• Nie Znaleziono Wyników

(Nie)zapomniany czar arcydzieł : Anonim, Barańczak, Camus...

N/A
N/A
Protected

Academic year: 2022

Share "(Nie)zapomniany czar arcydzieł : Anonim, Barańczak, Camus..."

Copied!
272
0
0

Pełen tekst

(1)
(2)
(3)

Przyjaciołom domowym i dalekim

czar arcydzieł

(4)
(5)

Kk

(Nie)zapomniany czar arcydzieł

Anonim, Barańczak, Camus…

Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego Katowice 2019

(6)

Recenzent

Wiesław Rzońca

(7)

Recenzent

Wiesław Rzońca

Przedsłowie 7

„Arma virumque cano…”

1

Niepowtarzalny urok pierwszych zdań arcydzieł Potocki (Jan), Ballard, Camus, Nabokov, Tołstoj (Lew)

17

W kręgu sensacji niekoniecznie literackich 18

C

Zachwyt zaledwie powściągliwy 24

C

Alchemia pierwszych zdań 25

C

Na tatrzańskim szlaku ku łacinie 32

C

Nabokov nicuje Tołstoja 38

Wyrwane z kontekstu

2

O obyczaju nadawania nowych znaczeń zaledwie fragmentom cudzych myśli Rekonesans nieco obszerniejszy

43

Habent sua fata libelli – tyle się ostało z pełnego heksametru Terentianusa Maurusa? 48

C

Verba volant, scripta manent – średniowieczna parafraza drugiej połowy ostatniego z sześciu heksametrów zdania Horacego 54

C

Vis comica – nowy sens i pojęcie jako skutek błędnego odczytania 55

C

Inter arma silent musae – kto wmówił (dopisał) „Muzy” Plutarchowi lub Cyceronowi? 57

C

„Polacy nie gęsi”, „żołnierz, poeta, czasu kurz”… 59

C

Historia magistra vitae – Cyceron zapisał znacznie rozleglej 61

Afraniusz i Pedan – mistrzowie niesubordynacji

3

Bułhakow versus Feuchtwanger 64

Pozorne nieposłuszeństwo komendanta tajnej służby Afraniusza 68

C

Centurion Pedan – dokładny, a jednak nie pedantyczny 78

Czy w inwokacji Pana Tadeusza Mickiewicz użył rymów częstochowskich?

4

Kilka dopowiedzeń z klamrą liryczną w tle 86

Czy w inwokacji Pana Tadeusza Mickiewicz użył rymów częstochowskich? 87

C

Kilka

dopowiedzeń z klamrą liryczną w tle 101

(8)

Funkcje motywu homeryckiego w Górach o zmierzchu Krzysztofa Zanussiego Film – scenariusz – nowela filmowa

Trzy warianty jednej sceny i ich konsekwencje interpretacyjne 109

Niezwykłość problemu 111

C

Objaśnienie tytułu i aspektu problematyki 112

C

Geneza

pomysłu 112

C

Kolejność referowania zagadnień 113

C

Uzasadnienie wyboru strategii 113

C

Trzy warianty jednej sceny 114

C

Dygresja o wartości wyboru przywołanego motywu homeryckiego 121

C

Wnioski końcowe 121

Retoryka pisania o Zemście Aleksandra Fredry

6

z uwzględnieniem kategorii odbiorcy 123

Kilka uwag o Zemście Aleksandra Fredry 124

C

Kilka kontekstów 132 Wśród wartości zapoznanych ze szczętem

7

O powieści Bogactwo Wandy Miłaszewskiej

138

Ślady tradycji trzynastozgłoskowca

8

w tomiku Chwila Wisławy Szymborskiej 159

W stronę romantyzmu 161

C

Trzynastozgłoskowiec jawny i ukryty w wierszach z  tomiku Chwila 165

C

Ku tomikom kolejnym: trzynastozgłoskowiec w Dwukropku, Tutaj i Wystarczy 170

C

Ku konkluzjom (wstępnym) 177

Romantyczne konteksty ludowej śpiewki Kamień na kamieniu…,

9

czyli o pożytkach płynących z lektury cudzych listów Z arcydziełem Wiesława Myśliwskiego w tle

180

Kontekst oświeceniowy i biblijny 185

C

Arcydzieło Wiesława Myśliwskiego i deklaracja folklorystycznej inspiracji 189

C

Kontekst romantyczny 200

Sonet nie umiera nigdy

10

Barańczak i Kijonka wśród odnowicieli gatunku o blisko osiemsetletniej tradycji

204

Nota bibliograficzna 231

C

Bibliografia 235

C

Indeks nazwisk 253

C

Summary 265

(9)

Omnes viae Romam ducunt.

M iasto, Wieczne Miasto (Roma Aeterna), metropolia, megalopolis – Rzym jest jeden. Jak od wieków przekazuje nam anonimowa mądrość, „wszystkie drogi prowadzą” tam właśnie. Podobnie anonimowej proweniencji jest bon mot dotyczący Rzymu Ab Urbe condita („Od założenia Miasta”), który dla uwiecz­

nienia siebie i tegoż umieścił w tytule monumentalnego dzieła, niezachowanego niestety w całości do naszych czasów, dziejopis z Padwy Tytus Liwiusz Ab Urbe condita libri CXLII (erudycyjny opis doprowadził do roku 9 p.n.e.).

Wybitny i popularny, co nie jest częste w obrębie humanistyki, urodzony w Australii amerykański krytyk sztuki, Robert Hughes, związany z tygodnikiem

„Time”, w błyskotliwej i pełnej intrygujących dygresji monografii stolicy Cesar­

stwa, a właściwie starożytnego świata („głowa świata” – caput mundi), poszu­

kując „najważniejszej budowli” wzniesionej za panowania Oktawiana Augusta, konstatuje – z pewnym zaskoczeniem dla samego siebie:

[…] najwspanialszą budowlą Rzymu nie był ani wielki gmach, ani pomnik, lecz rzecz bardzo przyziemna i w formie całkowicie pozioma, a przeto, przynajmniej z oddali, dość trudna do zauważenia, a na pewno niewidoczna i bardzo trudna do wyobrażenia sobie w całości. To jej przez stulecia oddawali większość sił rzymscy geodeci, inżynierowie, robotnicy, kamieniarze i niewolnicy i to ona umożliwiła rozrost i zarządzanie naj­

większym imperium, jakie znał świat. Chodzi o niezmiernie rozgałęzioną sieć dróg, bez której imperium rzymskie nie mogłoby istnieć. Źródła podają bardzo różne szacunki jej łącznej długości, zależnie od tego, ile uwzględnia się dróg drugorzędnych i innych. Ale nie było to pewno mniej niż 80 000 kilometrów, a zapewne aż 100 000 lub nawet 120 000; trzeba też

(10)

pamiętać o wielu mostach przerzuconych nad rwącymi rzekami, groblach przez mokradła i tunelach przebitych przez skaliste góry. Rzymskie drogi to niebywałe osiągnięcie geodezyjne, planistyczne i budowlane, a przecież Rzymianie nie mieli buldożerów, walców drogowych ani materiałów wybuchowych – tylko ręczne narzędzia i mięśnie1.

Zestawiony z tym współczesnym peanem na cześć inżynieryjnych dokonań starożytnych mizernie wybrzmiewa nasz oryginalny wkład w kulturę świato­

wą, w propagowanie wielkości, istotności Rzymu, niezapomniana skrzydlata fraza z ballady Pani Twardowska, wyjęta z romantycznego poetyckiego debiutu Adama Mickiewicza: „Ta karczma Rzym się nazywa”2. W podobnie złym świetle ukazuje nas satyryczna przestroga przed Wiecznym Miastem z poematu dygre­

syjnego Beniowski Juliusza Słowackiego: „O! P o l s k o! jeśli ty masz z o s t a ć m ł o d ą / I taką jak ta być, co dzisiaj żyje?! / […] Krzyż twym papieżem jest – twa zguba w Rzymie!”3. Z kolei Zygmunt Krasiński w liryku o incipicie

„To miasto wiecznym, w tych grobach jest życie…”, chociaż dostrzega na wstępie jeden z interesujących nas tu motywów, to w zakończeniach obu tworzących utwór zdań ujawnia, że najbardziej interesuje go własna sława:

To miasto wiecznym, w tych grobach jest życie, Które pod ziemią spokojnie i skrycie

Krąży krwią wieków i serce spokoi, A może czoło w laur wieków ustroi.

Może ktoś kiedyś na jednym z tych wzgórzów, Wśród prochu bogów i gruzu podmurzów,

1 R. Hughes: Rzym. Przeł. W. Jeżowski. Warszawa 2011, s. 98–99. Za zwrócenie uwagi na tę monografię, której lektura zaowocowała w rozdziale 10 Sonet nie umiera nigdy… za­

kotwiczeniem rozważań o tym, kto był darczyńcą willi dla Horacego (cezar August czy Mecenas?) oraz odkryciem setek ekscentrycznych i obscenicznych sonetów, pisanych w XIX wieku w gwarze Zatybrza (romanesco) przez Giuseppego Gioacchina Bellego (wcześniej o nim nie słyszałem), nadto rozkwitła dygresją o językowej inwencji włoskich futurystów na marginesie propagowania nowych gatunków literackich (M. Piechota: Poetycka „klapsznita”, czyli paralimeryczny „sandwich” dla nie-Ślązaka. „Śląsk” 2015, nr 8 (237), s. 30–32) – winien jestem wdzięczność Michałowi Tasarkowi.

2 A. Mickiewicz: Dzieła. Wydanie Rocznicowe 1798–1998. T. 1: Wiersze. Oprac. C. Zgo­

rzelski. Warszawa 1993, s. 95.

3 J. Słowacki: Beniowski. Poemat z roku 1841 i dalsze pieśni. Nowe wydanie krytyczne.

Oprac. J. Brzozowski, Z. Przychodniak. Poznań 2014, s. 11–12, w. 225, 240. Wcześniej Mickiewicz w wierszu Do Joachima Lelewela. Z okoliczności rozpoczęcia kursu historii po- wszechnej w Uniwersytecie Wileńskim, dnia 9 stycznia 1822 r. wyraził się dosadnie: „Rzym pastwi się nad światem” (A. Mickiewicz: Wiersze…, s. 146).

