SYLWETKA DUCHOWA KS. KARDYNAŁA AUGUSTA HLONDA

Pełen tekst

(1)

SYLWETKA DUCHOWA

KS. KARDYNAŁA AUGUSTA HLONDA

Kościół w Polsce, jak również Polonia zagraniczna nadały 25-tej rocznicy śmierci kardynała A ugusta Hlonda specjalny charakter. Odbyły się nabożeństw a żałobne, w ygłoszono liczne przem ówienia poświęcone zmarłemu Prym asow i Polski. Odbyły się akademie, upam iętniające po­

stać w ielkiego, przedw cześnie zgasłego Księcia Kościoła. Pism a katolickie w Polsce i za granicą zam ieściły artykuły na jego temat.

R ównież Towarzystwo Chrystusow e dla Polonii Zagranicznej, założo­

ne przez Ks. Kardynała, w szczególniejszy sposób uczciło jego pamięć.

Jego postać żyje nadal w szeregach zgromadzenia. Przez konstytucje, przez siebie ułożone, w ycisnął on na zgromadzeniu sw oją indyw idualność duchową. Jego typ religijności, jego ideały formują nadal ducha m ło­

dego zgromadzenia.

Z racji mej przynależności do now ego zgromadzenia m iew ałem z Ks.

Kardynałem liczne kontakty. Patrzyłem na tę postać w chw ilach ra­

dosnych i sm utnych. Byłem również św iadkiem jego śmierci. D latego odważam się naszkicować sylw etk ę duchową jednej z najw ybitniejszych postaci w dziejach Kościoła w Polsce *.

Prof. Eugeniusz Jarra w sw ojej książce N a u k a sp o łeczn a k a r d y n a ła A. H lo n d a pisze, że do grona w ydanych przez Polskę ludzi w skali św iatow ej należy trzech przedstaw icieli hierarchii duchownej. W ym ie­

nia przy tym arcybiskupa gnieźnieńskiego Mikołaja Trąbę, arcybiskupa Jana Łaskiego, również arcybiskupa gnieźnieńskiego oraz kardynała Stanisław a Hozjusza, biskupa warm ińskiego, który był legatem apostol­

skim na Soborze Trydenckim. A potem dodaje: „Zastój kulturalny w ie­

ków XVII i X V III oraz rozbiory sprawiły, że Polska cztery w ieki m u­

siała czekać na kapłana, którego głos mógł równym tam tych trzech rozlegać się echem. Był nim prymas, kardynał Hlond” 1.

* N iniejsze opracowanie jest oparte na własnych listach okrężnych, przeznaczonych dla członków Tow arzystw a Chrystusowego oraz na kon­

ferencjach wygłaszanych w domach Tow arzystw a z okazji m iesięcznych dni skupienia. Zawiera ono również refleksje z osobistych kontaktów z kardynałem A ugustem Hlondem, założycielem Towarzystwa. Stąd nie rości ono sobie pretensji do pracy naukowej. Służyć jednak może jako przyczynek do przyszłej biografii Prym asa.

1 E. J a r r a , N a u k a społeczn a k a r d y n a ł a A u g u s ta Hlonda, p r y m a s a P ols ki, Londyn 1958 s. 2.

(2)

1. CZŁOWIEK

Dziś, w obliczu stale narastającej dehum anizacji, idzie przez świat w ołanie o szlachetnego, dobrego człowieka. To w ołanie wychodzi od ludzi w ierzących i niewierzących, zarówno od chrześcijan jak i od m ar­

ksistów.

Sobór W atykański II, zalecając powrót do źródeł, przede w szystkim do Pism a św iętego, zwrócił szczególniejszą uw agę na godność osoby ludzkiej. Ojcowie Kościoła w skazyw ali na to, że cała teologia św. P a ­ wła, zw łaszcza w Liście do Rzymian jest antropologiczna. Toteż P aw eł VI, w ynosząc na ołtarze O. Kolbego, podkreślił jego cnoty naturalne, jego człowieczeństwo, w zorowane na przykładzie Boskiego Mistrza i Jego Niepokalanej Matki.

Zmarły K ardynał zdał egzamin jako człowiek. Zdał go na celująco.

Spokojnie może stanąć przed sądem historii.

Młodemu A ugustow i od sam ego początku zależało na tym , żeby wyrobić w sobie najczystsze, autentyczne człow ieczeństw o. A to czło­

wieczeństw o pragnął ubogacić i uszlachetnić duchem Ewangelii.

Być pięknym i dobrym człowiekiem — „kalos kai agathos”. Oto ideał, który przyświecał już filozofom greckim, polskim filaretom i w ielu innym. Ten ideał przyświecał również m łodemu H londowi od zarania jego życia. D ążył on do ukształtow ania w sobie pełnej osobo­

wości, nie tylko etycznej, ale także religijnej.

Ks. Kardynał powiedział na konferencji do kapłanów w Częstocho­

wie: „Śmieszna to rzecz dążyć do doskonałości, a równocześnie bez­

m yślnie przyglądać się rozpadowi sw ojej osobowości. Bóg stw orzył nas na obraz i podobieństwo swoje. A zatem każdy z nas niech będzie przede w szystkim dobrym człowiekiem. Przez to odpowie najlepiej intencjom Stw órcy”.

Na osobowość składają się: piękny charakter, silna wola, kultura zewnętrzna i w ew nętrzna.

C h a r a k t e r to profil duchow y człowieka, którego postępo­

w anie nosi cechy trw ałości i stałości. Człowiek z ch arak terem to człowiek zasad. T aki c h a ra k te r posiadał Ks. K ardynał. Nie odstępo­

w ał on od swoich zasad m oralnych. Nie uznaw ał kompromisów.

Zawsze z jakąś szlachetną odwagą w ypow iadał swoje katolickie przekonania i poglądy. Nie p o trafił milczeć, gdy spostrzegał zło.

P iętnow ał, zw alczał je z całą bezwzględnością.

W ogniu zażartej w alki o parcelację staje w obronie ludzi po­

krzywdzonych. Z akłada przy sw ej k ancelarii specjalną rad ę zaj­

m ującą się tym i zagadnieniam i. Czyni to wobec opozycji ze strony w ielkich właścicieli ziemskich.

Dla sprostania tak odpow iedzialnym i rozległym zadaniom po­

m agały Ks. K ard y n ało w i w ybitne przym ioty praw dziw ego w ładcy

dusz — bystrość um ysłu, trafność sądu, szybka orientacja, tw órcza w yobraźnia, łatwość w obejściu z ludźmi. U derzały u niego jego niezw ykłe zdolności intelektualne. Posiadał pam ięć w prost fa n ta ­ styczną. P o trafił w yrecytow ać na pam ięć całe stronice książek przez siebie przeczytanych. Jed n a k nie popisyw ał się sw ym i zdol­

nościami, lecz oddał je całkow icie na służbę Boga i Kościoła.

P onad tym w szystkim górow ały jednak silna wola, w ytrw ałość, pracowitość. Nie oszczędzał siebie. K ażdą chw ilę w yzyskiw ał do m aksim um . Nie zrażał się trudnościam i. Jako m łody kap łan o mało byłby stracił wzrok. Tygodniam i m usiał przebyw ać w ciemni.

Przez w iele lat tra p iły go, jak sam m aw iał, „fantastyczne m i­

gre n y ”. N iejednokrotnie pow tarzały się dw a lub trzy razy w ty ­ godniu. W idziałem go, jak leżał w yciągnięty na tapczanie, z zim ­ nym kom presem na głowie. W staw ał natychm iast, gdy zgłoszono kogoś proszącego o audiencję. S iłą swej woli od razu opanow yw ał swą bladość i z uśm iechem w itał interesantów .

Było to przed M iędzynarodow ym K ongresem E ucharystycznym w L ublanie. M iał tam reprezentow ać Ojca św. jako leg at papieski.

Tak się złożyło, że w tym czasie poważnie chorował. D r Tuszewski, ord y n ato r szpitala Sióstr E lżbietanek w Poznaniu w yraził w ątp li­

wość czy Ks. P ry m as będzie mógł udać się w drogę. Odwiedziłem Ks. P ry m asa na dwa tygodnie przed kongresem . P ow iedział do m nie: „Ta choroba non est ad m ortem . J a pojadę. Na pew no po­

ja d ę ”. I pojechał.

P ełne człowieczeństwo i praw dziw a osobowość odznaczają się nieprzeciętną k u l t u r ą . K a rd y n ał posiadał w w ysokim stopniu k u ltu rę zew nętrzną, społeczno-towarzyską.

Syn proletariusza śląskiego posiadał jakąś w ytw orność w obco­

w aniu z innym i. O lśniew ał swoim zachowaniem , ogładą, taktem , sw oją ujm ującą dobrocią. Każdego uderzały jego m ajestat i dosto­

jeństw o, które w pierw szej chw ili onieśm ielały. P rzy bliższym jed n ak zetknięciu, spod p u rp u ry ujaw niał się człowiek skrom ny, bezpośredni i serdeczny. Te zalety zw róciły szczególną uw agę P iusa X I, podówczas nuncjusza Stolicy Apostolskiej w Polsce, k tó ry zaproponow ał go w Rzymie jako k andydata na ad m in istra­

to ra apostolskiego Górnego Śląska.

W ażniejsza rzecz to k u ltu ra w ew nętrzna. Na tę k u ltu rę w ew nę­

trzn ą składają się dw a elem enty — pietyzm dla w łasnej, tajem n i­

czej, ludzkiej godności, pietyzm dla drugiego człowieka jako ta ­ jem nicy nieznanego życia ludzkiego.

Ks. K a rd y n ał posiadał ten pietyzm dla swej tajem niczej ludzkiej godności. W konferencjach lubił do tego naw iązyw ać. „Jesteśm y m ieszkaniem T rójcy P rzenajśw iętszej. Nie wolno poniew ierać sw ojej godności człowieczej. Nie wolno zdradzać swego człowie­

czeństw a”.

(3)

Z m y ślą o czło w iek u Ks. K a rd y n a ł zachęca sp o łeczeń stw o po ls­

kie do z b ie ra n ia o fia r n a b ied n e dzieci polskie. „N ie o b a rczajm y się odpo w ied zialn o ścią za to, że w sw o b o d n ej O jczyźnie p olskie d ziecko ży je p o śró d n as w nęd zy i nieszczęściu. O rlęto m p olskim p ozw ólm y ro zw in ąć sk rz y d ła do lo tu ”.

A ileż se rca o k a z y w a ł m łodzieży ak a d e m ic k iej. D la n ie j w y ­ c ią g a ł o sta tn ie grosze z k a sy p ry m a so w sk ie j. A żą d a ł od n iej ty lk o , b y p rz e m ó w iły je j serca, b y p rzem ó w ił je j d u ch C h ry stu so ­ w y i polski. „O ty, n ajd ro ż sz a m łodzieży ak a d e m ic k a. T obie p rz e ­ k a z u ję o d p o w ied zialn ą m isję. B ądź stra ż n ic z k ą w ielkości i św ię­

tości naszego n a ro d u ” .

D la sw y ch n ajb liż sz y c h w sp ó łp ra c o w n ik ó w Ks. K a rd y n a ł był p ra w d z iw y m p rz y ja c ie lem . A m im o ty c h b lisk ic h k o n ta k tó w żad en z n ic h n ie o d w aży ł się n a ja k ą ś p oufałość w sto su n k u do sw ego przełożonego. P a m ię ta ł o ich ro czn icach i im ien in ach . Z o staw iał im sw obodę d z ia ła n ia w g ra n ic a c h , k tó re n ie p rz e k ra c z a ły ich k o m p e­

te n c ji. N ie ch ciał tra c ić czasu n a za jm o w a n ie się d ro b iazg am i.

N ig d y nie n a rz u c a ł sw ego zdania. O d ró żn iał b łę d y spow odow ane ch w ilo w ą n ie u w a g ą 2.

Ks. d r G oździew icz szczególnie p o d k re śla jego n ie zw y k łą p u n k ­ tu aln o ść, nie ty lk o n a w iz y ta c ja c h d u sz p a ste rsk ic h , ale ró w n ież w zw y k ły ch za ję c iac h dom ow ych. K ażdego z in te re s a n tó w tr a k to ­ w a ł z w łaściw y m sobie u szan o w an iem . W obec każdego za m ie n ia ł się cały w słuch. N ie je d n o k ro tn ie d o b ry m słow em czy ż a rte m po­

tr a f ił ro z ła d o w a ć tre m ę i stw o rzy ć a tm o s fe rę sw o b o d n y ch p o g a­

w ędek. J a k d o b ry ojciec p y ta ł o zd ro w ie, o sam opoczucie, o z a in te ­ re so w a n ia i pracę.

Ś w iadczą o ty m w ra ż e n ia , ja k im i d zielił się D an iel Rops z se­

k r e ta rz e m P ry m a s a ks. B a ra n ia k ie m w H au teco m b e. „Od Ks. K a r ­ d y n a ła m ożna się ty le nauczyć; w ięcej an iżeli od w ielk ich uczonych. Ks. K a rd y n a ł m ów i nie ty lk o o sp ra w a c h ogólnych. Ks.

K a rd y n a ł in te re s o w a ł się n a w e t m n ą osobiście” 3.

P o d o b n ie w y ra ż a ł się w sw oich w sp o m n ie n ia c h H e n ry k U łaszyn, p ro fe so r UAM w P o z n a n iu , k tó ry m im o sw ego w y stą p ie n ia z K oś­

cioła, s p o ty k a ł się k ilk a k ro tn ie z K a rd y n a łe m . B y ł u rzeczo n y jego w ie lk ą serd eczn o ścią i to le ra n c ją i .

K a rd y n a ł b y ł n ie z w y k le o p a n o w a n y szczególnie w s y tu a c ja c h tru d n y c h , w y m a g a ją c y c h szy b k iej i o d p o w ied zialn ej d e c y z ji5.

2 Ks. H. G o ź d z i e w i c z , P ry m a s P o lsk i w m oich w sp om n ien iach (m aszyn.) A cta H lon d ian a, zebr. ks. S. K o s i ń s k i (Ląd 1969, na p ra­

w ach rękopisu), t. V I cz. 3 s. 123.

3 A bp A. B a r a n i a k , P rzem ó w ien ie na a k a d em ii w dom u T ow . C h rystu sow ego w P ozn an iu , w y g ł. 20 X 1965 (m aszyn.) A rch. T ow . C hryst. w P u szczy k o w ie, teczka: P rzem ó w ien ia k u czci P ry m a sa -Z a ło - życiela.

4 H. U ł a s z y n , Z e w sp o m n ień o k a rd y n a le H lon d zie (m aszyn., li­

stop ad 1948). A cta H lon d ian a t. VI cz. 1 s. 241.

P o tra fił się cieszyć rad o ścią sw o ją, ja k ró w n ież i in n y ch . U m iał być w dzięczny za n a jd ro b n ie jsz e p rz y słu g i. L u b ił m aw iać, że cnotę tę n a le ż y p ra k ty k o w a ć zw łaszcza w d zisiejszych czasach, k ie d y to ludzie ta k szybko zap o m in ają, czego d o b reg o zaznali od in n y ch .

W szędzie w nosił d u c h a p ro sto ty i uprzejm ości. B u d o w ał w szy­

s tk ic h w ie lk ą pobożnością, cierp liw o ścią i dobrocią. O d p o w iad ał n a w szy stk ie listy , często n a w e t osobiście. C zuł się zaw sze m ło d y m i sw ą m łodością u rz e k a ł otoczenie.

P ro f. P flie g le r w szk icach sw o ich pt. „W obliczu w spółczes­

nego ś w ia ta ” p o w iad a: „C hcąc m ieć w p ły w n a in n y ch , trz e b a być p rz e ję ty m do szp ik u kości ty m , co się głosi. To je s t co n d itio sine q u a n o n ”.

K a rd y n a ł m ia ł b e z g ra n ic zn y w p ły w n a in n y ch . A m iał d lateg o , że u niego n ie by ło ro zd źw ięk u m ięd zy sfe rą m y śli i p rz e k o n a ń , a sfe rą d z ia ła n ia . Jego p o stać b y ła im p o n u ją c y m m o n o litem n a j­

szlach etn iejszeg o człow ieczeństw a. I to b ra ło in nych.

P a m ię ta m y jego p rzem ó w ien ia. Czuć było, że jego słow a z a p a ­ d a ją do g łęb i dusz. W szyscy, k tó rz y go słu ch ali, m ogli pow iedzieć ja k ci szczęśliw i p ie lg rz y m i id ą c y do E m aus: „Izali se rca n asze nie p a ła ły w nas, g d y m ów ił n a m w d ro d z e ? ”

„Po ow ocach poznacie je. D o b re drzew o rodzi d o b re ow oce”.

L udzie, k tó rz y się z n im sp o ty k ali, są jeszcze dziś pod w ra ż e n ie m p ra w d y , p ięk n a, d o b ra, k tó re p ro m ie n io w a ły z całej jego osobow o­

ści.

P ro f. S te fa n D ąb ro w sk i, podów czas r e k to r UAM , p o w ied ział o n im , że b y ł to n a jsz la c h e tn iejszy , n a jp ię k n ie jsz y człow iek ja ­ kiego sp o tk a ł w życiu. Isto tn ie , b y ł to człow iek u d e rz a ją c y sw o ją

k u ltu rą , sw oim h u m an izm em .

Ks. K a rd y n a ł po zo stał zaw sze trz e ź w y m r e a l i s t ą . Z a w d z ię ­ czał to k lim a to w i sw ego ro b o tn iczeg o d om u rodzinnego. S tą d też n ig d y n ie zaprzeczał b ra k o m w K ościele, p rzeciw n ie, p rz y z n a w a ł się do nich.

„ S ta n o w isk o św ia ta c h rz e śc ijań s k ieg o w obec b e zb o żn ictw a to n ie ty lk o , zd an iem pew nego sło w iań sk ieg o m y śliciela, stan o w isk o kogoś b ędącego w ło d arzem w ie k u is te j i a b so lu tn e j p ra w d y , ale ta k ż e stan o w isk o w in o w ajcy , k tó ry te j p ra w d y nie p o tra fił n a le ­ życie zre a liz o w ać ” 6.

K s. K a rd y n a ł w ied ział co lu d zi b oli i s ta r a ł się te bóle złag o ­ dzić. W e w sz y stk ich p rą d a c h sp o łecznych i re w o lu c ja c h naszej d o b y tk w i głęb o k ie p ra g n ie n ie p rz e k sz ta łce n ia człow ieka w e d łu g

5 Ks. B. F i l i p i a k , C z ło w i e k , k t ó r e g o n ig d y nie z a p o m n ę , „P rzew . k a to l.” 1958 nr 42 s. 589.

6 K o ś c ió ł K a to l ic k i w P o lsc e w o b e c z a g a d n i e ń chw ili. P r z e m ó w , w y g ł . p r z e z kard . A. H l o n d a na a k a d e m i i k u czci C h r y s t u s a - K r ó l a w P o z ­ n aniu 28 X 1945. Poznań 1945.

(4)

ideału spraw iedliw ości. K ard y n ał dosłuchiw ał się w nich słabego echa dobrej now iny głoszącej godność człowieka, naw et ostatniego niew olnika. A więc okazywało się dla niego jasnym , że Ew angelia znajduje się w cen tru m zagadnień życiowych. Ale on nie tylko tak m yślał, przechodził szybko do czynu. S yn polskiego robotnika staje się przyjacielem i obrońcą robotników . I tak się złożyło, że w P aryżu na arcybiskupim tronie zasiadał podobny jem u „k ar­

dynał robotników ” S uhard, któ ry nie w ah ał się uzależniać rech ry - stianizacji św iata od zdobycia klasy robotniczej.

Ks. K a rd y n ał znał w artość i jedyność człow ieka. I tego w łaśnie człowieka otoczył on, gdzie mógł, najtroskliw szą opieką. „Chrześci­

jaństw o nie opuszcza nowoczesnego człow ieka — w ołał na jednej z akadem ii — ono w ierzy, że dobitniej niż dobrobyt mas i niż bom ba atom ow a charakteryzow ać będzie ju tro wielkość ludzkiego ducha” 7.

Szanując tego ducha, zdaw ał sobie wszakże spraw ę, iż n a jtr a ­ giczniejszą utopią św iata to sam ow ystarczalność człowieka. O kreślał ją często za P ascalem jako truciznę, ale m imo to podejm ow ał się tw orzenia nowego człowieka. Chrześcijaństw o podejm uje się tego zadania, choć wie, że to zadanie nie spełni się z dziś na jutro, gdyż nowy człowiek sięga w wieczność.

C hrześcijański hum anizm Ks. K a rd y n ała sięgał bardzo głęboko i w ym agał niem ało od tych, którzy się doń przyznają. H um anizm chrześcijański w edług niego, to nie ręk a w yciągnięta, ale znak krzyża. C hrystus dał na ziemi wszystko. Ks. K a rd y n ał często pow ­ tarz ał słowa P iusa X II: „Kościół potrzebuje o wiele więcej św iad­

ków niż apologetów ”. „C hrześcijanin z n a tu ry rzeczy nie cierpi komprom isów, a kto się w nie w daje, zaczyna być z nim i na ba­

k ie r”. W ydaje się, że to zdanie M arii W inow skiej streszcza dosko­

nale p ra k ty k ę życiową K ardynała.

Ta jego bezkomprom isowość i aktyw izm nie pozw alały m u na jakiekolw iek pesym istyczne rozważania. Był człowiekiem współ­

czesności i znał dobrze niebezpieczeństw a czasów, lecz będąc zako­

rzenionym w Bogu, wszystko ogarniał pełnym chrześcijańskim optymizmem. Nie był to żaden p łytki profetyzm o jaki go nieraz posądzano. Cała rzecz polegała na tym , że jego potężny duch w i­

dział dalej i sięgał głębiej niż inni. Jego teocentryczne spojrzenie w nikało w teraźniejszość, przenikało ją i oglądało wspaniałość przyszłych czasów, K rólestw a M aryi i Jezusa.

„Przez tru d , boleść, upokorzenie, krew i świętość Kościoła idziem y ku jednem u z najw iększych trium fów C hrystusa. W Pol­

sce triu m f Bożej spraw y oprom ieniony będzie tak im blaskiem , że na nią zwrócą się z podziwem oczy bliskich i dalekich narodów ” 8.

7 Tamże.

8 „Wiad. archidiec. w arsz.” 1946 nr 1 s. 25 (z przemów, kard. A.

H l o n d a podczas ingresu w W arszawie 30 V 1946).

2. CHRZEŚCIJANIN

Ks. K a rd y n ał posiadał w w ysokim stopniu d u c h a w i a r y . Duch w iary ożyw iał całe jego życie i był sprężyną w szystkich jego czynności. Ten duch w iary przenikał w szystkie jego m yśli, słowa i uczucia. Toteż do niego zastosować można słowa św. Paw ła:

„S praw iedliw y m ój z w iary żyje” (Żyd. 10, 38).

Ks. K a rd y n ał w yniósł tę głęboką w iarę z domu rodzicielskiego.

Dom jego ojca, kolejarza śląskiego w Mysłowicach, był przesycony atm osferę relig ijn ą. W czasie ostatnich w izytacji pasterskich Ks.

P rym as w sw ych gorących przem ów ieniach ciągle ten szczegół podkreślał. Mówił, jak to jego ojciec, um yw szy się i zjadłszy skrom ny posiłek wieczorny, k lękał przed obrazem M atki Boskiej, a z nim żona, grom adka dzieci, i wspólnie odm aw iali różaniec.

Ta w iara młodego chłopca pogłębia się później w atm osferze zakonnej. M łody uczeń, a potem now icjusz z uległością przyjm uje głoszone p ra w d y w iary i na swój sposób je przeżywa. To samo dzieje się w czasie studiów filozofii i teologii na U niw ersytecie G regoriańskim . Mimo, że je st prym usem i w naukach czyni n ad ­ zw yczajne postępy, uw aża sobie za chlubę uniżać um ysł swój wo­

bec p ra w d Bożych. I tera z z tą sam ą w iarą odm aw ia codziennie koronkę i te sam e pacierze jak kiedyś w dom u rodzinnym .

Już na uniw ersytecie w iara odkryw a m u znaczenie Pism a św.

C zytuje często, uczy się go na pamięć. Toteż nie dziw, że w póź­

niejszym życiu ta k hojnie szafuje cytatam i z Pism a św., zastoso- w ując je każdorazowo do aktu aln y ch zagadnień chwili. Ten sam duch w iary ożywia go także później, gdy w yb ran y przez O patrz­

ność Bożą w stępuje na najw yższe szczeble hierarch ii zakonnej i kapłańskiej.

W iara ta jednak nie pow strzym yw ała go od czynu. W sparty w iarą w Boga, konsekw entnie dąży do celu. N igdy się nie zniechę­

ca. To już było jego zasadą, że skoro P an Bóg mu pow ierzył jakąś spraw ę, trzeba w ytężyć siły i doprowadzić ją do końca. Czasem długo czekać m usiał na skutek sw ych m odlitw i zabiegów. Nie tracił jed n ak odwagi. „Jeśli P an Bóg odw leka z pomocą, to tylko dlatego, żeby w iększą w iarę w nas w zbudzić”.

Gdy zabiera się do jakiejś spraw y, zawsze z najw iększą w iarą poleca ją Opatrzności Bożej. Potem już jest spokojny, pew ien po­

wodzenia. „P an Bóg dopomoże — m aw iał — to przecież drobnost­

ka dla P an a Boga”.

W r. 1935, w czasie rekolekcji dla kapłanów na Jasnej Górze, mówił: „Nie sam o tylko posiadanie w iary, ale czyny w iarą n a­

brzm iałe, stanow ią moc i zasługę w iary. W iara każe nam um rzeć św iatu i sam ym sobie, ale ta sam a w iara prow adzi nas do triu m ­ fu ”.

(5)

W roku 1930 decyduje się utw orzyć nowe zgrom adzenie zakonne dla Polonii zagranicznej. Przeżyw a jednak poważne w ątpliwości.

Zw ierza się z nich Ojcu świętem u: „A gdy Papież rozkaże — odpo­

w iada m u Pius X I — czy będzie to dostateczny znak z nieba?” Ks.

P rym as uw ierzył i zab rał się od razu do dzieła.

Nowe dzieło powstało, lecz jego założyciel nie może mu zapew ­ nić środków utrzym ania. Mimo to w ierzy, że Opatrzność Boża i w tym w ypadku nie zawiedzie. I w iara w pomoc nieba go nie zawiodła.

Trudności m aterialn e były nieraz w yjątkow o wielkie. R achunki nie były zapłacone. Dostawcy grozili w strzym aniem towarów. K ie­

dy pew nego razu Ks. P ry m as w takiej sy tu acji przyjechał do P o- tulic, m ów iłem m u o ciężkim położeniu m aterialnym . Na to usłyszałem słowa w ypow iedziane z najw iększym spokojem: „A od czego jest P a n Bóg w niebie?”. Rozpoczęliśmy now ennę jedną i drugą. I znalazł się dobrodziej, któ ry złożył większą sumę na cele T ow arzystw a.

Gdyśm y m u donosili o postępach w pracach oraz o dalszym rozw oju T ow arzystw a, odpisał te znam ienne słowa: „m aiora horum videbitis”. In n y m razem , gdy zw ierzałem m u się z rozm aitych trudności, odpow iadał słowam i Pism a świętego: „Si potes credere, om nia possibilia su n t cred en ti”.

Nie m niej podziw u godną była jego w iara w czasie wojny.

W przeddzień rozpętania zaw ieruchy byłem na audiencji, aby zasięgnąć ra d y i otrzym ać wskazów ki na w ypadek wojny. M ówił z tak ą dokładnością o tym co się stanie, o okrucieństw ach, o maso­

wych m ordach dokonyw anych przez Niemców na bezbronnych, o oszałam iającym zw ycięstw ie H itlera. P otem jednak dodał: „P an Bóg w da się w tę spraw ę, H itler ru n ie i będzie zdruzgotany”.

G dy znalazł się we F rancji, w iara jego była praw dziw ym natchnieniem , zwłaszcza dla tam tejszych biskupów , których częś­

ciowo o garnął pesymizm. W ierzył, że P an Bóg upokorzy w rogów Kościoła.

Toteż gdy chodziło o w yznaczenie rządcy dla nowo pow stałej adm inistracji kościelnej na Śląsku, w ybór padł na młodego za­

konnika salezjańskiego A ugusta Hlonda. Ideą przew odnią jego pracy arcypasterskiej to realizacja papieskiego zawołania: „restau- ra re om nia in C h risto ”. T ak Papież pow iedział, ta k P apież rozkazał.

P rag n ą ł więc w ykonać rozkaz Papieża w całej rozciągłości.

Oczyszcza więc chrześcijaństw o w sw ojej adm inistracji z tego, co stare i przeżyte. U kazuje w iernym nowe chrześcijaństw o, pulsu­

jące życiem, drgające miłością, wychodzące w dram atycznym zryw ie apostolskim na podbój dusz.

M łody arcypasterz uw aża za swoje pierw sze zadanie dać swoim diecezjanom C hrystusa, pobudzić ich do pełnego życia chrześcijań­

skiego. W tej m isji sam jest niejako słupem ognistym i drogow-

skazem. P rzede w szystkim jed n ak chce być poryw ającym p rzy k ła­

dem, jak ma w yglądać oczyszczone, autentyczne chrześcijaństw o.

W swoim pierw szym liście p asterskim z 17 X II 1922 roku w te oto odzywa się słowa:

„Przychodzę do was, aby w am przypom nieć drogę do C h ry stu ­ sa... Trzeba w am odbudować w życiu to chrześcijaństw o nadp rzy ­ rodzone, które wyrosło z K rw i Zbaw icielowej. Z C hrystusow ego testam en tu trzeba wysnuć w ielkoduszne wnioski. To odrodzenie musi się dokonać nie na pow ierzchni życia, ale głęboko w ew nątrz duszy”.

C ztery lata później zostaje zw ierzchnikiem najstarszej m etro­

polii w Polsce i prym asem Polski. Na firm am encie h ierarch ii Kościoła w Polsce zabłysła gw iazda pierw szej wielkości. O party o p astorał prym asow ski, staje jako strażnik odwiecznych praw d Chrystusow ych.

Nowy P ry m as posiada d ar in tu ic ji i orlej w nikliw ości. I ten w łaśnie d a r pozw ala m u wyczuć tętno now ych czasów. W yczuwa, że w tych now ych czasach, w k tórych toczy się gigantyczna w alka o człowieka, tego człowieka trzeba zdobyć dla C hrystusa. Chce więc odrodzić cały naród polski. 25 m ilionów serc pragnie rzucić do stóp C hrystusa. W sw ych listach pasterskich pisze:

„Trzeba w łonie katolicyzm u polskiego przeprow adzić k ru c ja tę życia w ew nętrznego. Niech w duszach zakipi w rzenie mistyczne.

Niech dusze porosną w świętość ew angeliczną”.

„Trzeba nam odrodzić serca w C hrystusie. Dopiero z serc tak odrodzonych w ytry sn ą niby ze skalnego źródła wody żywe i czy­

ste. Podnieśm y się ze snu. W patru jm y się w zorzę poranną w iel­

kiego odrodzenia. Idźm y z C hrystusem w naród i w jego życie, na pracę, na niew ygody, na upokorzenia, na czyn osobisty, na ofiarę każdą, na w ielkie skoordynow ane działanie”.

O pow iadał nam ks. F ilipiak o pobycie Ks. P rym asa w w ię­

zieniu gestapo w P aryżu. K s.Prym as schodził na posiłki do osobnej sali. W czasie tych posiłków był zawsze obecny jeden z gestapow ­ ców. Okazało się później, że gestapow cy prześcigali się m iędzy sobą, żeby tow arzyszyć P rym asow i. „Jaka to rozkosz przebyw ać w jego obecności i móc z nim rozm aw iać” — m awiali.

F unkcjonariusze gestapo przeprow adzali z nim męczące i nie­

ustanne przesłuchy. Szef gestapo politycznego nalegał ciągle, b y w yjechał do Polski i tam objął ster rządów i w spółpracow ał z N iem cam i przeciw Rosji Sow ieckiej. P ostaw a Ks. P ry m asa była nieugięta. Odm ówił wszelkiego w ystąpienia publicznego. „Pod tą su tan n ą nie znajdziecie zdrajcy Q uislinga” — odpow iedział z p ro ­ stotą.

Wobec ta k nieugiętego stanow iska Niem cy wywożą Ks. K a rd y ­ nała do B ar-le-D uc (5 kw ietnia 1944 r.) pod nadzorem gestapo

(6)

i pew nego kolaboracjonisty francuskiego. W chw ili, gdy Ks. K a r­

dynał m iał opuszczać P aryż, przydzielony do osoby K ardynała m łody porucznik SS, któ ry w ciągu długich tygodni obserw ow ał jego życie, p o starał się, aby pozostać z nim sam na sam. W tedy padł przed nim na kolana i powiedział: „Ojcze, proszę o błogosła­

wieństwo. Ja też otrzym ałem chrzest katolicki”.

Na sk u tek inw azji Ks. K a rd y n ał został w yw ieziony 28 V I I I 1944 roku do Niem iec i uw ięziony w klasztorze W iedenbriick koło P a ­ d erborn w W estfalii, gdzie przebyw ał dalsze siedem miesięcy aż do chw ili uw olnienia go przez w ojska am erykańskie w dniu świę­

ta W ielkanocy — 1 kw ietnia 1945 roku.

Za przykładem św. Jan a Bosko w szystkie swoje poczynania uśw ięcał m o d l i t w ą . Gdy były tru d n e problem y do rozw iąza­

nia, udaw ał się do swej kaplicy, by tam konsultow ać się z swoim Boskim Mistrzem.

Ta pobożność u g runtow ana w głębokiej wierze, była prosta, szczera i n atu ra ln a. Z w ielkim nam aszczeniem i głęboką w iarą celebrow ał Mszę św. Co tydziej odpraw iał spowiedź.

W listach pasterskich naw ołuje do częstej K om unii św iętej, do pielęgnow ania życia eucharystycznego. „Bez życia eucharystycz­

nego katolicyzm jest p łytki i jałowy... E ucharystia m usi stać się codziennym pokarm em duszy”.

Z najw iększą starannością przygotow uje w roku 1930 K rajow y K ongres E ucharystyczny w Poznaniu. Uczestniczy w m iędzynaro­

dow ych kongresach eucharystycznych — w K artaginie, Dublinie, Buenos A ires i w Budapeszcie. Na K rajow ym Kongresie E uchary­

stycznym w L ublanie zastępuje Ojca św. jako legat a latere.

P rzed śm iercią prosi, by procesjonalnie przyniesiono m u W ia­

tyk. „N iechaj lud wie, że K a rd y n ał P ry m as przygotow uje się na śm ierć”. W szystkie swoje cierpienia znosi z poddaniem się woli Bożej. Sw oją budującą śm iercią daje przykład w iernym , jaką po­

w inna być śm ierć chrześcijanina.

Ks. K a rd y n ał m iał szczere n a b o ż e ń s t w o d o M a t k i B o - ż e j. Miłość do Niej odziedziczył w raz z innym i cechami w łaści­

w ym i narodow i polskiem u. Był on nadto synem ziemi śląskiej, k tó ra dorzuciła w iele specyficznych elem entów do ogólnego sk arb ­ ca m yśli i uczuć dla naszej Królowej. Ukochanie M atki N ajśw ięt­

szej spraw ia, że z radosną gotowością koronuje Jej obrazy, uczest­

niczy w uroczystościach M aryjnych.

Z niezw ykłą gorliwością zabiega w Stolicy Apostolskiej w spra­

wie ogłoszenia dogm atu W niebowzięcia i W szechpośrednictwa M atki Bożej.

Z uczuciem synow skiej miłości pielgrzym uje do Jej św iętych

33. Ks. Kardynał August Hlond

(7)

34. Pierwsiwychowankowiezakładusalezjańskiegow Przemyślu (1907). W środkuks.dyr. August Hlond

miejsc. Często, gdy jest we Włoszech, odwiedza Jej san k tu ariu m w Loretto. Będąc we F rancji, pielgrzym uje do Lourdes.

A kiedy w czerw cu 1940 roku m usi opuścić Rzym, prosi Ojca św., by m u pozwolił w yjechać do Lourdes. Tu często modli się w bazylice lub w cudow nej grocie M assabielskiej. A gdy przem a­

w ia do Polaków , którzy go tu odw iedzają, m ówi o M atce N a j­

św iętszej, w skazuje na Nią jako jedyną Ucieczkę uciemiężonego narodu.

Pew nego dnia ks. Filipiak, ówczesny jego kapelan, zauw ażył w grocie pew nego polskiego masona, ofiarującego Matce Bożej dużą świecę. Opowiedział o tym Ks. Prym asow i. Na to Ks. P rym as uśm iechnął się radośnie i w yrzekł te słowa: „Ona i to p o tra fi”.

Z w szystkich sank tu arió w M aryjnych Ks. P rym as w szczegól­

niejszy sposób ukochał Częstochowę, tę w idom ą stolicę K rólow ej K orony Polski. Do Częstochowy zw ołuje najczęściej zjazdy bisku­

pów, zakonników , zakonnic. Tu prow adzi rekolekcje dla kapłanów . Tu pod Je j m acierzyńską opieką z jego inicjatyw y odbyw a się P ierw szy Polski Synod P lenarny.

Często, bardzo często gości go klasztor jasnogórski. W yróżniany zaszczytami, w chw ilach glorii osobistej i w tru d n y ch sytuacjach życiowych nie zapom ina o słowach swej m atki, k tóra kazała mu ponad nią przekładać M atkę Chrystusow ą.

Tu u stóp Jasnogórskiej P ani dziękuje, błaga o pomoc w zaw i­

łych spraw ach. Jej przedkłada spraw y swego życia i spraw y swego narodu, którego był duchow ym wodzem. Nie wiem y, ile godzin p rzetraw ił na sam otnych rozm ow ach, ile otrzym ał tam u stóp Jasnogórskiej Pani. W iem y tylko tyle, że każdą w ielką, ważną dla Kościoła i narodu spraw ę rozpoczynał od „konsultacji z N ią” .

Tu w Częstochowie dokonał się najw iększy czyn m ary jn y w iel­

kiego prym asa — ofiarow anie n arodu N iepokalanem u Sercu M atki Bożej. W w ielkopostnym liście pasterskim (o panow anie ducha Bożego w Polsce) z roku 1946, zapow iada poświęcenie się narodu polskiego N iepokalanem u Sercu M atki N ajśw iętszej, i ta k pisze:

„P rzyw iązujem y w ielką wagę do uroczystego oddania się n a­

rodu N iepokalanej Dziewicy... Nie w ątpim y, że nowe M aryjne śluby N arodu polskiego oraz miłość i opieka N iepokalanego Serca naszej K rólow ej będą utw ierdzeniem ładu Bożego w Rzeczypospo­

litej, jeżeli sam i w ierną miłością Boga i N iebieskiej K rólow ej natchniem y nasze polskie życie”.

W pam iętnym dniu 8 w rześnia 1946 roku przygotow uje Ks. P ry ­ mas sw ojej Niebieskiej H etm ance jeden z najw iększych trium fów na polskiej ziemi. Milion Polaków składało u stóp N iepokalanego Serca M aryi w ofierze swoje polskie serca. Było to w ydarzenie jakiego nie p am iętają dzieje naszej ojczyzny. Był to najw iększy triu m f ducha m aryjnego naszego narodu. Był to zarazem n aj-

19 — N a sz a P rz e sz ło ś ć t. 42

(8)

większy i ostatni triu m f życiowy w ielkiego prym asa.

W swoich listach pasterskich, w naukach, konferencjach, do Niej zawsze naw iązuje. Na Jej tem at snuje głębokie, historiozoficz­

ne refleksje.

„Poprzez burze w ieków prow adzi Kościół N ajśw iętsza M aryja P anna. Im groźniejsze w ały m iotają łódź Piotrow ą, tym jaśniej błyszczy na horyzoncie w iary „Gwiazda M orza”. Tulm y się do Niej. Niech Ona nas krzepi duchem W ieczernika. Niech nam ześle triu m fy L epanta. Niech nam zgotuje W iedeń X X wieku. Niech jako „W spomożycielka W iernych” powiedzie do zw ycięstw a nad bezbożnictwem i n iew iarą zbrojnych duchem rycerzy C hrystuso­

w ych”.

Ale potrafi rów nież uderzyć w stru n ę rzew nych, dziecięcych uczuć, gdy w czasie w izytacji pasterskich przem aw ia do w iernych:

„K ochajcie M atkę Bożą. Zbliżajcie się do Jej czułego, m atczy­

nego serca. Ona w as nigdy nie zawiedzie. Do serca przytuli i m at­

ką w am będzie teraz i w wieczności” 9.

Św iat, jak to św iat, nie zawsze dostrzegał w w ielkim prym asie sługę i syna N iepokalanej. Często w idziano w nim tylko dyplo­

matę, św ietnego mówcę, kan d y d ata na tro n papieski. Lecz to była tylko fasada, m yląca wielu.

Ks. K a rd y n ał nigdy nie wypuszczał różańca z ręki. Od zarania swego życia m łody A ugust odm aw iał ku czci M atki Bożej codzien­

nie różaniec. W szak ta k i panow ał zwyczaj w dom u ojca, kolejarza śląskiego.

W późniejszym życiu Ks. P ry m as odm aw iał codziennie trzy części różańca. I przesuw ały się w ręk ach prym asow skich różań­

cowe paciorki — rano, kiedy brzask dzienny rozpraszał ciemności nocy. Tajem nice radosne były wówczas przedm iotem jego kontem ­ placji.

I znalazła się koronka m ary jn a w jego ręce po południu, po załatw ieniu męczących spraw urzędow ych i po nużących, nigdy nie kończących się audiencjach. Wówczas tajem nice bolesne n a­

pełniały jego serce głęboką zadumą.

I jeszcze w ieczorem, kiedy m iał spocząć w cieniu skrzydeł O patrzności Bożej, usta jego szeptały różańcowe zdrowaśki. Duch jego, zatapiając się w tajem nice chw alebne, w y rw ał się wówczas ku tej, którą Bóg ukoronow ał na K rólow ę nieba i ziemi.

Różaniec trzy m a ł w sw ych rękach w czasie sw ych licznych po­

dróży. Z różańcem w ręk u kroczył w uroczystych procesjach.

Po w yjściu z w ięzienia w P aryżu, gdy znalazł się w domu sióstr francuskich w B ar-le-D uc, jako więzień internow any, pyta go sio-

9 Ks. S. M y s t k o w s k i , Odpowiedź na ankietę dot. życia i działal­

ności kard. A. Hlonda — z 28 IV 1968 (maszyn.) Acta Hlondiana t. VI cz. 4 s. 102.

stra przełożona, czym może m u służyć. Na to odpowiada: „Niech mi siostra poda różaniec”.

O dbyw ając ostatnie w izytacje pasterskie, w ygłasza płom ienne przem ów ienia, których głów ną treścią jest naw oływ anie do ukocha­

nia M atki N ajśw iętszej i do odm aw iania różańca.

„Cóż by to był za P rym as Polski, k tó ry by w am nie mówił o M atce Bożej, któ ry by was nie zachęcał do odm aw iania koronki ku Je j czci?”.

W czasie ostatniej choroby w zyw a często pomocy M atki N aj­

świętszej. P ije podaną m u wodę z Lourdes, dodając te słowa:

„Bardzo chętnie się napiję, bo tylko M atuchna Boża może mię uzdrow ić”. G dy bóle w ciągu choroby w zrastają, pije tę wodę z w ielką ufnością kilkakrotnie, p ow tarzając raz po raz: „Tylko M atka N ajśw iętsza może mi pom óc”.

Może nie m am y p raw a mówić o profetyźm ie Ks. P rym asa. Ale coś z tego było w nim niew ątpliw ie. Bogata i wyczulona jego intuicja, przepojona żarliw ą i niezłom ną w iarą, chw yta zwłaszcza w tych ostatnich godzinach życia frag m en ty głosów z zaśw iata.

N igdy nie zapom nę tej chw ili, kiedy ciężko chory P ry m as sie­

dząc na sw ym łożu śm iertelnym , silnym , doniosłym głosem uchylał rą b ek w spaniałej przyszłości naszego narodu. Mówił o przyszłym jego zw ycięstw ie odniesionym za przyczyną M atki N ajśw iętszej:

„Et haec victoria e rit M ariae V irginis”.

W dniu 22 października, dw ie godziny przed śm iercią, odzywa się do lekarzy: „Dzisiaj jest 22 października, dzień M atki Boskiej szczęśliwej śm ierci. „B eati qui in Domino m o riu n tu r”.

Za serce sobie okazane, M atka N ajśw iętsza w ypłaciła się swem u słudze potęgą swego m acierzyńskiego serca. S tała się m u h etm an k ą czasu żyw ota i nagrodą w ielką w wieczności.

3. ZAKONNIK

W koronie cnót Ks. K a rd y n a ła błyszczy jego zakonność jako klejnot urzekający. Już w m łodym chłopcu budzi się głos Boży w zyw ający go do poświęcenia się na służbę Bożą. Pew nego razu kaleczy sobie palec, obsługując sieczkarnię. O baw iając się n a­

stępstw zakażenia, lekarz doradza am putację palca. Chłopiec ze łzam i w oczach opiera się tem u stanowczo: „Ja nie pozwolę sobie uciąć palca, bo ja chcę być księdzem ”.

W roku 1893 m ając la t 12, znalazł się w zakładzie salezjańskim w Valsalice koło T urynu, gdzie uczyła się już grom adka innych chłopców z Polski. W roku 1896 rozpoczyna now icjat zakonny w Foglizzo, a w rok później, w w ieku la t 16 składa śluby za­

konne. Składa je ówczesnym zw yczajem na całe życie. O dtąd Bóg będzie dla niego wszystkim , a jego życie będzie ofiarą całopalną.

(9)

N ikt poza spow iednikiem nie znał najgłębszych tajników jego Bogu poświęconej duszy. „Ale po owocach poznacie je ”.

O dtąd styl jego życia będzie nacechow any salezjańskością. Bę­

dzie zawsze dum ny ze sw ej przynależności do zakonu. Będzie w ierny idei zakonnej przez całe 50 lat, bo krótko przed śm iercią P an Bóg pozwolił m u obchodzić 50-lecie życia zakonnego.

Ks. P rym as czuł się zawsze w pełni zakonnikiem i stale u trz y ­ m yw ał łączność ze Zgrom adzeniem Salezjańskim . Często podkreślał, jak w iele m u zawdzięcza. Z radością przyjm ow ał u siebie swoich w spółbraci i interesow ał się naw et drobnym i przejaw am i życia swego zgromadzenia.

Czuł się salezjaninem . Jego profil duchow y był na wskrość sale­

zjański. W jego pojęciu salezjanin to człowiek pracy i m odlitwy, przyjaciel i pow iernik młodzieży.

Uderza jego ogrom na pracow itość i chęć służenia innym . Będąc na studiach w Rzymie, pom aga w urządzaniu przedstaw ień te a tra l­

nych i akadem ii. Będąc w ybitnie m uzykalny, sam chw yta za instrum ent, gdy w orkiestrze zabrakło jakiegoś m uzyka. Kochała go młodzież w orato riu m św iątecznym za jego uśmiech, za rów no­

wagę ducha i życzliwość 10. To samo było w Oświęcimiu. Z b ra k u ludzi pełnił kilk a funkcji. Był sek retarzem d y rek to ra, głów nym asystentem , a jednocześnie uczył fizyki, m atem atyki i śpiewu.

P row adził o rkiestrę dętą i smyczkową i p ry w a tn ie uczył się teolo­

gii. Na pew ien czas objął naw et redakcję „Wiadomości Salezjańs­

kich”, które to pismo n atchnął now ym duchem, pisząc bardzo interesujące artykuły.

Po św ięceniach kapłańskich zostaje kapelanem w K rakow ie.

Mimo licznych zajęć uczęszcza na w ykłady polonistyki na U niw er­

sytecie Jagiellońskim . Jak o w ychowawca roztaczał nad młodzieżą czułą opiekę. P rzestrzeg ał reg ulam inu w całej jego rozciągłości.

Pewnego razu odw iedziła go m atka, lecz rozmow a z nią nie trw ała długo. Na głos dzw onka pożegnał się z m atką i u d ał się do chłop­

ców, by ich nie pozostawić sam ych sobie.

Będąc d yrektorem zakładu w Przem yślu, a później w W iedniu, przygotow yw ał z młodzieżą przedstaw ienia i tym pociągał m ło­

dzież do kościoła i oratorium . Dla młodzieży organizuje kółka sportowe, św ietlice, uczy muzyki. Dla młodzieży w W iedniu urządza stołówki. Tę sam ą młodzież przestrzega przed pism am i pornograficznym i, przed nieodpow iednim i film am i.

K ochał swoich w spółbraci, księży, kleryków i braci koadiuto­

rów. Dla nich w szystkich m iał dobre słowo, w szystkim i się in te re ­ sował. Gościom przyjezdnym stw arzał miłą, serdeczną atm osferę.

10 Ks. S. P ł y w a c z y k , Ks. A u g u s t H lond, sa le zja n in , „Pokłosie Salezjańskie” 1948 nr 12 s. 253—260.

Z b ra k u m iejsca oddaw ał gościom w łasną sypialnię, zadow alając się tapczanem w swej kancelarii.

W ykazał dużo ta k tu i powściągliwości, zostając inspektorem prow incji w ęgiersko-austriacko-niem ieckiej. Od razu zyskał sobie pełne zaufanie swoich podw ładnych, którzy dziękow ali Ks. G ene­

rałow i za wyznaczenie im tak w spaniałego inspektora. Szczególną troską otoczył dom y studiów na terenie swej rozległej prow incji Był bow iem przekonany, że od w ychow ania kleryków zależy przy­

szłość zgromadzenia.

W realizow aniu życia zakonnego poryw ał go przykład świętości św iątobliw ego salezjanina ks. A ugusta Czartoryskiego. P rzykład tego św iątobliw ego rodaka, jego cnoty zakonne i ideały przyświe*- cały m u przez całe życie. P racow ał nad jego biografią i grom adził m ateria ły do beatyfikacji.

Isto tę zakonności stanow ią śluby zakonne. Ks. P ry m as przez całe swoje życie nie odstąpił ani n a krok od tej uroczystej przy­

sięgi, k tó rą składał kiedyś w Valsalice. N aw et p u rp u ra k ard y n al­

ska nie potrafiła osłabić i przyćm ić jego zakonności. K rótko przed śm iercią złoży to w zruszające w yznanie: „Byłem kardynałem , ale żyłem zawsze jak zakonnik”.

U b ó s t w o pojm ow ał Ks. P ry m as jako p u n k t w yjścia do w yż­

szej doskonałości. Dając osobiście poryw ający przykład tej cnoty, określał bliżej jej istotę. W tej m yśli pisał w ustaw ach T ow arzy­

stw a C hrystusowego: „Profesi będą się doskonalili w p raktyce cnoty ubóstw a, która zasadzać się będzie na ukochaniu krzyża i u m artw ienia, na zupełnym oderw aniu serca od ziem skich dóbr i przyw iązań, na w yrzeczeniu się próżności św iatow ej i wygód osobistych, a na wspólnej trosce o dobro T ow arzystw a” u .

„U kochanie krzyża i u m a rtw ie n ia ”. P rzyjm ow ał on i kochał w szystkie krzyże jako zesłane m iłościw ą ręk ą Ojca Niebieskiego.

T ak było, gdy w zakładach salezjańskich znosił niedostatek i b rak i w m ieszkaniu, pożyw ieniu i odzieży. T ak było później, gdy p rzy­

obleczony w p u rp u rę kardynalską, z heroiczną cierpliw ością znosił w szelkie przykrości zw iązane ze sw ym urzędem .

„Zupełne oderw anie serca od ziem skich dóbr i przyw iązań”.

Nie było duszy bardziej bezinteresow nej i oderw anej od dóbr ziem skich jak nasz założyciel. G dy otrzym ał nom inację na adm i­

n istra to ra apostolskiego na G órnym Śląsku, m iał bieliznę tak zniszczoną, że trzeba było ją na nowo kom pletować. Przeniósłszy 6ię później jako prym as Polski do Poznania, nie pozwolił się olśnić blaskiem salonów prym asow skich. Tolerow ał przepych tylko ze względów reprezentacyjnych.

11 U s t a w y T o w a r z y s t w a C h r y s t u s o w e g o dla W y c h o d ź c ó w , P otulice 1934, § 41 (s. 22).

(10)

G dy po w o jn ie w ró cił znow u do P o z n a n ia , z ajm o w ał zw y k łe m ieszk an ie k a n o n ik a . N a w iosnę b r a ł nożyce do rę k i, o b cin ał p ę d y w in o ro śli, w y k o n y w a ł in n e zajęcia w ogrodzie. G dy o trz y m a ł n o ­ m in ację n a stolicę w a rsz a w sk ą , o św iadczył zg ro m ad zo n ej k a p itu le z araz n a w stęp ie, że przez ro k an i grosza n ie w eźm ie z diecezji.

„ Je ste m z ak o n n ik iem , m ało m am p o trz e b ” — p o w ied ział w ów czas.

„W yrzeczenie się próżności św ia to w y c h i w ygód o so b isty ch ”.

N ie im p o n o w ała m u po m p a św iato w a, k tó rą u w a ż a ł za zw odniczą pokusę. U b ie ra ł się sk ro m n ie. R az ty lk o pozw olił sobie w ziąć m ia rę n a su ta n n ę . P rz y n a s tę p n y c h z a m ó w ie n ia ch o św iadczył k raw co w i, k tó ry ch ciał p rz y jść z p rz y m ia rk ą : „T ylko bez żad n e j p rz y m ia rk i! K to ta m będzie in te re s o w a ł się ty m , ja k sk ro jo n a je s t m oja s u ta n n a ? ”.

„N ależy p rz e strz e g ać u b ó stw a w m ieszk an iu , n ie zdobiąc go kosztow nym i rz e c z am i” 12. Jeg o pokój sy p ia ln y tc h n ą ł u b ó stw em zako n n y m . P ro s te łóżko żelazne, z w y k ła szafa do rzeczy, sto lik i d w a k rzesła s ta n o w iły całe jego u m eb lo w an ie.

„N ie w olno u ży w ać p rz e d m io tó w zło ty ch i z b y tk o w n y c h ” 13. To, co w y d a ł d la n a s ja k o p rzep is, p ra k ty k o w a ł osobiście. N osił zw y ­ c z ajn y n ik lo w y zeg arek , k tó ry o trz y m a ł k ie d y ś za czasów k le ry c ­ kich. O żyw iony d u c h e m u b ó stw a, o g ra n ic z a ł ja k n a jb a rd z ie j sw oje po trzeb y . N ig d y nie u ż y w a ł je d w a b n e j, k o szto w n ej b ielizny. S tół jego b y ł sk ro m n y . S łu żb a w ie d z ia ła , że K a rd y n a ł zad o w ala się p o tra w ą p ro stą i sk ro m n ą.

P ie n ią d z e u w a ż a ł je d y n ie za śro d ek do w sp ie ra n ia p o trz e b lu d zk ich . N ie lu b ił ich b ra ć do rę k i. Je g o k o n to b a n k o w e było p rz ew ażn ie p u ste. Z h ojności jego k o rz y sta li stu d en ci, in te lig e n c i niezam ożni, ubodzy. N ie by ło z b ió rk i p u b lic z n e j, k tó re j nie zasiliła b y h o jn a dło ń p ry m aso w sk a.

W p o c zątk ach is tn ie n ia T o w a rz y stw a ro z p rz e d a w a liśm y n ie k tó re zb io ry p rzy w iezio n e z B razy lii. B y ły ta m m. in. sk ó ry źle w y p ra ­ w ione, k tó ry c h n ik t nie ch c ia ł k u p ić. N a w iadom ość o ty m Ks.

P ry m a s k u p ił s k ó ry i k a z a ł z n ich uszyć fu tr o , d o d a ją c z u śm ie ­ chem : „D la m n ie będ zie d o b re, w y s ta rc z a ją c e ” .

P rz e m a w ia ją c do d u c h o w ień stw a, często n a w ią z y w a ł do d u ch a ew an g eliczn eg o u b ó stw a. P rz e strz e g a ł p rz e d g ro m ad zen iem p ie ­ niędzy. „ P rz e g lą d a m — m a w ia ł — n ie ra z d zieje m oich p o p rz e d n i­

ków n a sto licy p ry m a so w sk ie j. P o sia d a li oni m a ją tk i, la ty fu n d ia , z k tó ry c h c z erp ali og ro m n e dochody. Z e b ra n y m a ją te k zap isy w ali zazw yczaj sw oim rodzinom . I p y ta m się, gdzie się p o d ziały fo rtu n y P o n iato w sk ich , K ra sic k ic h , Ł u b ie ń sk ic h czy in n y ch ? Z o stały za­

przepaszczone i z m a rn o w a n e , bo b ra k ło b ło g o sła w ie ń stw a B ożego” . U ży w ał słów n a tc h n io n y c h , g d y s ta w a ł w o b ro n ie ubogich.

12 T am że, § 38.

13 Tam że.

„Z d a je m y w obliczu w iek ó w eg zam in ze sw ej e ty k i i su m ien ia w obec n ędzy, k tó ra m ilio n y zam ęcza w stra sz n y m uścisku... Dziś już ro zu m iem y , że d o tk n ę ła n as p o w szech n a k lę sk a e le m e n ta rn a , a b e z ro b o tn i i b ezd o m n i są je j ofiaram i... C zy d a liśm y i d a je m y ile p o w in n iśm y ? Czy te n legion b ie d a k ó w ta k m iłu je m y i ta k tr a k tu je m y ja k siebie sam ych? D alek o n a m do te g o ” 14.

„N ie p ozw olim y n a to, b y w P olsce k to ś głodow ał, nie do p u sz­

czajm y do tego, b y w P olsce zim ą ktoś m arzł. A p rzed e w szy st­

k im n ie o b a rc z a jm y się o d p o w ied zialn o ścią za to, że w sw obodnej O jczyźnie p o lsk ie dziecko ż y je w śró d n as w nęd zy i w n ie d o sta tk u ...

W sp arcie bied n eg o dziecka, to cześć d la p o lsk iej przyszłości. Szczęś­

cie, k tó re z n aszej dobroci z a b ły śn ie w jego oku, p rz e k sz ta łci się k ied y ś w tw ó rczą d u m ę n aro d o w ą. J u trz e js z a zb ió rk a n a G w iazd k ę d la dzieci b ezro b o tn y ch , to ja k o b y w noszenie do s k a rb c a narodo^

w ego k le jn o tó w , k tó re k ied y ś w c h w ilach w ie lk ic h i tr u d n y c h realizo w ać będ zie k u sw ej o b ro n ie i potędze n ie śm ie rte ln a Rzecz­

p o sp o lita ” 15.

Z a p y ta n y k ró tk o p rzed śm iercią, czy z a p isu je coś sw ej ro d zin ie, o d p o w ied ział: „R odzina m o ja je s t liczna, zacna i uczciw a, bo p r a ­ c u je sam a n a sieb ie i n ie k o rz y s ta ła za życia z ła sk i K a rd y n a ła . N iech aj i n a d a l ta k b ę d z ie ”. P o p e w n y m czasie do d ał: „N iczego m i n ie żal. Do nikogo i do niczego się nie p rz y w ią z y w a łem , w ięc z rad o ścią odchodzę”.

C z y s t o ś ć jego duszy, a b so lu tn a czystość uczuć, b y ła je d n ą z g łó w n y ch d źw igni jego d u chow ego rozw oju. Ś w ia d e c tw e m tego je st ż a rliw y ton, g d y poru sza tę te m a ty k ę w sw ych g o rą c y c h p rz e ­ m ó w ien iach do m łodzieży:

„W y m łode o rły polskiego n ie b a i polskiego ju tr a , zach o w ajcie te n n a jw ię k sz y sk a rb d a n y w a m p rzez Boga. B ądźcie czyści w w a ­ szych m yślach. C zysty ja k u o rłó w m a b yć w asz w zrok. N ie m oże się k a la ć i n u żać w k ału ż a c h tego ś w ia ta ” .

Ś w ia d e c tw e m tego d u c h a czystości to jego w sk a z a n ia odnoszące się do czystości, um ieszczone w u s ta w a c h T o w a rz y stw a C h ry s tu ­ sowego. Z ja k im p ie ty z m e m m ów i on o zach o w an iu c n o ty czystości w m yślach, uczuciach, sło w ach i uczy n k ach . Z ja k im n a cisk iem p o d k re śla , że k ażd e w y k ro czen ie p rzeciw te j a n ie lsk ie j cnocie sta je się n ie ty lk o ciężkim p rz e w in ien iem , ale rów nocześnie ś w ię to k ra d z ­ tw em .

Z ja k ą o jcow ską w n ik liw o ścią p o d a je śro d k i do zach o w an ia czystości: „W ty m celu członkow ie b ęd ą w pokorze, sk u p ie n iu

14 K ard. A. H l o n d , L i s t y p a s t e r s k i e , P ozn ań 1936 s. 189— 190.

15 P r z e m ó w i e n i e r a d i o w e kard. A. H l o n d a na r o z p o c zę c ie A k c j i P o m o c y Z i m o w e j dla B e z r o b o t n y c h w P o zn a n iu 3 X I I 1938, „M iesięcznik K o ścieln y A rchidiec. G n ieźn ień sk iej i P o z n a ń sk ie j” 1938 nr 11/12 s. 427—

—428.

(11)

i u m artw ien iu pom nażali w sobie życie łaski, wznosząc się w m i­

łości Boga ponad to, co jest m arnością i przyjem nością ziem ską” 18.

Jaśn iał czystością. Był na tym punkcie surow ym wobec siebie i wobec innych. Pam iętam y, jak wobec lekcew ażenia tej cnoty przez pew nego kapłana, w ypow iedział z w ielkim bólem te słowa:

„Ten kapłan nie posiada pietyzm u dla tego, co jest najw iększym skarbem duszy kapłańskiej. N ależy lękać się o jego biedną duszę”.

Wszystko, co było w ielkim w jego duszy, wszystkie władze i uzdolnienia p o trafił ześrodkow ać wokół p o s ł u s z e ń s t w a po­

jętego w duchu w iary. Chciał być posłuszny i chlubił się tym . W iedział bowiem , że na tym opiera się niezwyciężona moc Kościo­

ła Bożego. „K arność i posłuszeństwo to głów ne elem enty budow a­

nia K rólestw a Bożego”.

Z niezrów naną w nikliw ością pisze G e rtru d a von Le Fort: „Po­

słuszeństw o nie dla m ałych duchów jest przeznaczone. W ym aga ono pełnej siły osobowości” 17. Zdanie tej w ybitnej katolickiej po­

w ieściopisarki potw ierdza jego życie. Słuchać rozum nie i ofiarnie p o trafi tylko człowiek nieprzeciętny, człowiek, któ ry zrozum iał sens praw d y C hrystusow ej: „Kto was słucha”.

K iedy wola przełożonych pow ołuje go n a stanow isko wycho­

w aw cy względnie przełożonego, czy to do Oświęcimia, K rakow a, P rzem yśla lub W iednia, zawsze widzi w woli przełożonych wolę Bożą. Z ich ust przy jm u je zawsze wszelkie zarządzenia z podda­

niem i radością. N igdy nie k ry ty k u je tych zarządzeń mimo, że nieraz nie odpow iadają jego upodobaniom . W niezdrow ej krytyce przełożonych u p a tru je bow iem elem enty rozkładu, tak niebezpiecz­

ne dla każdej społeczności zakonnej. Z bogatego doświadczenia w tym względzie pisze on w U staw ach Tow arzystw a:

„Rodzimą cechą posłuszeństw a w Tow arzystw ie C hrystusow ym będzie: k a rn y posłuch naw et dla najdrobniejszych przepisów i ży­

czeń przełożonego”. „Szem rania i k ry ty k i przełożonych będą członkowie unikali jak zarazy” 18.

S k ru p u latn ie zachow uje u staw y zakonne swego zgromadzenia, a później jako przełożony pilnuje, by ich sum iennie przestrzegano.

Uważa bowiem , że ustaw y stanow ią kodeks życia zakonnego i że

„należy je z religijną czcią rozważać i w najdrobniejszych szczegó­

łach sum iennie zachow yw ać”.

Z w ielką czcią i relig ijn y m posłuszeństw em odnosi się do Ojca św. i jego przedstaw icieli. Ta synow ska cześć dla Ojca św. młodego prow incjała salezjańskiego w W iedniu, uderzyła niejednokrotnie

16 U s t a w y T o w . C h r y s t. § 48 (s. 26).

17 G. von L e F o r t , C h u sta W eron iki, Warszawa 1960.

18 U s t a w y T o w . C h ry st. § 56 (s. 33).

nuncjusza Achillesa R a tti’ego, późniejszego P iusa XI, kiedy go odw iedzał w W iedniu.

Zostawszy później adm inistratorem apostolskim na Górnym Śląsku, jeden ze swoich listów p asterskich poświęca Ojcu Św ięte­

mu:

„B iedni ci wszyscy, którzy Papieża nie m ają i nie znają. Biedni ci heretycy starzy i nowi, którzy m u jego władzy i powagi zazdro­

szczą, ale jej uznać nie chcą. Biedni ci praw osław ni, od daw na stęsknieni za jednością Kościoła, za m iłościw ym i rządam i i sercem ojcowskim ustanowionego przez C hrystusa Papieża. A my, szczęśli­

w e dzieci Ojca świętego, otoczmy tron jego sercam i i m odlitw ą.

Skupm y się około niego w duchu w iary i miłości, ślubując mu dozgonną wierność i posłuszeństw o”.

Zostawszy krótko potem prym asem i duchowym wodzem całej katolickiej Polski, w szczególniejszy sposób dba o to, by historycz­

ne powiedzenie „Polonia sem per fidelis” zostało w pełni urzeczy­

wistnione. Nie pom ija żadnej okazji, by uczyć w iernych i kapła­

nów tego „sentire cum Ecclesia et cum P a p a ”.

„K arna i serdeczna zależność p arafii od biskupa łączyć się po­

w inna zwłaszcza z głębokim uczuciem czci, oddania i uległości dla Ojca św., k tó ry całem u św iatu katolickiem u jest w spólnym ojcem, a jako następca św. P io tra w łada sum ieniam i całej C hrystusow ej owczarni. W łączności z arcybiskupem i w jedności duchowej z nam iestnikiem Chrystusow ym nabiorą nasze p arafie takiej mocy, że się na nich spraw dzi pochw ała św. P aw ła dla kościoła Tessalo- niczan: „Staliście się naśladow cam i kościołów Bożych” 19.

Za tę uległość i w ierność Ojciec św. odw zajem nia się swem u w iernem u synowi najtkliw szym i uczuciami sym patii i przyjaźni.

Z aledw ie kilkanaście dni przed swoją śm iercią, dziękując m u za życzenia świąteczne, pisze do niego te słowa:

„N iem ałą radością napełniły serca nasze życzenia, k tóre Nam z synowską miłością w yraziłeś listem przesłanym Nam z okazji Ś w iąt N arodzenia Pańskiego. Stanow ią bowiem one dowód nie tylko Twego wiernego oddania się dla Stolicy Apostolskiej, ale w yrażają ponow nie ową płom ienną troskę, z jaką zabiegasz o po­

myślność powszechnej spraw y katolickiej”.

G dy po śm ierci Piusa X I k ard y n ał Pacełli obejm uje rządy Koś­

cioła, jako nowy nam iestnik C hrystusow y, Ks. P rym as w przeddzień jego koronacji przem aw ia do narodu z w atykańskiej stacji radio­

wej: „Tu es P etrus, Piusie XII, jesteś opoką, której ani złość, ani czas nie skruszy. Na Tobie w sparł C hrystus wieczność sw ej Oblu­

bienicy, której nie zmogą żadne potęgi doczesne, żadne „bram y piekielne”, żadne szatańskie zmowy nie przezwyciężą Kościoła, ani

19 H l o n d , L is t y p asterskie, s. 123— 124.

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :