kawałki przy rowach z wyrzuconą stawarką nadają się dobize pod kapustę.

Kapusty mamy kilka gatunków; i tak je s t : 1. kapusta głowiasta, powszechnie zn ?n i i używana do zakiszema; 2. kapusta pastewna liściasta, która głów nie tworzy tylko daje wielkie liście dobre dla krów dojnych; 3. kapusta włoska, odmiana głowia­

stej, uprawiana lylko jako ogrodowizna. Kapusty

j głowiastej jest znowu mnóstwo odmian, jedne mają głowy płaskie gęste, zbite i twarde. T e ostatnie są

! więcej polecenia godne, bo tak na lżejszych jak i na zwięzlejszych gruntach górskich, dobrze się udają.

Ze znanych dobrych odmian kapusty wymieniamy tu: erfurcką mąką * brunszwicką niską, białą Uprą- wa kapusty wymaga troskliwości, ale też daje dużo pożytku gdy się uda; gdzie zatem można tam po­

winno się ją uprawiać. W gospodarstwach podmi j ’ skich może być niezły zysk nie tylko za sprzedaną na główki kapustę, ale i za rozsadę kapusty na wiosnę Najważniejszą rzeczą aby mieć ładną ka­

pustę, je st dobre, prawdziwe nasienie. Z lichego gatunku nasienia nawet na najlepiej uprawionej roli nie będzie pociechy. Nie kupować zatem nasienia byle gdzie, pjkątnym sklepiku lub na targu, bo nie wiadomo wtedy co się kupuje, ale albo samemu z dobrej kapusty nasienie wyhodować, albo też wspól­

nym kosztem dla gminy lub kółka rolniczego spro­

wadzić trzebi, z dobrego, pewnego źródła.

Nasienia tizeba na 10 metrów kwadratowych 5 deka (czyli 2 dobre łyżki drewniane). Z grządki takiej można zasadzić cały' jeden morg kapusty jak się rozsada uda.

Zasiać należy w świeżą ziemię a równo. W celu równego zasiewu najlepiej zmięszać ilość przezna­

czoną na grządkę z gaiścią ziemi suchej; sypkiej, lub z piaskiem, i tak rozsiać, potem grabiami trochę przygrzebać i deską albo łopatą dobrze całą grządkę uklepać. A b y kiełkująca rozsada nie zmaizła pod­

czas przymrozków', przytrząść trzeba grządki słomte lub trzciną stawową, którą się dopiero zdejmuje w dnie ciepłe, kiedy kapusta już d >brze zeszła.

W razie posuchy dłuższej r zsadę dobrze podlewać.

Po wzejściu batd/o często w czasie posuchy rzucają się na rozsadę małe, czaine pchły ziemne i giyzą listki do szczętu niszcząc całe grzędy. S ą to małe a żarłoczne chrząszczyki, opatrzone długiemi nogami du skakania. Pizeciw tym szkodnikom najlepiej po­

maga silne częste skrapiame wodą. Także radzą tatarkę siać między kapustę rzadko, to ma odstraszać

; j pchełki od grząd z kapustą. Najlepszym jednak

środkiem niszczenia pcheł ziemnych na rozsadzie i j e s t chwytanie ich na deskę wysmarowaną lepem.

W tym celu do kaw ałka cienkiej deski przybija się kij, któiy służy za rękojeść, a z diugiej strony przy- j bija się kilka kołeczków tak żeby na 10 centymetrów z deski sterczały. S k o ro pchły się na kapuście u k a ­ żą sm aruje się całą deskę lepem, smołą, lub mazią po iednej stronie i p rzeciąga się trzym ając za tzo- nek, jak grabiam i po grzędzie z rozsadą, z listków poruszonych przez koieczki w ysk ak u ją pchełki do g ó ry i zaraz się przylepiają na desce. Po kilka- krotnem przeciągnięciu ju ż mnóstwo szkodników się przylepi. P ow tarzając to dwa razy dziennie rano i wieczór, kiedy pchełki są najżwawsze, można je wkrótce wytępić. Z a każdym razem trzeba deskę świeżo p ociąg n ąć smołą.

W podobny sp osób ja k rozsadę kapuścianą sieje się także rozsadę karpieli (czyli brukwi).

(7)

U 9

K a p u s t ę p a s t e w n ą uprawia się tak zupeł­

nie jak zwykłą głowiastą, więc lównocześnie trzeba wysiać nasienie na rozsadę ale dobrze naznaczyć, aby potem nie pomięszała się jedna z drugą. K a ­ pusta liścia ta pastewna daje w wilgotny iok i do 5oo cetnarów zielonej paszy z morga w jesieni. Mo­

żna nią obsadzić n. p. brzegi rowów, z których szlam 7- dna w jesieni wyrzucono na brzegi, jeżeli nie zo­

stał rozrównany, lylko w walkach ułożony. Spasać ją można na zielono albo kisić w dołach.

