• Nie Znaleziono Wyników

View of O „Ucieczce” Mickiewicza

N/A
N/A
Protected

Academic year: 2021

Share "View of O „Ucieczce” Mickiewicza"

Copied!
21
0
0

Pełen tekst

(1)

O „U CIECZC E” MICKIEWICZA

Ballada U cieczka jest utworem stylizowanym. Podobnie jak niektóre z ballad ogłoszonych przez Mickiewicza w zbiorku z r. 1822. Podobnie jak niektóre z jego utworów późniejszych, np. Farys.

F arys jest monologiem śmiałka arabskiego, ukształtowanym

w charakterystycznym stylu orientalnym. U cieczka to opowiadanie włożone w usta jakiegoś narratora ludowego z dawnych czasów:1 „stylizacja na prymityw ludowy”, jak się arcyszczęśliwie wyraża Juliusz Kleiner.2 Narrator ten mówi ze spokojem epickim:

K s ią ż ę u c z tu je w e d w o r z e , A P a n n a p ł a c z e w k o m o r z e

itp.; ale parę razy okazuje bliższe przejęcie się wypadkami, wy­ raża współczucie (naiwne zresztą) z bohaterką opowieści („Biada wdziękom, biada zdrowiu”), albo zwraca się do niej z pytaniem: „Panno, panno, czy nie strach?” A kiedy mówi o oczekiwanym po niej spełnieniu obowiązku religijnego, to sam się też zdaje w tym oczekiwaniu uczestniczyć:

1 Wzmianka o „górze Mendoga” zdaje się wskazywać na czasy, kiedy między Polską a Litwą toczyły się jeszcze krwawe walki. Bohater to rycerz polski najwidoczniej, który zginął na wyprawie do Litwy i po­ grzebany został pod Nowogródkiem: „b J Ih t b c, npaio u y m o M ”, jak się wy­ raża spokrewniona z mickiewiczowską balladą Żukowskiego.

(2)

K s i ą d z w k o n f e s jo n a le s ie d z i, C za s, o c ó r k o , d o s p o w ie d z i!

Utwór ma prostotę i surowość pieśni ludowej, chociaż w zakresie środków, którymi osiąga nastrój, wychodzi daleko poza tradycyjne zasoby pieśni ludowej. Dość wspomnieć o kra­ jobrazie.

Udział pierwiastka krajobrazowego, plastyka w nim osiągnięta (za pomocą nielicznych wyrazów) — to znów rys zbliżający U cieczkę do F arysa. Ale zbliża te utwory i rys inny, istotniejszy: jak F arys jest obrazem straceńca, który życie za nic waży, byle mógł za­ kosztować rozkoszy utwierdzenia się w swojej odwadze, tak

U c ie czka roztacza przed nami w swoim surowym opowiadaniu

obraz straceńczego także (straceńczego w o wiele jeszcze większej mierze!) zapamiętania się w miłości. Bohaterka bowiem tej ballady nie tylko łatwo się oswaja z niebezpieczeństwem grożącym jej zdrowiu i życiu, ale waży się na zatratę duszy, byle się nie rozstać z kochankiem.

T a straceńczość jest własnym motywem Mickiewicza wpro­ wadzonym do artystycznego opracowania wędrownego wątku balladowego. Bo tematycznie U cieczka jest spokrewniona z całym mnóstwem utworów zarówno w literaturze ludowej jak artystycznej. Od niepamiętnych czasów znane są podania o powracaniu umar­ łych (w tej czy innej postaci) na ziemię a przede wszystkim o wracającym do życia zmarłym kochanku3. Znane więc jest po­ danie o Protesilaosie, co zginął pod T r o j ą 4, a któremu bogowie w skutek zaklęć i czarów jego żony Laodamii pozwolili wrócić na trzy godziny do życia; opuszczona po raz drugi przez umiło­ wanego Laodamia pozbawia się życia. Dość podobna jest powieść

3 W y lic z a te p o d a n ia J. S o z o n o w i c z w p racy „ J le n o p a ” E io p - r e p a h poącTBeHHBie eft cioJKeTH b H apoąH oił n o a a m i eBporreitCKOił h p y ccK o ił, W a r sz a w a 1893. L iczn e s ą m ięd z y inn ym i p o d a n ia , m ó w ią c e o o d d z ia ły w a n iu na b y t z a ś w ia to w y zm a rły ch b o le ś c i i r o zp a czy ich b lisk ic h .

* Ilia s, II 700. T e n sam m o ty w o p r a c o w a ł ep ick o S t a s i n o s E u r y p i d e s w z a g in io n e j tr a g e d ii P ro tesila u s, a za nim i inni, m .i. O w i ­ d i u s z , H ero id e s X III. T r a g e d ię E u r y p id esa r ek o n str u o w a ł z fr a g m e n tó w w w. X IX F. G . W e 1 c k e r (z o b . S o z o n o w i c z , j a k w y ż e j, s. 78 i nast.).

(3)

skandynawskiej E d d y (starszej, spisanej w XI w.) o bohaterskim Helgi i jego żonie Sigrunie5. Podobny jest i wątek starej ballady angielskiej S w e e t W illia m ’s G host. (Duch zmarłego kochanka zjawia się, żądając, by mu narzeczona zwróciła dane słowo; narzeczona nie chce o tym słyszeć: pragnie, by kochanek poszedł z nią do kościoła i wziął ślub; wreszcie daje się przekonać, że rozmawia z umarłym; zwraca mu słowo, ale chce iść z nim i położyć się w grobie koło jego trumny; kiedy wyraża to prag­ nienie, pieje kogut; duch Wiliama znika; wierna Margreta nie prze­ trzymuje rozstania i pada martwa). Nie ma prawie kraju europej­ skiego, w którym by nie były w pieśniach czy w baśniach znane warianty tego tematu. Są i warianty polskie; po raz pierwszy podał o nich wiadomość Krystyn Lach-Szyrma (w „Pamiętniku Naukowym”, 1819, t. II, s. 277 i nast.); później ogłoszono liczne inne (w niektórych słyszy się już wyraźne pogłosy utworów lite­ rackich). Łukasz Gołębiowski w dziele L u d p o lski, je g o z w y c z a je

i zabobony, 1830 (s. 171) podał wiadomość o „powieści ludu

wierszami o upiorach” i przytoczył z niej cztery wiersze:

K s i ę i y c ś w ie c i, M a r tw ie ć lec i,

S u k ie n e c z k a sz a c h , s z a c h , s z a c h , P o n ie n e c z h o , c z y n ie s tr a c h ?

Wypowiadano wiele razy domysł, że Mickiewicz znał tę właśnie pieśń lub podobną, mówi bowiem w przypisku do U cieczki: „Niniejszą balladę ułożyłem podług piosnki, którą niegdyś słyszałem w Litwie śpiewaną po polsku. Treść i układ zachowałem wiernie, ale wierszy gminnych ledwie kilka zostało mi w pamięci i te służyły mi za wzór stylu” 6.

5 W E d d zie n ie m a cza ró w ; S igru n tęsk n i; p e w n e g o d n ia H e lg i s ię zja w ia z o rsza k iem , o św ia d c z a ją c , ż e p o z w o lili na to b o g o w ie ; p o r o z ­ sta n iu S ig ru n tęsk n i tak, ż e w k r ó tc e u m iera .

6 O p o lsk ich w a r ia n ta c h w ą tk u m ó w i m ię d z y inn ym i r ó w n ie ż S o - z o n o w i c z , op. cit., s. 157 i nast.