(11)

Gdzie róż i bluszczów powiązane zwoje, Bluszcz gdy odchyli, znajdzie imię moje!4.

Zapewne nie wszystkim spodoba się wiernopoddańcza „Apostrofa do papieża Piusa IX, dla którego poeta żywił specyficzny kult, napisana prawdopodobnie w czerwcu 1861 r. pod wrażeniem listu «apostolskiego» z 27 III 1861 r., w którym Pius IX podziękował Norwidowi za jego skromne «świętopietrze»”5, mianowicie pięć kunsztownych, numerowanych, sześciowersowych, jednak nie będących sekstynami, strof Do władcy Rzymu6.

Oczywiście, to tendencyjnie dobrany i naświetlony zestaw cytatów, wyimków z dzieł, adresów wierszy naszych wielkich dziewiętnastowiecznych twórców.

Wystarczy jednak zajrzeć do równie znakomitej jak monumentalnej książki Andrzeja Litworni Rzym Mickiewicza7 (kilkadziesiąt poważnych problemów, kilkaset szczegółowych zagadnień w czterech rozdziałach i dwunastu pod­

rozdziałach!), by nabrać szacunku dla jakże wielostronnych i skomplikowa­

nych relacji poety z Wiecznym Miastem. Gdy z kolei przyjrzymy się bliżej bal ­ ladzie Pani Twardowska, bo jak głosi mądrość ludowa, „diabeł – niekoniecznie Mefistofeles – tkwi w szczegółach”, skonstatujemy, że badaczy tego ogniwa Bal lad i romansów, poczynając od dziewiętnastowiecznego – Lucjana Tomasza Rycharskiego, przez bliższych naszym czasom – Juliusza Kleinera, Czesława Zgorzelskiego i Jeana­Charles’a Gille­Maisaniego, aż po najbliższego – Jarosława Ławskiego, interesują jedynie: „wesołość i żywość akcji komicznej”8, spojrzenie

„okiem sarmackiego facecjonisty”, próba „sił Twardowskiego i diabła w kar­

czmie”, „towarzysze pijatyki Twardowskiego”, „humor”, karczma, w której „jedzą, piją, lulki palą”, Twardowski i Mefistofeles jako „postaci niezwykłe”, anegdota

„o Mefistofelesie czmychającym przed panią Twardowską”, tendencja żartobliwa utworu, oraz – już we wnioskach – ponownie żartobliwość9, odmienność tej

4 Z. Krasiński: Dzieła literackie. T. 1. Wybrał, notami i uwagami opatrzył P. Hertz.

Warszawa 1973, s. 58. O „ruchu krwi” podkreślanym w tym wierszu „przez instrumentację głoskową”, która „w dźwiękowych powtórzeniach i nawrotach wydaje się nie mieć końca”, interesująco pisze Maciej Szargot; zob. M. Szargot: „Ziemia rozdziału – niebo połączenia”.

O liryce Zygmunta Krasińskiego. Katowice 2000, s. 102.

5 J.W. Gomulicki: Metryki i objaśnienia. W: C. Norwid: Pisma wszystkie. Zebrał, tekst ustalił, wstępem i uwagami krytycznymi opatrzył J.W. Gomulicki. T. 2: Wiersze. Cz. 2.

Warszawa 1971, s. 369.

6 J.W. Gomulicki: Metryki i objaśnienia. W: C. Norwid: Pisma wszystkie. Zebrał, tekst ustalił, wstępem i uwagami krytycznymi opatrzył J.W. Gomulicki. T. 1: Wiersze. Cz. 1. War­

szawa 1971, s. 342–343.

7 A. Litwornia: Rzym Mickiewicza. Poeta nad Tybrem 1829–1831. Warszawa 2005.

8 L.T. Rycharski: Literatura polska w historyczno-krytycznym zarysie. Podług gruntow- nych badań. T. 2. Kraków 1868, s. 129.

9 C. Zgorzelski: O sztuce poetyckiej Mickiewicza. Próby zbliżeń i uogólnień. Warszawa 1976, s. 78, 82, 84, 116, 142, 143, 146, 198–199, 228.

(12)

ballady, gdyż „mówi się o niej w tonie satyrycznym, zupełnie odbiegającym od nastroju pozostałych utworów”10, wreszcie wyeksponowanie humorystycznej ballady, wzorowanej na Schillerze, a pominięcie wierszy programowych w pub­

likacji „Wandy. Tygodnika Polskiego” (1822)11. Nikt jednak dotąd nie zwrócił uwagi na to, że lokalnie, w tej części Europy porzekadło uniwersalne zostało przekształcone w bliższe zaściankowi: „wszystkie drogi prowadzą do karczmy”

– nikt nie zauważył, bo nie zostało to wyrażone expressis verbis.

Uważny Czytelnik spostrzegł zapewne, że zabrakło w poprzednim akapicie opinii wymienionego niemal na samym początku Kleinera, ale też jego podej­

ściu do interesującej nas tu kwestii wypada poświęcić odrębny akapit. O Pani Twardowskiej w imponującej rozmiarami monografii znalazły się zaledwie cztery uwagi. Po pierwsze i drugie, w tekście głównym, gdy porzuca rozbudowane konteksty Świtezi i przechodzi do tej właśnie ballady, Kleiner pisze: „Za to już nie igraszka, lecz zabawa szeroka, nie uśmieszek, ale śmiech niepowstrzymany włada w Pani Twardowskiej”12 i przywołuje dalej kontekst wyzyskiwania przez Krasickiego fantastyki w Myszeidos: „jak tam ośmieszanie cudu tchnie duchem Voltaire’a, tak tutaj powiedzenie: «Ta karczma Rzym się nazywa»”13. Zdanie to opatruje ważnym przypisem: „W redakcji pierwotnej było jeszcze inne ukłucie pod adresem Kościoła: nie szewcowi wytacza Twardowski ze łba wódkę gdańską, ale – księdzu”14. Po trzecie, na tej samej stronie, Kleiner konstatuje: „Rękawiczka [o podtytule Powiastka. (Z Szyllera) – M.P.] zaś nie darmo sąsiaduje w zbiorze ballad z Panią Twardowską”15. Wreszcie w Przeglądzie treści spostrzegam, cie­

szące oko badacza twórczości Słowackiego, sformułowanie: „Pani Twardowska groteską w duchu w. XVIII”16 (jest, co prawda, „w duchu”, a nie „z Ducha”, słyszy­

my jednak niekiedy to, co chcemy usłyszeć). Z dotychczasowej, pobieżnej analizy wynika, że zarówno dla najwybitniejszych dziewiętnastowiecznych naszych

10 J.­J. Charles­Maisani: Adam Mickiewicz. Studium psychologiczne. Od dzieciństwa do

„Dziadów” części trzeciej. Przeł. A. Kuryś, K. Marczewska. Warszawa 1996, s. 210, przyp. 15;

na s. 314 autor wspomina jeszcze wśród motywów z życia osobistego poety „diabelskie historie opowiadane w żartobliwej formie”.

11 J. Ławski: Wojna ody z balladą. Przypadek Adama Mickiewicza. W: Romantyczne repetycje i powroty. Red. A. Czajkowska, A. Żywiołek. Częstochowa 2011, s. 167.

12 J. Kleiner: Mickiewicz. T. 1: Dzieje Gustawa. Wyd. popr. Konsultacja naukowa C. Zgorzelski. Lublin 1995 [wyd. 1 – Lwów 1934; wyd. 2 – Lublin 1948], s. 315.

13 Tamże.

14 Tamże. Zbliża się więc Mickiewicz w wersji złagodzonej do inspiracji folklorystycznej:

„Pije jak szewc” (Księga przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich. Wybór i oprac. S. Adalberg. Warszawa 1889–1894, s. 387; jak podaje paremiograf, przysłowie pochodzi z rękopisu Jacka Idziego Przybylskiego, żyjącego w latach 1756–1819).

15 Tamże, s. 315.

16 Tamże, s. 609.

(13)

twórców, jak i dla znakomitych badaczy ich dorobku na przestrzeni ostatnich dwóch wieków Rzym staje się w przeważającej mierze synonimem Kościoła.

Gdy przyjrzymy się z kolei bliżej przytoczonemu tu fragmentowi oktawy, wy­

jętemu z Pieśni I Beniowskiego (w. 225–226, 240), w edycji Aliny Kowalczykowej w serii „Biblioteka Narodowa”, zauważymy, że wers 240 („Krzyż twym Papieżem jest – twa zguba w Rzymie!”) opatrzony został obszernym komentarzem:

Od czasu słynnej bulli Grzegorza XVI, w której po upadku powsta­

nia listopadowego nakazywał Polakom posłuszeństwo wobec cara, gdyż

„uległość władzom od Boga ustanowionym jest prawem niezbędnym, od którego nikt się wyłamać nie może”, Słowacki wielekroć dawał wyraz niechęci do Rzymu. Por. np. scenę wizyty u papieża w Kordianie, maka­

bryczną postać papieża w Poema Piasta Dantyszka, szydercze przedsta­

wienie postaci św. Gwalberta w Lilli Wenedzie17.

Wers 225 („O! Polsko! jeśli ty masz zostać młodą […]” – widzimy tu inny zapis w zakresie wyróżnień niż w wydaniu opracowanym przez Brzozowskiego i Przychodniaka) otrzymał lakoniczne objaśnienie i odsyłacz: „dotyczy kręgu

«Młodej Polski»; zob. Wstęp, s. L.”18. Jakoż przenosimy się ochoczo do rzeczonej strony Wstępu Kowalczykowej i widzimy obszerne omówienie interesującego nas wersu jako szczegółu w obrębie większej całości:

W Kościół uderza już pierwsza wielka, polemiczna dygresja (I 216–

266). […] Słowackiego, zawsze swobodnie interpretującego prawdy wia­

ry i praktykującego nie nazbyt skrupulatnie, szczególnie raził religijny sztafaż, połączony z wprzęganiem spraw wiary w personalne rozgrywki.

[…] Wtrącanie w ten kontekst Mickiewicza i czepiających się wieszcza

„jezuitów” uzasadnia sens i potrzebę wystąpienia przed Polakami nowego poety, obrońcy dawnych i czystych wartości19.

Rozbudowana, starannie uargumentowana całość, z której przywołałem tu tylko drobne wyimki, eksponuje antyklerykalizm Słowackiego wynikający z troski o przyszłość Polski. Nasze problemy partykularne, parafialne – chciałoby się powiedzieć – zyskały wymiar uniwersalny. Czy słusznie?

Oczywiście, w dorobku Słowackiego widzimy też przejmujące świadectwo doświadczenia widoku Rzymu, w pisanym dantejską tercyną niewielkim wier­

szu o lakonicznym tytule Rzym właśnie, wierszu zaliczanym przez Czesława

17 J. Słowacki: Beniowski. Poema. Oprac. A. Kowalczykowa. Wyd. 4, zmienione.

Wrocław–Warszawa–Kraków 1996, s. 13.

18 Tamże, s. 12.

19 Tamże, s. XLIX–LI.

(14)

Zgorzelskiego „do grupy utworów najpełniej romantycznych, takich jak Roz- łączenie, Rzym, Sumienie, Hymn («Smutno mi, Boże!…»)”20. Jeśli wolno snuć tego rodzaju paralele ponad epokami, widziałbym tu raczej kontynuację tej linii, którą rozpoczął na naszym gruncie Mikołaj Sęp­Szarzyński wierszem Epitafium Rzymowi21. Nawiasem mówiąc, nasi wielcy dziewiętnastowieczni twórcy bywali wielokrotnie, pomieszkiwali (dłużej lub krócej) w Rzymie, kolebce artystów, wszystkich drogi tam wiodły.

Wróćmy jednak do inspiracji dziełem Hughesa. Konieczne będzie nieco obszerniejsze przytoczenie opisu technologii wznoszenia nowych budowli z wy­

korzystaniem starych (ale jakże okazałych!) elementów:

Pierwszy kościół św. Piotra – który w XVI wieku zburzono, aby stop­

niowo zastąpić go ogromną bazyliką – został wzniesiony z budulca po­

zyskanego ze zniszczonych antycznych budowli. Te ponownie użyte ele­

menty nazywano spolia, „zdobyczami” albo „pozostałościami”. Od IV do XIII wieku budownictwo, korzystające z odzyskiwanych i restaurowanych fragmentów starożytnych budowli, było największą branżą rzemieślniczą w mieście. Średniowieczny Rzym nie powstał na miejscu starożytnego, lecz całkiem dosłownie został zbudowany z jego pozostałości. Budo­

wa pierwszej bazyliki św. Piotra była najważniejszym przykładem tego procesu, ale w średniowiecznym Rzymie ponad dwadzieścia dużych kościołów – S. Maria in Trastevere i SS. Cosma e Damiano to tylko dwa z nich – zbudowano wokół zachowanych rzymskich kolumnad. Dwa największe powstały za czasów Konstantyna: katedra S. Giovanni in La­

terano i pierwsza bazylika św. Piotra. W katedrze S. Giovanni są cztery rzędy kolumn pochodzących ze spolia: około czterdziestu dziewięcio­

metrowych, granitowych, w nawie głównej i czterdzieści dwie znacznie niższe z marmuru verde antico z Tesalii, rozdzielające nawy boczne. Choć z pierwszej bazyliki św. Piotra nic się nie zachowało, wiadomo, że jej czterdzieści cztery główne kolumny pochodziły z antycznych budowli i wykonane były z szarego i czerwonego granitu oraz z cipollino i innych gatunków marmuru22.

20 C. Zgorzelski: Liryka w pełni romantyczna. Studia i szkice o wierszach Słowackiego.

Warszawa 1981, s. 111. O randze tego wiersza najlepiej świadczy w monografii Zgorzelskiego to, że rozliczne ilustracje doniosłości zastosowanych w utworze poetyckich rozwiązań znaj­

dujemy na blisko dwudziestu stronach. (Miałem przyjemność i zaszczyt recenzować ten tom na życzenie Profesor Zofii Stefanowskiej, w „Pamiętniku Literackim” 1983, s. 332–343).

21 M. Sęp­Szarzyński: Rytmy abo wiersze polskie. Oprac. i wstęp J. Sokołowska.

Warszawa 1957, s. 74.

22 R. Hughes: Rzym…, s. 171. Mickiewiczolog nie może przejść obojętnie obok zdania zawierającego sformułowanie „czterdzieści cztery”, choćby dotyczyło ono zaledwie liczby kolumn. Już w tym miejscu zachęcam także Czytelnika do rzutu oka na opis Nicolasa Grimala

(15)

Od zawsze interesowały mnie dawne fragmenty, drobne artefakty, choćby to były urywki zdań, pojedyncze słowa, niekoniecznie granitowe lub marmurowe wielobarwne kolumny, okazałe spolia. Interesowało mnie, skąd pochodziły, jaką uprzednio tworzyły całość. Co współtworzyły.

Po pożarze (spaleniu?) Rzymu Neron zabrał się do wznoszenia gigantyczne­

go Złotego Domu (Domus Aurea), o którego ogromie najlepiej świadczą dwa elementy: posąg cesarza, postawiony w przedsionku, wznosił się na trzydzieści pięć metrów (Statua Wolności w Stanach Zjednoczonych mierzy tylko około dziesięć metrów więcej), kolumnowa arkada za pomnikiem miała milę, czyli półtora kilometra długości23. W XVI wieku ówcześni poszukiwacze skarbów24 przekopali się przez łaźnie do piwnic pałacowych, zamieszkiwanych w czasach starożytnej świetności przez usługujących cesarzowi, pewnie niewolników:

Odkryte wtedy fragmenty lekkich, wesołych malowideł ściennych nazwano grotteschi, „groteskami”, ponieważ zostały znalezione w „gro­

tach” (czyli podziemiach). Przez dwa stulecia wywierały one wpływ na europejską sztukę zdobniczą […]. Znanym wielbicielem malowideł ze Złotego Domu był Rafael, który zachwycał się nimi i je kopiował. […]

Rafael wykorzystał motywy z grotteschi w swoich dekoracjach w Loggiach Watykańskich (1517–1519). Były one dlań niewyczerpanym źródłem po­

mysłów – toteż późniejsi papieże, jak figlarnie zauważyli historycy sztuki Mary Beard i John Henderson, musieli przechadzać się po wnętrzach będących w gruncie rzeczy kopiami mieszkań służby Nerona25.

Nie możemy sobie nawet wyobrażać, jak wyglądało malarstwo, zdobienia i inne dzieła sztuki przeznaczone dla cesarza i jego gości, u których miały wzbu­

dzać podziw i zazdrość. Pół biedy, gdy choć coś się zachowało, ale cóż poradzić w takiej sytuacji, jaką przedstawia słynna scena z Rzymu Federico Felliniego (1972): ekipa filmowa pospiesznie udaje się na plac budowy rzymskiego metra (gdy oglądałem ten film po raz pierwszy, w katowickim kinie studyjnym „Świa­

towid”, słowo to zasadniczo jeszcze się nie odmieniało, podobnie jak „radio”), schodzi do drążonego pod miastem tunelu, by oglądać znakomicie zachowane freski zdobiące zasobne starożytne domostwo. Estetyczną kontemplację prze­

rywa nagłe i dramatyczne, bo bezpowrotne, niknięcie bezcennych malowideł,

budowy piramidy Chefrena w rozdziale 9 Romantyczne konteksty ludowej śpiewki „Kamień na kamieniu…”.

23 R. Hughes: Rzym…, s. 110.

24 W Rzymie przez całe wieki prosperowały „rodziny”, „klany” (Hughes nie posługuje się słowem „mafia”) eksploatujące pałace i całe dzielnice, jakby to były odziedziczone po przodkach kamieniołomy i składy materiałów budowlanych.

25 R. Hughes: Rzym…, s. 110–111.

(16)

opatrzone komentarzem: „Świeże powietrze niszczy freski!”26. Podobnie z lite­

raturą, która też podlega destrukcji. Część arcydzieł przepada, z części sami rezygnujemy. O ileż moglibyśmy być mądrzejsi, a może nawet lepsi, gdybyśmy mogli (chcieli?) formułować sądy na podstawie oglądu większych całości, gdy­

byśmy się nie ograniczali do zachwytu nad niewielkimi fragmentami. Może też nabralibyśmy nieco większego szacunku dla poprzedników.

Wiem dobrze, że formuła „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu” jest znacz­

nym uproszczeniem i koreluje bardziej z pierwszymi rozdziałami tej książki, mniej z kolejnymi. Traktuję ją tu jako drogowskaz, ślad zakorzenienia arcydzieł i dzieł pomniejszych w kulturze klasycznej (bardziej rzymskiej niż hellenistycz­

nej). Widzimy jednak to, co jesteśmy w stanie zobaczyć. Gdybym wytrwał dłużej niż jeden semestr na lektoracie z języka greckiego, pewnie byłbym w stanie wprowadzić korektę do lejtmotywu tego Przedsłowia: „wszystkie drogi prowa­

dzą do Rzymu, aliści niektóre do Aten”, a jednak i ta wersja byłaby znacznym uproszczeniem, gdyż tropienie motywów homeryckich w Górach o zmierzchu (zob. rozdz. 5.) uwrażliwiło mnie na to, że w wersji arcydzieł Homera, które dotarły do naszych czasów, znikomy udział mają Ateny, znacznie większy zhel­

lenizowana Aleksandria.

Wybór prezentowanych tu studiów ma „charakter czysto zawodowy, tzn. su­

biektywny”, jak pisał Kornel Filipowicz do Wisławy Szymborskiej o jej siedmiu wierszach u schyłku 1975 roku27. W większości z tych opracowań, powstałych zasadniczo poza głównym nurtem mych naukowych dociekań, pojawia się prze­

brzmiałe dziś już nieco słówko „arcydzieło”. Nie podzielam pesymistycznego spojrzenia na rozwój literatury, przekonania o jej zanikaniu, a przynajmniej o zanikaniu jej arcydzielności. Posłużę się tu nietypowym przykładem, ponie­

waż potraktuję tekst wewnętrznej recenzji wydawniczej na równi z publikacją.

Uzurpuję sobie to prawo, bez autoryzacji recenzenta, przede wszystkim wskutek przeświadczenia płynącego z praktyki pełnienia funkcji redaktora serii „Historia

26 Jest przekleństwem romantologa Polaka, że – wskutek tzw. historycznych zaszłości – musi się tłumaczyć światu i rodakom z odczuć internacjonalistycznych, z lamentu nad utratą dziedzictwa kultury globalnej; czytam relację Aleksandra Nawareckiego z pobytu wielkich romantyków polskich w Rzymie i Neapolu (zwłaszcza na Wezuwiuszu), czytam jego omó­

wienie cech narratora poematu Zygmunta Krasińskiego Trzy myśli pozostałe po śp. Henryku Ligenzie, który „czuje […] instynktowną niechęć do piękna przyrody, jak i do zabytków na­

trętnie reklamowanych przez przewodników. Porusza go jedynie brzmienie zasłyszanej mowy ojczystej i wieść o pobliskim grobie rodaka: «Co mi tam freski, kiedy o kilka kroków dalej Polak leży»” (A. Nawarecki: „Nasz naród jak lawa”. Romantycy polscy pod Wezuwiuszem.

W: „Genius loci” w kulturze europejskiej: Kampania i Neapol. Szkice komparatystyczne. Red.

T. Sławek, A. Wilkoń, współudz. Z. Kadłubek. Katowice 2007, s. 25).

27 W. Szymborska, K. Filipowicz: „Najlepiej w życiu ma Twój Kot”. Listy. [Red. T. Fiał­

kowski, S. Kudas]. Kraków 2016, s. 350.

(17)

Literatury Polskiej” wydawanej przez Instytut Nauk o Literaturze Polskiej im. Ire­

neusza Opackiego: w latach 2006–2017 przestudiowałem starannie około pół tysiąca recenzji najwybitniejszych współczesnych historyków literatury polskiej i krytyków tejże i mogę autorytatywnie stwierdzić, że znakomita większość tych tekstów (pozornie tylko użytkowych, dopuszczających bądź nie do druku) w za­

sadzie mogła, względnie nawet powinna być drukowana jako dorobek krytyczny ich autorów. Przywołuję tu fragment początkowy oceny wydawniczej Profesora Andrzeja Zieniewicza (z Zakładu Literatury XX Wieku na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego) dotyczącej książki Władysław Sebyła. Lektury, pod redakcją Joanny Kisiel i Elżbiety Wróbel (Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, 2017):

Sebyła potrzebny jest dziś właśnie taki, jaki jest – pesymistyczny, meta­

fizyczny, muzyczny i samotny na sposób bardzo antyawangardowy. Czy, w szerszym sensie – antymodernistyczny. Chcę rzec, jego katastrofizm wynikał z przekonania, że futurystyczno­awangardowe blaszanki słów to dramat umierania poezji (w męczarniach!), wkręconej w diabelski koło­

wrót „wynalazków”, demuzykalizacji i publicystycznej paplaniny, której zalew zwiastuje noc świata – głęboki kryzys kultury i czas barbarzyńców.

Zaś wobec tej perspektywy Sebyła ani nie imaginował jakichś programów naprawczych, ani nie wieszczył kataklizmu. Jego pesymizm, zaiste bardziej

„integralny” niż u Miłosza, iścił się w przekonaniu, że nadchodzi czas, gdy cała kultura humanistyczna, z jej arcydziełami, z wyrafinowaniem uczuć i wyrazu, z finezją i delikatnością przedstawień, zostanie po prostu starta z powierzchni świata, zdeptana przez motłoch (nawet „wykształcony”), wsiąknie w błoto, i już po prostu nie będzie. Kołuje wir pokracznych ryb, owadów, płazów, głowonogów. Niektórzy, jak może Gałczyński, w tym nowym świecie odnajdą się jakoś, lecz dla kogoś, kto – jak Sebyła – tygod­

niami szlifował deskę rezonansową swych skrzypiec, by zmiękczyć ich ton, albo kochał strojenie fortepianu, tego miejsca zabraknie. W tym sensie był Sebyła poetą tonącej właśnie Atlantydy. Zbliża się do niej huk werbli i trzask…28.

Wszystkie rozdziały, poza trzecim, o Afraniuszu i Pedanie, były drukowane przynajmniej raz, niektóre dwa razy, a rekordzista trzykrotnie (rozdział o tym, że

„sonet nie umiera nigdy”; toteż rozrósł się niepomiernie), wszystkie też zostały znacznie, miejscami wręcz wydatnie rozbudowane w stosunku do pierwodruków, o czym informuje Nota bibliograficzna. Na ich obecny kształt wpływ niemały,

28 Zachowuję tu – za autorem – kursywę w cytatach z poezji Sebyły, gdyż dobrze od­

daje ona odmienność cudzysłowu w pozostałych wypadkach tego przytoczenia. Pierwsze pogrubienie na potrzeby recenzji – A. Zieniewicza, drugie na potrzeby tego Przedsłowia.

(18)

sygnalizowany przeze mnie niekiedy oddzielnie w przypisach, mieli recenzenci prac zbiorowych Panie Profesor i Panowie Profesorowie (w kolejności alfabe­

tycznej, nie recenzowania): Józef Bachórz, Krzysztof Biliński, Ryszard Koziołek, Bernadetta Kuczera­Chachulska, Jacek Lyszczyna, Anna Łebkowska, Stanisław Popek, Ewa Szczeglacka­Pawłowska i Piotr Urbański, których uwagi i sugestie chowam we wdzięcznej pamięci. Osobne podziękowania zechce przyjąć Pro­

fesor Wiesław Rzońca – za wnikliwą lekturę całości i wydobycie na jaw istoty mego zamysłu komparatystycznego, że wynika zeń humanistyczne przesłanie:

„[…] literatura piękna jest jednym z absolutnie najważniejszych obszarów ludz­

kiej świadomości. Mimo to jej status społeczny i – co gorsza – poznawczy nie jest w istocie wysoki”.

Zapraszam zatem Czytelnika do przebycia drogi, którą miałem zaszczyt przemierzać w ciągu ostatnich dziesięciu lat z Przyjaciółmi, „domowymi i dalekimi”29, dla nich, a poniekąd i przez nich, to jest – niekiedy – na ich mniej lub bardziej wyraźne życzenie, wskazanie, zachętę.

29 Aluduję tu bezpośrednio do przedmowy Stefana Treugutta Mickiewicz – domo- wy i daleki (w: A. Mickiewicz: Dzieła. Wydanie Rocznicowe 1798–1998. T. 1: Wiersze…, s. 7–30), którego podejrzewam o zaczerpnięcie tej formuły z noweli, określanej też jako poemat prozą, Stefana Żeromskiego Puszcza jodłowa (Kraków 1926), gdyż pojawia się tam w introdukcji, w takim właśnie szyku: „góry moje domowe […] dalekie siostrzyce”, na nie­

wielkiej przestrzeni dającej się objąć jednym rzutem oka. O przedmowie Treugutta pisałem szerzej w: M. Piechota: Trzy przedmowy do wydań zbiorowych „Dzieł” Adama Mickiewicza.

W: V Międzynarodowa Konferencja „Nauka a jakość życia” na 200. rocznicę urodzin Adama Mickiewicza. Prace. Wilno 17–21 czerwca 1998 r. Red. R. Brazis. Wilno 1998, s. 5–7; Tegoż:

Trzy przedmowy do dwudziestowiecznych wydań zbiorowych „Dzieł” Mickiewicza. W: Przed- mowa w książce dawnej i współczesnej. Red. R. Ocieczek, współudz. R. Ryba. Katowice 2002, s. 196–203 [przedruk w wersji skróconej w: Tegoż: „Słowo to cały człowiek”. Studia i szkice o twórczości Mickiewicza. Katowice 2011, s. 209–2016].

(19)

„Arma virumque cano…”

Niepowtarzalny urok pierwszych zdań arcydzieł Potocki (Jan), Ballard, Camus,

Nabokov, Tołstoj (Lew)

Ogarki zgasły wraz.

Jerzy Paszek, Pornochwile1 O mój przyjacielu, Takich jak ty myśliwych nie znalazłbyś wielu.

Oni z lasu nie zwykli spoglądać w obłoki, Ogarami na piękne polować widoki […].

Adam Mickiewicz, Dziady. Widowisko2

A nalogiczność niewątpliwie leży u podstaw naszego postrzegania świata. Trud­

no nie sięgnąć po temat tak oczywisty i zarazem – jak się domyślam – raczej nieoczekiwanie nośny społecznie, skoro w dwóch kolejnych numerach „Dużego Formatu”, dodatku do bodaj najbardziej poczytnej ze współczesnych polskich

1 To introdukcja kultowej u schyłku ubiegłego wieku na Wydziale Filologicznym Uni­

wersytetu Śląskiego powieści sensacyjnej, krążącej w maszynopisie wśród starannie wybra­

nych czytelników (nie dostąpiłem zaszczytu znalezienia się w tym gronie i moja znajomość tekstu nie wykracza poza to jedno, inicjalne zdanie, tytuł zaś udało mi się ustalić dopiero po latach). Autor m.in. książek: Sztuka aluzji literackiej. Żeromski – Berent – Joyce (1984), Tekst i styl „Popiołów” (1992) oraz Żeromski (2001, seria: „A to Polska właśnie”) oraz kilkunastu studiów i szkiców o twórczości Żeromskiego tudzież znawca problematyki aluzyjności wszelakiej musiał w swej powieści­pastiszu aludować do pierwszego zdania Popiołów (nawet liczba sylab i jakość większości tworzących je samogłosek i spółgłosek się zgadza). Tyle że dorodne „ogary” skarlały do rozmiarów resztek świec, palonych wiadomo komu; mądrość ludowa zaleca, by zapalać je zbuntowanym aniołom, władcom ciemności, strażnikom ognia piekielnego.

2 A. Mickiewicz: Dzieła. Wydanie Rocznicowe 1798–1998. T. 3: Dramaty. Oprac. Z. Ste­

fanowska. Warszawa 1995, s. 113. Problem dialogu pomiędzy mottami zasługuje na obszerną rozprawę adresowaną do elitarnego odbiorcy, miłośnika meta­ i intertekstowych koincydencji.

(20)

gazet, w części zatytułowanej „Kultura” natrafiam u progu lata 2009 roku na aż dwa zachwyty, wyrażone przez tego samego autora, Władysława Orlińskiego, wobec pierwszego zdania jednej z najznakomitszych powieści wszechcza­

sów (z pewną premedytacją nie ograniczam tu pola obserwacji do konstrukcji szkatułkowych), autorstwa Polaka, aczkolwiek napisanej w języku francuskim (Manuscrit trouvé à Saragosse, 1803–1815) – Jana Potockiego i opowiadania Człowiek przeciążony w gatunku science fiction jednego z najwybitniejszych współczesnych angielskich pisarzy i krytyków (oba te talenty nie zawsze idą w parze) – Jamesa Grahama Ballarda3. Ale po kolei.

W kręgu sensacji niekoniecznie literackich

Co prawda, redakcja „Gazety Wyborczej” uznała za stosowne złożyć głęboki ukłon tzw. czytelnikowi masowemu, zniżyła się do gustów pożeraczy tabloidalnej papki, wstawiając zaraz po zgrabnie wymyślonym przez Władysława Orlińskiego tytule Reportaż znaleziony w Saragossie fragment oksymoroniczny, uwspółcześ­

niający i zarazem ociekający sensacją: „U Potockiego Cyganie z Sierra Morena gustowali w ludzkim mięsie. Dziś sprzedają narkotyki”4, jednak tekst otwiera owa zwracająca moją uwagę, zaskakująca introdukcja:

„Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena” – pierwsze zdanie Rękopisu znalezionego w Saragossie to – moim zdaniem – jedno z najpiękniejszych pierwszych zdań w historii literatu­

ry. Nie oprę się więc pokusie, żeby rozpocząć od niego swoją opowieść o podróży śladami hrabiego Jana Potockiego. Oraz kawalera Alfonsa van Worden, kapitana gwardii walońskiej, bohatera jego Rękopisu…5.

3 Myślę nie tylko o biblijnych odniesieniach słowa „zachwycenie” (zob. ks. J. Flis: Kon- kordancja Starego i Nowego Testamentu do Biblii Tysiąclecia. Wyd. 2, uzup. Warszawa 2000, s. 1802), także o zachwyceniu do siódmego nieba literaturoznawców i zwykłych zjadaczy epickiego chleba, coraz bardziej zresztą niepowszedniego. Jest znakiem czasu stały wzrost poetyckiej i epickiej entropii, rozpad dawnych wartości, kryzys tradycyjnych kategorii estetycznych. Dawniej niezwykłe teksty nazywano arcydziełami, dziś sam akt lektury staje się rzadkością, wartością samą w sobie, świętem i ekstrawagancją, arcydzieła wypierają bestsellery. Gdy ktoś wpada w zachwyt nad jednym bodaj (niekoniecznie zresztą pierwszym) zdaniem, mamy do czynienia z autentycznym życiem, nie pogrzebem literatury.

4 W. Orliński: Reportaż znaleziony w Saragossie. „Gazeta Wyborcza”, 10 czerwca 2009, dodatek „Duży Format”, s. 7.

5 Tamże. Na marginesie, poloniści już w szkole podstawowej uwrażliwiali nas na to, że powtórne użycie w jednym zdaniu tego samego słowa musi być starannie przemyślane i uzasadnione (po to przecież system obfituje w synonimy i zaimki). Trzecie przywołanie jest zazwyczaj naganne i stanowi manifestację stylistycznej nonszalancji autora. Ta uwaga dotyczy,

(21)

Czytelnik lepiej zorientowany w zawiłościach poetyki tekstów z przełomu XVIII i XIX wieku, a zwłaszcza obeznany z funkcją, jaką wówczas pełniły ele­

menty delimitacyjne literackiego dzieła sztuki, zwróci pewnie uwagę na fakt, że jest to pierwsze zdanie opowieści, introdukcja narracji Dnia pierwszego.

Rękopis znaleziony w Saragossie otwiera bowiem Przedmowa, potem następuje sześćdziesiąt sześć „dni” historii właściwej, którą zamyka odrębne Zakończenie, wreszcie pojawia się Dodatek. Dalszy ciąg historii naczelnika Cyganów z dnia czterdziestego siódmego według wersji Avadoro6. Dla literaturoznawców, dla których integralność poszczególnych części dzieła (nie unieważniająca ich pewnej autonomiczności) nie podlega dyskusji, inicjalnym zdaniem Rękopisu jest zatem uwiarygodniające treść manuskryptu „zeznanie” pierwszego spośród jakże wielu narratorów, szczęśliwego znalazcy „kilku zapisanych zeszytów”, zawierających „historie o kabalistach, zbójcach i upiorach”, mianowicie zda­

nie otwierające Przedmowę: „Jako oficer wojsk francuskich uczestniczyłem w oblężeniu Saragossy”7. Wypowiedzenie to pozwala dość dokładnie umieścić w czasie ów moment. Saragossę, która tak dzielnie broniła się jeszcze w czerw­

cu roku 1808, zdobyto po trwającym blisko dwa miesiące oblężeniu, pod­

czas wyprawy wojsk napoleońskich w lutym roku 1809. Drogę do Saragossy,

oczywiście, szeroko pojętego dyskursu publicznego, nie zabiegów poetyckich i – ściślej – re­

torycznych w obrębie (arcy)dzieł literackich; wystarczy przyjrzeć się dokładniej, jak ważne funkcje ideowe pełnią w Ferdydurke Witolda Gombrowicza „powtarzanie słów, poliptoton, pleonazm, kalambur” (J. Paszek, F. Mazurkiewicz: Przeczytacie „Ferdydurke”. Katowice 1998, s. 51–60). Osobną kwestią jest przekonanie Gombrowicza, że powtarzanie pozwoli mu dostać się na polski parnas: „I polecam wam moją metodę nasilania przez powtarzanie, dzięki której powtarzając systematycznie niektóre słowa, zwroty, sytuacje oraz części nasilam je potęgując zarazem wrażenie jednolitości stylu do granic nieomal maniackich. Przez po­

wtarzanie, przez powtarzanie najsnadniej tworzy się wszelka mitologia!” (W. Gombrowicz:

Pisma zebrane. Oprac. W. Bolecki. T. 2: Ferdydurke. Kraków 2007, s. 65; cyt. za: J. Paszek:

Blask „Ferdydurke”. „Śląsk” 2017, nr 12 (265), s. 44).

6 J. Potocki: Rękopis znaleziony w Saragossie. Przygotowanie tekstu, posłowie i przy­

pisy L. Kukulski. [Tekst oparty na przekładzie E. Chojeckiego z 1847 roku]. Warszawa 1965. Przekonują mnie argumenty Marii Janoszki, której doktorat „Nawiązania do Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego w wybranych powieściach XX wieku”, napisany w Uniwersytecie Śląskim pod opieką naukową prof. dra hab. Janusza Ryby, recenzowałem w roku 2016 i uznałem za najbardziej aktualne kompendium problemów dotyczących ar­

cydzieła Potockiego do czasu wydania: J. Potocki: Rękopis znaleziony w Saragossie. Oprac.

F. Rosset, D. Triaire. Nowe tłumaczenie ostatniej wersji autorskiej z 1810 roku A. Wasi­

lewska. Kraków 2015, czyli wersji bez postaci Żyda Wiecznego Tułacza (ta wersja ukazała się we Francji w 2005 roku) – że w omawianiu problematyki recepcji dzieła sprzed roku 2015 trzeba się odwoływać do oryginału i przekładu Chojeckiego; recepcja wersji najnowszej dopiero przed nami.

7 J. Potocki: Rękopis znaleziony w Saragossie…, 1965, s. 5.

(22)

jak wszyscy w Polsce wiemy, otworzyli nasi szwoleżerowie szaleńczą szarżą w wąwozie Somosierry.

Wróćmy jednak do zdania, które wprawiło w taki zachwyt Władysława Or­

lińskiego, że przedsięwziął wyprawę do Hiszpanii, by skonfrontować to, co mógł widzieć hrabia Jan Potocki, gdy 14 maja 1791 roku wyruszył „z królewskiej rezydencji Aranjuez koło Madrytu do Kordoby”8, przez góry Sierra Morena, po drodze do portu w Kadyksie9, z tym, co ukazuje się oczom dzisiejszego wnik­

liwego i dobrze do takiej podróży w głąb Hiszpanii i historii (w tym również wielu historii tej szkatułkowej opowieści) przygotowanego obserwatora. Lektura reportażu utwierdza nas w przekonaniu, że powodem zachwytu, a wskutek tegoż wyróżnienia pierwszego zdania arcydzieła, nie było użycie przez autora archa­

icznego dziś już czasu zaprzeszłego (plusquamperfectum), przeciwnie, niemal cały zachwyt wywodzić się musiał z genialnego, syntetycznego skrótu owego sądu; Orliński rozwija przed nami realną opowieść, która mogła dać pierwszy impuls, poruszyć wrażliwość i talent pisarza:

Reformatorzy postanowili sprowadzić do Andaluzji osadników do­

skonałych: niemieckich i holenderskich chłopów. Ale przecież odpowie­

dzialny i pracowity rolnik pogoni widłami kogoś, kto mu zaproponuje porzucenie ojcowizny i uczestnictwo w dziwacznym projekcie kolonizacji hiszpańskich gór. Osadnicy Olavideza nie byli pracowitymi i zaradnymi bauerami. Przeciwnie – sprowadził z Niemiec włóczęgów i wyrokow­

ców. Dlatego jeszcze po 40 latach podróżnicy opisywali „nowe osiedla”

z mieszaniną rozbawienia. Ich mieszkańcy, gdy tylko hrabia obdarował ich nowymi domami, sprzedali wszystko, co się dało, a potem uciekli w góry. Budynki często nie miały nawet dachów – te też poszły na szaber.

Inkwizycja oskarżyła Olavideza o celowe sprowadzenie do Hiszpanii przestępców. W 1778 hrabiego skazano na osiem lat uwięzienia w klasz­

torze, skąd udało mu się w 1780 roku uciec do Francji. W rewolucyjnym Paryżu spotka go potem Potocki. Być może opowieści hrabiego były jedną z inspiracji do napisania Rękopisu…10.

8 W. Orliński: Reportaż znaleziony w Saragossie…, s. 7.

9 Jak pisze Aleksandra Kloh, Potocki opuścił Paryż 10 lutego 1791 roku i pierwszy etap wojażu – do Madrytu – odbył w towarzystwie Tadeusza Morskiego, „którego Sejm miano­

wał właśnie nadzwyczajnym rezydentem przy dworze hiszpańskim. […] Przed wyjazdem [do Maroka z Madrytu Potocki – M.P.] włóczy się przez dwa miesiące po Hiszpanii, bardzo szczęśliwie, bo potrafi później poprowadzić Alfonsa van Vorden w podróży, która będzie wiodła przez te same miejsca i też potrwa dwa miesiące. Bez tej podróży po Hiszpanii na­

pisałby może inną powieść, ale nie Rękopis znaleziony w Saragossie” (A. Kloh: Jan Potocki.

Daleka podróż. Przeł. W. Dłuski. Warszawa 2007, s. 79–81).

10 W. Orliński: Reportaż znaleziony w Saragossie…, s. 8. Tu konieczne będą trzy sprosto­

wania: François Rosset i Dominque Triaire piszą o kolonistach „niemieckich i szwajcarskich”,

(23)

Relacja ta rewolucjonizuje nasze poglądy na niesprawiedliwość wyroków inkwizycji, którą – jak podają poważne źródła – zlikwidowano właśnie w trakcie zmagania się patriotów hiszpańskich z agresją wojsk napoleońskich11. Hrabia Olavidèz w pełni zasłużył na poważniejszy może nawet wyrok, jeśli nie za sa­

botaż i „działanie na szkodę”, to przynajmniej za głupotę, choć za to podobno kar nie ma – demon ignorancji zazwyczaj pozostaje bezkarny.

Kwestia to raczej akademicka i może się kojarzyć profanom z czystą teorią, przecież w ramach tejże akademickości rozważamy tu praktyczne konsekwencje lektury różnych wersji tego samego arcydzieła. Potockolodzy mają problem z au­

torem Wprowadzenia (taki tytuł nosi część wstępna w najnowszym wydaniu);

François Rosset i Dominique Triaire piszą:

Autorstwo Wprowadzenia, które nie figuruje w żadnym innym tekś­

cie źródłowym powieści poza wydaniem z 1814 r., zostało podważone (Żółtowska, 1999); jednakże przypisujemy je Potockiemu z braku prze­

konujących dowodów na to, że to nie on jest autorem12.

hrabia Olavidèz był prześladowany przez Inkwizycję w roku 1776, a schronienie we Francji znalazł w 1778 (J. Potocki: Rękopis znaleziony w Saragossie…, 2015, s. 34).

11 „Lata 1808–1813 przyniosły nie tylko wojnę z Francuzami o niepodległość, ale za­

razem były okresem dwuwładzy w państwie o charakterze wojny wewnętrznej. Król Józef nadał formalnie państwu kartę konstytucyjną, wprowadzającą monarchię ograniczoną, dziedziczną, która miała przekształcić kraj w duchu liberalno­burżuazyjnym. Wobec sta­

nu permanentnej wojny nie weszła ona praktycznie w życie. Zarazem nowy król usiłował prowadzić politykę pojednania i realizować reformy oświeceniowe, jak rozbudowa sieci szkolnej, utworzenie Junty Oświecenia Publicznego, zniesienie inkwizycji, ograniczenie liczby klasztorów itp. Udało mu się pozyskać urzędników, trochę inteligencji, burżuazji i sympatyków oświecenia. Nie były to jednak grupy dominujące w ówczesnej Hiszpanii”

(Wielka historia świata. Red. A. Chwalba. T. 9: M. Baczkowski, A. Chwalba, T. Cze­

kalski, D. Kałwa: Świat w latach 1800–1850. Kraków 2006, s. 401).

12 Zob. w: J. Potocki: Rękopis znaleziony w Saragossie…, 2015, s. 30 [przyp. 1]. Odwołanie w nawiasie to: M.E. Żółtowska: Le manuscrit qui n’a pas été trouvé à Saragosse. W: Le topos du manuscrit trouvé. Hommages à Christian Angelet. Éd. J. Herman, F. Hallyn. Paris–Lou­

vain 1999, s. 263–276; choć Bibliografia (s. 745) odsyła tylko do pracy: Tejże: La démocrati- sation de l’idée de l’honneur dans le „Manuscrit trouvé à Saragosse” de Jean Potocki. „Études sur le XVIII e siècle” 1984, t. 11, s. 39–52. W domowej bibliotece znajduję kolejną książkę tandemu Rosset – Triaire i garść szczegółów: „Wywód M.E. Żółtowskiej w sposób wystar­

czający podważa autorstwo Przedmowy, ale argumenty nie we wszystkim są przekonujące.

[…] ogólnie rzecz biorąc, […] chodzi w gruncie rzeczy o większy lub mniejszy stopień abs­

trakcji w posługiwaniu się przez Potockiego toposem znalezionego rękopisu, i z pewnością przesadą jest twierdzenie, że powieść przeczytana bez Przedmowy jest nośnikiem całkiem innego sensu” (F. Rosset, D. Triaire: Z Warszawy do Saragossy. Jan Potocki i jego dzieło.

Przeł. A. Wasilewska. Warszawa 2005, s. 193 [przyp. 4]).

(24)

To problem o szerszym zasięgu. Mickiewicz nie jest autorem wtrętu o „pu­

chu marnym” w Dziadów części IV, zrazu napisał wers w brzmieniu: „Kobieto, boski diable, dziwaczna istoto”, a przecież wszyscy znamy ostateczną, wydru­

kowaną wersję: „Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto!”. To Jan Czeczot, jeden z najbliższych przyjaciół poety, zasugerował zastąpienie niecenzuralnego wówczas „boskiego diabła” kojarzonym odtąd nierozłącznie z Mickiewiczem i poniekąd z jego pewnym antyfeminizmem (nieco wyraźniejszym po rozstaniu się z Marylą) „puchem marnym”; poeta przyjął sugestię przyjaciela, choć czynił to raczej rzadko, i bardzo dobrze na tym wyszedł. Wycofanie „dziwacznej istoty”

i zastąpienie jej przez o ileż bardziej poetyczną, lekką i zwiewną (nadto zaś nie­

stałą!) „wietrzną istotą” jest już ich dokonaniem wspólnym – Czeczot wymyślił, a Mickiewicz zmianę zaakceptował13, co nie oznacza przecież, że Czeczot stał się współautorem Dziadów części IV.

Warto również poruszyć kwestię dość istotną, na którą wypadnie zwrócić baczniejszą uwagę w kolejnym rozdziale tej książki, mianowicie tego, że przy­

wołana przez Orlińskiego jako niegdysiejsze pierwsze zdanie Rękopisu fraza:

„Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena”

– to w nowszym przekładzie i opracowaniu zaledwie jedna piąta pierwszego zdania (i zarazem pierwszego pełnego akapitu), które jest tak skomplikowane, a ponadto bilingwistyczne, że z pewnością nie nadaje się do sensacyjnych roz­

ważań w gazecie codziennej w postaci cytowanej, już lepiej streścić jego sens w komentarzu:

Hrabia Olavidèz nie sprowadził jeszcze obcych osadników do Sierra Moreny; owo strome pasmo gór, oddzielające Andaluzję od La Manchy, zamieszkiwali wówczas przemytnicy, zbójcy i nieliczni Cyganie, którzy krążyli po okolicy, pożerając zabijanych podróżnych, i stąd hiszpańskie przysłowie: Las Gitanas de Sierra Morena quieren carnede hombres14.

Orlińskiego zachwycił pierwszy segment pierwszego zdania dawnego tłumaczenia Rękopisu znalezionego w Saragossie. Niestety, pominął równo­

cześnie (czy z premedytacją?) kontekst arcydzieła Cervantesa. To nie koniec problemów; w przekładzie Chojeckiego i opracowaniu Kukulskiego obecne

13 Szerzej o tym w szkicu M. Piechota: Współredaktorzy pism Mickiewicza w okresie wileńsko-kowieńskim. Rekonesans. W: Dzieło literackie i książka w kulturze. Studia i szkice ofiarowane Profesor Renardzie Ocieczek w czterdziestolecie pracy naukowej i dydaktycznej.

Katowice 2002, s. 614–615.

14 J. Potocki: Rękopis znaleziony w Saragossie…, 2015, s. 34. „Hiszpańskie przysłowie”

w objaśnieniu przyjmuje postać: „«Cyganie z Sierra Morena lubią ludzkie mięso» albo też:

«Cyganie z Sierra Morena lubią ludzkie ciała»” (tamże, s. 34).

(25)

pierwsze zdanie składa się z trzech, a komentarz, dotyczący hiszpańskiego przysłowia, oddala szanse na umieszczenie arcydzieła Potockiego w spisie lektur szkolnych:

Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena. Strome to pasmo, które oddziela Andaluzję od Manszy, za­

mieszkiwali wówczas kontrabandziści, rozbójnicy i  kilku Cyganów, o których mówiono, że pożerają ciała zabitych wędrowców. Stąd nawet poszło hisz pańskie przysłowie: Las gitanas de Sierra Morena quieren carne de hombres15.

Razi dzisiaj poprawność polityczną i ortograficzną mała litera w hiszpań­

skojęzycznej nazwie własnej nacji Cyganów (o Romach w czasach Potockiego nie pisano), oboczność La Mancha i Mansza pomijamy milczeniem, jednak zdecydowany „skandal” kryje się w przypisie: „Zdanie to ma sens dwuznaczny:

«Cyganki z Sierra Morena czują pociąg do ludzkiego mięsa» lub «męskich ciał»

(hiszp.)”16. Zastąpienie Cyganów Cygankami oprotestują nie tylko feministki.

Zarysowany tu „dramat” dotyczący objaśnień i przekładu przypomina mi zdumienie, z jakim przyjąłem próbę wyparcia zakorzenionego w naszej kultu­

rze tłumaczenia tytułu The Waste Land Thomasa Stearnsa Eliota (1922), który spolszczył sugestywnie po II wojnie światowej Czesław Miłosz jako Ziemia jałowa (1946), akceptowanego przez innych tłumaczy (Andrzej Piotrowski w 1960, Krzysztof Boczkowski w 1990 i później, w wersji przepracowanej, ale nie w obrębie tytułu, w 2001) – gdy ten poemat usiłował nam przedstawić jako Kraj spustoszony Jerzy Niemojewski (1978). Jeden z najbardziej wpływowych poematów w dziejach literatury światowej XX wieku pod każdym z tych szyldów jest innym arcydziełem, zapada w pamięć z nieco innych przyczyn17. Wolno więc strawestować przywołaną wcześniej myśl Rosseta i Triaire’a: z pewnością nie jest przesadą twierdzenie, że poemat przeczytany pod tytułem Kraj spusto- szony jest „nośnikiem całkiem innego sensu” niż pod tytułem Ziemia jałowa.

15 J. Potocki: Rękopis znaleziony w Saragossie…, 1965, s. 7.

16 Tamże.

17 Wiele aspektów pięciu polskich tłumaczeń poematu Eliota porusza Aneta Mance­

wicz w artykule: A. Mancewicz: Traps of the trade. Gender and mistranslation in five polish translations of T.S. Eliot „The Waste Land”. essuir.sumdu.edu.ua/bitstream/123456789/11028/

Aneta%20Mancewicz.pdf [dostęp: 14.12.2016].

(26)

Zachwyt zaledwie powściągliwy

Drugi, zaledwie wyczuwalny zachwyt, ale przecież „na bezrybiu i Rak Ryba”18 – pochwała mniej oczywista, względnie wyrażona dla nieco innych przyczyn niż

poprzednia, ale która nie umknie wyćwiczonemu oku wnikliwego lektora nawet błahego tekstu – odnajdziemy w recenzji Orlińskiego zbioru opowiadań Ogród czasu Ballarda: „Pierwsze zdanie opowiadania Człowiek przeciążony brzmi:

«Faulkner powoli wariował». Podobnie mogłyby się też zaczynać pozostałe, oczywiście pod warunkiem zmiany imienia głównego bohatera”19. Z punktu widzenia historyka literatury sąd ten ma niewielkie znaczenie, gdyż elegancję wywodu osłabia okoliczność, że oba przykłady dotyczą tego samego autora, mogą być świadectwem zaledwie pojawiania się motywów persewerujących w paraliterackiej działalności Orlińskiego, nie zaś starannie przemyślanej idei nobilitowania pierwszych zdań arcydzieł literatury światowej. Sąd ten nie jest jednak pozbawiony wartości, gdyż pobudza wyobraźnię, zmusza do refleksji.

Czyż można wymagać więcej od popularyzatora literatury, propagatora czytelnic­

twa w dobie jego zaniku, gdy kilkadziesiąt procent rodaków przyznaje się (bez wstydu!) do tego, że w poprzednim roku nie przeczytało ani jednej książki, gdy zamyka się biblioteki, a znakomita (z której strony to znakomitość?) większość oglądaczy programów telewizyjnych nie rozumie podstawowych informacji przekazywanych na poziomie tabloidów.

18 Użyłem tu wielkich liter nie dlatego, że w zbiorku Zoofioły. Bestiariusza heroikomicz- nego część mniejsza (Katowice 1997) zostali nimi uhonorowani wszyscy moi goście – boha­

terowie zwierzęcy, lecz by aluzyjnie zasygnalizować szacunek, jakim darzę Kolegę w kiero­

wanym przeze mnie Zakładzie Historii Literatury Oświecenia i Romantyzmu Uniwersytetu Śląskiego, wspomnianego tu już prof. Janusza Rybę (nomen omen zodiakalnego Raka). Cenię zwłaszcza jego prace o autorze Rękopisu znalezionego w Saragossie (J. Ryba: Motywy podróż- nicze w twórczości Jana Potockiego. Wrocław 1991; Tegoż: Osobliwe arcydzieło – „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego. W: Powieść polska XIX wieku. Interpretacje i ana- lizy. Red. L. Ludorowski. Lublin 1992; Tegoż: Jan Potocki (1761–1815). W: Pisarze polskiego oświecenia. T. 2. Red. T. Kostkiewiczowa, Z. Goliński. Warszawa 1994), ale i pomniejsze, na przykład o Trembeckim (Tegoż: Stanisław Trembecki – mistrz przypisu. W: Auto- rów i wydawców dialogi z czytelnikami. Studia historycznoliterackie. Red. R. Ocieczek.

Katowice 1992).

19 „Gazeta Wyborcza”, 18 czerwca 2009, dodatek „Duży Format”, s. 23. To siedemna­

ście spośród blisko setki opowiadań wybranych i poprzedzonych odautorskimi wstępami.

Nadawanie fikcyjnym postaciom nazwisk wybitnych pisarzy i kompozytorów to temat na szkic odrębny, wystarczy wspomnieć Mistrza i Małgorzatę Michaiła Bułhakowa.

(27)

Alchemia pierwszych zdań

Ciężar gatunkowy pierwszego zdania, jego rola w opowiadaniu lub opasłej opo­

wieści, ma tytułowy dla tego rozdziału i niepowtarzalny tudzież zwodniczy urok.

To, że rozmowa o zdaniach inicjalnych arcydzieł literatury światowej może być ciekawym tematem także w obrębie analiz powieści popularnej – każdy gatunek ma swoje arcydzieła – łatwo spostrzec podczas lektury sporego cyklu powieści kryminalnych Lilian Jackson Braun, zwłaszcza tomu Kot, który myszkował w szafach, w którym główny bohater, dziennikarz Jim Quilleran w rozmowie z przyjaciółką bibliotekarką Polly Duncan (oboje są melomanami, preferują jednak odmiennych kompozytorów) tak wyraża się o introdukcji Przypadków Robinsona Crusoe Daniela Defoe:

Pierwsze zdanie składa się ze stu pięciu wyrazów. To istny labirynt zdań nadrzędnych i podrzędnych. To ciekawe porównać je z pierwszym zdaniem Opowieści o dwóch miastach, które składa się ze stu dwudziestu słów. Zresztą efekt staccato, jaki Dickens osiągnął tam przez zastosowanie prostych fraz oznajmujących, również wydaje mi się interesujący20.

Wyczulenie Quillerana na liczbę słów wiąże się z jego wieloletnią praktyką dziennikarską, obowiązkiem zmieszczenia się w ramach przewidzianej ściśle przez wydawcę objętości tekstu. To specyficzny kod lekturowy wyspecjalizowa­

nego odbiorcy. Nie muszę dodawać, że Lilian Jackson Braun też miała za sobą dziennikarskie doświadczenie.

Wróćmy jednak do arcydzieł głównego nurtu. Usłużna pamięć podpowiada, że powinienem sięgnąć po Dżumę Alberta Camusa (La peste, 1947). Dzięki osobliwemu poczuciu humoru, które – domyślam się – musiało w tej kwestii natchnąć Stwórcę ewolucji, coraz lepiej pamiętam lektury przedmaturalne21, zwłaszcza te, do których wróciłem podczas studiowania fizyki, gdy zacząłem się przygotowywać do podjęcia studiów humanistycznych (filologia polska wydała mi się znacznie bardziej atrakcyjna niż fizyka jądrowa, między innymi wskutek fascynacji przemyśleniami staruszka – tak o nim wówczas myślałem, a przecież był to mężczyzna zaledwie pięćdziesięcioletni – Josepha Granda, którego nie traktowałem jeszcze jako alter ego autora). Podczas kolejnej lektury tego nie­

wątpliwego arcydzieła wybitnego współtwórcy francuskiego egzystencjalizmu

20 L. Jackson Braun: Kot, który myszkował w szafach. Przeł. I. Rosińska. Warszawa [2008], s. 73.

21 Gdy czytałem przed laty o tym zjawisku, oryginalnej przypadłości ludzkiego móz­

gu, traktowałem to jako mało istotną ciekawostkę. Teraz widzę jej przydatność, zwłaszcza w kwestiach kompozycji i stylu.

(28)

ponownie zachwycałem się sposobami podsycania ciekawości czytelnika22, tymi rozsiewanymi z wolna i z wyraźną premedytacją uwagami, czym to w godzinach wieczornych zajmuje się skromny urzędnik merostwa. Na zapytanie doktora Rieux, „czy szczury całkiem zniknęły z jego dzielnicy”, Grand odpowiada: „Mam inne zmartwienia” [Dż 108] – domyślamy się, że są one poważniejsze (choć pewnie subiektywne) niż plaga szczurów i wisząca w powietrzu groźba zarazy.

Kilka dni później Rieux dowiaduje się, że Grand kupił dwa rodzaje kredy, dla odmiennego zaznaczania tematów i końcówek fleksyjnych w przypominanej sobie łacinie („zapewniano mnie, że to pożyteczne dla lepszego poznania sensu francuskich słów” [Dż 118]), ale uwaga ta pada mimochodem, dla wyjaśnie­

nia, skąd wzięła się czerwona kreda w ręku pana Cottarda, sąsiada Granda, niedoszłego samobójcy, który przed próbą odebrania sobie życia wykrzyczał na drzwiach napis: „Wejdźcie, powiesiłem się” [Dż 107]. Nadto Grand tłuma­

czy się z tego, że nie porozmawiał z Cottardem, który wydał mu się dziwny („chciał jakby zacząć rozmowę” [Dż 119]), ale Grand właśnie pracował, co objaśnia, niczego nie objaśniając, zwrotem: „Praca osobista”. Kilka dni później od Cottarda Rieux dowie się, że: „Nie można go [tj. Granda – M.P.] wyciąg­

nąć z mieszkania po kolacji” [Dż  127]. Z kolei rozmowa doktora z Grandem emanuje tajemniczością:

– O – powiedział Rieux, żeby coś powiedzieć – i praca posuwa się naprzód?

– Siłą rzeczy, pracuję bowiem od lat. Choć w pewnym sensie nie widać wielkich postępów.

– Ale o co chodzi? – rzekł doktor zatrzymując się.

Grand wyjąkał coś, wsadzając okrągły kapelusz na wielkie uszy. Rieux zrozumiał niejasno, że chodzi o coś osobistego. [Dż 127]

Przy zupełnie innej okazji, dotyczącej już nie wieloletniego pozaobowiąz­

kowego zajęcia urzędnika miejskiego, ale początków jego ostatecznie złamanej

22 Pamięć płata figle. Byłem przekonany, że pierwsze zdanie Dżumy to: „Rankiem 16 kwietnia doktor Bernard Rieux wyszedł ze swego gabinetu i pośrodku podestu zawadził nogą o martwego szczura” (A. Camus: Obcy. Dżuma. Upadek. Przeł. M. Zenowicz, J. Guze.

Kraków 1972, s. 97). Tymczasem okazuje się, że i w tym arcydziele główna opowieść została poprzedzona rodzajem przedmowy (jej narrator kończy ją: „Ale może już czas porzucić komentarze i przezorne omówienia i przejść do samego opowiadania. Opis pierwszych dni wymaga pewnej drobiazgowości”); rozpoczyna się ona znacznie mniej precyzyjnie:

„Ciekawe wypadki, które są tematem tej kroniki, zaszły w 194. r. w Oranie” (tamże, s. 94).

Wszystkie cytaty dzieła pochodzą z tego wydania, dalej lokalizuję je, stosując skrót Dż i podając numer strony.

(29)

kariery, dowiadujemy się, że nie potrafił wyegzekwować danych mu obietnic, gdyż „nie znajdował odpowiednich słów” [Dż 129]. Po czym następuje cało­

stronicowy niemal wywód na temat nieodpowiedniości słów „prawo”, „obietnica”,

„łaskawość”, „uprzejmie prosić”, „wdzięczność” w jego sytuacji. Grand po latach

„Nadal szukał odpowiednich słów” [Dż  129–130], zwierzał się nader oszczędnie, z dużym trudem:

Ale gdy chciał wyrazić te uczucia, tak przecież proste, najbłahsze słowo przysparzało mu tysiące kłopotów. „Ach, doktorze – mówił. – Chciałbym nauczyć się wypowiadać”. W końcu ta trudność stała się jego największą troską. Powtarzał to Rieux za każdym razem, gdy go spotkał.

Tego wieczora doktor, patrząc na odchodzącego urzędnika, zrozumiał nagle, co Grand chciał powiedzieć: na pewno pisał książkę albo coś w tym rodzaju. [Dż 130]

Pisanie książek Rieux określa, z woli Camusa, wyszukaną medyczną metaforą, dobrze osadzoną w kontekście zainfekowanego zarazą symbolicznego Oranu:

„Wiedział, że to głupie, ale nie mógł uwierzyć, żeby dżuma mogła naprawdę rozgościć się w mieście, gdzie trafiają się skromni urzędnicy oddani czcigodnym maniom” [Dż 130–131]. Nie miejsce tu na pełną analizę wszystkich wariantów pierwszego zdania książki, nad którą pracował Grand, poprzestańmy na pobież­

nym zdaniu sprawy. Praca ta (nigdy za dnia, zawsze po dwudziestej), zdaniem Granda, ratowała go przed szaleństwem, a zadanie postawił przed sobą bardzo ambitne, pamiętamy, że miał poważne trudności z samym wyborem słów, więc z niejakim zaskoczeniem czytamy:

W ciemności Rieux odgadywał, że Grand porusza rękami. Zdawało się, że układa zdania, które wypowiedział nagle, płynnie:

– Widzi Pan, doktorze, chcę, żeby w ów dzień, kiedy rękopis znajdzie się u wydawcy, wydawca przeczytawszy go wstał i powiedział do swych współpracowników: „Panowie, kapelusze z głów!”. [Dż 174]

Okazuje się, że „dzieło, o którym mowa, liczy już wiele stron, ale autor z bolesnym trudem doprowadza je do doskonałości” [Dż 175]. Grand ciężko pracuje „Wieczory, całe tygodnie nad jednym słowem… czasem nawet nad zwykłym spójnikiem” [Dż 175]. Tłumaczy cierpliwie doktorowi Rieux (rozwa­

żania metaliterackie, współzależności polifonicznie zestawianych narratorów opowieści, utrzymywanie w tajemnicy, kim jest główny narrator, aż do ostat­

nich stron fabuły, usprawiedliwiane są w powieści statusem „obiektywnego

świadka” [Dż 335]):

(30)

– Niech Pan zrozumie dobrze, doktorze. Ściśle biorąc, dość łatwo jest wybrać między „ale” i „i”. Trudniej już między „i” i „potem”. Trudność rośnie przy „potem” i „następnie”. Ale na pewno najtrudniej jest wiedzieć, czy „i” jest, czy nie jest potrzebne. [Dż 175]

Pierwsze zdanie powieści Granda, a więc opowieści w powieści (znów kom­

pozycja szkatułkowa, choć na znacznie mniejszą skalę niż w Rękopisie Potoc­

kiego), z pewnością nie jest doskonałe, poznajemy je w postaci wielokrotnie już zmienianej, ulepszanej. O rękopisie wiemy tyle, że doktor „usiadł przy stole pełnym papierów, które pokrywało mikroskopijne pismo usiane poprawkami”

[Dż 175]; Rieux zapoznaje się z tym zdaniem w takiej postaci: „W piękny po­

ranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego” [Dż 176]. Doktor trochę grzecznościo­

wo komentuje, że „ten początek budzi w nim ochotę poznania dalszego ciągu”

[Dż 176], ale pisarz amator zdaje sobie w pełni sprawę z własnej niedoskonałości i licznych jeszcze niedomogów tekstu:

– To tylko szkic. Kiedy potrafię dokładnie oddać obraz, który mam w wyobraźni, kiedy moje zdanie nabierze rytmu tej przejażdżki kłusem, raz­dwa­trzy, raz­dwa­trzy, wówczas reszta stanie się łatwiejsza, a nade wszystko złudzenie tak wielkie, że można będzie powiedzieć: „Panowie, kapelusze z głów!” […]

– Zobaczy pan, co z tego zrobię – powiedział Grand. Odwrócony do okna dodał: – Kiedy to wszystko się skończy. [Dż 176–177]

Oczywiście, podejrzewamy, że to rodzaj ucieczki od rzeczywistości, próba zapomnienia o przerwanych z biedy studiach, braku awansu, o porzuceniu przez żonę, Jeanne. Grand bez wahania angażuje się równocześnie w prace formacji sanitarnych, będzie to więc w zasadzie jego nieformalny, społeczny trzeci „etat” w powieści:

Poprosił tylko, żeby zlecono mu niewielkie zadania. Był zbyt stary23 do innych. Mógł ofiarować swój czas od osiemnastej do dwudziestej.

Zdumiał się, kiedy Rieux dziękował mu gorąco: „To nie jest najtrudniejsze.

Mamy dżumę, trzeba się bronić, to jasne. Ach, gdyby wszystko było takie proste!” I wracał do swego zdania. [Dż 200–201]

23 Na ocenę wieku postaci nakłada się tu jej samopoczucie, Grand sam sobie wydaje się stary. Camus, gdy układał te zdania, miał niewiele ponad trzydziestkę i z jego perspektywy

„mężczyzna pięćdziesięcioletni” [Dż 107] to już staruszek. Młodość bywa niekiedy bezczel­

nie szczera. Teraz wiem już, skąd wzięło się i moje przekonanie podczas pierwszej lektury o „starości” Granda.

Cytaty

Powiązane dokumenty

Jeśli chcemy wyrównać tekst do lewej strony dokumentu, wybierzemy Wyrównaj do lewej, lub skrót klawiszowy Ctrl + L, a jeśli do prawej – wybieramy Wyrównaj do prawej lub

Określ, jaki problem podejmuje Jerzy Stempowski w podanym tekście. Zajmij stanowisko wobec rozwiązania przyjętego przez autora, odwołując się do tego tekstu oraz do innych

Wykreśl wyrazy, które nie powinny znaleźć się w zdaniu.. Mama przyniosła do domu

Każde ćwiczenie wykonujemy 30 sekund, po czym przechodzimy do kolejnego, w razie potrzeby robiąc sobie bardzo krótką przerwę (do max.. 7.Wejdź na

Natomiast ostatnie trzy rozdziały poruszają aspekty dydaktyki języ- ka niemieckiego jako drugiego języka nauczanego po języku angielskim, a także działania mające na celu

Gdy z kolei przyjrzymy się bliżej bal ­ ladzie Pani Twardowska, bo jak głosi mądrość ludowa, „diabeł – niekoniecznie Mefistofeles – tkwi w szczegółach”,

Wszystko, co czynimy, oraz wszystko, co wokół nas się dzieje, nie ma żadnej wartości w sobie i jest jedynie odtwarzaniem boskiego świata czy też powtarzaniem tego, co w

Wniosek: mnożąc i dzieląc obustronnie przez tę samą liczbę różną od zera, dodając i odejmując obustronnie tę samą liczbę otrzymujemy takie samo rozwiązanie, czyli