Siew owsa.

Najmniej zwykle dbają gospodarze o uprawę owsa. Sieją go na najgorszych wyjałowi mych ka­

wałkach giuntu, na polu zadeptanem w ubiegłej jesieni przez bydło i dają lichą upiawę, a ziarno do siewu także lada jakie, bo niejeden woli grubsze i le­

piej oczyszczone ziarnu sprzedać na targu.

To też i plony owsa są we włościańskich go spo ­ darstwach bardzo liche. Owies jest takim ostatnim kopciuszkiem,któremu daje się do wyciągnięcia ostatki urodzajności z roli.

A tymczasem owies zgoła na taką pogardę nie zasługuje, bo przy dobrej uprawie zamiast 5 korcy z morga, można mieć dwadzieścia i pięć, a w lepszy- h gospodarstwach nic należy to wcale do rzadkości. Słusznie też mawiają doświadczeni gospodarze, że >przed dobrym owsem i pszenica czapkę zdejmuje <

W czasach dz siejszyih zalecić można uprawę większej ilości owsa wszędzie tam, gdzie się jęczmień browarny nie udaje. Jęczmień, jeżeli nie idzie na słód do browaru, miewa lichą cenę, a że ceny są zwykle znacznie misze, niż owsa, więc owies w takich wa­

runkach lepiej się opłaca.

Dobry plon owsa otrzymać można w każ- dem gospodarstwie, nie potrzeba do tego żadnej nadzwyczajnej sztuki, tylko trochę lepszej staran­

ności, trochę stosowniejszej uprawy, niż się zwykle praktykuje.

Udaje się na każdej glebie, tak na piasku, jak i na zwięzłej glinie; rozumie się, że najlepiej na średnio zwięzłej żyznej glince Nawet ziemie zanied­

bane i opuszczone, rzadko nawożone, kwaśne, mogą dawać dobre urodzaje, bo owies ma bardzo długie i rozgałęzione korzenie, które głęboko rozrastają się w ziemi; dlatego łatwiej się wyżywić może i urodzi się nawet na takiej glebie, gdzieby inne rośliny bar­

dzo licho rosły.

Owies może być dobry po wszelakich przed- plonach, ty7llio g d y za często owies po owsie przypada, to daje plon lichszy, zanadto bowiem ziemię wyczerpuje. Także po jęczmieniu nie jest dobrze siać owies. Najlepszy bywa po okopowych, a na gruntach lekkich na zielonym nawozie, przyo- ranym w jesieni.

Odmian owsa jest dużo. Główne są dwa ro­

dzaje: 1. o w i e s w ę g i e r s k i czyli c h o r ą - g w i.a s t y, ma wiechę wąską, skupioną i obró­

coną jak u prosa w jedną stronę, i 2. Owies zwykły w i e c h o w y polski. Owies węgierski ma grubą, twardą, słomę, wie'kie plewy, ziarno długie i jest późny. U nas nadaje się na role bujniejsze, bo nie łatwo wylęga.

Owies polski wiechowy daje ziarno grubsze ale trochę mniej łomy, tego wsa mamy znowu mnóstwo odmian; jedne są wczesne, czyli tak zwane rychliki, te nadają się wszędzie w górskich i pod­

górskich okolicach, gdzie późno wiosna się zaczyna i wszędzie tam, gdzie sieją w owies koniczynę,

I

albo rośliny na zielony nawóz. Inne odmiany sa późne. Z rychłych owsów zalecić można jako bar­

dzo dobry owies Szymoradzki ze Śląska i Ligowa, z późniejszych probsztajski. Zresztą z każdego pra­

wie owsa można sobie wyrobić dobry gatunek, jeżeli się do siewu wybiera tylko ziarno najcięższe i naj­

dorodniejsze.

Uprawa pod owies ma być już w jesieni zro- b'ona, aby siewu owsa nie opóźniać z wiosną, przy- tem na wiosennej orce ziarno jest nikłe, za to słoma buja i wylęga, na zimowej ziarno dorodniejsze, choć słoma nieco krótsza.

(Doskonała książeczka obszer niejsza » 0 upra­

wie owsa jest przez znakomitego rolnika pana Cheł- kowskiego napisana. Kosztuje tylko 25 fen. z przy- sełką 30 fen. i każdemu ją do przeczytania polecić możemy. Z a nadesłaniem gotówki wysyła » G ó r - n o ś l ą z a k * z Katowic.)