Z u p ełn e z e s ta w ie n ie p o lsk ic h o d m ia n i ich k la sy fik a c ję m o ż n a d z iś zn a leź ć w zn ak om itym rep ertoriu m Juliana K r z y ż a n o w s k i e g o P o lsk a b a jka

lu d o w a w u k ła d z ie sy ste m a ty c z n y m , 1947, p o d nr 365. T a m ż e o b sze r n a b ib lio ­ gra fia i w ia d o m o ś c i o w y s tę p o w a n iu w ątk u w fo lk lo r z e lu d ó w s ą s ie d n ic h .

(4)

Dziś wątek ten nazywany jest na ogół wątkiem L e n o r y - “ od tytułu ballady Gotfryda Augusta Bürgera Lenore, która się stała najgłośniejszym jego upostaciowaniem w literaturze arty­ stycznej. Ogłoszona w r. 1773, rychło otoczona została zachwytem, naprzód publiczności literackiej w Niemczech, a potem w innych krajach. Na angielskie przełożył ją Walter Scott; w Rosji została (1808 r.) sparafrazowana — ze zmianą kolorytu lokalnego — przez Żukowskiego (pt. L u d m iła ). Nie trzeba było długo czekać i na przeróbki polskie. J. U. Niemcewicz w zbiorze B a je k i p o w ieści (1820, II, 175) zamieścił balladę M alw ina, której treść „w głów­ nych momentach jest wiernym odbiciem L e n o r y ”1. Wcześniej jeszcze (bo w „Pamiętniku Naukowym ”, 1819 r. I s. 358 - 366) ukazało się „naśladowanie L en o ry B ürgera” przez Krystyna Lacha - Szyrmę pt. K a m illa i L eon, uzupełnione (w t. II s. 275 - 282) U w agam i

n a d balladą B ürgera Lenora. A jeszcze o rok wcześniej (1818)

Tomasz Zan czytał na posiedzeniu Towarzystwa Filomatów swoją

N e r y n ę s, która jest przeróbką L u d m iły Żukowskiego.

W korespondencji filomatów nazwisko Bürgera występuje nie­ jeden raz. Mickiewicz w „przemowie” do B a lla d i rom ansów (1822) wspomniał o epokowym znaczeniu L en o ry dla literatury niemieckiej, a w napisanym równocześnie na prośbę Odyńca artykule o Bür- gerze (drukowanym we wstępie do osobnego wydania Bürgerow- skiego M yśliw ca w przekładzie Odyńcowym 1822 r.) wyraził się o niej, że jest „słusznie zwana królową ballad”.

Posypały się i modyfikacje wątku. Do głośniejszych należała ballada o „dzielnym Alonzu i pięknej Imoginie” (A lo n zo the

B ra ve and F air Im o g in e), włączona do popularnej w końcu XVIII w.

powieści sensacyjnej Matthew Gregory Lewisa T he M o n k (1795). Naśladował ją Niemcewicz w „dumie” A lo n d zo i H e le n a 9. Motyw

7 T a d . C i e s z e w s k i , B ü r g e r w P o lsce, „Alma M ater V iln e n s is ”. B ib lio te k a . II. W iln o 1932, s. 67 i n a st.

8 N e r y n a b yła d r u k o w a n a d o p ier o 1824 r. w „ D zieja c h D o b r o c z y n ­ n o ś c i K rajow ej i Z a g r a n ic z n e j”, W iln o VI, 149 (z o b . J. K a l l e n b a c h a

K ilk a s łó w o b a lla d z ie N e ry n a , „ R o zp ra w y i S p ra w o zd a n ia z p o s ie d z e ń W y d z. F il. A. U .” t. XIII, 1889, s. 297 i n.).

9 W i t . P is m ró żn ych w ie r s z e m i p r o z ą , W a r sz a w a 1803, S. 491.

Zob. J. K l e i n e r : L e w is i je g o „ T a les o f W on der" j a k o ź r ó d ło b a lla d N ie m c ew ic za . S tu d ia z za k r e s u lite r a tu r y i filo z o fii, W a r sz a w a 1925.

(5)

powrotu umarłego łączy się tu z motywem kary za złamane słowo. Helena przysięgła wierność Alondzowi, ale gdy ten długo nie wracał, wyszła za mąż za innego. Podczas uczty weselnej zjawia się Alondzo i porywa tę, co go tak rychło zapomniała. Wśród scenerii roz- stępującej się ziemi, gasnących świateł, piekielnych jęków i szczęku łańcuchów oboje zapadają w przepaść, „widać koło nich larwy tańcujące”, które piją krew i wołają:

„ P a ra n ie ch ż y j e s z c z ę ś liw a : M ę ż n y A lo n d z o , H e le n a f a ł s z y w a ”.

Otóż motyw niewierności jest zupełnie obcy wątkowi L enory. Zarówno poemat Biirgera jak utwory poezji ludowej, które do­ starczyły pożywki jego fa nta zji10, mówią właśnie o miłości nie­ zachwianie wiernej i tak mocnej, że nie liczy się z granicą stw o­ rzoną przez grób.

W utworze Biirgera bohaterka, gdy jej narzeczony nie wrócił z wojny, popada w rozpacz, bluźni, odpycha z szyderstwem p er­ spektywy szczęścia niebieskiego, wzywa tylko śmierci, która by ją z kochankiem połączyła.

W jej lamentacjach, wypełniających kilka zwrotek ośmio- wierszowych (całość utworu liczy 256 wierszy), mamy takie w y­ rażenie — jak: Bei Gott ist kein Erbarmen; Gott hat an mir nicht wohlgetan; 0 Mutter, Mutter! was mich brennt, das lindert mir kein Sakrament; Lisch aus, mein Licht, auf ewig aus!

I oto spotyka ją kara (do której autor przygotował nas swoim— bezpośrednio wyrażonym—zgorszeniem). P rzybywa nocą kochanek— w dziwnej postaci, która stopniowo coraz wyraźniej ujawnia w nim upiora. Kochanek ten władczo zabiera ją na koń, w szalonym galopie wśród nocy przebywa z nią ogromne przestrzenie, wsi i miasta, góry i rzeki, lasy i pola pełne strasznych widoków, które jeszcze straszniejszymi czynią jego potępieńcze okrzyki i szy­ derczo przerażające zapytania; — aż wreszcie stają na cmentarzu. Rycerz w tej chwili zamienia się w kościotrupa, koń się wspina, parska ogniem, i obaj z jeźdźcem zapadają się pod ziemię. Drżące serce Lenory kołacze się między życiem a śmiercią

(Le-10 Zob. wstęp A. S a u e r a (*tr. LV) do wydania G edich te Biirgera

(6)

norens Herz, mit Beben, rang zwischen Tod und Leben). W świetle księżyca spływa na ziemię tańczące koło duchów i „wyje” (heulten) pieśń ze słowami nauki: „Cierp w milczeniu, choć nawet serce pęka. Nie wadź się z Bogiem w niebie! Zbyłaś teraz ciała; Bóg bądź łaskaw dla twojej d u s z y ”:

„ Geduld.! G e d u ld ! W e n ti’s H e r z , a u ch b richt!

M it G o tt im H im m e l h a d r e nicht! D e s L e ib e s b is t d u le d ig ;

G o tt s e i d e r S e e le g n ä d i g ”.

Podobnie rzeczy się odbywają w L u d m ile Żukowskiego. T ak a sama rozpacz bohaterki, takie same jej wyrzekania i bluź- nierstwa; takie samo zjawienie się upiora; taka sama szalona jazda z rychło namówioną kochanką; takie samo straszenie jej co chwila przez potępieńca; i tak samo kochanka mu nie dowierza; aż dopiero wypadki na cmentarzu stają się dla niej nieodpartą a przerażającą rewelacją. Okropności ostatniego momentu są tu jeszcze powięk­ szone i bohaterka przez Biirgera pozostawiona między życiem a śmiercią, zdecydowanie umiera ( l i a n a MepxBaa b o npax).

U Mickiewicza inaczej. Bohaterka nie rozpacza ani bluźni, ale pogrążona jest w jakiejś skamieniałej bierności. T o jest pierwszy rys, który ją wybitnie różni od bohaterek Biirgera i Żukowskiego, wielosłownie monologizujących, niby heroiny współczesnych im tragedyj pseudoklasycznych. Obojętnie patrzy ona i na swata od natarczywego konkurenta - księcia, na jego zapowiedzi, na „ s w a d źb ę”, która „jedzie szumnie, tłumnie” . Ból pożera ją w e­ wnętrznie. Poznajemy naprzód jego symptomy, przedstawione obra­ zowo, a zarazem z prostotą i zwięzłością, niby pieśni ludowej:

J e j ź r e n ic e , b ły s k a w ic e ,

D z iś — j a k d w ie m ę tn e k r y n ic e ; J e j lic a , p e łn ia k s ię ż y c a ,

D z iś n ik n ą , j a k k s i ę ż y c w n o w iu .

A kiedy zdobyw a się na wyznania, to zamykają się one w słowach tak prostych, że wydają się zdawkowe.

„ N ie p o w io z ą d o o łta r z a , P o w io z ą m ię d o c m ę ta r z a , A p o ś c ie lą c h y b a w tr u m n ie . J a u m rę , g d y on n ie ż y j e ”,

(7)

Za namową „kumy”, „widmy starej”, ucieka się nieszczęśliwa do czarów 11. Czary te wnoszą swoimi szczegółami (usączenie krwi z lewej ręki, splątaniem włosów kochanka w „w ęża”) nastrój nie- samowitości, ale bohaterka nie wychodzi ze swojego skamienienia. Musiała wprawdzie, jak wynika z tekstu, wyrazić zgodę, dostar­ czyć do zabiegu czarodziejskiego jakichś „darów ”, które miała od kochanka, i wykonywać inne rozkazy „widmy”; narrator, wy- obraziciel mądrości powszechnej w świecie ballady, komentuje to jako jej winę; ale inicjatywa czaru jest spraw ą „kumy”; ona też zabieg wykonywa. Czar jednak najwidoczniej zależy od w a ­ runków obiektywnych, bo działa:

P a n n a g r z e s z y — j e ź d z i e c ś p ie s z y , K lę ło d u c h a — k l ą tw y słu c h a ; J u ż o d e m k n ą ł z i m n y g m a ch : P a n n o , P a n n o , c z y n ie s tr a c h ?

Wśród niezmiernej ciszy (do której dostraja się nawet brytan zamkowy) zjawia się oczekiwany:

W c h o d z i j e ź d z i e c c a ły w b ie li I u s ia d a n a p o ś c ie li.

Rzecz znamienna dla Mickiewicza, że te wypadki zajęły u niego 50 wierszy, podczas gdy przedstawienie analogicznych w L enorze i w L u d m ile wypełniło po 100 z górą. T aka jest jego zwięzłość. Podobnie jest i dalej. I w balladzie niemieckiej, i rosyjskiej toczy się dłuższa rozmowa między kochankami, nim niemiecka „Liebchen — schürzte, sprang und schwang — Sich auf das Ross behende” (w. 1 4 5 -6 ), a rosyjska „neBa”: „poÖKO [...] o6xBaTii.na n p y r a h o k h o io p y n o ß , ITpHCJiaHHCb k HeMy r a a ß o f t ” (w. 1 62-4). U Mickiewicza panuje milczenie i domysł chwil czy może godzin szczęścia pomiędzy wierszem „1 usiada na pościeli” a następnym: „Słodko, prędko czas uciek a”.

11 Czary n iezn a n e s ą L e n o r ze i L u d m ile. P rzy p o m in a ją tr o c h ę Ś w ie tła n ę , b o h a terk ę innej b a lla d y Ż u k o w s k ie g o (Ś w ie tla n a , 1811) o w ą tk u tak że po c z ę ś c i L e n o r o w y m . W y stę p u ją z r e s z tą w różn ych b a ś n ia c h i b a lla d a ch lu d o w y c h (z o b . W . B r u c h n a l s k i w K o m e n ta rzu do D z ie ł M i c k i e w i c z a w w y d a n iu T o w a r z y s tw a L ite r a c k ie g o im. M ic k ie w ic z a ,

(8)

Ale oto rży koń, jęczy sowa, zegar bije: znaki, że trzeba się rozstać. Teraz dopiero bohater zaczyna mówić i w przeciwieństwie do bohaterów L en o ry i L u d m iły nie wywiera żadnej presji mo­ ralnej na dziewczynę. Burgerowski Wilhelm ledwo zapukał do drzwi, od razu władczo oznajmia Lenorze, że przyszedł zabrać ją z sobą (Ich habe spat mich aufgemacht — und will dich mit mir nehmen), odmawia jej pocałunku, nie chce wejść do jej pokoju, zbywa lekceważąco jej skrupuły i nagli ją do pośpiechu (Komm, schiirze spring und schwinge dich Aut meinen Rappen hinter mich!). Jedną z racyj pośpiechu jest to, że »goście weselni czekają (die Hoch- zeitgaste hoffen) i komnata ślubna gotowa (die Kammer steht uns offen), nie mówiąc już o kilkakrotnie wspominanym łożu (Brautbett, Hochzeitbett, Hochzeitbettchen). Podobnie Ludmiłę przynagla jej kochanek, acz bez obrazów uczty weselnej i łoża („EireM, egeM, ^ a c nacT aji”, „EaeM, ejjeM, n y r b g a jie n ” i raz jeszcze „EneM, ejjeM, n y r b n a jie « ”). Na bohaterkę mickiewiczowską kochanek nie wywiera żadnego nacisku: przeciwnie, ofiaruje jej zupełną swobodę wyboru: „Bywaj zdrowa, [...] Albo wstawaj, na koń siądź I na wieki moją b ą d ź ”.

I ani wzmianki o tym, żeby dziewczyna się wahała: w ja­ skrawym przeciwieństwie (znowu) i do Lenory, i do Ludmiły, których dłuższe rozmowy są oczywistym wyrazem niepokoju w e­ wnętrznego (Lenora: „Ach, Wilhelm, erst herein geschwind! Den Hagedorn durchsaust der W ind” itd. Ludmiła: „nepem aeM x o t ł

BpeMH h o ^ h ” itp.) Bohaterka U c ie c zk i decyduje się prędzej na opuszczenie domu z kochankiem niż Grażyna na odprawę posłów. Tylko narrator się niepokoi i swój niepokój wyraża — narrator, przedstawiciel rozważnych i duchowo zdrowych.

M ie sią c ś w ie c i — j e ź d z i e c le c i P o z a r o ś la c h i p o k r z a c h : P a n n o , P a n n o , c z y n ie s tr a c h ?

Ale ta panna, zaiste, nie zna strachu. Ona się nie boi niczego ani na tym, ani na tamtym świecie.

Toteż i szalona jazda z potępieńcem odbywa się w polskiej balladzie inaczej niż w niemieckiej i rosyjskiej. U Burgera ko­ chanek kilka razy straszy Lenorę, i to z coraz bardziej diabelską

(9)

Złośliwością, wzmiankami i pytaniami o umarłych, a ona nie chce o nich słyszeć. Opowiadanie Bürgern płynie znacznie równiej niż mickiewiczowskie i ujęte jest w regularne strofy. Oto jedna znich: „Na prawo i na lewo — jakże przebiegają przed ich oczyma błonia, gaje i pola! jak tętnią mosty! »Czy nie strach ci kochanie? Księżyc świeci jasno! Hurra! Umarli jadą szybko! Czy nie masz, kochanie, strachu przed umarłymi?« — »Ach nie! Ale daj spokój umarłym«”. Z u r r e c h te n u n d z u r lin k e n H a n d , V o rb e i v o r ih re n B lic k e n , W ie f lo g e n A n g e r , H eid , u n d L an d! W ie d o n n e r te n d ie B rü ch en ! — „ G ra u t L ie b c h e n a u c h ? — D e r M o n d s c h e in t h e ll. H u rra! d ie T o ten r e ite n sc h n ell!

