TĘCZA NA KSIĘŻYCU

    Leżał w trawie, pod białą hermą Dionizosa, z głową wspartą na rękach i oczyma pełnymi łez. Płakał cicho, bez łkań, patrząc w księżyc wśród chmur. Rosa łez jaśniała i srebrzyła się na jego policzkach, jak łzy nocy na puszystych trawnikach parku.

    W ciemności, ponad skłębionymi chmurami koron drzewnych, zalegała niebo olbrzymia czarna budowla pałacu. Dwa okna świeciły żółtym blaskiem na wysokim piętrze. Płomyki gromnic chwiały się tam żałobnie, jak złote liście jesienne.

    Naraz okna zagasły. Księżyc przesłoniły smutne obłoki nocne. Dreszcz przebiegł po chłodnych od rosy drzewach i czyjeś szybkie kroki zatętniły na żwirowej ścieżce.

Groza się utaiła w mroku.

    - Ona umarła! - krzyknął wśród nocy, zrywając się z murawy.

    - Lecz On się narodził - powiedział jakiś spokojny, mocny głos.

    I jednocześnie czyjaś dłoń chwyciła go za ramię.

    - Spójrz na księżyc - rzekł ten sam głos.

    On jednakże spojrzał przedtem na tego, kto mówił mu te dziwne rzeczy. Szary człowiek, wsparty na czworogrannej hermie, wyglądał jak każdy w zmroku. Więc oczy zapłakanego wzniosły się ku białemu miesiącowi.

    A tam działy się cuda. Na bladym półłuku księżycowej tęczy w szalonym pędzie cwałowali jeźdźcy na widmowych. Siwych jak mgła koniach. Gdy stanęli u szczytu tęczy, konie ich wspięły się nad przepaścią, jak rumaki z jakiegoś mauzoleum. I wyraźny, trzykrotny okrzyk zabrzmiał w kopule nocy: Sława! Sława! Sława!...

    Znów runęli w cwał, ze szczytu tęczy w dół, ku otchłani. Tęcza spurpurowiała, stała się obłokiem czerwonym i wszystko zginęło.

    - To bieg wypadków jego życia - rzekł Szary człowiek.

    - Czyich?...

    - Twego syna, w tej godzinie narodzonego. Zginie we krwi. Lecz szczyty jego losu ponad wszelką sławę ludzką i ponad wieki.POWRÓT

    Gdy się wsparł na słupach ganku i twarz uniósł pod księżycowe spojrzenia, jakaś ciepła cisza zaległa jego serce. Oczy się same zawarły, ku marzeniu tym cudniejszemu, dłonie opadły na zaśnieżony płot.

    Chorym i bezsilnym się stawał w tej atmosferze wzruszeń miękkich, skrzypcowo lirycznych. Tu był kres jego wędrówki. To był rodzinny dom.

    Przywiera plecami do drewnianego słupa i coraz mu boleśniej, a łzawiej. Poprzez mąt łez widzi białą twarz miesiąca w rozgwieżdżonej czerni nocy. Kamienne serce ma tylko jeden zakąt miłosny, jeden angulus animae, gdzie kwitnie kochanie. Miłość do swoich.

    Szemrzące nieukoje brzóz.

    Nieustanna, srebrna topiel jasności.

    W trupim tchnieniu mrozu rozbłysnęły śniegi tęczowymi ziarenkami. Rosistość łagodnego wieczoru zakrzepła w białe, nieskalane sople, niby miecze zawieszone ponad osądzoną przez Losy głową.

    Hiram, człowiek mocarnny, smuci się rozlęknieniem nocnym po raz pierwszy może

w swych bujnym życiu.

    Postać na skraju wzgórza. W baranim kożuszku na wysmukłym ciele, błyszcząca w smugach księżyca, idzie, cała w kłębie pary, w skrzypieniu twardego śniegu i chwierutaniu kubeł. Te rozskrzydlone u ramion na drewnianym pałąku, kołyszą się w rytm jej kroków, pełne jasności. A to woda tak lśniła.

    Ujrzawszy Hirama w bieli miesięcznej, przystąpiła na chwilę. On rzekł:

    - Kogo szukasz?

    - Panie - pytacie tak, jakbyście wiedzieli, że umiłowanego szukam...

    I tu rozpłakała się przed nim, bowiem zawsze pełna była smutku, który on na nowo obudził. Postawiła kubła w śniegu i klękła przed Hiramem z zapłakanymi oczyma.

Chusta zsunęła się z jej głowy i widać było ciemne, gładko rozczesane włosy.

    - Spotkaliście go może, dobry Panie? - pytała wśród łkań. A wtedy on rzekł głosem cichym, smutnym, takim jakim się dusze woła po imieniu:

    - Thygater!...

    Poznała go. Z rozwianymi włosami przypadła mu do kolan:

    - Mistrzu!!...

    Jasność była nad nimi księżycowa, zaś woda rozhuśtana w wiadrach pluskała coraz cichszym szelestem.

    Podniósł ją z zaspy śnieżnej, patrzy jej z bliska w oczy, nie wita, nie całuje.    - Co robisz? Co znaczy ten pałąk, uwierający plecy?...

    - Sługą jestem u ojca twego. Latem pasę jego trzody u brzegów jeziora, zimą służę przy chacie, wodę noszę, drwa rąbię w lesie... Trudem rąk głuszę mój smutek...

Zasmęciłam się na śmierć, Hiramie, i nie umiem się już radować. Po coś mi radość dał?... Po coś wrócił?...

    - Thygater, ja do sławy wieńczonej wróciłem. Wyszedłem z puszcz, by ziemią władać i stanąć nad królów karkiem, jako Pan świata...

    - A jam ciche szczęście w domu ojca marzyła. Gdy wrócisz - myślałam - zostaniesz tu, karczować puszcze i role orać, jak dziad i ojciec twój. Myślałam, będę ci sługą najwierniejszą w głuchej Słobótce...

    - Porzuć miarę. Pójdź ze mną, w glorię nieśmiertelną...

    - Po coś ty do mnie wrócił? Lepiej mi było z smutkiem niż z tobą...

    - Wielkość ci dam!

    - Nie serce?... O, raczej, mocarny panie, smutek mi daj co największy... Patrz, ja szara, ja co noc łzawa, przyrosłam duszą do butów i kożucha. Brudna mię przepasuje szmata, a trud uczernił me ręce...

    - Ty nazbyt smutna, by żyć...

    I milczą. Jak wśród ptaków świergocących na dzwonnicy nagła uczyni się cisza, tak oni zamilkli. Ona głowę skłoniła ku ziemi, srebrzy księżyc opadłe w smutku ramiona.

Nogi w wysokich, męskich butach tkwią w głębokim śniegu.

    Poza nią były śnieżne pustki i drzewa cmentarza, a za ich ciemnym zwałem wież gotyckich grożenie ku wyżom. On, z zachmurzeniem u żałobnych brwi, oburącz się broni od jej smutku... Mówi wierząco:

    - Ty nazbyt smutna, by żyć. Nie bożo-chmurna, nie zgnębiona trafieniem niedoli, ani też osmęcona chwilą. Ty smutek masz zamiast duszy, jak ja mam wysokie żądze.

Sławy i krwi żądam! Wielkiego na świat cały trumfowania! I przeto odejść od ciebie muszę, bo widzę, że ty nie ze mną...

    - Zostanę, juści zostanę, smucić się aż do śmierci...

    Błysły mu oczy, zadrgały wąskie, okrutne usta.

    - Chceszli śmierci?...

    Spojrzała w jego oczy. Smugi fioletowego cienia tryskały z nich w księżycowym jaśnieniu. Dłoń smukła spoczęła na jej głowie. Patrzyła z ufnością, poddając się jego woli.

    Hiram poruszył dłonią, jakby chwytał jakiś płomyk nad głową Thygater. Ciemne krzaki z cmentarza zdawały się patrzeć na dłoń jego gorejącymi oczyma. Targnął chwycony płomyk.

    Thygater padła martwa.TAWERNA

    Podwórko było głębokie jak studnia. Biała topiel księżyca zalewała jego połowę, druga - tonęła w czarnym cieniu. Niewyraźnie majaczyły się tam pogasłe okna, drzwi się zdawały ciemnymi do piekieł czeluściami. Chłodna groza wiała z tego zakąta.