Jest dawne przysłowie: »siej owies w błoto, bę­

dziesz zbierał złoto* i chociaż nie trzeba tego brać dosłownie, to ma ono pewną słuszność. Owies w y ­ maga siewu wczesnego i lepszy jest siew zawczesny, niż zapóźny. Nawet gdy zima i przymrozki dłuższe po zasiewie nastąpią, to zasianemu ziarnu nic nie szkodzi, jeżeli tylko należycie ziemią przykryte; sie­

dzi ono martwe w ziemi, póki rola nie ociepleje i potem doskonale kiełkuje. Z zasiewem owsa trze­

ba się zatem spieszyć. Skoro tylko z bronami wy­

jechać można, natychmiast ostremi, ciężkiemi bro­

nami zrazować pole, które by/o już w jesieni g łę ­ boko zorane; zasiać owies i przykryć go radłem lub przysypnikiem dość głęboko. Na ziemiach bardzo zwięzłych lepiej jest rolę radiem spulchnić dobrze

j j przed siewem, a potem z asiai i przykryć bronami

ciężkiemi dwurazową włóczką. Na bardzo lekkich piaskowych rolach po zasiewie jeszcze dobrze jest przycisnąć wielkiem pierścieniowym wałkiem.

Na wszystkich prędko obsychających rolach najlepszy i najpewniejszy plon jest przy zasiewie rzędowym, przy którym owies nie łatwo wylęga, choć bujnie rośnie. P u d zasiew rzędowy musi być rola uprawioną doskonale przed siewem radłem i broną, a po zasiewie tylko jeszcze na lekkich rolach wałkiem pierścieniowym się przyciska. Na roli, która się łatwo po deszczu zlywa i zasko­

rupia, więc na bardzo miałkich ziemiach (bie­

licach, rędzinach), wałkowanie tuż po zasiewie jest złem, bo po wałkach, gd y deszcz spadnie, tworzy się na takiej roli skorupa, która przeszkadza wzej- ściu owsa.

Na takich rolach zatem czekać trzeba, aż owieś zejdzie, a skoro ma już dwa piórka, do­

piero przy wałkować pierścieniowym wałkiem. Owies przyciśnięty lepiej się jeszcze zakorzenia i silniej krzewi.

Przy siewie ręcznym sieje się na mórg pół­

tora korca, a na słabszej roli nawet do dwu korcy owsa (100 — 120 kilo) Przy siewie rzędowym w y ­ starcza korzec i 6 garncy do półtora korca (80 do 100 kilo).

Gdy się w owieś wsiewa koniczynę, to trzeba naprzód owies dobrze przykryć, potem rozsiać koniczynę i przywałkować. Gdy wałkować nie można (na bielicach) zaraz po siewie, to rozsiać ko­

niczynę dopiero kiedy wzejdzie owies i wtedy przy­

wałkować.

Z a s i e w rn i e s z a n y o w s a z j ę c z m i e ­ n i e m . Często sieją owies z jęczmieniem, nazy­

wając tę mieszankę ij a r z e c« albo »k u r m u r«;

szczególnie w górach i podgórzu na paszę dla

(8)

koni i wołów. Do takiego mięszanego zasiewu trzeba brać rychlik, aby równo z jęczmieniem dojrzał. Sieje się na mórg korzec owsa i pół korca jęczmienia. Jęczmień w owsie siany daje ładne grube ziarno, a plon mieszanego ziarna razem bywa większy, niz gdyby każde zboże osobno siane było.

--- * ---

Praktyczne rady.

Niewątpliwy środek na wygubienie Szwa­

bów. Takowym jest glina kutenburska, któią do­

stać można w aptece. Na kwarto wy garnuszek wy­

starcza ilość gliny kutenburskiej za kilka fenygów.

Ugotowawszy groch, gdy jest gorący, rozmięsza się w nim owa glina, a gdy ta mięszanina wychłodnie, roztrząsa się na noc w miejscach, gdzie się szwaby rozłażą. Woń grochu przyciąga ich i pożerają go łakomie. Gdy ta ilość nie wystarcza, powtarza się jeszcze, a każdy może być pewnym uwolnienia się od tego owadu. Pozostały groch trzeba na rano pozmiatać i zakopać gdzie, żeby kury lub inne zwie­

rzęta nań nie natrafiły.