G ra u t L ie b c h e n a u ch v o r T o te n ? ” — Ach n ein . D o ch la s s d ie T o ten !”

Stopniowo jednak determinacja Lenory się zmniejsza. Za drugim powtórzeniem pytania upiora zamiast zdecydowanego: „Ach nein!" powiada tylko: „Ach! Niech umarli spoczyw ają” (Ach! Lass sie ruh’n die Toten); za trzecim razem wykrzykuje przede wszystkim słowa: „O biada!” (O weh!). Podobnie jest z Ludmiłą w balladzie Żukowskiego.

U Mickiewicza kochanka ani przez chwilę nie ujawnia lęku. W ciągu szalonej jazdy nocnej zadaje ona swojemu towarzyszowi kilka pytań i zwraca się do niego z kilku prośbami. Ale jej pytania mają charakter praktyczny; ich celem jest zaspokojenie zrozumiałej ciekawości: „Gdzie mnie wieziesz?”, „Czy masz zam ek?” „Co to za smętarz...?”, „A te krzyże, te mogiły?”. Podobnie i jej prośby o wstrzymanie konia stąd płyną, że jej na łęku źle siedzieć, a potem że koń bokiem sadzi. — Kochanek odpowiada jej bez tego ironicznego diabelstwa, które cechuje upiora Bürgern. Oszczędził mu też Mickiewicz szyderczego makabrycznego dowcipu, którym się odznacza upiór z L enory, zapraszający na ucztę w e­ selną spotkany orszak pogrzebowy i wisielców z szubienicy. Niemniej jest rzeczą w atmosferze ballady jasną i stopniowo coraz jaśniejszą, że droga tego kochanka prowadzi nie tylko do grobu, ale i do piekła.

(10)

„ G d z ie m n ie w i e z ie s z ? ” — „ G d z ie ? D o d o m u , D o m m ó j n a g ó r z e M en d o g a ;

W d z ie ń o tw a r ta w s z y s tk i m d ro g a , W n o c y j e i d z i m p o k r y j o m u ”.

Jedyny to ustęp, w którym akcja ballady została wyraźnie zloka­ lizowana. Wzorem poprzedników przeniósł ją poeta w strony sobie bliskie. Dla nie znających Nowogródczyzny wyjaśniał aluzję przypisek: „Góra Mendoga pod Nowogródkiem obrócona na cmentarz; stąd w tamtych okolicach pójść na Mendogową górę znaczy umrzeć”. Jeszcze wymowniejsza jest dalsza informacja w samej balladzie:

„ D o b r a d r o g a , k ie d y trw o g a ; K r z y w o j e d z ie , k to u ciek a .

S ia d ó w n ie m a s z d o m y c h w ł o ś c i ”.

Ale jest seria szczegółów jeszcze wyraźniej określających bytowy charakter kochanka i stwarzających zarazem najbardziej dramatyczne momenty w polskiej balladzie. Jak się okazuje, bohaterka U c ie c zk i wybrała się w niepewną jazdę z książeczką do nabożeństwa, ze szkaplerzami,'różańcem i krzyżykiem srebrnym na szyi. Bardzo ją to różni od Lenory i Ludmiły. Ale te wszystkie przybory nabożeństwa służą jej w balladzie na to tylko, aby mogła za ich pomocą wyrazić swoją decyzję pójścia do piekła, byle się nie rozstać z kochankiem.

T ok opowiadania, choć dyskretny, nie zostawia żadnej wątpliwości. Koń źle niesie. Nie czas go wstrzymywać, bo, jak mówi jeździec, „pogoń bieży ”. Jaka pogoń? Chyba ludzie księcia, wzgardzonego konkurenta? Ale jaka jest wartość tego argumentu, to można ocenić z faktu, że już ani razu potem nie usłyszymy 0 tej pogoni. Ale teraz, oświadcza jeździec, trzeba ujść przed nią. A przed koniem — przepaść. Należy mu ulżyć: „Rzucaj książkę! puszczam konia”. I Ołtarzyk złoty pada w przepaść, a koń „jak gdyby zbył ciężaru, Przemknął dziesięć sążni ja ru ”. Można by powiedzieć, że tu działało na bohaterkę zaskoczenie; a i owa „pogoń” mogła się wydawać czymś groźnym. Ale już mowy nie ma o zaskoczeniu ani o pogoni, kiedy wypływa sprawa szkaplerzy 1 koronek. A i język kochanka staje się tu już wyraźnie językiem bezbożnym (acz nie tak melodramatycznie szatańskim.jak u Burgera):

(11)

„S z n u r p r z e k l ę ły ! S z n u r z n ie n a c k a R u m a k o w i m ig a w o c z y ,

P a tr z , j a k z a d r ż a ł, b o k ie m s k o c z y . M o ja lu b a , r z u ć te c a c k a !”.

Naturalnie, i w pierwszym wypadku, i w drugim wchodzi w grę niebezpieczeństwo; ale niebezpieczeństwo dla ciała; a już wyraźnie się zarysowuje niebezpieczeństwo dla duszy. Bohaterki ani przez chwilę nie podobna podejrzewać, żeby się lękała pierwszego; ale też już nie ma prawie żadnych wątpliwości, że lekceważy i drugie — lekceważy nie wypowiadając słowa, jak nie w ypow ie­ działa go i w pierwszym wypadku.

Nie waha się i za trzecim razem, kiedy kochanek — potępieniec poddaje ją ostatniej próbie i żąda pozbycia się krzyżyka. Ten moment ostatniej próby i ostatniej decyzji poprzedzony został jedyną w czasie straszliwej „ucieczki”, dłuższą i boleśniejszą skargą, po której następuje jedyna już nie pozostawiona naszemu domysłowi, ale w słowach sformułowana pokusa:

„ C z e g o ś s ta n ą ł, m ó j k o c h a n k u ? Z im n a r o s a m ię s p łu k a ła , Z im n o w ie je w ia tr p o r a n k u , O k r y j p ła s z c z e m , bo d r ż ę c a ła ”.

Dziewczyna skarży się tu jak bohaterka nie nadludzkiej, ale ludzkiej przygody. A wiemy przecie, jakie decyzje ma już za sobą. Rzecz jasna, że jej zmęczenie nie jest tylko zmęczeniem' fizycznym i że jej skarga na chłód nie jest tylko skargą na chłód fizyczny. Że się skarży, to rys ludzki, który nas do niej zbliża; a że skarży się tak po prostu, to wzmaga w nas podziw dla jej hartu wewnętrznego.

Odpowiedzią na skargę jest pokusa: cztery wiersze najbardziej emocjonalne w całej balladzie, najbardziej poetycko intensywne, chciałoby się powiedzieć: najbardziej manifestacyjnie mickie­ wiczowskie:

„M o ja lu b a , p r z y t u l sk r o n ie ! N a tw y c h p ie r s ia c h g ło w ę z ło ż ę , O ło w a m o ja o g n ie m p ło n ie I k a m ie n ie o g r z a ć m o ż e ’ ,

(12)

Po tych słowach przypominających Gustawa z IV części

D zia d ó w (ale o ileż od jego słów bardziej zwartych!), zwycięża

ostatecznie jeździec-potępieniec. Miłość już ponad wszelką wątpli­ w ość okazuje się w sercu bohaterki silniejsza od nakazów wiary i troski o własną duszę. Bez słowa — jak i przedtem — decyduje się na ostatnie szaleństwo: krzyż pada. W tym świecie balladowym, w który nas utwór wprowadził, w świecie, w którym każdy gest ma znaczenie, jest to moment kulminacyjny akcji. W tym momencie też piekło wyraźnie zaznacza swój tryumf:

J e ź d z ie c p a n n ę w p o t y ś c is n ą ł, Z o c z u i u s i o g n ie m b ły s n ą ł, R u m a k lu d z k im ś m ie c h e m r y k n ą ł, P r z e s k o c z y l i c w a łe m m u r y , B iją d z w o n y , p ie ją k u r y .

Żadnego potem nie ma morału jak u Burgera i Żukowskiego. Ani się duchy żadne nie pojawiają, żeby go wygłosić, ani narrator z nim nie występuje, ba, żadnym nawet napomknieniem swojego sądu nam nie zdradza. Ballada się kończy pełnym powagi, epickim, bezosobistym komunikatem: N a s m ę ta r z u c is z a b y ła , S to ją k r z y ż e , g ł a z y le ż ą : J e d n a b e z k r z y ż a m o g iła I z ie m ia r u s z o n a ś w ie ż o . K s ią d z n a d g r o b e m d łu g o s t a ł I m s z ę z a d w ie d u s z e m ia ł.

Jesteśmy pozostawieni własnej zgrozie i własnemu współczuciu. Jest szerokie, zaiste, pole i dla jednej, i dla drugiego. Trudno 0 straszniejszą formę miłości. Trudno o jaskrawszy przykład jej siły. Powściągliwy artyzm poety, który przez cały ciąg opowia­ dania przejawiał się w obiektywizmie relacji, przejawia się raz jeszcze w zakończeniu — w rezygnacji z wszelkiego komentarza.

Utwór więc tak, zdawałoby się, zależny od całej rodziny poematów o wątku „Lenorowym”, jakże się okazuje odrębny! Można przerzucić całą książkę I. Sozonowicza „L e n o ra * Burgera

1 p o krew n e j e j w ą tk i w p o e z ji ludow ej eu ro p ejskiej i ru skiej

(13)

książki do nabożeństwa i innych przedmiotów dewocji znany jest pewnym baśniom ludowym, ale zastosowanie tego motywu w wątku jest zupełnie i n n e 13. Kiedy czytamy te baśni, czujemy się o sto mil od Mickiewicza.

W krytyce można się nieraz spotkać z podziwem dla L e n o ry Bürgera jako „mocnego i naiwnego obrazu namiętności, która nie widzi niczego poza sobą i która rzuca niebu śmiałe wyzwanie”. Tymi słowami wyraża się o niej A. Bossert (H isto ire de la litté ­

rature allem ande, 8-e ed., Paris 19 2 8 13). Ale czymże jest śmiałość

12 S b U l a n o w s k a o g ło s iła b a śń ło t e w s k ą , w k tó rej m o ty w te n w y s tę p u je ( Ł o ty s z e In fla n t p o lsk ich , „Z b iór w ia d o m o ś c i d o a n tr o p o lo g ii k rajow ej" , X V III, s. 349 i n a s t.). N a r z e c z o n y — zm arły z ja w ia s ię tu i z a ­ b iera d z ie w c z y n ę (sa m z a m ie n ia s ię w k o n ia ). „ Z r o b iło m u s i ę c ię ż k o [...] m ów i: „ M ie sią c ś w ie c i, g w ia z d k i m ru g a ją , ż y w y z um arłym je d z ie , — c z y str a ch p a n ien k o ? ” — O n a o d p o w ia d a : „ N ie m am s tr a c h u ’ . — P y ta on: „C o tam m a sz c ię żk ieg o ? " — „N ie m am n ic, ty lk o s z k a p le r z ”. — O n m ów i: „ R zu ć”. — O na rzu ciła sz k a p ie r z ”. T o s a m o p o w ta r z a s ię z r ó ż a ń c e m i k sią żk ą do n a b o ż e ń s tw a . K ied y jed n a k p o te m p rz y jeż d ż a ją d o k o ś c io ła i na cm en ta rz, i k o c h a n e k -u p ió r za cz y n a je ś ć trupy, d z ie w c z y n a u ciek a . U p ió r ją g o n i. D z ie w c z y n a po d r o d z e z n a jd u je r z u co n e p r z e d te m p r z e d ­ m io ty n a b o ż e ń s tw a ; o k r ę ca k a żd y trzy r a zy k o ło g ło w y , i k a ż d y z w a ln ia b ie g up iora. D z ie w c z y n a ch ro n i s ię w c h a tc e, g d z ie zn a jd u je tru p a. T e n na w e z w a n ie u p io r a z a cz y n a w s ta w a ć ; a le p r z e d m io ty n a b o ż e ń s tw a ham ują g o , a k o g u t o s t a t e c z n ie o d g a n ia . P r z e r a ż o n a je d n a k d z ie w c z y n a um iera. W . W O 1 1 n e r ( D e r L e n o re n sto ff in d e r sla v is c h e n V o lk sp o esie, „Jagic’ A rch iv für s la v is c h e P h ilo lo g ie " , t. VI, s. 2 3 9 ) p o d a je s t r e s z c z e n ie p o d o b n ej d o ś ć b a śn i c z e sk ie j: j e s t w n iej ta k ż e r z u ca n ie p r z e d m io tó w p o ś w ię c o n y c h , ta k że u c ie c z k a i s c h r o n ie n ie s ię w tru p iarni, d z ie w c z y n a tyjko n ie g in ie . S o z o n o w i c z , op. c it., s. 156, p r z y ta cz a b a ś ń lite w s k ą (z e zb ioru A. L e s k i e n a i K. B r u g m a n n a L ita u isc h e V o lk s lie d e r

u n d M ärch en , S tr a ss b u r g 1882, s, 497), w k tó r e j d z ie w c z y n a , z r o z u m ia w s z y w p e w n e j c h w ili, ż e j e s t w p o b liż u p ie k ła , z a c z y n a u c iek a ć i rzu ca m o d litew n ik , ż e b y p o w str zy m a ć p o g o ń p o tę p ie ń c ó w . C h ron i s i ę p o te m w ja k iejś c h a c ie i r ó ża ń ce m o b w ią z u je k lam k ę. J e st i b a ś ń b ia ło ru sk a p o d o b n a (M . F e d e r o w s k i , L u d b ia ło ru sk i, I 66).

13 S. 363: „C e q u e c e t t e b a lla d e a d ’a d m ir a b le, c e n’e s t p o in t c e c o r tè g e fa n ta stiq u e qui en tra în e d eu x f ia n c é s v e r s la to m b e , c ’e s t la p ein tu re é n e r g iq u e e t n a ïv e d’un e p a s s io n , q u i n e c o n n a ît qu’elle m ê m e e t qui je tte au c ie l un a u d a c ie u x d é fi, c e s o n t le s to u rs ab ru p ts d ’un s ty le qui d é d a ig n e le s tr a n sitio n s e t le s n u a n c e s , p r o c é d é s d’un art raffin é in u tile s à l’e x p lo sio n s o u d a in e d ’un se n tim e n t sim p le e t p r im itif”.

(14)

Lenory, która wprawdzie wiele i wyzywająco mówi, ale która w czasie piekielnej jazdy coraz bardziej traci pewność siebie (O, weh), i którą w końcu widzimy opanowaną przez drżenie serca; czymże jest ta śmiałość w porównaniu z prawie bezmowną zapamiętałością bohaterki mickiewiczowskiej, bez chwili wahania idącej w imię miłości na zatracenie. W niedrukowanym wariancie

E leg ii do D. D. użył Mickiewicz wyrażenia „piekielny kochanek”.

W U cieczce przedstawił, bez przenośni już, zaiste piekielną ko­ chankę. Z taką prostotą, z taką siłą mógł ją przedstawić tylko w świecie balladowym, w świecie wyobrażeń surowych i naiwnych. 0 żadnym też może z poetów, którzy sięgali po motywy „Leno- r o w e ”, nie można w tej mierze co o nim, powiedzieć, że wszystkie elementy zaczerpnięte z tradycji literackiej i folkloru tak celowo w swojej kompozycji zużytkował. — Tak celowo zużytkował, a zarazem taką w tym zużytkowaniu okazał własną oryginalność twórczą! Autor tylu poematów miłosnych stworzył w tej balladzie jeszcze jeden — o. jakże odmiennej od innych ekspresji!

U c ie czka miała szczęście, jakiego się nie wszystkie utwory

Mickiewicza doczekały: stała się przedmiotem rozważań jednego z wielkich krytyków generacji poecie współczesnej: Julian Klaczko poświęcił osobne (i obszerne) studium porównaniu jej z L enorą Burgera H.

Dużo tu bardzo bystrych obserwacji, które na zawsze po­ zostaną chlubą krytyki polskiej. Np. charakterystyka baśniowo- ludowej scenerii ballady ( P o kło sie, s. 170):

„W jakiejże to pełni [...] tu objęte [...] objawy ludowego życia. Jakiż to całkowity, a jednak w przelocie zrobiony przegląd [...] typowych figur z życia i baśni gminu: ten książę i ta swadżba, ten ksiądz w konfesjonale i ten ksiądz nad grobem, ten klecha 1 ta kuma — nawet o tym psie, o tym wiernym stróżu domu, co na widok nocnego gościa „jakby głosu nie miał, Zawył z cicha i oniem iał” nie zapomniał poeta w tej swojej małej O dyssei, jak

14 Julian K l a c z k o , L en o ra i U c iec zk a, „Pokłosie, Zbieranka

literacka”, Rok II, 1853, Leszno, s. 142; przedr. w J. K l a c z k i Z a p o m n ia ­ n ych p o m n ie js z y c h p ism a ch p o lsk ic h , zebranych przez Ferd. H o e s i c k a, Kraków 19l2, s. 251.

(15)

0 nim też w swojej wielkiej nie zapomniał i Homer. Jakże sta­ rannie zebrane [...] świadectwa i znaki ludowej wiary, zarówno 1 ludowego zabobonu; tu msza, zapowiedź, spowiedź, kościelne dzwony, Ołtarzyk złoty, paciorki, szkaplerze i koronki, i krzyżyk, co matka dała; a tam góra Mendoga, kwiat paproć i car ziele, czarowe obrączki i zaklęcia węża. Jakież to ludowe powiązanie życia ludzkiego z życiem natury, zjawiska ducha z pianiem kurów, krakaniem wron, miganiem wilczych źrenic i skakaniem błędnych ogników; jakiż tu w ogóle umiejętnie dla fantastycznej akcji do ­ brany fantastyczny pejzaż, o którym Biirger ani pomyślał!”

To niewątpliwie nie tylko pięknie wyrażone, ale i trafne. I w tym ustępie jednak zaznacza się już to, co stanowiło naj­ większą słabość naszej krytyki romantycznej: skłonność do zaga- lopowywania się, do zanadto pośpiesznych i zanadto rozległych uogólnień. 1 te uwagi tracą znacznie na wartości wskutek zbyt pochopnego szafowania w nich wyrazem „w szystek” i podobnymi. Opuściłem je w powyższym cytacie umyślnie, chcąc uwydatnić trwałe wartości obserwacji Klaczki. Ale jemu nie dość powiedzieć, że w U cieczce mamy przegląd typowych figur z życia i baśni gminu: on powiada, że „wszystkich typowych figur”; nie dość powiedzieć, że znajdujemy tu świadectwa i znaki ludowej wiary i ludowego zabobonu: on upewnia, że „wszystkie świadectwa i znaki”. A w ogóle o objawach życia ludowego twierdzi, że objęte tu zostały nie tylko „w pełni”, ale i z „wyczerpaniem”, i to objęte „wszystkie i choćby najdrobniejsze”! Znakomity krytyk najoczywiściej przeskakuje tu po „dziesięć sążni j a r u ”, niczym koń w balladziet5.

T a skłonność do romantycznego galopu przejawiła się nie tylko w szczegółach studium. Tezą Klaczki jest znaczna wyższość artystyczna utworu Mickiewicza nad utworem Biirgera. Widzieliśmy, jaki jest wynik porównania ich scenerii. Podobne są wyniki innych porównań. U cieczka ma więcej kolorytu prymitywnego, jej fan­

tastyka jest dyskretniejsza (a daje „bez porównania” większe

15 S łu s z n ie te ż ze z n a czn y m i m o d y fik a cja m i p o w ta r z a p o c h w a ły K laczki dla b a lla d y S t. Z d z i a r s k i , P ie rw ia ste k lu d o w y w p o e z ji p o ls k ie j

(16)

wrażenie), stopniowanie nastroju jest w niej bardziej dramatyczne H, rozwiązanie jej w swoim skąpstwie stówa jest wymowniejsze od „bogatego, rozprowadzonego i potoczystego” zakończenia L e n o r y 17. Uktad i „pochód” U c ie c zk i jest urywany i „skokowy”, i pod tym względem pokrewny poezji ludowej, podczas gdy kompozycja Burgera ma charakter „opisowy, gładki i potoczysty”. Na uwagi te (z drobnymi tu i ówdzie zastrzeżeniami) można się zgodzić. Ale Klaczko doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że różnice szczegółów wtedy dopiero decydująco znaczą, kiedy są wyrazem różnicy między koncepcjami utworów. Otóż, jego zdaniem, naczelna różnica między U cieczką a Lenorą polega na tym, że atmosfera utw oru Burgera jest literacko niemiecka i protestancka, gdy atmosfera utworu Mickiewicza — ludowo polska i katolicka. Zaznacza się to, jego zdaniem, już w samym początku obydwu ballad:

16 „Za k a żd y m u p u s z c z e n ie m je d n e g o z e ś w ię ty c h z n a k ó w , koń jak g d y b y s ię z b y w a c ię ż a r u , który z n o w u całym sw y m o g r o m em sp ada na w y o b r a ź n ią czy te ln ik a ; za k ażdym s ię w r a ż e n ie p o w ię k s z a , w z r u s z e n ie p o m n a ż a , i z tym sa m y m s to p n io w a n ie m w z m a g a s i ę c o ra z b ardziej g w a łt o w n o ś ć c z y n ó w i s ł ó w ” (s. 166). — „ S to p n io w a n ie z g ro zy u B iirgera je s t w ię c e j k w a n ty ta ty w n y m n iż k w a lita ty w n y m , do str a s z n y c h sc e n , k tóre w y s ta w ił, m o ż n a s o b ie p rzyn ajm n iej p o m y ś le ć i w m y śli d o d a ć w ie le innych; w „ U c ie c z c e ” t o s to p n io w a n ie d o c h o d z i d o a p o g ii [sic], p o z a k tórą n ic już n ie ty lk o s tr a s z n ie js z e g o , a le nic n a w e t in n e g o zajść n ie j e s t w sta n ie; w s z y s tk o j e s t w y czerp a n y m , i g d y k r z y ż r z u c o n y , ju ż ty lk o r o z w ią z a n ie n a s tą p ić m o ż e i m u s i” (s . 168).

17 M ię d z y in n ym i p r z e c iw s ta w ia K la czk o jask raw ym z a b ieg o m sty liza c y jn y m B u r g e r a w z a k r e s ie w ie r s z a , z a b ie g o m , do k tórych n a leży s t o s o w a n ie o n o m a to p e i (trap , trap, trap; und horch! und horch! i t p ) , m ic k ie w ic z o w s k i „rytm i rym, który s i ę w c ią ż do k ażd ej sy tu a cji i d o naj­ d r o b n ie jsz y c h jej o d c ie n i n ajh arm on ijn iej n a g in a ”. R z e c z y w iś c ie rytm M ic k ie w ic z a s p ra w ia w r a ż e n ie i p r o sto ty , i zarazem b o g a c tw a (a w ię c i g ię t k o ś c i) . W y d o b y w a jed n a k M ic k ie w ic z tę e k s p r e s ję z tak z w y cz a jn e g o w ie r s z a jak o ś m io z g ło s k o w ie c — d r o g ą p r z ep la ta n ia w ie r s z y ak a ta le k ty czn y ch z k a ta le k ty c zn y m i i d r o g ą p rzep la ta n ia o d c z a s u d o c z a s u o ś m io z g ło s - k o w c ó w tr o c h e ic z n y c h (k tó r e o g r o m n ie p r z e w a ż a ją ) z n ie tro c h e ic z n y m i. O d m ia n y t e n ie m a ją o k r e ś lo n y c h fun kcji z n a c z e n io w y c h , a le stw a rza ją w o b r ę b ie p r o s t e g o m etru m w c a le zn a c zn ą r o z m a ito ś ć rytrhiczną. Juliusz K l e i n e r , w m o im p rzek o n a n iu , z b y t w ie lk ic h tu s ię kom p lik acji d o ­ p a tru je {M ic k ie w ic z , 11 1, s. 242 i n a s i.).

(17)

„Dziewczyna, która wśród powracającego »z brzękiem, dźwiękiem« z długiej wyprawy wojska, szuka na próżno swego ulubieńca i dzikimi słowami rozpaczy, w których Boga nielitościwym, modlitwę niepotrzebną, a św. Sakrament bezskutecznym nazywa, ściąga na siebie straszną niebios karę; taki jest punkt wyjścia w balladzie Burgera. Zupełnie on odmienny w U cieczce Mickie­ wicza. Skutkiem że to katolickiej myśli, oględniejszej nierównie w sądzeniu tajnych bożych wyroków, lub też naszego ludowego usposobienia, daleko mniej pochopnego do wywyższenia się i za­ przeczenia jak germański, albo też wreszcie głębszej może znajo­ mości prostego serca niewiasty w ogóle, rzadko kiedy się tak unoszącego, by aż bożego zaprzeczyć miłosierdzia; dość, że dziewczyna w naszej balladzie nigdzie tak wyraźnie i w takich wyrazach, tak świadomie i tak zapamiętale, choć w wybuchu rozpaczy przeciwko Bogu nie grzeszy i żadne jej słowo nie nosi piętna takiego bluźnierstwa” ( P o kło sie, 154).

No tak, to prawda: dziewczyna z U c ie c zk i nie bluźni. Ale wiemy, co dzieje się dalej. Otóż tu mamy sposobność do za­ obserwowania, co może w krytyce autosugestia. Klaczko widzi tylko jeden grzech dziewczyny z ballady mickiewiczowskiej: ten, że uciekła się do czarów. Przyznawszy go, zaraz go psychologicznie tłumaczy. Była namówiona przez „widmę”, była zgnębiona bólem, a na dobitkę udręczona przez natarczywe swaty księcia. Zapewne, z tym tłumaczeniem można się zgodzić. Ale na tym, zdaniem Klaczki, już i kończą się winy bohaterki. Bo wszystko, co na­ stępuje, to tylko konsekwencja czarów. Czary działają: wezwany się zjawia; trzeba za to odpokutować. I to odpowiada słowom ballady, ale już nie ze wszystkim. Bo:

P a n n a g r z e s z y — j e ź d z i e c ś p ie s z y , K lę to d u c h a — k l ą t w y słu c h a ;

Ale nic ballada nie mówi o tym, żeby Panna m u s i a ł a z k o c h a n k i e m j e c h a ć . On jej najwyraźniej daje do wyboru: zostać albo jechać i być z nim „na wieki”.

Klaczko zachwyca się tym, że „nasza panna nawet i w po­ spiesznej ucieczce, której żadne zastanowienie nie poprzedza, bierze z sobą Ołtarzyk złoty, i szkaplerz, i koronki, i krzyżyk,

(18)

co matka d a ł a ” (P o kło sie, 154), ale nie dostrzega bardziej chyba katolickiego od szkaplerzy i koronek aktu wolnego wyboru. Klaczko mówi o „zmorowej fascynacji”, o „magnetycznym po­ słuszeństw ie” (które nb. ma być „nierównie piękniejszym” od

zachowania się Lenory). Jakaż jednak podstawa do mówienia 0 „magnetyzmie”?! Kara za czary — to postawienie dziewczyny w obec konieczności wyboru. Ależ rzecz najważniejsza to to, jak ona tego w yboru dokonywa!

Swoistej koncepcji katolicyzmu przychodzi u Klaczki w pomoc sw oista koncepcja kobiecości. Bohaterka U c ie c zk i — czytamy

(P o kło sie, 157), — „grzeszy czynem, z którego sobie żadnej wcale

nie zdaje sp ra w y ” (mowa o czarach), a potem nie rozumiej „biedna!” „ni drogi, ni jazdy, ni ruchów, ni czynów, ni słów, ni rozkazów swego kochanka” (s. 167). „Ołtarzyk”, różaniec 1 inne „świadectwa wiary” dziewczyna nie rzuca, ale „upuszcza” (na „gniewny rozkaz”). Wątpliwa gloria z tej interpretacji i dla katolicyzmu, i dla kobiecości. (I pomyśleć, że Mickiewiczowi dostała się pochwała za to, iż „w żadnej sytuacji się patologicznie, jak Bürger, nie rozmiłował i nie rozpieści!”!). Wychodzi na to, że bohaterka U c ie c zk i idzie do piekła, ale nie z pełną świadomością i nie z powodu grzechów, których nie ma możności żałować, a tylko dlatego że zorientowanie się w tym, co się z nią dzieje, przewyższa jej zdolność pojmowania! Zaiste, ta postać dziewczyny, która się naprawdę wyłania z tekstu Mickiewicza, jest nierównie bardziej grzeszna, ale nierównie ciekawsza.

Można ją, naturalnie, porównywać z Lenorą Burgera, tak jak można porównywać ze sobą te dwie ballady, których są b o ­ haterkami. W wyniku będziemy musieli stwierdzić, że to są utwory o innych założeniach artystycznych; choć też wątki ich są po­ krewne, ich środki artystyczne są odrębne i odrębna jest wymowa każdego. Tak samo bohaterki. Panna z U c ie czki jest w swojej jednolitości bardziej posągowa; ale Lenora, ulegająca terrorowi p o tę p ie ń c a 18, potem coraz bardziej zaniepokojona, wreszcie w o­

18 B o w L en o rze m am y d o c z y n ie n ia z terrorem : Kom m , sc h ü rz e , sp rin g und s c h w in g e d ic h — au f m e in en R ap pen h in ter m ich! — M u ss heut' n o c h h u n d ert M e ile n — m it dir in s B r a u tb e tt e ile n .

(19)

łająca „Biada” i padająca z drżącym sercem, jest bardziej od niej ludzka (no i jednak bardziej chrześcijańska!).

Przykład ten jest pouczający. Klaczko był naprawdę wielkim krytykiem, wielkim w skali europejskiej. Croce w zakończeniu swojej książki o poezji Dantego, czyniąc przegląd prac pośw ię­ conych autorowi B o s k ie j K o m ed ii bardzo nieliczne tylko z nich wyróżnia jako prace przeniknięte prawdziwym zmysłem w artości artystycznej i problemu krytycznego. Wśród nich znajdują się

C auseries flo re n tin e s (1880) Klaczki19. I oto krytyk, który tak doskonale pisał o Dantem, zawiódł przy problemacie o ileż drobniejszym od problematów B o sk ie j K o m ed ii czy N ow ego ż y c ia , przy problemacie wcale krytyka wielkiej miary nie wymagającym, Przykład pouczający, jak niebezpieczne są wypadki, w których krytykowi się zdaje, że jego „ukontentowaniu estetycznem u” wyrównywa „patriotyczne” (tak właśnie Klaczko mówił o swoim

studium, P okłosie, s. 174).

Błąd jednak rzecz ludzka i długo mu się dziwić nie możemy. Co już trochę dziwniejsza, to to, że sądu Klaczki i jego założeń nikt właściwie dotąd nie zakwestionował, choć z innych względów Klaczkę krytykowano, nawet ostro. Chmielowski np. (w D z ie ja c h

k r y ty k i litera ckiej w Polsce, 1902, s. 247 i nast.) ganił jego

wielosłowność, jego ton dytyrambiczny, wyolbrzymianie znaczenia drobiazgów, mieszanie intencji patriotyczno - publicystycznych z krytycznymi; mimo to jednak twierdził, że wyższość Mickiewicza nad Bürgerem wykazał Klaczko w rozbiorze U c ie c zk i trafnie i z „niepospolitą bystrością”. K. Jarecki (w nekrologu Klaczki w P a m iętn iku L itera ckim , 1906) zarzucał rozbiorowi U c ie c z k i tylko wyolbrzymienie w niej roli „pierwiastków katolickiego kultu i ludowego ducha”. W sądzie ogólnym o naczelnym problemie poetyckim U c ie czki nie odchodzą też właściwie od stanowiska Klaczki i najnowsi monografiści ballady: M. Szyjkowski ( Upiór

19 ,,P iù in a lto di [...] la v o ri p r o v e n ien ti da lla filo lo g ia e d a lla sc u o la , è da porre c ió ch e di D an te s c r is s e un le tte r a to e p u b b lic is ta p o litic o , un p r o fu g o p o la c c o , il K laczko eo n acu ta p e n e tr a zio n e e fin e s e n s o d’a rte [...] N el le g g e r e q u elle p a g in e, in cui l’a r tista parla d e ll'a r tis ta e l’uo m o d e ll’uom o, ci si ritro v a in c o m p a g n ia di D a n te ” (B . C r o c e , L a p o e sia

(20)

w p o e z ji A . M ic k ie w ic za , „Przegląd Powszechny” t. 137, str. 77

i nast.) i J. Kleiner w swojej znakomitej „summie” (,M ickiew icz, 1948, t. II 1, s. 241 i nast.), choć obydwaj wzbogacają wiedzę 0 utworze bardzo ciekawymi obserwacjami nad jego kompozycją 1 stylem. — W sprawie głównej zdanie Klaczki dotąd panuje. Taka jest czasem siła sugestii wielkiego krytyka, nawet kiedy błądzi.

W jakim czasie U cieczka powstała? Zastanawiali się nad tym Uczni badacze. Wedle jednych (np. Chmielowskiego, M. Szyj- kowskiego, T. Cieszewskiego) była napisana jeszcze w okresie wileńskim twórczości poety. Naturalnie, podobieństwa pewnych szczegółów z wczesnymi balladami łatwo wskazać (car - ziele ze

S w ite z i, duch kochanka z R o m a n ty c zn o śc i, końcowe zapadnięcie

się pod ziemię w L ilia ch itd ). Ale gdzież w B a lla d a ch i ro­

m a n sa c h wileńskich bohaterka o sile indywidualności na miarę

Panny z U c ie c zk i? Nawet Gustaw z I V cz. D zia d ó w (istność nie bardzo wiadomo z jakiego świata) nie może się z nią mierzyć. Klaczko znowu ( P o kło sie, 152) skłonny był widzieć w U cieczce »pierwszy bezwiedny symptom głębszego religijnego kierunku" w „psychologicznym i poetycznym” rozwoju Mickiewicza ( U cieczka była po raz pierwszy drukowana w r. 1832 — a więc w tym samym co K się g i N a ro d u i P ielg rzym stw a ). Ale ta interpretacja wiąże się z dość dziwnym, jakeśmy widzieli, pojmowaniem religijności przez Klaczkę. Inni krytycy (Tretiak, Mazanowski, Biegieleisen, Bruch- nalski, Kleiner) określali balladę jako „utwór epoki późniejszej” (tj. mniej więcej lat 1 8 3 0 -3 1 ) — bądź na podstawie świadectw (czy braku świadectw) zewnętrznych, bądź też na podstawie pewnych obserwacji estety c zn y ch 20.

20 T a k np. B r u c h n a l s k i (K o m en ta rz d o d z ie ł p o e ty w w yd . T. L. im . M ic k ie w ic z a , U s . 5 6 0 ), u w y d a tn iw s z y , ż e „ z a k o ń c z e n ie U cieczki o d b ie g a o d b a śn i g m in n y c h n ie ty lk o p o lsk ic h , a le i in n ych n a r o d ó w ”, dod aje: „W k a żd y m r a z ie w s w o im e p ilo g u s t o i p o e ta p o lsk i w y żej od

BUrgera i Ż u k o w s k ie g o , n ie m a tu b o w ie m ani o w y c h zszarzałych

a o k r o p n y ch s c e n b a lla d o w y c h jak: tr u p ó w i s z k ie le t ó w w yjących i ta ń ­ cz ą c y c h , p r z ed e w s z y s tk im z a ś n ie m a ani „ n a b o żn eg o p o u cz e n ia , ani w s k a z ó w k i m o r a liz a to r s k ie j', w których o s ta te c z n ie r o zp ły w a s i ę Lenora i r o s y js k ie jej n a ś la d o w n ic tw o L u d m iła . T e n o sta tn i s z c z e g ó ł b yłb y jednym

(21)

Kiedy ballada została napisana w sensie „materialnym”, tego naprawdę na podstawie wiadomości, jakie dziś mamy, ściśle określić się nie da. Ale to mniej ważna sprawa. Kiedykolwiek jednak U cieczka powstała, bohaterka jej jest niewątpliwie duchowo spokrewniona z innymi straceńcami mickiewiczowskimi: tryum ­ fującym Farysem i tragicznym Wallenrodem.

Cytaty

Powiązane dokumenty

Zwracając się do wszystkich, Ojciec Święty raz jeszcze powtarza słowa Chrystusa: „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by

Jeśli któreś z ćwiczeń jest za trudne- pomiń je, ale postaraj się przyjrzeć mu się dokładnie i zapamiętać technikę jego wykonania.. Po powrocie do szkoły możemy

Z opisów dowiecie się lub przypomnicie sobie, co symbolizują poszczególne składniki umieszczane w koszyczku wielkanocnym.. To

Urzą- dzamy kilka imprez w ciągu roku, odbywają się tu zgrupowania ze- społów PZKO, m.in.. Organizujemy popular- ne imprezy dla dzieci z noclegiem,

Paneloux nie jest postacią negatywną, pisarz nie krytykuje jego wiary, dzięki niej duchowny może pogodzić się ze śmiercią.. Nie wykluczone też, że ją przyspiesza,

Następnie komen- tuje (w formule, która pojawia się także w analogicznych raportach za rok 1953 i 1955; mamy zatem do czynienia z rodzajem szablonu sprawozdawczego): 1) pro-

Ważniejsze opracowania: Metodyka w okruchach (1994), Podstawy diagnostyki technicznej (1994), Diagnozowanie silnika wysokoprężnego (1995), Diagnostyka techniczna elektrycznych

Zdaniem audytora, mimo że kontrola zarządcza w badanym obszarze jest prawidłowa, to wymaga korekty formalnej aktów, regulujących tę materię poprzez wydanie nowego