Brama, z dala zionąca wilgocią, świeciła wylotem na jasną, miesięczną ulicę.

    Jasność poświaty srebrnej na drugim krańcu dziedzińczyka oświetlała niskie, nad ziemią i kratowane okna lochu, drzwi jakieś okute żelazem różowym od rdzy, i występ górnego balkonu, wsparty na czterech kroksztynach. Poza tym ściana była ślepa. Jeszcze gdzieś, na trzecim piętrze domostwa, migały szybki okna żółtym blaskiem świecy, bladej w księżycu. Henryk wyszedł z podcienia bramy, ostrożnie przeszedł podwórko i zastukał czterokrotnie do ordzewiałych podwoi.

    Otwarł mu drzwi gospodarz tawerny, Ippolyto Cena. Gdy stanął w jasności, zapraszając Henryka do wejścia, krucze włosy jego zalśniły czarnym srebrem. W otwartych drzwiach ujrzał Henryk izbę w żółtej mgle dymu z kopcącej lampki. Pod piecem, zajmującym dużą połać izby, na murowanej ławie siedziało kilkoro ludzi.

Twarze mieli zmęczone, ubiór nędzny, nogi w łapciach i sznurkach z konopi. Oparci głowami o piec, z rozwartymi we śnie ustami drzemali w cieple izby. Lampka na wprost nich wisząca oświecała wyraźnie te twarze o barwie ziemisto-woskowej.

    Cena, wskazawszy na nich, rzekł półgłosem: “Pątnicy z Jerozolimy. Ci nam nie przeszkodzą...”

    Po czym usunęli się obaj w kąt izby, za stół i zasiedli, jak przyjaciele.

    - Jakże nastrój w mieście? - zapytał Henryk.

    - Co prawda mojej tawerny nie odwiedzają wybitni wodzowie tłumu, jednak z całodziennych rozmów i pogwarków wiem to i owo. Dziś na przykład rozprawiano tylko o zniknięciu van Hursta, wodza i lidera partii ludowych antymonarchistów. Całe miasto oburzone, tym bardziej, że ktoś puścił plotkę... Podobno tej nocy słyszano głos van Hursta z wieży Archanioła Hirama. Słyszeli to rybacy na morzu, którzy wracając z połowu płynęli pod wieżą...

    - To nie plotka, to prawda. Sam byłem przy tym, jak mordowano van Hursta na wieży Hiramowej.

    - Tym gorzej, tym gorzej, Panie. Lud chce wysłać do zamku delegację o wydanie im wodza. Co mu oddacie? Storturowanego trupa?

    - Gdzie dowód, że on był u nas? Wyprzemy się...

    - A ja, o ile mi wolno przed wami, Panie, mówić otwarcie, prorokuję, że lud oszaleje pewnego dnia i wtedy zapłoną Krasnołuki strasznym ogniem...

    - Lecz Hirama nic nie wstrzyma od okrucieństw...

    Zamilkli, zamyśleni o przyszłości niepewnej i smutnej. Dumali, dumali, pochyleni nad stołem, łokciami wsparłszy się na nie malowanych deskach. Cena wreszcie się ocknął i krzyknął:

    - Aldo!    Z drugiej izby wyszedł chłopiec tak samo czarnowłosy i kędzierzawy jak Cena. Był tylko w brudnej koszuli i granatowych, wypłowiałych spodenkach, ale na biodrach jego lśnił jedwabny, wzorzysty pas. Wielkie, ogniste oczy wzniósł pytająco

na gospodarza tawerny.

    - Aldo, synku mój, przynieś nam wina.

    Gdy chłopiec wyszedł, Cena rzekł do Henryka:

    - To mój jedyny syn.

    Henryk, zamyślony, nie odrzekł nic, ale Cenie zdawało się, że utkwione w jeden punkt oczy Lignickiego patrzą w ślad za chłopcem. Mróz przebiegł Włocha przy tym zwidzeniu.

    Przymknął na chwilę oczy, aby się opanować i ciągnął dalej relację.

    - Dołęga wyjechał potajemnie do Moskwy, razem z Rubinsternem...

    - Gdzie się zatrzymają? - ożywił się Henryk.

    - W hotelu Woroneskim, ulica Targowa. Nocą będą agitowali w koszarach, w dzień ukryją się w owym hotelu.

    - Kogo wzięli ze sobą?

    - Pojechali autem, sami, numer auta L. K. 18.620.

    - Dobrze, dobrze... - mówi Henryk - za trzy dni powiesi się ich za żebra na Wieży Archanioła Hirama...

    - Czemu wyście tacy okrutni?... Potężni Archaniołowie...

    - Hiram okrutny jest z natury, bez mordu żyć by nie mógł i z cudzej krwi jego siła nieziemska. Condotier Henryk jest okrutny, bo to żołdak, a ja... - tu głos jego przycichł i osmutniał - a ja z nimi, bo chcę ochronić Cezara... Wrogów jego mełłbym w wiatrakach, na samą myśl, że oni chcą mu coś złego zrobić...

    - A co robi Archanioł Krzysztof?...

    - Szaleństwo swe gubi we krwi. Lekarze dawno mu przepowiedzieli, że skończy w obłędzie. I mści się za swój los okrutnie, jak Bóg...

    - Tak - szepnął Cena - krew dokoła was pachnie i czerwieni się powietrze rubinową mgłą, gdziekolwiek stąpniecie...

    Aldo wniósł wino i przerwał rozmowę swoim wejściem. Włoch spojrzał z niepokojem na twarz Henryka i dreszcz przeszedł go po raz wtóry. Tym razem się nie mylił. Posępny Archanioł patrzył na chłopca ciemnymi, zamglonymi oczyma. Cena walczył ze sobą. Czy paść do nóg Henrykowi i prosić o łaskę? Czy uderzyć sztyletem w tę pierś pod szarym płaszczem? Lecz wtedy okrutny Hiram i jego, i chłopca rozedrze na sztuki lub zaszczuje na śmierć psami.

    Cicho było w izbie. Falowały oddechy śpiących pod piecem pielgrzymów, trzaskała lampka pod nimi i świerszcz gdzieś strzykał w kominie. Z bukietu piwonii stojącego na stole osypywały się z wolna purpurowe płatki.

    Ktoś zastukał cztery razy.

    Zerwali się obydwaj. W ręku Ceny błysnął sztylet. Zbliżył się do drzwi i spojrzał przez szparę. Na podwórzu zalanym poświatą ujrzał jakiegoś chłopca.

    - Nieznajomy - szepną do Henryka.

    Lecz ten skinął ręką.

    Skrzypnęły rygle i wszedł ów nieznany. Miał na sobie jasnobłękitny, jedwabny strój z haftowanym na piersiach wieńcem dębu. Złożył ukłon w stronę Henryka i rzekł:

    - Przejasny Archaniele, czy pozwolisz mi mówić?

    - Mów.

    - Cezar cię prosi na noc do pałacu...

    Henrykowi pociemniało w oczach. Marzenia spełnione. Jest nareszcie u szczytu.

Ten niezdobyty, jak “turris eburnea”, sam go wzywa do siebie. Otulił się płaszczem i wyszedł wraz z paziem. Przeszli ponure podwórko, jak duchy. Przed bramą, gdy stanęli w blasku księżyca, Henryk rzekł:

    - Idźmy innymi drogami.

    Paź ruszył na prawo, Henryk na lewo i znikli w zaułkach.NOC

    Szedł skroś jasne do połowy ulice, na zakrętach jaśnienie księżycowe lało się potokami, lub czarna otchłań cienia rozwierała się z nagła.

    Do zamku było dosyć daleko, niemal kilometr, bowiem tawerna znajdowała się na drugim krańcu miasta.

    Szary donżon u bramy zamkowej rozniósł się przed nim na szerokiej, bezludnej ulicy. Straże we wrotach oświetliły go kratowaną latarnią, lecz zaledwie poznano smagłą, zagorzałą twarz, pochyliły się przed nim nagie szable, w ciemnej czeluści bramy mignęły odblaskami latarni.

    Zwiodły się pomosty, rozwarły kraty i stalowe wrzeciądze zapadły się pod ziemię.

    Tak samo w drugiej bramie donżonu.

    Rozłożył się przed nim olbrzymi plac dolnego zamku, plac parad wojskowych.

Cicho tu było i uroczyście w tej ogromnej, białej pustce nocy. Minął dwa budynki koszar gwardii, tonące w ognistym kwieciu malw, nagietek i amarylisów.

    Potem zaszumiał rozbiegający się w dwie strony dziedzińca sznur młodych, zieleniejących dębów. Zapachniało rosą i sławą.

    Potem jaśniejące od księżyca szyby dwóch parterowych pałacyków, rzeźbionych jak cacka, wyraźne wieżyczki zegarowe na jasnym niebie. Wśród nich brama, straże, podwoje ze stalowego pancerza. Henryk przeszedł wzdłuż dolny zamek.

    Tu, za bramą, szumiał park pałacowy, szemrały cztery fontanny. A u końca szerokiej wśród topól perspektywy, bielił się fronton cesarskiego pałacu.

    Pośród drzew, tu i ówdzie wysmukłe urny i białe hermy tonące w wysokiej trawie, baseny fontann granitowe, zielone od mchu i wilgoci.

    Koniec alei.

    Teraz tylko przejść dokoła sztucznego stawu z białą od miesięcznego blasku wodą.

Rwące się do lotu rumaki z białego marmuru wspinają się i przysiadają na zadach -zaklęte, nieruchome a ogniste.

    Białe kolumny, czarny cień portyku, znów hasła, odezwy i latarnie błyskające przez kratę. Straże błysnęły mieczami.

    Henryk jest w Pałacu.

    Wędrówka przez ciche sale i schody, przez amfilady milczących komnat, rozjaśnionych mistyczną jaźnią miesiąca, skroś posadzki połyskliwe kute ze stali i układane z marmuru, skroś bagdadzkie i damaskie kobierce.    Gdzieś, w zakącie korytarza, paź błękitny się zjawia. Skłania głowę, dłoń lewa przy piersi. Szepce cicho, by nie zmącić Tajemnicy Zamku:

    - Cezar czeka w różowej sypialni.

    Jeszcze amfilada trzydziestu komnat i oto drzwi hebanowe, rzezane w promieniste krzyże. A tam, za czarnymi drzwiami - Cezar.

    Henryk przystanął w białoszarym pokoju, wsparł się o drzwi i oddycha ciężko.

Wzruszenie chwyta go pod gardło i zdusza oddech.

    - Jeszcze czas, wróć się - szepce cichutko głos Clarusa.

    - Obiecuję ci miłość i wieczne potępienie - czerni się głos Hirama.

    Henryk walczy z sobą. Gryzie usta, by nie wybuchnąć gniewem lub łkaniem, rwie się ku drzwiom i wraca. Chce odejść i nie może.

    I naraz za drzwiami słyszy kroki, ktoś chodzi z kąta w kąt męczony oczekiwaniem.

Wsłuchał się. Tak, to jego najukochańsze kroki.

    Otworzył drzwi i wszedł do środka.

    W półblasku lampy osłonionej błękitnym jedwabiem, salon był cichym dla ludzi [?]

zakątem. Jasne ściany, białe na stołach obrusy, ta lampa równo płonąca - atmosfera dobrej przystani dusz. Przed wygasłym kominkiem, w głębokim fotelu Hanka Człuchowska marzy, cała w czarnym atłasie. Łańcuchem złotym się bawi, zwieszonym na szyi wysmukłej. Jej jasne włosy błyskają na zgięciach miedzianym odcieniem, ilekroć się zwróci ku światłu. Nuci sobie z cicha rosyjską, tęskną piosenkę i marzy.

Ty sidisz u kamina i smotrisz z taskoj...

    Opodal, twarzami ku niej zwróceni jak słoneczniki ku słońcu, siedzą Henryk Lignicki i Henryk Głogowski. Głowy ich jaśnieją na tle ciemnego jak ziemia gobelinu.

A tam jakaś smutna pani w pokoju przybranym kirami i zielenią czyta pożółkłe listy.

Wszystko w barwach przyćmionych starością, niby zwid gasnących już oczu. Dziwny gobelin.

    W kącie pokoju, przy oknie białym od śniegu i księżyca, staną pan Hubert. Widzi za szybami sad cichy i gałęzie białe, zaczarowane, zwieszone nad ziemią. Głąb sadu pełna jakichś altan śniegowych, białych tuneli i kopuł. Kruki na gałęzi jabłonkowej połyskują w księżycu jak srebro.

    Zaś w głębi komnaty zasmuca się jasny głos Hanki:

A pastuchniet lubow’, w sierdce chołod adin.

W pieredi wsio stradanje i slozy...

    - Pani Hanko! - prosi Głogowski - a teraz proszę nam zaśpiewać o Iwanie Groźnym i carewiczu. Albo pieśń o Hiramie, budowniczym króla Salomona...

    - Przede wszystkim śpiewam nie wam, tylko sobie - dąsa się Hanka. Zresztą zaśpiewam o Hiramie.

    Założyła dłonie na tył głowy, ramiona błysnęły nagością młodą. Przymknęła oczy szare i śpiewa:

Salomon, wierny sługa Pana, Królowi Tyru listy śle...

    Słuchają, widzą przed oczyma cyklopowe głazy wyrwane z łona gór. Widzą tysiące budujących ludzi i wielkiego, okrutnego Hirama. On, jak Cheops, piętrzy głaz na głazie w mur przeogromny. I śmierć piętrzy na śmierci. W białych dziedzińcach świszczą bicze na krnąbrnych niewolnikach krwawione. Na każdym kamieniu budowli śmierć ludzka, na każdej kolumnie krew. I wznosi straszny budowniczy chram Boży na krwi, na męce, na śmierci.    Na końcu śpiewa się, jak Hiram w sławie i bogactwie wraca do Tyru, a stary ojciec wita go u bram grodu. I mówi starzec:

Żagle okrętów twoich wyżąć, A krew poleje się na toń...

    Zgasła pieśń. Milczenie pod czarem wizji wielkiej.

    Targnął się płomień lampy, skoczyły na ścianach cienie ludzkie, przenikliwy mróz wionął przez komnatę. W rozwartych drzwiach stanął człowiek.

    Głowa odkryta. Na ciemnych włosach śnieg topniejący. Ramiona szerokie, silne w białym kożuszku. Na plecy i pierś spada kołnierz kożucha długowłosy. Twarz błękitem lampy rozjaśniona wydawała się blada i niesamowita.

    Starzec, ujrzawszy odbicie tej twarzy w szybie, krzyknął głośno:

    - Hiram!

    - Wróciłem - odrzekł Hiram, schylając głowę. Ojciec podbiegł ku niemu i witali się czule i szczerze. Oto jak wszystko mija, myślał Hiram. W tym pokoju przyszedłem na świat. Tu także konała matka moja. Dużośmy razem przeżyli, mój ojcze, w tej samej komnacie! I milcząc tulił się ku starcowi.

    Lignicki wstał i podszedł do Hanki ze zdumieniem na twarzy.

    - Czyż pan Hubert miał syna?

    - Tak - odrzekła pani Hanka - przed pięcioma laty zaginął bez wieści.

    - A teraz wyczarowała go pani z głębi piekieł pieśnią swoją...

    - Może... Na imię mu Hiram.

    Starzec Hubert przedstawił syna swoim gościom, po czym rozsiedli się wszyscy wygodnie wokół lampy.

    - Synku, opowiesz nam, coś robił przez te lata - rzekł pan Hubert - ci państwo, których widzisz dokoła siebie, nie powinni cię krępować. Ja i oni jesteśmy dawnymi przyjaciółmi. Sądzę, że pokochasz tych, których ja kocham.

    - Tak, ojcze, będę ich wiernym przyjacielem.

    - Ta zaś żałobna panienka to moja chrzestna. Ta sama Hania, której oczy zasypywałeś piaskiem na dziedzińcu w Człuchowie, gdyś był maleńki.

In document Proza znalazła się natomiast jakby w cieniu innych, uprawianych przez autora nuty człowieczej dyscyplin (Page 61-68)