Zapraw a na podeszwy. Do konserwonia skóry, a szczególniej podeszew w obuwiu, zaleca się mydło naftowe, które się sp >rządza jak następuje:

W jednej części wody rozpuszcza się proste rnydło, osobno zaś, w innej części wody, ałun. Skoro obie ciecze ochłódną, zlewa się je razem wśród ciągłego mieszania. Powstanie skutkiem tego osad, będący związkiem kwasów tłuszczowych z glinką. Z osadu tego należy płyn ostrożnie odlać, następnie cz}'s!ą wodą go wypłukać i w miernej ciepłocie wysuszyć.

Jeżeli proszku tego dodamy, w stosunku 10 do 30 części, do IOO części nafty, to uzyskamy rodzaj my­

dła naftowego, to jest podobną do wazeliny masę tłuszczową, która nadaje się wybornie do smarowa­

nia skóry podeszwowej. Przepojone nią podeszwy wytrzymają bardzo długo i nie przepuszczają wilg*.ci.

W szpitalu.

Z a k o n n ic a do p o s łu g a c z a :

— Jan ie, czemu to nie pokażesz doktorowi tego palca, co cię boli?

— A ju śc i, nie głupim, proszę dobrodziejki.

D oktorzy tylko sp ojrzą na siebie, m rugn ą zaraz po­

w iadają : »obcas« (absces) trzeba użnąć.

Praw dziw y powód.

Między doktorami p odczas konsiiium:

— K o le g o , uw ażam o p e r a c ję za zbyteczną, a przedewszystkiem bardzo niebezpieczną...

— N atu ia ln ie! Jesz cze się ani jedna taka nie udała.

— T a k , ale jaki to byłby rozgłos, g d y b y się.

n akoniec komu u d ała hę ?

— B a !... hm... to zacznijmy, kto w ie?

Na ślizgaw ce.

S tu d en cik (przywiązując łyżw y sw em u ideało­

wi) : C o za szkoda, że pani nie ma stu nóżek.

Z dwojga złego.

Doktór: Musisz pan wyjechać do Szwajcaryi) a zimę spędzić we Włoszech.

Pacvent: Ależ, doktorze, ja nie jestem w mn- żności prowadzić tak kosztownej kuracyi.

Doktór: Hm, w takim razie lecz się pan w do­

mu. Będę codzień u pana bywał.

Pacyent: To już wolę jechać, doktorze.

Porozum ieli się.

A k t o r : Powiadam panu, miałem taki sukces, że trudno uwierzyć.

D y r e k t o r : Ja też nie wierzę.

Na lodzie.

— Poczekaj, podniosę tamtą damę, która upa*

dla i leży.

— A czy jesteś pewny, że ten upadek dla cie­

bie był przeznaczonym?

Niemożliwe.

W i e d e ń c z y k : Słyszałeś pan? W Beilinie popisuje się człowiek, który przez cztery t y g o d n i e może nie jeść.

ZAGADKA.

Co to ma oznaczać:

Syn zabił ojca w Matce.

Z a dobre rozwiązanie powyższej zagadki prze­

znacza się dla abonentów książkę p. t . : > O b r a z k l Śląska polskiego*.

S Z A H A J D A L.

P ierw szej z drugą człek się lęka, G d y jej się sp odziew a ;

A niejeden pod nią stęka, P łacze, ubolewa.

T rz ec ie z czwartem czas się zowie A cza s bardzo długi,

Kto w nim żyje, nikt nie powie Ja k i będzie drugi.

C ałość, to zawód uczonych.

Różne ubierają

W iele w śród nich zasm uconych, G d y szczęścia nie znają.

Rozwiązanie szarady z nr, [3-go:

M o — c z a —r y . D obre rozwiązania n a d e sła li:

Z y g m u t 1 Ja d w ig a W oicik z Król. Huty, - F r a n ­ ciszka C h robok i [. S o ssala, Król. Pluta, Piotr W a l­

czak, Ja n e k W ypicli, Bro n isław a, K arol i Marya J a ­ nocha, P e la g ia i Bru n on Spin czyk. Król. Huta, Ja n Szulc, Poznań, F ran cisze k K o ło d zie jc z yk z Szarleja, Franciszek i Elżbieta L an d k ocz z L u bom ia, Martynka i Z ofia Be d n arska, Króiew. Huta, L e o n N ow acki i B o gu m ił Z iętak z Poznania, M arya Ceblik, Bytom, P a w e ł S zo tek z Szopienic.

N akładem i czcionkam i »G órnoślązaka«, spółki w ydaw niczej z ograniczoną odpow iedzialnością w K atow icach.

R edaktor odpow iedzialny: A ntoni W olski w K atow icach.

4

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :