• Nie Znaleziono Wyników

Kraszewski i Lenartowicz : dzieje przyjaźni

N/A
N/A
Protected

Academic year: 2021

Share "Kraszewski i Lenartowicz : dzieje przyjaźni"

Copied!
38
0
0

Pełen tekst

(1)

Wincenty Danek,Jan Nowakowski

Kraszewski i Lenartowicz : dzieje

przyjaźni

Pamiętnik Literacki : czasopismo kwartalne poświęcone historii i krytyce literatury polskiej 52/1, 39-75

(2)

KRASZEW SKI I LENARTOWICZ DZIEJE PRZYJAŹNI

D zieje przy jaźn i Józefa Ignacego K raszew skiego i Teofila L enarto­ w icza zapisały się przede w szystkim n a dochow anych k a rta ch 129 listów pow ieściopisarza i 224 listów poety. Listy K raszew skiego do L enarto­ w icza z n a jd u ją się dziś w zbiorach O ssolineum (rkps 3659/III; poza ty m 3660/11 oraz 5244/1 — po jedn y m liście); pochodzą one z la t 1858— 1874. Zbiór B iblioteki PA N w K rakow ie (rkps 2028/III) zaw iera koresponden­ cję pow ieściopisarza z lat 1872— 1887; ta k więc oba zbiory zachodzą w części n a siebie pod w zględem chronologii. Listy L enartow icza do a u to ra S ta re j baśni są przechow yw ane niem al w całości w Bibliotece Jagiellońskiej (rkps 6470/IV oraz 6515/IV); zn ajdu jem y tam korespon­ dencję poety z la t 1847— 1887. Jed en z listów poety posiada O ssolineum (rkps 3660/11) 1.

W ty m w ięc zestaw ie dotąd nie w ydanej korespondencji znalazły swój w idom y ślad dzieje stosunków , jakie łączyły obu pisarzy w ciągu la t bez m ała 40, od pierw szego listu Lenartow icza, z 23 listopada 1847, do o sta t­ nich — n a k ró tk o przed śm iercią K raszew skiego — listów przyjaciół z lutego 1887.

Dla u łatw ien ia czytelnikow i o rien tacji w gąszczu problem ów , sp raw i zdarzeń, jak ie się w y łan iają z treści korespondencji, zdaje się rzeczą słuszną już w ty m m iejscu przypom nieć n iek tó re fa k ty z życiorysu pi­ sarzy, a zwłaszcza m o m en ty bezpośredniego zejścia się dróg ich życia. Doszło zaś do osobistych k o n tak tó w zaledw ie pięć razy w ciągu ow ych dziesięcioleci znajom ości. Poznali się m ianow icie w r. 1846, podczas pobytu K raszew skiego w W arszaw ie. Po raz d ru g i m ieli możność spotkać się i spędzić razem kilka d n i w Rzym ie w r. 1858, kied y K raszew ski zna­ lazł się ta m w czasie sw ej pierw szej podróży po Europie. Lenartow icz przebyw ał od początku 1852 r. n a em igracji — kolejno: w Belgii, w e F ran cji i w e W łoszech. G dy K raszew skiego d o tk nął te n sam los uchodźcy, w r. 1863, ob rał sobie jako m iejsce zam ieszkania Drezno; Lenartow icz

1 W dalszym ciągu niniejszego studium pom inie się sygnatury rękopisów, od­ syłając czytelnika do wyżej podanych informacji.

(3)

40 W IN C E N T Y D A N E K I J A N N O W A K O W S K I

w ędrow ał zaś z m iejsca n a m iejsce, aż ostatecznie — z R zym u — prze­ niósł się w 1860 r. do F lo re n c ji2.

K orzystając z pobytu w pobliskiej Bolonii, K raszew ski odw iedził L enartow icza w ro k u 1871. Później przyjechał do niego jeszcze w roku 1878. W przeczuciu zgonu zdobył się w reszcie na a k t zaiste heroiczny: w stan ie zdrow ia kw alifik u jący m go do szpitala, na niespełna dw a m ie­ siące p rzed śm iercią, p rzybył 28 stycznia 1887 do Florencji, a b y po raz o sta tn i odw iedzić przyjaciela.

O ty ch fak tach będzie jeszcze m owa w dalszym ciągu pracy. Z eb ra­ ne tu ta j, niech posłużą tylko jak o konieczne p u n k ty o rien tacy jn e w śród spraw , któ re chcem y w ydobyć n a św iatło dzienne. Choć będzie ich nie­ m ało, niniejsze stu d iu m nie zdoła ogarnąć całości. Jeżeli podejm u jem y zam iar n ak reślen ia zasadniczego zarysu dziejów przyjaźni dw u w y b it­ ny ch pisarzy polskich ubiegłego stulecia i ukazania części m ate ria łu , jaki się odsłania p rzy w niknięciu w gąszcz ich n iezm iernie ciekaw ej kores­ pondencji, to czynim y ta k z n astęp u jący ch w zględów :

Sądzim y m ianow icie, że należy ostatecznie ustalić możliwie d o kład ną biografię tw órców , któ ry ch znaczenie i ro la — zwłaszcza ro la K raszew ­ skiego — p rzekracza granice do niedaw na im zakreślane w d ziejach piś­ m iennictw a narodow ego. Po w tóre h isto ria ich stosunku rzuca in te re su ­ jące św iatło n a tw órczość obu pisarzy, pozw alając w w yższym sto pn iu ogarnąć w zrokiem ich sylw etki, poza sam ą tw órczością ujrzeć tak że „lu­ dzi żyw y ch “, co nie jest bez znaczenia dla literackiej historiografii cza­ sów, w k tó ry ch w yp ad ło im żyć i każdem u n a swój sposób działać. Może podw aży to n iejed n ą fałszyw ą w ersję, do n iedaw na uporczyw ie u trw a la ­ ną, zwłaszcza w odniesieniu do Lenartow icza. D zieje zaś p rzy jaźn i pi­ sarzy, a także h isto ria in n y ch stosunków , łączących ich z w ielu ludźm i, i ty m i, k tó ry c h m iejsce w historii społeczeństw a było znaczne, i takim i, k tó ry c h zaledw ie w yszukać dziś m ożna w anonim ow ej rzeszy ówczesnej społeczności — pom ogą może w naszkicow aniu jak iejś w stęp n ej n a razie, p róbnej i cząstkow ej siatk i pow inow actw i związków , o b ejm ujący ch całość ówczesnego życia n arodu, podzielonego n a „ k ra j“ i „em igrację“ , przeciętego granicam i zaborów , a przecież poprzez te w szystkie granice

i podziały żyjącego jed n y m życiem. Do czynników łączących należały

niew ątpliw ie owe żywe k o n ta k ty i przyjaźnie, ow e porozum ienia ko res­ pondencyjne, n ieraz św iadom ie u p a rc ie podtrzym yw ane i tw orzące jakąś s tru k tu rę w ięzi społecznej, często nie dostrzeganą przez dziejopisów . Je śli ta k a łączność była przy ty m np. d la L enartow icza koniecznością psychologiczną i conditio sine qua non twórczości, to np. d la K raszew ­

2 N aw et tam osiadłszy zm ieniał tak często m ieszkanie, że z listów można w y­ pisać aż 20 kolejnych jego adresów w samej tylko Florencji.

(4)

skiego była o na koncepcją i system atycznie realizow anym zam ierzeniem 0 zakroju publicznym .

K orespondencja ty c h dwóch pisarzy zaw iera w yjątkow o dużo m ate ria ­ łu, objaśniającego życie całych środow isk, znacznej w artości dla h istoryka inform acje i oceny, dotyczące m ało dotąd zbadanych ośrodków , jak np. późnej (po 1848 r.) em igracji polskiej w P ary żu i kolonii polskiej w e W łoszech — w Rzym ie, Florencji, Bolonii. N iew ielką tylko ich część uda się tu ta j zaprezentow ać. Ich użyteczności i w artości dowieść o sta­ tecznie m oże ty lk o opublikow anie om aw ianych tu listów.

Na koniec, jeśli przedstaw ienie historii przyjaźni obu pisarzy podej­ m ujem y w te n sposób, że ro zp atru jem y ją z dwóch pun któ w w idzenia, od stro n y K raszew skiego i od stro n y Lenartow icza, i k o n stru u jem y n a r ­ rację nieco odm iennie w jed ny m i w drugim w ypadku, czynim y ta k z uw agi na przedm iot, który, jak n am się w ydaje, narzu ca ta k ą w łaśnie form ę jako najsłuszniejszą.

D otyczy to zwłaszcza rozm iarów obu części stu d iu m : pisanej od stro n y K raszew skiego i Lenartow iczow skiej. L istów pow ieściopisarza jest o poło­ w ę m niej niż listów poety. G dyby jeszcze w ziąć pod uw agę ich długość, pro p o rcje ułożyłyby się bardziej n a korzyść sam otnika z Florencji. K ra ­ szew ski w łaściw ym sobie sposobem człow ieka, 'który najm niej kilkanaście codzień załatw iał korespondencji, rzeczowo, skrótam i, kom unikuje fak ty 1 faktów oczekuje od swego p artn era. N iekiedy ty lk o znajdziem y kom en­ ta rz m yślow y lu b uczuciowy. Ten człow iek nigdy nie m iał czasu. S tosu­ nek jego do p rzy jaciela-p o ety oceniam y raczej w edług tego, co dla n ie ­ go zrobił, aniżeli tego, co do niego pisał.

Lenartow icz je st w ylew ny, w listach pozostaje też lirykiem , a często i zjadliw ym saty ry k iem . Poza ty m poczuw a się niejako do obow iązku m ożliwie dokładnego inform ow ania sw ego opiekuna o spraw ach zarów no w łasnych, jak i o życiu polskiej kolonii w Rzym ie i w e Florencji. Nie za­ pom inajm y, że znaczna część stały ch korespondentów drezdeńskiego ob­ serw ato ra życia polskiego, w k ra ju i w diasporze em igracyjnej, to jego agenci-inform atorzy, k tó rzy zdaw ali m u sp raw ę ze w szystkiego, co się około „spraw y p o lsk iej“ w Europie, a tak że i w in ny ch częściach św iata działo. Oto ja k się rów nież tłum aczy preponderancj a Lenartow iczow skiej części stu dium .

Spośród p rzytłaczającego ogrom u ludzi, z k tó ry m i K raszew ski u trz y ­ m yw ał łączność korespondencyjną, m ożna przytoczyć kilk a zaledw ie n a ­ zwisk jego p rzyjaciół. G łęboką była opiekuńcza przy jaźń K raszew skiego dla S y r o k o m l i , a zaznaczyła się ona zarów no w próbie m onografii tuż po śm ierci poety (1862), jak i w staran iach o pośm iertne w ydanie jego

(5)

42 W IN C E N T Y D A N E K I J A N N O W A K O W S K I

dzieł (1872), z którego dochód m iał pójść n a pomoc m a te ria ln ą d la w dow y i dzieci po zm arły m przyjacielu. P rzy jaźń tę tra k to w a ć m ożna jako najw ym ow niejszy przy kład n ie ty lk o głębokiego, bezinteresow nego uczu­ cia d la nieszczęśliw ego b ra ta po piórze, ale — n a in n y ch p raw ach — jak o w y raz obow iązkow ej solidarności w obec drugiego „ L itw in a “ , za takiego bow iem n a pierw szym m iejscu (na drugim — za W ołyniaka) K raszew ski się uw ażał. D opiero daleko za n im i znajdow ali się w h iera rc h ii ocen pisarza ludzie z W arszaw y, nigdy zaś nie przekonał się d o m iesz­ kańców G alicji i Poznania. Stosunki z hr. M ielżyńskim i z M iłosław ia w Poznańskiem nie m iały, m im o ich intensyw ności, przyjacielskiego ch arak teru . Jeśli chodzi o czasy w ołyńskie, to ty lk o znajom ość z K on­ sta n ty m P o d w y s o c k i m , o p a rta na w spólnych zain teresow an iach społecznych (Podwysocki był ku rato rem honorow ym gim n azjum w K a ­ m ieńcu Podolskim , ja k K raszew ski w Żytom ierzu) i literack ich , sto su n k i pośw iadczone z górą se tk ą listów Pod Wysockiego, u ra s ta ją do m ian a przyjaźni. Jeśli dodam y do tego szczere, w zajem ne uczucie, n a k tó ry m się o p ierała zażyłość z żytom ierzaninem Ja n em P r u s i n o w s k i m , po­ e tą , litera te m i zbieraczem podań, a także najw cześniejszą ze w szystkich p rzy ja źń do H ipolita K l i m a s z e w s k i e g o , poznanego jeszcze w cza­ sach un iw ersyteckich w W ilnie nauczyciela, poety, w ydaw cy N o w o- r o c z n i k a L i t e w s k i e g o n a r. 1 8 3 1 , p rzy jaźń ciągnącą się aż do r. 1883, re je s tr przyjacielskich stosunków K raszew skiego zostanie w łaściw ie w yczerpany. Z byt wcześnie porósł a u to r Latarni czarnoksię­

s k ie j w e w pływ y, za w iele m ógł i znaczył, zbytnio się angażow ał w o rga­

nizow anie pom ocy dla początkujących autorów , ab y sto su n ki z n im m o­ g ły się układać n a podstaw ie bezinteresow ności, w a ru n k u praw dziw ej przyjaźni.

W znaczniejszej jeszcze m ierze odnosi się to do o kresu w arszaw sk ie­ go, a przede w szystkim do czasów drezdeńskich. Sum a w pływ ów , ja k ą re ­ d a k to r G a z e t y P o l s k i e j , a potem a u to r R a chu n kó w dysponow ał w red ak cjach różnych czasopism i u w ydaw ców w całym k ra ju , ogrom ny, ogólnonarodow y a u to ry te t, k tó ry m się cieszył, u tru d n ia ły w znacznej m ie­ rze zadzierzgnięcie zw iązków w pełni bezinteresow nych, praw dziw ie szczerych, n a uczuciu sy m p a tii o partych. Do całej plejady m łodszych od siebie pracow ników pióra i pędzla, do dzienn ikarzy i publicystów , do w ie lu przedstaw icieli n au k i i polityki pisyw ał K raszew ski i o trz y m y w a ł od n ich listy, w k tó ry ch czytam y w iele zapew nień o p rzy jaźn i i w iecz­ n ej pam ięci, ale chodzi t u z jednej stro n y o stosunek m ecenasa i op ie­ k u n a , a z d ru g ie j o korne, często pełne próśb i czołobitnego w ręcz pod­ d an ia się (wraz z całow aniem rą k i padaniem do nóg) fo rm u ły grzeczno­ ściowe, k tó ry m i zainteresow ani chcieli pozyskać w zględy i choćby w zm iankę o sobie w licznych korespondencjach do k raju , p rzesy łan y ch

(6)

z drezdeńskiego p o steru n k u do K ł o s ó w , B i e s i a d y L i t e r a c k i e j czy D z i e n n i k a P o z n a ń s k i e g o . I tu ta j m am y do czynienia z pew ­ nym stopniow aniem szczerości, ale pow yższa gen eraln a fo rm u ła stosuje się niew ątp liw ie do korespondencji W ładysław a B e ł z y , W alerego E l i a s z a , całej p lejad y m łodych literató w lwowskich, ja k W łady­ sław Z a w a d z k i , K arol C i e s z e w s k i , Ju liu sz S t a r k e l , potem do listów Franciszk a Tadeusza R a k o w i c z a z Torunia, n aw et F ra n ­ ciszka D o b r o w o l s k i e g o , re d a k to ra D z i e n n i k a P o z n a ń ­ s k i e g o , a także — p rzy w szystkich ak centach uczuciow ych — do listów znanego p u b licy sty S tefan a B u s z c z y ń s k i e g o , dalej A dam a M i ł a s z e w s k i e g o , d y rek to ra te a tru w Żytom ierzu, K rakow ie i Lw o­ w ie, H enry ka M e r z b a c h a , czy serdecznie przez K raszew skiego um i­ łowanego W ładysław a T a r n o w s k i e g o (Ernesta B u ł a w y ) .

W ym ienieni tu n a praw ach przykładu, znacznie m łodsi od pisarza ludzie, rep re z en tu ją c y kilkadziesiąt osób liczący zespół zw olenników i m iłośników p isarza ze sfer arty styczno-dziennikarskich, w ten czy inny sposób byli — m oże poza T arnow skim — od pisarza zależni, doznali od niego tak czy inaczej pom ocy i naw zajem ją wyśw iadczali, ale n u ta in te resu dom inuje w ich korespondencji, co, rzecz prosta, nie p rzekreśla całkow icie szczerości ich uczuć. W jakim ś n a pewno nieścisłym skrócie i uogólnieniu chodzi tu o grono ludzi, k tó rzy chronili się pod skrzy d ła a u to ry tetu pisarza, często przed atak am i sk ra jn ie konserw atyw nej p rasy i a ry sto k raty czn o -k lery k aln y ch przeciw ników ideow ych, form ując szere­ gi liberalno -d em o kraty cznej opozycji w k ra ju , jeśli, jak M erzbach, nie zam ieszkali za granicą.

G dy chodzi o ludzi m łodych, o generację, k tó ra zasiliła szeregi po­ w stania styczniow ego, istn ieje jed en ty lk o w y jątek praw dziw ie głębokiej i szczerej przy jaźn i, a raczej synow skiej m iłości do pisarza. M amy tu n a m yśli Tadeusza L a n g i e g o z K rakow a, sy na K arola, znanego póź­ niej działacza n a te re n ie rolnictw a w G alicji. Ten człow iek istotnie ko­ chał pisarza uczuciem pełn y m bezinteresow ności, k ształtow ał sw ą oso­ bowość na jego dziełach i w yznaw ał głoszone przez niego zasady ideo- w o-polityczne. Nie żąd ał w zam ian nic — oprócz listów i słów p rz y ja ­ cielskiej rady.

Do ty tu łu p rzy jaźn i p reten d o w ać m ogą w okresie drezdeńskim w y ­ łącznie uczucia, jak ie łączyły K raszew skiego z A dam em Lw em S o 11 a - n e m , synem A dam a, przyjaciela Z ygm unta K rasińskiego, z B ronisław em Z a l e s k i m , ry to w n ik iem i pisarzem , n a em igracji bibliotekarzem To­ w arzystw a H istorycznoliterackiego w P ary żu (choć jasność obrazu ich w zajem nych stosunków m ąci histo ria w spółpracy z w yw iadem francusk im n a tere n ie P ru s, k tó re j to w spółpracy Zaleski b ył inicjatorem i w n iej pośrednikiem ). N iem niej jed n ak b y ł Zaleski, ja k o ty m świadczą o dna­

(7)

14 W IN C E N T Y D A N E K I J A N N O W A K O W S K I

lezione niedaw no przez A ntoniego T r e p i ń s k i e g o listy pisarza do paryskiego przyjaciela, jednym z niew ielu ko respo nd entó w K raszew ­ skiego, przed k tó ry m się zw ierzał z tajem nic swego życia, z opinii o lu­ dziach i zdarzeniach; nie załatw iał z nim w yłącznie sam ych interesów .

Polityczny także c h arak ter m iała w ieloletnia, pośw iadczona aż 768 listam i przy jaźń z Adam em Lwem Sołtanem . N iestety, są to listy sam e­ go tylk o Sołtana, k tó ry , zam ieszany rów nież w akcję w y w iad u fra n c u s­ kiego, spalił, ja k się zdaje, korespondencję K raszew skiego w chw ili jego aresztow ania. „P olityczna“ była ta przyjaźń rów nież dlatego, że Sołtan, reliktow y niew ątpliw ie ty p ary stokraty-w olnom yślicielą, pełen lib e ral­ n ych i dem okratycznych idei, poza tym dość agresyw ny a n ty u ltra m o n - tan in , inspirow ał w iele poczynań politycznych pisarza n a tere n ie zaboru pruskiego, był głów nym inform atorem swego przyjaciela, jeśli chodzi o stosunki na teren ie Poznańskiego, Pom orza i W arm ii (m ieszkał u szw a­ gra, hr. Sierakow skiego, w W aplewie koło G runw aldu). K raszew ski daw ał posłuch sugestiom Sołtana. W pływ ich jest w idoczny w szeregu po­ ciągnięć publicystycznych i politycznych, zwłaszcza w okresie pisania

Rachunków i redagow ania T y g o d n i a .

Je st rzeczą niezm iernie tru d n ą w ybrać spośród kilkudziesięciu inny ch stały ch korespondentów au to ra S ta rej baśni dalsze osoby, k tó re by na m iano przyjaciół sam otnika drezdeńskiego zasługiw ały. U w aga nasza za­ trzy m u je się w reszcie n a postaci Teofila L enartow icza — z ty m zam ia­ rem , aby uzasadnić tezę, iż była to chyba jed y n a praw dziw a p rzyjaźń w życiu K raszew skiego. W łasne ich losy i losy naro d u spraw iły , że w i­ dzieli się, ja k ju ż w spom niano, w łaściw ie ty lk o pięć razy , i to nie na długo. Rozdzielały ich granice zaborów i em igrancka nędza Lenartow icza, w raz z przedziw ną niezaradnością „m azowieckiej d u d y “. S praw iła to za­ razem zadzierżysta „honorność“ szlacheckiego nędzarza, k tó ry nigdy nie przy jął bezpośredniej pom ocy m aterialnej.

Co K raszew skiego skłoniło do obdarzenia gorącym uczuciem m łodsze­ go od siebie o 10 lat poety, w krótce em ig ran ta politycznego, a rty sty ta k krańcow o odległego od siebie rodzajem zainteresow ań oraz uzdolnień tw órczych? Co kazało m u od 1858 r. objąć rolę m ecenasa i o p iekuna sp ra w w ydaw niczych „M azurzyny“, w najw yższym sto p n iu niezdolnego do p raktycznych kroków ?

Poza przeciw staw nością typów tw órczych dzieliła ich także p rze­ paść położenia społecznego i sy tu acji m aterialn ej. Był przecież K raszew ­ ski n a początku bardziej zażyłych stosunków z Lenartow iczem n a jp o p u ­ larniejszym już au to rem w k ra ju , o dzieła jego ko nkurow ały w te d y ze sobą firm y w ydaw nicze i redakcje gazet. Był w łaścicielem m a ją tk u ziem ­ skiego, a w krótce potężnym , bez przesady, red ak to rem dziennika o po­ pularności w Polsce dotąd nie notow anej ( G a z e t a C o d z i e n n a ) .

(8)

W czasach w arszaw skich, a niew ątpliw ie i w późniejszych latach drez­ deńskich s ty l jego życia był ogrom nie pański. M aniery i przyzw yczaje­ nia w łaściciela d ó b r nie opuściły go do końca życia. Jak o pisarz nie po­ tra fił K raszew ski pracow ać bez swej napraw dę bogatej biblioteki, nie w yobrażał sobie życia bez ulubionych rozryw ek artystycznych, jak m alarstw o i m uzyka. W ystarczy w spom nieć, że naw et na rok przed śm ier­ cią zakupił za pow ażną sum ę do swej w illi w San Remo fortep ian Bech- steina w jednej z firm w arszaw skich. W D reźnie przenosił się w iele razy z m ieszkania do m ieszkania, a zawsze m otyw em głów nym była wygoda i reprezentacyjność. Sprzedał naw et w 1879 r. kilkunastopoko- jow ą w illę przy N ordstrasse 27 i n abył sąsiednią, w iększą (przy N ord- strasse 31), aby lepiej pomieścić sw e zbiory, w ygodniej mieszkać — zawsze w w aru n k ach przypom inających ziem iańską rezydencję. K iedy w ostatn ich latach życia zam ierzał się przenieść z San Rem o w głąb Włoch, działający z jego polecenia znajom i (np. W ładysław Kulczycki) nie mogli znaleźć odpow iedniej w illi w Rzym ie, gdyż żaden obiekt nie odpow iadał żądanym przez K raszew skiego w arunkom w ygody i rep re - zentacyjności.

Na ty m tle em igrancka dola Lenartow icza, stale zm ieniającego „ciu­ p y “, w któ ry ch m ieszkał, naprzód w Rzymie, a potem w e Florencji, nie­ w ątpliw ie głodującego, a w skutek tego ciągle schorzałego, dola człowieka, k tó ry wobec niestałości adresu jakże często prosił o przysyłanie listów na

poste restante, dola ta nosi znam iona krańcow ej przeciw staw ności w po­

rów naniu z „pań ską“ sy tu acją popularnego powieściopisarza.

Cóż zatem łączyło ty ch dwóch ludzi? W pierw szym z dochowanych listów, z 12 lutego 1858, K raszew ski przechodzi od razu na „ ty “ i tak jest już w łaściw ie do końca życia i korespondencji, podczas gdy „kochany T eofil“ trw a niezm iennie p r z y . „P anu Jó zefie“ , którem u całuje ręce i zsyła n a ń w szystkie m ożliw e błogosław ieństw a. N iew ątpliw ie m om ent opiekuństw a, jak iejś ojcow skiej trochę tkliw ości zainicjow ał długoletnią przyjaźń.

D alszych przyczyn jej rozw oju i u trw alen ia się szukać by należało w poetyckiej au rze ludowości, k tó rą tak cenił K raszew ski w liryce Le­ nartow icza. Je st rzeczą w ątpliw ą, czy m ało raczej znający chłopa pol­ skiego au to r U lany m ógł bez reszty w nikać w uroki m azurskich śpie­ wów, ale d ziałają one przecież i na tych, co się nigdy nie zapoznali z pięknem i sm ętk iem m azow ieckich pól i pastw isk. Recenzje K raszew ­ skiego z poszczególnych tom ów i zbiorów poezji Lenartow icza dowodzą jednak zdolności tego pisarza do przeniesienia się w krainę poety i w raż­ liw ego przejęcia się ty m , co w poezji a u to ra K a lin y najbardziej istotne i w artościow e.

(9)

46 W IN C E N T Y D A N E K I J A N N O W A K O W S K I

To chyba nie przypadek, że w spom niany pow yżej i pierw szy z do­ chow anych listów K raszew skiego p o trąca od raz u o p rob lem y społeczne i zaw iera w sobie jedno z najcenniejszych jego w yzn ań n a te m a t kw estii chłopskiej i toczącej się dyskusji uw łaszczeniow ej. L ist te n u kazu je isto t­ n e przyczyny zerw an ia K raszew skiego ze środow iskiem szlacheckim W o­ łynia, a potem przeniesienia się do W arszaw y, a co za ty m idzie — p rzy­ czyny w yraźnej zm iany ideologicznego fro n tu , k tó rą to zm ianę opinia szlachecka poczytała m u za sprzedanie się i dezercję.

12 lutego 1858 pisał K raszew ski m. in.:

Gdy przyszło u nas decydować o uwolnieniu włościan, byli tacy, co pro­ ponowali, żeby Rząd nam w o l n o ś ć 3 ludzi zapłacił, byli i są inni, co dając swobodę, ani kawałka ziemi, którą za sw oją uważają, dać n ie chcą, byli inni..., ale godziż się to powtarzać? Wiem, że zostałem z moim zdaniem sam jeden, opuszczony i w dodatku najohydniej spotwarzony. To była ostatnia próba moja udziału w życiu publicznym prowincji, o której przyszłości zu­ p ełnie zw ątp iłem 4.

W idać, że nie tylko ludowość poezji Lenartow icza zbliżyła K raszew ­ skiego do piew cy M azowsza. Spraw iła to przede w szy stkim bliskość po­ glądów ideow ych n a spraw ę chłopską. D aw ny spiskow iec i e m ig ran t poli­ ty cz n y był dla sław nego pow ieściopisarza człow iekiem , przed k tó ry m m ógł się w yw nętrzać z praw dziw ym i sw ym i przekonaniam i. A ni przez chw ilę nie łudzim y się co do rady k alizm u ty c h przekonań, jak rów nież w iem y, iż nie skrystalizow ały się te przekonania nigdy. W ystarczyły je d ­ nak, aby razić szlacheckie środow isko sw ą rzekom ą „czerw onością“ .

Otóż w łaśnie ta bliskość ideow a, ten bliżej nie o kreślony dem o kra- ty zm p rzekonań sta ły się fund am en tem trw ałości zw iązku uczuciowego obydw u twórców . Istotę ow ej w spólnoty poglądów najlep iej uk azu je je d ­ nakow a u poety i pow ieściopisarza nienaw iść — tru d n o użyć innego o k re ­ ślen ia — do „panów “, czyli do arystokratyczno-kościelnego fro n tu r e ­ akcji, zwłaszcza w jej u ltram on tań sk iej odm ianie. Obaj szczerze w ierzący katolicy, obaj przekonani o n ierozerw alnym zw iązku katolicyzm u z pol­ skością, rów nocześnie nie w ahali się przed potępieniem h ierarch ii, polity - k ującej z zaborcam i kosztem interesów narodow ych.

Oto jak kom entow ał K raszew ski rozw ianie się nadziei k ato lik ó w -pa- trio tó w , że sp raw a polska m ogła się w jakiś sposób za pośrednictw em członków naszego episkopatu znaleźć na porządku obrad soboru w a ty ­ kańskiego :

3 O ile nie zaznaczono inaczej, podkreślenia w cytatach — poza podkreślenia­ mi nazw isk — należą do autorów korespondencji.

(10)

Co do naszej sprawy, polskiej sprawy!! Dali jej za wygraną wszyscy i porozchodzili się, kochani, zbierać jagódki na urzędowych polach prusko- -austriacko-m oskiew skich. Co z Polską będzie? Bóg lepiej w ie niż m y ...5 Ten c h a ra k te ry sty c z n y zw iązek p atrio ty zm u z w iarą i z przyw iąza­ niem do Kościoła nie przeszkadzał im dopatryw ać się w ielkiego, o ile ftie najw iększego, niebezpieczeństw a dla dalszego rozw oju narodow ego w dzia­ łalności „czarnego“ sojuszu jezuicko-zm artw ychw stańskiego. Ileż to razy w y ry w a ły się K raszew skiem u takie sform ułow ania:

Książka dziś, która do Królestwa nie idzie, choć nią w piecu pal. W K sięstw ie jezuici, w Galicji jezuici, a gdzie oni królują, tam, co oni pozwolą, się czyta. Nas zaś nie pozwolą, to jest Ciebie jeszczeż, ale m nie — nie®. P rzesadzał oczyw iście, bo czytano go, i to bardzo uw ażnie, w łaśnie d la ­ tego, że jezuici zakazyw ali, ale m iał rację narzekając n a niski sta n czy tel­ nictw a w P oznańskiem i w G alicji. Stąd znów m nogość sform ułow ań tego ty p u :

W K rólestw ie, jeśli tam pozwolą drukować Twój poemat, pójdzie on lepiej. Tam są ludzie, są czytelnicy, są Polacy, gdy w Galicji są osły, w Poznańskiem ultram ontanie i kupcy. I w szystko to ani czyta, ani chce w iedzieć o lite ra tu r ze7.

Tak więc, obciążając k lery k a ln ą reak cję odpow iedzialnością za niski sta n k u ltu ry i p ropagandę ciem noty, żaden z nich nie p rzestaw ał poczu­ w ać się do zw iązków z Kościołem, co zwięźle określił K raszew ski w sło ­ w ach n astęp u jący ch :

M nie odpychają ortodoksi, to mi w szystko jedno, ale ja po swojem u Kościo­ łow i w iernym zo sta n ę8.

U w ażne prześledzenie korespondencji obu pisarzy dostarcza w iele m ate ria łu do ch a ra k te ry sty k i tych przedstaw icieli lite ra tu ry i sztuki w Polsce, któ rzy n a podobnych podstaw ach opierali swój dem okra- ty zm i liberalizm , sw oją opozycję w stosun k u do reak cji opanow ującej coraz now e d ziedziny życia politycznego i k u ltu raln ego w k ra ju . W szyscy oni pozostaw ali w kręg u bezpośrednich w pływ ów „pana Jó zefa“. T ak z pew nością m y ślał i tak ie m iał poglądy np. W ładysław Bełza, typow ym rep re z en ta n te m podobnej postaw y był W alery Eliasz, zbliżone w ypow ie­ dzi odczytać m ożna z listów tak ich przedstaw icieli lwowskiego środo­ w iska literackiego po r. 1863, jak w spom niany ju ż K arol Cieszewski czy W ładysław Zaw adzki. N iezależnie od sklasyfikow ania ich poglądów li­

5 Do L, 24 VI 1870. « Do L, 3 1 1871. 7 Do L, 14 I I 1873. 8 Do L, 17 I I 1882.

(11)

4:8 W IN C E N T Y D A iN E K I J A N N O W A K O W S K I

terack ich — chyba najsłuszniej m ożna by ich nazw ać potom kam i ro ­ m an ty zm u polskiego — uosabiają oni najlepiej przeciętn ą stanow isk id e­ ow ych liberalno-dem okratycznej in teligencji polskiej, k tó ra nie doszła nigdy do rady k alnej filozoficznie postaw y pozytyw istycznej, a w dziedzi­ n ie poglądów społecznych stan ęła na burżuazyjno -dem o kratyczny m e ta ­ pie rozw ojow ym . W ydaje się, że ty pow ym i rep re z en ta n ta m i ty c h u g ru ­ pow ań byli rów nież dwaj dziennikarze z zaboru pruskiego: w spom niany ju ż Franciszek Dobrowolski, b yły członek Rządu N arodow ego z kół p ra ­ w icy czerw onych, potem , od r. 1870, długoletni re d a k to r D z i e n n i k a P o z n a ń s k i e g o , i Franciszek Tadeusz Rakowicz, księgarz i litera t to ru ń sk i, przez pew ien czas red ak to r G a z e t y T o r u ń s k i e j . W po­ bliżu um ieścić b y tu należało A gatona G i l l e r a z jego popow staniow ą działalnością dziennikarską na em igracji, potem w G alicji. Z korespon­ den tów K raszew skiego podobne pozycje z ajm u ją członkow ie krakow skiej rodziny Langie, ojciec K arol oraz synow ie Tadeusz i K azim ierz, u k tó ­ ry ch pow staniow y p atrioty zm i galicyjskie tra d y c je spiskow e z lat czterdziesty ch w sposób ciekaw y m ieszają się ze specyficznym i dla G ali­ cji dążeniam i organicznikow skim i, o partym i n a solidnym w ykształceniu zaw odow ym z dziedziny ekonom ii i z ekonom iki rolnictw a.

W listach K raszew skiego do L enartow icza zn ajd u jem y fragm ent, k tó ­ ry m ożna uznać za w ręcz sym boliczny dla tego ro dzaju postaw y — dzię­ k i specyficznej kom binacji elem entów relig ijn y ch z p atrioty cznym i na tle trad y cjon alistyczny ch zresztą w yobrażeń historycznych:

W spomniałeś o pieśni: „Jeszcze Polska nie zginęła“. Otóż mam jej b r u l i o n , poprawiany i mazany przez Wybickiego. Relikwia. Na ścianie w isi, tuż własnoręczne błogosław ieństw o ks. Marka ®.

G dyby do tego dodać jeszcze jed ną z częstych u K raszew skiego fili— pik przeciw „panom “ , stańczykom i u ltram o n tan o m oraz in n y m „gasi- cielom duch a“ , najistotn iejsze ry sy stanow isk ideow ych obu przyjaciół, a także reprezentow an y ch przez nich grup liberaln o-d em okratycznej in­ teligen cji oraz m ieszczaństw a, zostałyby w yczerpane.

W ydaje się, iż sam K raszew ski najw yraźniej p rzedstaw ił istotę tej sp raw y oraz niew ątp liw ą dram atyczność sy tuacji ludzi, którzy, dzięki splotow i różnych czynników , nie mogli się zdobyć na zdecydow any k ro k

„na lew o“ , kiedy pisał do „kochanego T eofila“ :

Słowo w słow o tak ze mną, kochany Teofilu, za czerwony dla białych, a za biały dla czerwonych. A le co na to począć, kiedy sum ienie się do krań­ ców posunąć nie dopuszcza. Stoi się w ięc pośrodku i, gdy z dwu stron do ciebie strzelają, z obu pociski odbiera — na chw ałę Bożą 10.

9 Przypisek w liście do L, 14 VIII 1875. 10 Do L, 24 V 1886.

(12)

Je śli dodam y do tego, że w in n y m m iejscu nazw ał „Pan Jó zef“ tak ie stanow isko i ludzi je podzielających „obozem zachow aw czo-postępow ym “ , dram at sprzeczności ideow ych liberalizm u polskiego stan ie się jeszcze w yraźniejszym .

W n iew ątpliw y m zw iązku z naszkicow anym powyżej problem em pozostaje ośw ietlenie sp raw y jubileuszu 50-lecia działalności tw órczej, obchodzonego w r. 1879 w P oznaniu (marzec) i w K rakow ie (paździer­ nik). K om entarz ju b ila ta do owego ta k ważnego w jego życiu zdarzenia, rozrzucony gęsto w dochowanej korespondencji, nie dopuszcza nig d y w ątpliw ości, że K raszew ski dobrze się orientow ał w politycznej pod­ szew ce uroczystości, k tó ra z jego św ięta zam ieniła się w okazję do ro z­ gryw ki p a rty jn e j m iędzy ugrupow aniam i liberalno-dem okratycznym i i k o n serw atyw n ym i oraz przeistoczyła się w pole popisu d la in try g m ocarstw zaborczych, dokuczających sobie naw zajem „spraw ą polską“ , reprezento w aną w danym m om encie przez osobę jubilata.

D latego nie są niespodzianką słow a, któ re zam ieścił K raszew ski w li­ ście do Lenartow icza:

Cóż ja Ci powiem ? Jubileusz!! Ah, to pręgierz, bracie mój, a ja rok stać muszę pod nim. Jedni niepotrzebnie kadzą, drudzy za to plują i smro­ dzą. Oboje trzeba z rezygnacją wytrzymać. Zbytnie rozczulanie się nad 50-letnią pracą w yw oła naturalnie jej sponiewieranie. Jest to w naturze rzeczy. Zatem ci, co chcieli m nie pogrzebać, dokażą sw e g o 11.

K iedy p rzyk ro doświadczył, jak p rasa u ltram o n tań sk a w y k o rzystała dla celów politycznych jego poznańskie ośw iadczenie jubileuszow e o po­ czuw aniu się do zw iązku z Kościołem , postanow ił się zabezpieczyć przed dalszym i nadużyciam i, d ru k u jąc wcześniej sw oje przem ów ienie n a u ro ­ czystość krakow ską. D latego pisał do przyjaciela:

Jużem ci napisał to przemówienie, wydumał, wypocił je, w yśnił, w yślę- czał, ale sam nie w iem , czy i jaki skutek ono uczyni. Ano przeczytasz je, bo Ci przyślę drukowane, bowiem dla uniknięcia fałszyw ych interpretacji i sprawozdań dam drukować wprzódy i z sobą powiozę, ale żyw a dusza czytać go nie będzie, aż p o s t f e s t u m. Że będą interpretacje, że będą sarkania — to i owo — jużci nieuniknione, ale to chw ila uroczysta, wielka, w której od serca, jak m ówią Łużyczanie — Serby, od wątroby przem ówić trzeba 12.

Gdy zaś, w m iarę zbliżania się uroczystości krakow skich, nasilały się intrygi i rósł nacisk n a przerażonego rozm iaram i całej im prezy ju b ilata , skarżył się on ta k przyjacielow i:

Pożałujże mnie, kochany, sercem pożałuj, bom zbolały na tym w ozie tryumfalnym i poraniony i — biedny. W idziałem z góry, co m nie czeka, 11 Do L, 17 III 1879.

12 Do L, 7 VII 1879.

(13)

50 W IN C E N T Y D A N E K I J A N N O W A K O W S K I

m ais on n’échappe pas à son sort. Robiłem, com mógł, aby uniknąć w szel­ kich demonstracji, stało się przeciwnie. [...] N ie mogę Ci w ypisyw ać drobnych różnych dodatków do mojego pręgierza.

Dnia 19 marca zeznałem, żem był i chcę pozostać przy w ierze ojców i Kościele katolickim. A le tego nie dosyć. Żądają ode m nie zaparcia się przeszłości i jeszcze większego upokorzenia, które przechodzi siły. U ltra — u ltra będą ciskać pioruny. Cóż robić? Pioruny te z różnych stron godzą, w końcu któryś dobije. Fiat voluntas Tua. [...] Są laury, co jak cierń k o lą 1S. O jakież to upokorzenie chodziło? G dybyśm y skąd inąd nie w iedzieli, że przedstaw iciele Kościoła żądali od pisarza publicznego kom uniko­ w a n ia się w czasie uroczystości krakow skich, pośw iadczyłby nam to n ajlep iej w y ją te k z listu ks. Bonifacego Jastrzębskiego, człow ieka z n a j­

bliższego otoczenia pisarza w D reźnie:

Z w ielu stron jestem pytany, czy będzie ze strony Pańskiej jakie zadość­ uczynienie po owym ogłoszeniu w D z i e n n i k u P o z n a ń s k i m 14, które tak mocno ostudziło serca rozgrzane ku Tobie jako katolicko-polskie. Na to n ie umiem odpowiedzieć. Proszę więc, jak o łaskę, choć o jedno słowo. W spomniałeś, Szanowny Panie, w ostatniej ze mną rozmowie, że okażesz sw e przekonania i uczucie religijne, ale w jaki sposób, nie oznajm iłeś, Łaska­ w y Panie. Jeżeli domysł mój był prawdziwy, że zamyślasz, Szanowny Panie, przy owej Mszy Sw., o której wspom niałeś, że się nią rozpocznie uroczy­ stość jubileuszow a i będziesz [się] na niej komunikować sakramentalnie, proszę, poleć mi, Panie, co tylko w tym względzie pragniesz, czy to zam ów ienie spowiednika jakiego, gdzie, zapewne w w igilię tejże Mszy Sw., a z naj­ wyższą rozkoszą chcem y wszystko d op ełn ić15.

Z atem w spólność postaw y ideow ej była jed n y m z najsilniejszych w ię­ zów przyjaźni m iędzy europejskiej sław y pow ieściopisarzem i przez szereg lat najbardziej w pływ ow ym człow iekiem pióra w Polsce — k tó ry zdobył sobie znaczną zamożność, choć m iał zaw sze kłopoty finansow e — a „biednym M azurzyną“, w egetującym w lichych izdebkach Florencji, zan im się osiedlił na via M ontebello 24.

B iedny poeta przedstaw iał sobie życie p rzy jaciela jako pasm o try u m ­ fów i opływ anie w dostatki, oczywiście oceniając sy tu a c ję z p u n k tu w i­ dzenia sw ojego chronicznego głodow ania i długów . K iedy się zdradził

13 Do L, 12 IX 1879.

14 K r a s z e w s k i zaprotestował w D z i e n n i k u P o z n a ń s k i m (1879, nr 71) przeciw jakiejkolw iek klikowo-politycznej interpretacji jego oświadczenia w spraw ie związku z wiarą i Kościołem.

15 List ks. B. J a s t r z ę b s k i e g o do Kraszewskiego, z 23 IX 1879 (B J 6508/IV). Zawiera on tylko ostateczne rezultaty dłuższej presji moralnej na pisarza, którą m ożem y odczytać z trzech poprzednich listów Jastrzębskiego. Zaniedbania styli­ styczne pochodzą od ich autora.

Wprowadzono skróty: BJ = Bibl. Jagiellońska; BPAN = Bibl. PA N w Kra­ kowie. Liczby są sygnaturami rękopisów.

(14)

z ty m drezdeńskiem u „poten tato w i“, o trzy m ał w yjaśnienie, k tó re po­ tw ierd za bezstron n e k o nstatacje badaczy życia pisarza:

Kochany mój! O poeto! Jakże złocisto Ci się w ydaje mój los, moje do­ statki, m oje zw iędłe laury etc. O, gdybyś był w mej skórze, jakże inaczej by Ci się to stawiło. Jakbyś Ty, nieboraku, piszczał! Niestety, z dala to tak wygląda, bo nie widać ani nerek i kamieni, które wychodzą i w yjść nie mogą, ani starych i nowych długów, ani nieprzyjaciół, co gryzą, ani oszczer­ ców, co czernią, ani nocy bezsennych, ani dni męczeńskich. I wszystko to, co piszesz, niby jest, a z tego wszystkiego w istocie — figa. Dodaj, że oto syn mój starszy, drugi raz w życiu dorobiwszy się już, zaplątał się w fa ł­ szyw e spekulacje i — pada 16.

Kochany mój, nie ma na św iecie innej doli, tylko jedna; im niby więcej na jednej stronie szali, tym na drugiej też ciężar się pomnaża. A le oto kończę 68 lat, zatem niedługo przyjdzie ów sen nieprzespany i pokój nie- zamącony. Naówczas, naówczas dajcie mi dobre słowo, bo drudzy na m ogiłę kakać będą i pluć 17.

Szczerości w y zn ań w obec przyjaciela zaw dzięczam y rów nież k ilk a raz y pow tórzoną su ro w ą ocenę w łasnej produkcji powieściowej, k tó rą to ocenę podajem y tu w w ersji najbard ziej dosadnej, a n aw et rubasznej:

Wy, co sobie robicie karmelki i przysmaki, m ożecie czasem spoczywać, ja, m ówiłem to i powtarzam, chleb razowy, ościsty piekę, w ięc dzień i noc przy piecu stać muszę. W dodatku o przysmakach długo ludzie pam iętają i historia o nich w ie, a o chlebie razowym, gdy się strawi i, za pozwoleniem, wysra, nie ma pamięci. A le co komu Bóg przykazał. I t y l e 18.

Tylko wobec L enartow icza zdobyć się m ógł K raszew ski na w y zn a­ nie, którego w agę tru d n o przecenić. J e st to w yznanie na tem a t p rze­ ciw nika osobistego, człow ieka, k tó ry zaciążył n ad kolejam i życiow ym i pisarza w sposób ro zstrzygający, polecając m u w y jazd z k ra ju w stycz­ n iu 1863. Chodzi o W ielopolskiego. A kceptacja dla niek tó ry ch organiczni- kow skich elem en tó w jego program u politycznego i gospodarczego, n a w e t ogólnikow e w y razy nadziei zw iązane z osobą m argrabiego, a zamieszczo­ ne w G a z e c i e P o l s k i e j , przeistoczyły się w krótce w o tw a rtą n ie ­ ufność. Chociaż K raszew ski nie pisał w G a z e c i e w 1862 r. nic o W ie­ lopolskim , bo cen zu ra nie pozw oliłaby n a jakąkolw iek k ry ty k ę , naczel­ n ik rząd u cyw ilnego orien to w ał się dobrze w zasadniczej dezaprobacie sw ych posunięć politycznych, k tó rej nieostrożny pisarz m usiał daw ać w y raz w in n y sposób. W idział W ielopolski w e w pływ ow ym au to rze n ie ­

16 K olejne bankructwa syna Jana, typowego spekulanta przem ysłowo-handlo­ wego, były przyczyną zm artwień ojca, który uważał się za zobowiązanego do pomagania mu i płacenia jego długów. W ten sposób m arnowały się ogromne dochody pisarskie Kraszewskiego.

17 Do L, 23 III 1880. 18 Do L, 29 X I I 1880.

(15)

52 W IN C E N T Y D A N E K I J A N N O W A K O W S K I

bezpiecznego k o n k u ren ta w panow aniu n ad opinią krajow ą, spow odow ał w ięc jego w ydalenie z K rólestw a.

Może i w arto będzie kiedyś ustalić, czy i w jakiej m ierze działały tu w zględy n a tu ry osobistej, a n aw et sek retn ej, w zw iązku ze stosunkiem , k tó ry łączył, a raczej dzielił W ielopolskiego i pisarza przez osobę Egerii W ielopolskiego, hr. K ellerow ej, zarzucającej sieci sw ych uroków n a K ra­ szew skiego. N iew ątpliw ie ukaże się w ted y praw dziw a rola tej a w a n tu r­ n icy w stosunku do osoby pisarza.

P o tych koniecznych przypom nieniach p rzy patrzm y się w ypow iedzi K raszew skiego z r. 1879, k tó ry od 1863 r. m ieszkał w D reźnie, jak i jego antag o n ista, zm arły w ro k u 1877:

Chcesz mojego zdania o Wielopolskim! Znałem go osobiście i z początku byłem z nim w dobrych stosunkach. N ie można zaprzeczyć, że kraj kochał, ale jego przyszłość po swojem u pojmował. Że pragnął dobra, temu wierzę, ale najniezręczniej się brał do wykonania. Ludzie najbliżsi, co go otaczali, gorsi i głupsi od niego, do reszty popsuli rzecz poczciw ie pomyślaną, ale niegodziw ie ujętą. Człowiek był niepospolity, ale dumny, zarozumiały i oto­ czenie go psuło. W każdym razie postać w ielka i ruina godna poszanowania. N ie masz pojęcia, jak go Moskale nie cierpieli i nie cierpią. N ie byłem za W ielopolskim, on m nie w ygnał z kraju i liczył za nieprzyjaciela, ale spra­ w iedliw ość mu należy. Chory poszedłem na jego pogrzeb. Padł ofiarą prze­ konań. I to coś zn aczy19.

W ydaje m i się, iż stanow isku tem u nie m ożna odm ówić w ielkodusz­ ności i sam odzielności w sto su n k u do obow iązującej, obiegowej opinii patrioty czn ej, piętn u jącej zdradziecki w sto su nk u do n aro d u c h a ra k te r rządó w in icjato ra osław ionej „ b ra n k i“.

L isty K raszew skiego do Lenartow icza dostarczają poza tym cennego m a te ria łu autobiograficznego, stanow iąc podstaw ow e źródła do poznania życia pisarza od stro n y codziennych tro sk i zm artw ień, a głównie jeśli chodzi o jego zdrow ie. N iektóre p a rtie korespondencji w y gląd ają jak szp italn a h isto ria choroby lub urzędow a diagnoza lekarska. Odnosi się to zw łaszcza do listów z o statn ich la t życia. Z nana z in ny ch zespołów listów w rażliw ość p isarza na zim no, ciągła tęsk n o ta za ciepłem i łagodnością k lim a tu znalazły tam najd o b itn iejszy w yraz. Opisy stanó w fizycznych i duchow ych steranego chorobam i i klęskam i życiow ym i starca, zw ła­ szcza kiedy przedstaw ia sw oje życie w m iesiącach m iędzy w ięzieniem śledczym i procesem (1883— 1884) albo w prosty ch a w zruszających sło­ w ach daje poznać przyjacielow i d ram at swej sam otności w w ieczór w ig ilijn y r. 1886 w San Remo, w yw ołują w czy telnik u najgłębsze w spół­ czucie dla cierpiącego człow ieka. Choćby d la ty ch niezapom nianych k a rt

(16)

w arto odczytać, jak to „Pan Jó zef“ pisyw ał do „kochanego Teofila“ i jakie od „M azura“ o trzy m y w ał wiadomości.

In n y jest obraz dziejów przy jaźn i Lenartow icza. Ta bow iem nie ty lko stanow iła o w iele istotniejszy składnik biografii poety, ale była też d lań nieporów nanie w ażniejszą potrzebą psychiczną. W brew u ta rty m m niem a­ niom o m izantropii liry k a, którego zwano „sam otnikiem znad A rno “, w ią­ zały go liczne, często bardzo ścisłe, zwłaszcza em ocjonalne, pow inow actw a z inn ym i. Sam otność zaś była dlań fatalnością, na k tó rą nigdy nie dość m iał skarg. T ym snad n iej w sw ym życiu tułacza — także w tw órczości — z liryczn y m w zruszeniem zw racał się do młodości w łasnej i do k ra ju , k tó ­ ry um iłow ał nie ty lk o jako k rain ę zielonych sm ugów , w ierzb i w iatrem pochylonych sosen, lecz także jako utraconą dziedzinę n ajsilniejszych zw iązków z ludźm i — tych zwłaszcza związków, k tó re stanow iły o w spól­ nocie uczuć, dążeń i działań.

Zw racał się przede w szystkim w iern ą pam ięcią do w szystkich, k tórzy m u kiedykolw iek okazali życzliwość, a zwłaszcza zachęcili do twórczości. W zachow anej w rękopisie notatce autobiograficznej w spom inał te d y w dzięcznym sercem „poetę Z m o r s k i e g o , B ohdana D z i e k o ń s k i e - g o i S ew ery n a S i e r p i ń s k i e g o “ 20. W innej — drukow anej w P r z e ­ g l ą d z i e L i t e r a c k i m — w yliczał sk ru p u la tn ie w szystkich, co „w sam ych [...] początkach [...] zaw odu literackiego przychylnie już [o nim] — w spom inali, do dalszej nad sobą pracy usilnie [...] zachęcając“ ; m ieli to być:

Lucjan S i e m i e ń s k i , Kaz. Wład. W ó j c i c k i , nieodżałowany K r a ­ s z e w s k i , Fryd. Hen. L e w e s t a m , Julian K l a c z k o , P o l W incenty i Józef S z u j s k i .

D odaw ał :

Nadto zaś — zachęcali i utwierdzali m nie na raz obranej drodze: Ad. M i c k i e w i c z , J. Bohd. Z a l e s k i , Sew. G o s z c z y ń s k i , Ant. P i e t ­ k i e w i c z (Adam P ł u g ) , Leon. S o w i ń s k i i w ielu in n y c h 21.

Przytoczone n o tatk i pom ijają wszakże, poza w zm ianką o Z mors к im, związki w m łodości poety najw ażniejsze. Ich zapis znajdzie się przecież gdzie indziej. Do tak ich należy p rzy jaźń z „domem N orw idów “. Zbliże­ nie, zapoczątkow ane w e wczesnej młodości, kiedy to Lenartow icz byw ał częstym gościem w G łuchach, znalazło k on ty n u ację w późniejszym sto ­ su n k u „tru d n ej p rzy ja źn i“ z C yprianem , w spotkaniach i rozstaniach po­

20 BPAN 2084.

21 A utobiografia poety. P r z e g l ą d L i t e r a c k i , Dodatek do K r a j u , (Pe­ tersburg) 1888, t. 13, nr 48.

(17)

54 W IN C E N T Y D A N E K I J A N N O W A K O W S K I

etów , w ich u jęty ch w k ształt poetycki polem ikach i liry czn ych posła­ niach. J a k najpiękniejsze potw ierdzenie tej „przyjaźn i różniących się “ pozostały słow a paryskiego w iersza N o r w i d a z m arca 1856:

W idziałem dobrze, bo wzrokiem nad-łzawym , Że Tyś m ię jeden nie opuścił w św iecie — Niechże Cię m iłość — Boża za to czeka, Nie, żeś pam iętał mnie, lecz że c z ło w ie k a 22.

P oprzestając tu n a w zm iance o tym przedm iocie jako zasługującym n a oddzielne rozpatrzenie, w rócim y do nazw iska Zm orskiego. P rz y ja ź ń okazana przez „b rata R om ana“ nie tylko sp rz y ja ła um ocnieniu się L en ar­ tow icza w pow ołaniu pisarskim i otw orzyła jego poezjom drogę do d ru ­ ku, ale praw dopodobnie w p ły n ęła stanow czo na jego zbliżenie do ówczes­ n ej lew icy dem okratycznej i n a udział w odpow iednich ak cjach poli­ tycznych. W spólne przedsięw zięcia dw u poetów -agitatorów znalazły, jak w iadom o, w spólny fin ał w ro k u 1843. G dy znów w tru d n e j chw ili się zeszli, w 1849 r. odnaw iając n a Łużycach tra d y c ję w spólnych w ędrów ek, jeszcze raz zabrali się obaj — Lenartow icz za przykładem i nam ow ą Zm orskiego — do pom ocy przy w ydaw aniu S t a d ł a , poświęconego sło­ w iańskiem u b raterstw u . Stosunek przyjaźni z m łodym Zm orskim należał zapew ne do ściślejszych, um ocniony tru d n ą przygodą, w spólnotą działań, podobieństw em , choć nie identycznością przekonań.

N iejedno w spólne przeżycie złączyło też L enartow icza z K arolem B r z o z o w s k i m ; jem u to zawdzięczał zapew ne w niknięcie w tajn ik i puszczy k urpiow skiej, być może przy okazji w spólnych kon taktów spis­ kow ych. Nie darm o m łody Brzozowski ta k sp raw n ie przeprow adził p rze­ r z u t — swój w łasny i dwóch zagrożonych aresztow aniem poetów — z W yszkow a za p ru sk ą granicę. P rzy jaźń ta nie m iała jed n ak cech tak iej intensyw ności, jak sto su n ki łączące L enartow icza z auto rem P ieśni i po­

dań ludu na M a zo w szu : bardziej okazjonalna, rw a ła się potem , co nie

dziw ne zresztą, gdy zważyć dalsze, niecodzienne koleje życia późniejsze­ go w ieekonsula hiszpańskiego w Syrii. Po lata ch był Brzozowski posta­ cią tchriącą już obcością egzotyzm u, a jeżeli jeszcze czym bliską, to w spólną pam ięcią i sy tu a c ją w ygnańca z ziem i ojczystej, k tó rem u „lir- n ik m azow iecki“ p rzypisyw ał tę sam ą co w łasna nostalgię.

Nie padło t u jeszcze najw ażniejsze d la dziejów m łodych p rzyjaźni tw ó rcy K a lin y nazw isko Ignacego K o m o r o w s k i e g o . N ierozerw al­ n ie złączone potem w tra d y c ji, im iona obu a rty stó w już w dw udziestych lata ch ich życia w ym aw iano jed n y m tchem . O ile przyjaźnie Teofila Le­ nartow icza z w ym ienionym i przed chw ilą przedstaw icielam i m łodej gene­ 22 C. N o r w i d , Do Teofila Lenartow icza. W: W szy stk ie pism a po dziś w ca­ łości lub fragm entach odszukane. T. 8: L isty. Cz. I. W arszawa 1937, s. 194.

(18)

racji ro m an ty kó w m niej rzu cały się w oczy, tak że osób ty c h raczej za najbliższych Lenartow iczow i nie uw ażano, co mogło m ieć sw oje rzeczo­ we uzasadnienie w ówczesnej sy tu acji ogólnej, o ty le ta p rzy jaźń n a d a ­ w ała d w u m łodym arty sto m w „salonach“ W arszaw y c h a ra k te r nieroz­ łącznych D ioskurów . O stentacyjna w sensie życiow ym , podkreślona b y ła b rate rstw e m twórczości. M ieszkali przez pew ien czas razem „na A leksan­ d rii“ , razem byw ali w salonach literackich, gdzie odbyw ali sw oje „w ie­ czory a u to rsk ie “ . Z kom pozycji Kom orowskiego najbardziej zasłynęły te, k tó re dotw orzy ł do słów poety. Nie d arm o potem nagrobek w ystaw iony „śpiew akow i K a lin y “ o trzy m ał elem en ty plastyczne stanow iące w rów nej m ierze odnośniki do tek stów Lenartow icza, jak do utw orów kom pozytora.

G dy ta m te p rzy jaźnie w iązały się raczej z napięciem aktyw ności bez­ pośredniej, w ędrów ek, agitacji, przedsięw ziętych z m usu ucieczek, ta, o k tórej teraz m ow a, angażow ała raczej twórczość, sam a stw arzając d la niej k lim at em ocjonalny. G dyby tam te w olno było m ianow ać epickim i, tę by w ypadło nazw ać liryczną. Jej to w łaśnie a u to r L irenki pośw ięcił jeden z n ajpiękniejszych, a przy ty m najbardziej in ty m n y ch sw ych utw o­ rów, pełen ta k w tw órczości L enartow icza w yjątkow ych akcentów oso­ bistych, w iersz Pam ięci Ignacego Kom orowskiego.

W iersz te n nazw aliśm y kiedyś rep lik ą na Godzinę m y ś l i 23. Jeśli n a w e t nie jest nią w ty m sensie, jakoby Lenartow icz przeciw staw iał św iadom ie sw oje w yznanie poem atow i Słowackiego, to jest nią na pewno o ty le, że u kształtow ały owo ep ita fiu m — zarów no odm ienna postaw a osobista, jak odm ienne dośw iadczenie dziejowe. P rzy jaźń , o k tórej ta k pisał:

Przyjaźń czy miłość szlachetna — to jedno, I ludzie tylko dają miana inne

Na jedno św ięte, w ielkie i n iew in n e24.

— nie b y ła form ą intro w ersy jn ego zam knięcia się w wyłączności szcze­ gólnych, in n y m niedostępnych przeżyć dwóch ty lk o „w yb rany ch “, zato ­ pionych w sobie i w m arzeniach, lecz przeciw nie, w łaściw ą drogą do „m i­ łości lud zi“ , działania, realizow ania siebie w kształtow an iu św iata. W w iersz L enartow icza w pisały się więc poprzez w spom nienie najw iększej w m łodości p rzy jaźn i dośw iadczenia program ów i działań rom antycznej „młodej W arszaw y“ ; w pisało się rów nież gorzkie z kolei dośw iadczenie historyczne — zawodu; niepow rotne rozstanie z przyjacielem stało się

23 Por. J. N o w a k o w s k i , Z L en artow iczow skich przem ilczeń. W tomie zbio­ rowym: D ziesięciolecie W y ższej S zkoły Pedagogicznej w K rakow ie. Kraków 1957. 24 T. L e n a r t o w i c z , Pam ięci Ignacego Kom orow skiego. W: Poezje. T. 1. Poznań 1863. Cyt. za: T. L e n a r t o w i c z , W ybór poezyj. Opracował J. N o w a ­ k o w s k i . W rocław—Kraków 1956; s. 123. B i b l i o t e k a N a r o d o w a . Seria I, nr 5.

(19)

W IN C E N T Y D A N E K I J A N N O W A K O W S K I

w w ierszu poety rów ne rozłące z miłością, z ziem ią ojczystą, z nadzieją i w iarą m łodości:

Patrząc, jak blade miesiące przechodzą, Myślę o grobach, co nas żywych grodzą Od was umarłych, i czekam godziny, W której mi podasz rękę, mój jedyny -5.

Tak więc gdy inne przyjaźnie znalazły swój zapis w działaniach, k tó ­ ry c h w łaściw y sens pozostaw ał w ukryciu, h isto ria p rzy jaźn i z K om orow ­ skim , poprzez ten w iersz-w spom nienie, pozwala w niknąć w atm osferę, w jakiej się owe przedsięw zięcia poczynały, odczytać te m p e ra tu rę prze­ żyć. Przede w szystkim zaś pozwala dostrzec, że — po pierw sze — p rzy ­ jaź ń w życiu Lenartow icza nie była pretek stem do zam knięcia się przed „działaniem w społeczności“ , lecz przeciw nie, jed n ą z jego dźw igni, a po w tó re, że podobna była w jego odczuciu fu nk cja sztuki. I tu bow iem w y­ znaw ał p ry m a t „życia“ .

Jakby na wzgardę za tę łzę wylaną Z liści lauru w ieńce nam rozdano I on muzykiem został, ja p o etą ;26 — stw ierd zał w ięc z goryczą zaw odu po latach.

Z jaw iająca się później p rzy jaźń n astępna — już po „w arszaw skich“ , „spiskow ych“ jego latach — rozw inie się w inn ych okolicznościach: w sy tu acji dziejowej — po dram acie W iosny Ludów, w życiu osobistym Lenartow icza — już na tułaczce, choć jeszcze zrazu n a ziem i polskiej. S tosunek łączący poetę' z E w arystem E s t k o w s k i m m a też c h a ra k ­ te r nieco odm ienny od w cześniejszych. N iezbyt w iele w iadom o o tym , ja k kształto w ały się bezpośrednie k o n tak ty osobiste przyjació ł w W ielko- polsce, kiedy L enartow icz tam jeszcze przebyw ał na ciągłej w ędrów ce od d w oru do dw oru, w poszukiw aniu bezpiecznego dachu nad głową. M usieli się spotykać naprzód przy pracach nad w ydaw aniem K r z y ż a i M i e c z a , pew nie w ted y n astąpiło zbliżenie; w iadom o, że poeta byw ał częstym gościem w dom u Estkow skich, w iadom o o w spólnym pobycie przyjaciół we dw orze K am ieńskich w P rz y s ta n k a c h 27 w lipcu 1851, o sta tn im zresztą, w edług św iadectw a poety, zetknięciu na ziem i pol­ skiej. W iem y rów nież, że był Lenartow icz E stkow skiem u serdecznym i pełnym in icjaty w y przew odnikiem , gdy ów sta n ą ł w P a ry żu w r. 1853; doprow adził w ted y do p rezentacji pedagoga M ickiewiczowi, zetk n ął go z S ew erynem G a ł ę z o w s k i m , oprow adzał po P ary żu , W ersalu, zwie­ d zał z nim in sty tu cje naukow e i zakłady w ychow aw cze.

25 Tamże, s. 126. 26 Tamże, s. 121.

27 Por. T. L e n a r t o w i c z , E w aryst Estkow ski. T y g o d n i k I l u s t r o ­ w a n y , 1860, t. 2, nr 52.

(20)

N ajw ażniejsze przecie św iadectw a ich stosunku, poza frag m en tam i w spom nień w Listach o A dam ie M ickiew iczu, to łam y S z k ó ł k i d l a D z i e c i i korespondencja. W spółpraca przyjaciół w S z k ó ł c e d l a D z i e c i w y n ik ała z podobnych przekonań o potrzebie podjęcia po k lę ­ sce rew olucji system atycznych działań w ychow aw czych, zw róconych k u m asom ludow ym i ku najm łodszem u pokoleniu. Była jednocześnie zn a­ m iennym dowodem w iernej przyjaźni, w zajem nie użyczanego w sparcia. Gdy poeta nie m iał szerszych możliwości naw iązania łączności z czytel­ nikiem w k ra ju , Estkow ski o tw ierał szpalty swego pism a n a przyjęcie w alnej części twórczości Lenartow icza, pow stającej naprzód w W ielko- polsce, później — i dłużej — n a w ygnaniu; przede w szystkim dzięki S z k ó ł c e sta ły się w iersze a u to ra Złotego ku b ka przedm iotem z ain tere­ sow ania pow ażnej k ry ty k i w ielkopolskiej ( P r z e g l ą d P o z n a ń s k i ) . Paradoks, że czasopismo dla dzieci dorastało do funkcji pośrednika dla najpow ażniejszych nieraz i najgłębszych w ypow iedzi poetyckich, s p ra ­ wiał, że roczniki S z k ó ł k i były n a czas dłuższy, bo aż do w ydania

L irenki w r. 1855, jedynym , zresztą dość obfitym , w yborem porew olu-

cyjnej poezji Lenartow icza. Z drugiej stro n y — Lenartow icz w spierał w te n sposób przedsięw zięcie Estkowskiego, dodaw ał m u potrzebnego blasku poezji. K orespondencja przyjaciół ukazuje, z jakim przejęciem śledził poeta losy w ydaw nictw a, jak zabiegał w pom ysłach o ra tu n e k , gdy Estkow ski borykał się z rosnącym i trudnościam i.

T a korespondencja, w ydan a przez Bolesława E r z e p k i e g o 28, jest pierw szym w chronologicznej kolei pow staw ania zachow anym blokiem korespondencji ciągłej Lenartow icza. Stanow iąc nieocenione źródło nie tylko dla biografii poety, jest zarazem sygnałem now ej sytuacji, n a tle której rozw iną się dzieje przyjaźni dalszych, w łaśnie, że je tak nazw ie­ my, „k orespondencyjnych“.

Rzadko zresztą będą to teraz przyjaźnie całkiem nowe, genezą sw oją związane z w ejściem w środowisko em igracyjne. P raw da, n a obczyźnie zetknie się Lenartow icz z M ickiewiczem i jego rodziną, otw orzy się przed nim dom B ohdana Zaleskiego w F ontainebleau, ale nie może być przy tym , oczywiście, m ow y o przy jaźni n a rów nej stopie. Można by w ym ienić historię dziw nej przy jaźn i z H ipolitem T e r l e c k i m , ale jej zaw iłe m eandry w y stę p u ją n a planach zgoła innych niż stosunek jednoznacznej przyjaźni. Z resztą i ta histo ria początkiem sw ym sięga lat daw niejszych, bo czasu drezdeńskiej rew olucji ro k u 1849.

28 Por. L isty Teofila Lenartow icza do E w arysta Estkowskiego. 1850—1856. Wydał B. E r z e p k i . Poznań 1922. Por. również szczegółową rozprawę: I. L e ­ w a ń s к a, „Szkółka dla D zieci“ E w arysta Estkowskiego. W tom ie zbiorowym: E ozpraw y z historii literatu ry dla dzieci i m łodzieży. Wrocław 1958.

(21)

58 W IN C E N T Y D A N E K I J A N N O W A K O W S K I

Poza tym p rzy jaźń w em igracyjnych dziesięcioleciach Lenartow icza, gdy chodzi o ludzi, z k tó ry m i żyje w zględnie blisko, jest pozbaw iona pierw iastk a em ocjonalnego, będąc raczej tylko w spółżyciem tow arzyskim albo form ą w sparcia m oralnego w niedoli w ychodźstw a. Ż adna też z „em i­ g rac y jn y ch “ nie dorów na poprzednim , chy b a że poczęła się w orbicie ja ­ kichś szczególniejszych zw iązków z przeszłością lub ak tu a ln y m życiem k ra ju . Albo — że rozw inęła się na pożywce wdzięczności za uznanie i za pomoc, z jak ą ktoś tam , w k raju , przyszedł dziełom Lenartow icza, ich rozpow szechnieniu i objaśnieniu.

O ryginalne dzieje jednej spośród przyjaźni w ydobył z korespondencji W iktor P r z e c ł a w s k i . Słusznie nazw ał ją „dziw ną p rzy jaźn ią“ 29, jako że Lenartow icz z Felicjanem F a l e ń s k i m — o niego tu bow iem chodzi — nigdy się nie w idzieli, a planow ane w listach pierw sze ich spotkanie uniem ożliw iła śm ierć poety. T rw ający w ty ch okolicznościach niem al 30 lat stosunek przyjaźni w yraz swój znalazł więc w korespondencji. L isty L enartow icza do Felicjana objaśniają, jak ta „korespondencyjna“ p rzy jaźń w zrosła n a tle w y najd y w any ch przez au to ra L iren k i w tw órczo­ ści Faleńskiego pokrew ieństw z w łasną postaw ą w obec życia i ludzi („Ty jed en m iędzy w ielu z sercem ...“). Teraz już nie pogoda i ak ty w n y optym izm , lecz sm u tek i rozgoryczenie zbliżają dalekich sobie pisarzy: w ygnaniec w śród obcych o dkryw a w Felicjanie sam otnika w śród swoich, tw órcę nie docenionego; dostrzega w ty m nie ty lko podobieństw o, ale rów nież rodzaj szerszego w ytłum aczenia d la sy tu acji w łasnej poezji w kon fro n tacji z „opinią k r a ju “. Mówiąc o w łasnych niedolach, ak cen­ tu ją c swój los, chce przy ty m uzm ysłowić adresatow i, o ile ów jednak m niej nieszczęśliw y od niego. N ajbardziej przejm u jące stro n y listów pow stały w r. 1871, po zgonie Zofii L enartow iczow ej, w raz z ty m i w ie r­ szam i :

Bieda m nie była przez całe życie, Tam lepiej będzie...

Łzy m oje ciekły, ciekły obficie Zawsze i w szędzie...30 A także w r. 1877, kiedy zapytyw ał:

Pow iedz mi, czy jesteś samotny tak, że kiedy obrócisz się po świecie, nie wiesz, do kogo w yciągnąć rękę, bo wszystko albo pomarło, albo gorzej: upadło. Pow iedz mi, czy nie masz komu przeczytać to, co pod sercem w ysnujesz — czy żadna ręka nie w yciągnie się ku tobie i żadne zw ilżone oko w tw oje oczy nie spojrzy. [...]

29 W. P r z e c ł a w s k i , D ziw na przyjaźń . Lenartowicz — Faleński. Szkic na podstaw ie źródeł rękopiśmiennych. R u c h L i t e r a c k i , 1933, nr 9/10.

(22)

Powiedz, czy rozpacz doszła w tobie do punktu, na którym już się nic nie słyszy, żadnych głosów... chaos tylko, bunt i n icość...31

Tyle n a planie osobistym . Równolegle — na planie literackim — trw ała w y m ian a sądów o utw orach, były dedykacje (jak Odgłosów z gór Faleńskiego z r. 1871 — Lenartowiczow i), w iersze dołączane do k ores­ pondencji, tro ch ę przysług literack ich ze stro n y F elicjana (jak przekazanie do d ru k u w iersza Och, ta k m y razem , m ó j Felicjanie...).

Z dziejam i p rzy jaźn i z Faleńskim , której początek w listach z r. 1856, w eszliśm y więc ostatecznie w k rąg stosunków uw ierzytelnionych niem al w yłącznie o b fitą korespondencją.

N iejed n a tu in te resu jąc a spraw a, w ow ych ciągnących się latam i w y ­ trw ały c h korespondencjach, zastępujących Lenartow iczow i, zwłaszcza w okresie florenckim , w spółżycie z krajem . W iele z tych listów, jak ie zachow ały zbio ry rękopisów , to rodzaj posłań z ziem i w ygnania, kiero­ w any ch do ty ch , z k tó ry m i kiedyś zetknął się gdzieś na Mazowszu, w W arszaw ie, w K rakow ie, w W ielkopolsce.

N iektóre korespondencje poczynają się z nagła, na jakąś wieść o trz y ­ m aną z k ra ju , n a znak życia czy pam ięci (tak np. jest z listam i do P a u li- ny z N orw idów S u s k i e j , do A dolfa M a l c z e w s k i e g o ) , a d o ty­ czą głów nie w spom nień lub jakichś info rm acji o losach ludzi niegdyś p rzyjaznych. Podobne m iejsce zajm u ją w zespołach listów takie, jak np. listy do K o rnelii S z t e m b a r t h i do Teodory z N arbu ttów M o n - c z u ń s k i e j . Z astanaw iające jest przy tym , ile up o ru w kładał poeta w u trz y m an ie ty c h korespondencji: ow e listy, pisane z R zym u i z F lo re n ­ cji, staw ały się niem al diariuszem jego życia i twórczości, zaw ierały w ażne, bardzo istotne w ypow iedzi, nieraz — zdaw ałoby się — ponad poziom odbiorczym

Nie m oże być, z b rak u „dokum entacji“ , naszą sp raw ą orzekanie o sile an i o ch a ra k te rz e niejednego jeszcze, n iew ątpliw ie przyjaznego, sto sun ku L enartow icza czy to do ludzi spotkanych na śladach tułaczych (a byli w śród nich tacy , ja k g enerał H a u k e - B o s a k ) , czy do pozostałych w k raju ; n ależałoby przecież w ym ienić m iędzy in ny m i — nazw anego w szakże przez sam ego poetę dość nieoczekiw anie (w drukow anej d edy­ k a c ji edycji k rakow skiej z r. 1876) „przyjacielem la t dziecinnych“ — M ieczysław a P a w l i k o w s k i e g o , w yróżnić w iernego w przyjaźni M ieczysław a D a r o w s k i e g o , w spom nieć życzliwego Adam a P ł u g a , ze w spółw ygnańców zaś B ronisław a Z a l e s k i e g o .

B yły jed n a k i przyjaźnie, co w zaw iłej sw ej h istorii gorycz zasiały w duszy „ lirn ik a “ . T ak się stało z p rzyjaźn ią K l a c z k i , poznanego w m iesiącach W iosny Ludów, spotykanego potem w Poznaniu e n tu z ja sty

Cytaty

Powiązane dokumenty

nił bowiem w Lublinie urząd sędziego żydow skiego.. Miseria est mater prudentiae: dało się wam znać to plugaw e nasienie żydowskie.. się niekiedy w Polsce

chu odnowienia liturgicznego należy do fachowców“. — Autor wprawdzie gęsto cytuje wszystkie niemal sugestie i rozporządzenia w odniesieniu do tego jaki powinien być artysta. Ale

Przejdźm y po kolei, jakie to zakony, względnie zgromadzenia zakonne znajdują się w nasze] diecezji.. (Należy zaznaczyć, iż istnieje różnica pomiędzy zakonami

teres żywotny Niemiec domaga się przeto wypchnięcia Rosji z Europy środkowej i odbudowania Polski w jej granicach historycznych. Już wówczas okazuje jasno

Minister Burian należał podobno do lu­ dzi upartych, wytrwałe wracał do swoich politycznych koncepcyi; tak go przynaj­ mniej przedstawia młody Hertling.. Niemcy

Gdy zastanowimy się choćby przez zliczenie problemów i osiągnięć uchwytnych, nad tym co zostało zrobione, dochodzimy do stwierdzeń imponujących i optymistycznych. mają w

Postawa Wyka w okresie stalinowskim nie doczekała się jeszcze szerszego opisu, ale nie będzie chyba błędem zauważyć, że jakkolwiek autor Pogranicza powieści był wówczas

Но надежды оказались нереальными, ибо Январское восстание не добилось достаточно крупного успеха, а что важнее того — великие державы не