Rodzina Chrześciańska, 1904, R. 3, nr 25

Pełen tekst

(1)

Rok HI. Katow ice, Niedziela, 26-go C zerw ca 1904 r. Nr. 25

Rodzina chrześciańska

Pisemko poświęcone sprawom religijnym, nauce i zabawie.

Wychodzi raz na tydzień w Jfiedzietę.

Bezpłatny dodatek do „Górnoślązaka^ i „Straży nad Odrą“.

Na Niedzielę V . po Ziel. Św iątkach.

Ewangelia u święt. Mateusza

w Rozdziale V .

Onego czasu : Rzeki Jezus Uczniom : Jeźli nie będzie obfitowała sprawiedliwość wasza więcej, niż doktorów zakonnych i faryzeuszów, nie wnijdziecie do Królestwa niebieskiego. Słyszeliście, iż rzeczono jest starym: Nie będziesz zabijał, a ktoby zabił, bę­

dzie winien sądu. A ja wam powiadam: iż każdy, który się gniewa na brata swojego, będzie winien sądu. A ktoby rzekł bratu sw em u: Raka, będzie winien rady. A ktoby rzekł: Głupcze, będzie winien ognia piekielnego. Jeźli tedy ofiarujesz dar twój na ołtarz, a tam wspomnisz, iż brat twój ma nieco prze­

ciw tobie; zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a idź pierwej zjednać się z bratem twoim, a tedy przy­

szedłszy ofiarujesz dar twój.

E w angelia

na uroczystość śś, Piotra i Pawła

u św . M ateusza w rozdz. X X V I .

W on czas : Przyszedł Jezus w strony Cezarei Filipowej, i pytał Uczniów swoich, m ów iąc: Kim mienią być ludzie Syna Człowieczego? A oni rzekli:

ledni Janem Chrzcicielem, a drudzy Eliaszem, a msi Jeremiaszem, albo jednym z Proroków. Rzekł im Je z u s: A wy kim mię być powiadacie ? A Szymon- Piotr odpowiadając, rzekł: Tyś jest Chrystus, Syn Boga źyw ęgo! A odpowiadając Jezus, rzekł m u : Błogosławionyś jest Szymonie Bar-Jona: bo ciało i krew nie objawiło tobie, ale Ojciec mój, który jest w niebiesiech. A ja tobie powiadam: Iżeś ty jest opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bra­

my piekielne nie zwyciężą go. I tobie dam klucze Królestwa niebieskiego. A cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związanem i w niebie; a cokolwiek roz­

wiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie.

S r e b r n i k , Legenda.

3 , — —

(Ciąg dalszy.)

— Brat ma racyą, — odezwał się na to opat,

— i aby pomysł jego urzeczywistnić, zrobię zaraz propozycyą, która mnie się zdaje najstosowniejszą.

Wiecie, że mamy podostatkiem świętych naczyń ko­

ścielnych, krzyży, lichtarzy itp., a natomiast potrzeba nam nowego dzwonu w miejsce tego, który nam nie­

dawno pękł Jakby tedy to było, gdybyśmy ten srebrnik wrzucili do roztopionego kruszcu, przygo­

towanego do ulania dzwonu? Tu postać jego zu­

pełnie by została zniszczoną, a kruszec jego pomie­

szałby się z drugim, tak iżby zupełnie w nim znikł, a zła materya, odrobina mała w porównaniu do ca­

łości, zostałaby w ten sposób uświęconą. W ten sposób nie mogłaby mieć już złych skutków i mu­

siałby z resztą kruszcu zabrzmieć dla chwały Bożej ilekroćby dzwon się odezwał, czy to na Anioł Pań­

ski, czy w czasie Podniesienia, czy też na nabożeń­

stwo. Dla tego jestem tego zdania, aby srebrnik wrzucić du kotła przy laniu dzwona. Abyśmy zaś jak najprędzej pozbyli się tej nieszczęsnej monety, zajmiemy się natychmiast przygotowaniami do ula­

nia dzwonu.

Wszyscy obecni zgodzili się na ten pomysł.

Nazajutrz zaraz sprowadzono ludwisarza, poczyniono wszystkie przygotowania, a w kilkanaście dni potem nastąpiło lanie dzwona. Gdy już masa kruszcowa w piecu się roztopiła i jakoby ogniste morze za­

częła się poruszać, wtenczas opat ją pot>łog< >sławił i wrzucił do niej srebrnik.

Ale poświęcony kruszec w straszliwy sposób zaczął wrzeć i szumieć, gdy zapłata zdrajcy do niego została wrzucona. Nikt nie mógł .się do pieca zbli­

żyć, bo na wszystkie strony wytryskiwała ognista masa. W tym wirze srebrnik ze swoją czerwoną ognistą plamą wciąż na wierzch wypływał i zdawało się, jakoby wytopiony kruszec chciał go wyrzucić i pozbyć się tego przeklętego przedmiotu. Jednakże to się nie udało i ostatecznie widziano, jak się ów nieszczęsny srebrnik zwolna rozpuścił, a połyskujące jego srebro się rozpłynęło i pomięszała się z resztą kruszcu. Powoli też płynna masa zupełnie się uspo­

koiła i teraz można było dzwon ulać. Dymiący kru­

szec popłynął do formy. Gdy po ostygnięciu formy takową rozebrano, stał dzwon ukończony i połysku­

jący w promieniach słonecznych. Srebrnika nie było już ani śladu, natomiast ujrzano na brzegu

(2)

194 dzwonu tę samą plamę krwawą, która była widoczną na srebrniku.

Nazajutrz dzwon uroczyście poświęcono i na­

dano mu imię Piotra, tego Apostoła, który za grzech swój pokutował, w przeciwstawieniu do Judasza, który się oddał rozpaczy; następnie dzwon' zawieszono i zabrano się do wypróbowania jego głosu.

Z największem zaciekawieniem oczekiwali jwszyscy pierwszego tonu nowego dzwonu.

. Pocięgnięto za liny, potężny kolos zaczął [się zwolna poruszać, serce pojraz pierwszy^ uderzyło, a z metalowej piersi dzwona odezwał się ton tak- okropny, tak straszliwy, bolesny,'1 jakoby jęk naj­

większej rozpaczy, że aż słuchaczom krew się w ży­

łach ścinała.

— Takiego przerażającego głosu boleści jeszcze świat nie słyszał, — zauważył jeden stary zakonnik,

do daremnego wołania o pomoc człowieka na nie­

chybną śmierć prowadzonego, wołania, w którem się wszystkie strachy śmiertelne, cala bezdenna przepaść rozpaczy przebijały.

— Dosyć tego! — rzekł opat do głębi wzru­

szony, — niech więc ten dzwon wisi spokojnie. Nie będziemy już weń dzwonili, ale zadowolnimy się resztą dzwonów.

Zaraz też odjęto liny, a dzwon odtąd wisiał opuszczony i nieużyty.

Tymczasem wielki post się kończył. Minęła Niedziela Pasyjna i cały tydzień z Piątiłiem Matki Boskiej B o lesn ej; minęła i Palmowa Niedziela i roz­

począł się święty wielki tydzień.

Już od kilku dni uważano, że dzwon, w którym był srebrnik zdrajcy Judasza, zaczął się kołysać, ja­

koby niewidzialnemi rękami poruszany. Wieczorami i nocami wychodził od niego niewyraźny ton, taje mnicze brzęczenie, niespokojna, rozpaczliwa skarga, a głos ten stawał się tem głośniejszym, wyraźniej­

szym i dłużej się odzywał, im więcej się zbliżały dni męki Pańskiej.

— to jest, jakoby krzyk rozpaczy z samego piekła, z piersi całego legionu potępieńców.

To prawdziwe wycie dzwonu napełniło zak a n -

ników straszną trwogą i rozpaczą.

— Takjrozpaczliwie jęczą i wyją chyba tylko potępieńcy w przepaści odwiecznej — zauważył drugi zakonnik.

— Takiego dzwonienia my potrzebować nie mo­

żemy,^mówił trzeci zakonnik, — bo ono nie zwia­

stuje pokoju i błogosławieństwa Bożego, lecz prze­

kleństwo' i najwyższy niepokój.

Straszliwy istotnie był głos tego n ie s z c z ę s n e g o

dzwonu. Z całej okolicy schodzili się ludzie i py*

tali przerażeni, jakie się stało nieszczęcie? Zwie­

rzę taSchowafy^się i kryły przestraszone, a nawet sami zakonnicy n ie mogli się oprzeć uczuciu tiwogi 1 dreszczu' n a ten pr enikliwy, straszny głos, podobny

W klasztorze panowała święta, poważna cisza.

W największem skupieniu ducha mieli zakonnicy w tym czasie myśl swą skierowaną tylko ku jednemu celowi: ku Zbawicielowi i Jego męce. Od godziny d i godziny towarzyszyli Mu w duchu w Jego męce i cierpieniach, żadna myśl doczesna nie zakłócała ich skupienia. Męka Chrystusowa była jedynym przedmiotem ich myśli, rozważania, naśladownictwa, ich r jzm ow j, ich snów nawet, gdy na krótki udali się spoczynek. Gorętsze jak w innych latach było to usposobienie zakonników, a każdy byłby z rado­

ścią oddał świat cały i wszystkie jego rozkosze, ^dy­

by miał wybór pomiędzy niemi a obrazą Zbawiciela.

Tak zbliżył się wieczór przed Wielkim Czwar­

tkiem, tjin dniem, w którym Zbawiciel Ciało swe i Krew jak niebieskie manna ustanowił dla czło­

wieka, poczem przez Judasza zdradzony, mękę swoją rozpoczął.

(Ciąg dalszy nastąpi.) Ż o łn ie rz e w e n ecu eln ń scy. Opis na sr. 200.

(3)

195

Tylko sen.

Zdaje mi się, że jeszcze dzisiaj słyszę łagodny jej głos, ie jeszcze dzisiaj niebieskie jej oko, jak wówczas, kiedy mnie w chorobie pielęgnowała, z ma­

cierzyńską na mnie spoczywa pieczołowitością, źe jeszcze dzisiaj biała

Wązka jej ręka moją ściska dłoń — a jednak oko to na wieki zgasło, ręka obezwładniała — panna Elżbieta już umarła! Któżto była ta panna Elż­

bieta ? — Była to stara, bo 59 lat li­

cząca, niezamężna, szlachetna i pocz­

ciwa osoba, która jednakże obok wie­

lu cnót nie posia­

dała żadnej z tych wad, któremi »stare panny« otoczenie swe tyranizować i męczyć zwykły.

Prawdziwie religij­

ny, uczuciowy cha­

rakter, rozsądek, dobre wychowanie i gruntowne w y­

kształcenie, zdrowe wkońcu zapatrywa­

nie się na świat, dla wszystkich, któ­

rzy ją znali, towa­

rzystwo jej przy- jemnem i miłem

czyniły.

Synowi swej zmarłej siostry za­

stępowała z pra- wdziwem zapar­

ciem się samej sie­

bie miejsce matki.

Temu jej siostrzeń­

cowi udzielałem lekcyi, i w ten sposób powstała nasza znajomość.

Później, podczas mojej choroby, w której z macierzyń­

ską mnie pielęgno- G d a ń sk . Opis wała starannością,

— czego niech jej Pan Bóg nie zapomni — poufała się pomiędzy nami zawiązała przyjaźń. Wspólnie się sobie zwierzając, — ułatwialiśmy to smutku i prze­

ciwności pełne życie.

Po skończonej lekcyi schodziliśmy się zwykle w saloniku na herbatę, przy której poczciwa panna Elżbieta miłą umiała urządzać pogadankę, obierając najciekawsze i najwięcej interesowne temata.

Pewnego wieczoru zaczęła mówić o znaczeniu snów: »Nie każdy sen jest marą — są sny, które łączą uczucia lub zdradzają wypadki, spotykające drogie nam istoty.*

•Zgadzam się na to, — odpowiedziałem, — tu j , spokoj

jednakże wypada mieć się na'o3tr«in*śei, aby sza wiele« w sny nie wierzyć i nimi się zajmować, lub co gorsza przestraszać, gdyż wykładanie snów łatwo doprowadza do wróżb, niewiary, i góseł, które złe za sobą wiodą skutki dla duszy naszej.«

*Tak, tak! masz pan zupełną słuszność — tylko że dzisiaj ludzie, aby uniknąć tego »za wiele*, tak chętnie popadają »w zamało« albo »w zupełnie nic«.

— Bo jakże może, dodała z oburze­

niem, — ten który w Boga i w nie­

śmiertelność duszy nie wierzy, dla któ­

rego wszystko jest doczesną tylko ma- teryą, jakże może ten wyobrazić sobie tajemnicze zjawiska w iyciu duszy i ścisły związek po- międ?y duszami so­

bie pokrewnemi, chociażby tylko w twarzach przez sen utworzonych.*

Znając już jej sposób opowiada­

nia, wiedziałem że to jest tylko intro- dukcyą, przejściem do opowiadania ja­

kiegoś ją lub też jej sercu blizkie osoby obchodzące­

go przypadku. Dla tego zapytałem się :

»To coś • i powiedziała, : Ró­

wnością ma zwią­

zek z jakiem zda­

rzeniem o jej życiu.«

Zamiast odpo­

wiedzi zaczęła opo­

wiadać następujące zdarzenie:

»Rodzice moi,

o ile sobie z lat

dziecinnych przy­

pominam, chociaż nie byli majętni, ale zawsze się do­

brze mieli. Później dopiero, gdy Pan Bóg zesłał siedmio­

ro dzieci i rozmaite na str. 200. nieszczęścia na na­

szą rodzinę, dobro­

byt z każdym dniem upadał, a wkradała się nędza.

Dopóki ukochany ojciec nasz żył, szło jeszcze jako tako — gdy jednakże śmierć nieubłagana tę ostatnią nam zabrała^Tpodporę, musiało starsze rodzeństwo opuścić dom, aby w świecie własną pracą wyszukać ekzystencyą^fi zaoszczędzonym groszem dopomagać matce, która z młodem rodzeństwam pozostać mu­

siała w domu.

Państwo, do któiych domu ja się jako nauczy­

cielka dostałam, byli na szczęście dolnymi i uczucio­

wymi dlagmnie. Ich to łasce zawdzięczam, ii po upływie mozolnie spędzonych lat, wreszcie mogę spokojne i bez trosk wieść życie i siostrzeńcowi

(4)

inemu mogę zastąpić matkę, o ile się tylko miłość macierzyńska zastąpić da.

Moje państwo często mi pozwalali odwiedzać moją matkę. O ! jakie rozkoszne były to chw ile! nikt ich nie zdolen odmalować, opisać, można je tylko w sercu, w duszy odczuć !

Pewnego razu znowu odwiedziłam moją ma­

teczkę, spostrzegłam wprawdzie, źe się podstarzała, lecz nie przypuszczałam, aby ta wizyta moja miała być ostatnią, gdyż żadnej choroby nie było widać śladu. Dla tego rozmawiałyśmy uciesznie widzeniem się aż do czasu mojego odjazdu.

Do domu moich chlebodawców ^przyjechałam dość późno, dla tego udałam się wprost do mojej sypialni, gdzie pomodliwszy się gorąco za ukochaną matkę, prędko usnęłam. We śnie niewyraźnie wi­

dziadło jakieś, podobne do aniołów, które w kościele malują, latały śpiewając na około mojego łóżka i sil­

nie zajęły moią wyobraźnię. Naraz otwierają się drzwi i pizez nie wchodzi — biała, cała okryta po­

stać — zbliżając się wprost do mego łóżka. Rzecz dziwna, ja co zwykle tak jestem bojaźliwa, żadnego wówczas nie uczułam strachu i śmiało się zapyta­

łam: »Kto jesteś?*

Zjawisko odsunęło okrycie z twarzy — zboczy­

łam bladą twarz trupią — o! była to twaiz ukocha­

nej moiej matki!... — Wyciągnąwszy lęce, położyła je na głowie mojej i rzekła:

— Wszystkie pobłogosławiłam, tylko ciebie nie moje drogie, ukochane dziecko! Przyjmij więc bło­

gosławieństwo od kochającego serca macierzyńskiego w imię Ojca i Syna i Ducha św. —

Czułam, jak zimna ręka robiła znak krzyża św.

na mojem czole, ustach i piersi i obudziłam się.

Resztę nocy przebyłam na modlitwie za moją matkę. Nazajutrz ledwo zaświtał poranek, odebrałam telegram, w którym mi o śmierci mej matki dono­

szono — złowrogie to pismo zaopatrzono było pod­

pisem : »zgromadzone rodzeństwo.* Później dopiero odebrałam list z którego oddaniem poczta się spó­

źniła, w którym mi donoszono, iź matka moja nagle i niebezpiecznie zachorowała.

W ciężkim moim smutku dziękowałam Bogu, iź pozwolił mojej matce po raz ostatni mnie pobło­

gosławić. To błogosławieństwo było dla mnie świę­

tem dziedzictwem po ukochanej mojej matce! ono broniło mnie od złego na wszystkich drogach mo­

jego życia.

Ja najmocniej jestem przekonaną, źe odebrałam tej nocy od mej matki błogosławieństwo. — Ale jak pan o tem sądzisz — czy był to >tylko* sen?*

To pojedyńcze opowiadanie, które w prostych a wzruszających słowach odmalowało jedno z naj­

świętszych uczuć ludzkich, bo »miłość macierzyńską*, tak mnie wzruszyło, iź na pytanie: »czy był to tylko sen?« nic nie odpowiedziałem. I wam, kochany czy­

telniku lub czytelniczko nic na to pytanie nie odpo­

wiem: sami sobie odpowiedź w sercu waszem poszu­

kajcie. — To tylko dodam, źe wiele jest tajemnic pomiędzy niebem a ziemią, o których się mędrcom świata ani nie śniło, o których sam Pan Bóg nad nami tylko coś wie. —

Poi niebem Dalmacyi.

Skreślił S t a n i s ł a w B e ł z a .

£ —

(Ciąg dalszy.)

Poza pięknem więc wiecznie jednako zachwyca­

jącej przyrody, zobojętnieli na to co tu jest dziś,

posłuchajmy tej ich wymowy, pełnej huku bojowego i surm wojennych, ale co ważniejsze: i wdzięcznego szeptu, unoszącej ducha w nieśmiertelne światy ide­

ałów, — królującej tu kiedyś na świetlanym tronie, cenniejszy od złota i brylantów, poezyi.

Dzisiejsza Raguza stała się pierwotnie nie w teni) co teraz miejscu.

Nie daleko od niej w południowo - wschodniej stronie, na sześć blizko wieków przed narodzeniem Chrystusa, greccy koloniści założyli miasto Epidauriis, i to nieistniejące już dziś pod tą nazwą miasto było, właściwie jej kolebką.

Ale w roku 056 naszej ery, hordy awarskie wtargnęły tu z północy, i śladem wszystkich barba­

rzyńców świata, nie pozostawiły po sobie kamienia na kamieniu.

Mury zrównane zostały z ziemią, rozlane zo­

stało dokoła morze krwi, i zaledwie maleńka cząstka nieszczęśliwych mieszkańców, uniosła głowy w bez­

pieczniejsze miejsce, by głosem wielkim boleści i roz­

paczy, mówić wszem wobec i każdemu z osobna, 0 wielkiej klęsce i o wielkiej niedoli.

Szukając miejsca, gdzieby osiąść spokojnie mo­

gli, napotkali oni na północy niewielki skalisty cypel, ostrym klinem wpuszczony w morze, i tu ufortyfiko­

wawszy się silnie, dali początek starożytnemu Du­

brownikowi, z włoska przezwanemu Raguzą.

Dali początek zaiste szczęśliwy, miasto bowiem urodzone w warunkach, przypominających warunki Wenecyi, niby Wenecya rosło jak na drożdżach, rozszerzało władzę swoją na lądzie i na morzu, wy­

syłało swe okręty handlowe w najodleglejsze strony świata.

Zorganizowawszy się wcześnie w rzeczyospolitą pod patronatem wybieralnych na czas krótki rekto­

rów, otworzyło tu ono niezależną oligarchię, budzącą postrach wśród swoich, poszanowanie wśród obcych.

1 gdy Dalmacya cała, której stanowiło ono cząstkę maleńką, z wyiątkiem krótkiego tylko peryodu, zawsze ulegała władzy cudzoziemców, ono potrafiło w oko­

licznościach najmniej spizyjających, zachować do początku tego wieku swoją niezależność.

Wiązało się z Węgrami przeciwko Wenecyi, z W enecyą przeciwko Węgrom, wysyłało wojska swe na pomoc jednym, odpierało napady innych, kiedy już z niem było bardzo niedobrze, opłacało się nawet Muzułmanom, ale choć wszystko padło dokoła, ostało się przecież w wirze szalejącym na calem tem wybrzeżu, pozostało wolnem, wpośród państw, zamieniających wszystkich słabych w nie­

wolników.

I dopiero potrzeba było takiego Tytana jak Napoleon I., by powalić o ziemię tego Pigmeja Eu­

ropy, i dopiero żelazna dłoń tego, który kartę naszej części świata krajał niby krawiec bryty materyi, zadała mu ostateczny cios.

Już z tego zatem jedynego względu, Raguza budzi zainteresowanie powszechne, już przez to, źe drobna i słaba, tak długo istnieć umiała niezależnie wśród wielkich i potężnych, nakazuje o jej zamarłej przeszłości wspominać z uszanowaniem.

Ale ma ona, jak już wzmiankowaliśmy o tem wyżej, jeszcze inny tytuł do zasługi, na widnokręgu świata zajaśniała innym jeszcze, daleko jaskrawszym i owocniejszym dla ludzkości blaskiem.

III.

•N ic nie jest trwałem oprócz zmisny, powiada wieszcz niemiecki, nic stałem oprócz śmierci.*

I dodaje:

(5)

*97

»Każde uderzenie serca zadaje nam ranę i gdyby nie poeżya, życie byłoby ciągłem krwi broczeniem.

Oria udziela nam to, czego nam natura odmawia, Wiek złoty,"'który nie rdzewieje, wiosnę, który nie przekwita, pogodne szczęście i młodość wieczystą.*

, , Otóż nie^to jedno, w dziejach Raguzy stanowi Jej tytuł do zasługi, że słaba stosunkowo potrafiła

°a karcie dziejów "krwawo zaznaczyć swoje imię, ale to> że rozżarzyła dokoła siebie błogosławioną pocho­

dnię światła, źe stała się na długie wieki ogniskiem, z którego złote'jego promienie, niosły grzęznącemu

^ materyaliźmie światu pociechę i osłodę, że jednem słowem oplotła to swoie imię wonnym i barwnym Wieńcem poezyi, bez ożywiającego tchnienia której, w dzidzinie ducha rozpościera się martwa, zabijająca, szara pustka.

Pom nik Guntlulicza w Raguzie.

Jak o tem już wzmiankowaliśmy wyżej, Dalma- cya cała należąc przez kilka z rzędu wieków do Rzymu i Wenecyi, uległa jeśli nie w całości, to w znacznej części latyńskiemu wpływowi.

Kiedy Słowianie najechali ten kraj, rzymska jego ludność parta naciskienT zgóry, schroniła się j

na południe, ku Spalato, Trogirowi i Raguzie, i tu przecież ;’ nie ostała się w"czystości, mięszała się ze j sławiańską, oddziaływała Jako kulturalnie wyższa na nią, ale i sama przeobraziła się pod jej dotknięciem.

Następstwem"tego oddziaływania na siebie dwóch tych pierwiastków: cywilizacyjnie wyższego włoskiego na potężniejszej liczebnie słowiański, było to, źe gdy ten ostatni wysunął g się na wierzch, zajaśniał rodzi­

mym blaskiem ^rozżarzonym w ognisku, na którego ! natężenie i siłę składały się wieki całe pracy Rzy­

mian i Greków.

I rozwinęła się już w 15-tym wieku przed oczy­

ma zdumionego świata, właśnie w tej Raguzie, gdzie starcie tych dwóch elementów było najpotężniejszem, poetyczna literatura tak bujna, że rękopiśmienne jej okazy rozsiane są po wszystkich prawie główniejszych bibliotekach Dalmacyi i Europy, a jedno tylko mu­

zeum brytańskie w Londynie poęiada ich aż kilka­

naście sztuk.

Ten zapał do poezyi w tem pełnem poezyi przyrody mieście, jest doprawdy zastanawiającym.

Niby w Piowancyi trubadurowie, powstają tu w ciągu trzech stuleci coraz nowi poeci, opiewają

boje narodowe, życie rodzinne, »swych myśli przędzę i swych uczuć kwiaty*, rzucają pod stopy kobiece.

Owidyusz, Anakreon, Horacyusz, Petrarka, Tasso, elektryzować zdają się wszystkich, słowiańskie ich przekłady w odpisach i drukowanych odbiciach krążą z rąk do rąk.

Rzekłbyś, źe bóstwa pieśni umiłowały ponad wszystkie strony, ten skalisty skrawek ziemi, że ocza­

rowane jego majestatem i wdziękiem, osiadły tu na zawsze, by językiem nieznanym i surowym, budzić świat z odrętwienia, by przed oczyma jego mieszkań­

ców rozpościerać jaskrawą :tęczę^pokoju, słodyczy i miłości. I błyszczy też ta tęcza tu długo, a gdy ko­

leją znikomych rzeczy ludzkich ciemnia się w 17-tym wieku chmurami duchownego zastoju, pozostawia po sobie ślad od spiżu trwalszy, bo wyryty w tem na

D alm atyńcy.

wieki, czego spiż żaden nie pokona : w narodowej literaturze.

Bo rzeczywiście, literatura słowiańska w Ragu­

zie, od słyunego tego miasta, które było jej kolebką przezwana nawet dalmatyńsko-raguzańską, w 15, 16 i 17 stuleciach wydała poetów bez przesady powie­

dzieć można cały legion, a na wzór włoski istniały tu czas długi akademie, czyli stowarzyszenia lite­

rackie, w których przy udziale tłumów deklamowano, dyskutowano, grano dramatyczne sztuki, jednem sło­

wem kształcono smak dobry, szerzono w masach prawdziwy kult piękna, przeto poeci ci me byli sztu­

czną naroślą na obcym i obojętnym organizmie, ale rozumiejąc swój naród, wzajemnie byli przezeń ro­

zumianymi.

I pod ich wpływem, na tym cyplu skalistym, nad tym modrym Adryatykiem, urabiała się społe­

czność światła, aspirująca do podniosłych ideałów, i językowi poniewieranemu lat tyle', wywalczyć po­

trafiła tak wielkie na południu Europy poszanowanie, źe monarchowie włoscy uczyli się go pilnie, by módz w oryginale czytać utwory poetów, których sam Ariost nie wahał się nazywać boskimi.

Ta dalmatyńsko-raguzańska poezya, wyrosła na pniu szczerze narodowym, odbija przecież na sobie wpływy starego klasycyzmu i nowego romantyzmu włoskiego. (Ciąg dalszy nastąpi.)

(6)

19*

Ostatnia róża lata.

Urocze kwiaty burza rozwiała, Listek po listku opada,

Wszystkie uwiędły! — jedna została Różyczka samotna — blada — Nikogo z całej wonnej rodziny,

By smutku rozproszył cienie, Tęskne, samotne dzielił godziny,

Westchnieniem spłacił westchnienie.

Biedna rożyczko — ja nic pozwolę Więdnąć ęi na twej łodydze,

O t! tam — w oddali — w sennem już kole J a towarzyszki twe widzę.

Więc zrywam wonne twoje listeczki, Wiatr je rozniesie po błoni, Gdzie spoczywają inne kwiateczki,

Martwe — uwiędłe — bez woni!

I ja podążę wkrótce za tobą,

Bo gdy śmierć w jednej godzinie Głuchą okryje serce żałobą,

Gdy przyjaźń tkliwa przeminie — Kiedy opadną kwiaty miłości

Z marzeń ułudy rajskiemi,

Któżby wśród grobów strasznej ciemności Błądził sam jeden na ziemi ? !

Poradnik gospodarczy.

Tępienie kanianki.

Wkrótce po pierwszym pokosie koniczyny, a cza- j

sem już pierwej, w czerwcu, pojawia się na koniczy­

nie wyraźniej kanianka czyli wylup i sprawia znaczne spustoszenia. Trzeba też natychmiast brać się do jej wyniszczenia, gdyż inaczej szkoda rozszerza się dalej i przenosi się potem z roku na rok na sąsiednie pola koniczynowe. Wśród zielonych pól koniczyno­

wych tworzą się żółtawe jaśniejsze, koliste miejsca, w których koniczyna zmarniała, prawie zupełnie zni­

szczona i oprzędziona całymi splotami czerwonawo żółtych nitek kanianki. Przypatrzywszy się pilnie, widzimy, jak nitki te okręcają łodygę koniczyny, i za­

puszczają w nią ssawki podobne do małych broda wek, któremi wyciągają soki żywotne z rośliny żywi­

cielki. Na nitkach tych siedzą okrągłe kłębki kwia­

tów i torebek z nasieniem.

Nasionka te bardo drobne, szare, wysypują się wnet na rolę i roznoszą zarazę. Dlatego tępić należy tego szkodnika, zanim przekwitnie. Kwiatki ma dro­

bne, białe, lekko różowane, ułożone w okrągłe kłębki.

Najczęściej dostaje się kanianka na pole razem z nie- czystem nasieniem koniczyny. Z nasienia wyrasta cienka nitka, wznosi się do góry i skoro napotka koniczynę, okręca się koło niej zaraz i żywi się z niej nie zapuszczajęc wcale korzonków w ziemię. Nie­

tylko jednak z nasienia rozmnaża się kanianka, każdy kawałek nitkowatej jej łodyżki skoro upadnie na wil- 1 gotną ziemię, wydaje z boku nową nitkę, która krę­

cąc się, szuka nowej żywicielki i ofiary. T a łatwość rozszerzania się kanianki dała powód do sądzenia, że kanianka może spaść z deszczem. Przy tępieniu też trzeba postępować bardzo dokładnie, aby wy- j

niszczyć szkodnika zupełnie, do ostatka. Naprzód skoro spostrzeże się kaniankę w koniczynie wjednem miejscu, przejść całe pole dokładnie i przepatrzeć krok za krokiem czy jej gdzie więcej niema. Często trudno spostrzedz ją odrazu z wierzchu, gdyż oplotła ona dopiero dolne części łodyg i liści. W tych miejscach, gdzie się kaniankę znalazło, robi się znaki, paliki lub t. p. Następnie sierpem wyżąć koniczynę wraz z kauianką nisko przy samej ziemi i na pół metra na około, szerzej niż ją widać na koniczynie abyji ostatki nitek, skryte wśród liści wyniszczyć- Zżęte łodygi i nitki zebrać starannie w płachtę i na uboczu w ognisku spalić. Miejsce wyżęte zaś przy- sypać^sieczką lub plewami z ziemią naokoło wygrze­

baną, przynajmniej na dłoń grubo i przydeptać ; za­

miast sieczki można użyć garbówki z garbarni, albo toifu wilgotnego, albo też pokryć słomą krajaną 1 zapalić, poczem całe miejsce z popiołem pozostałym dobrze motyką przekopać.

Trochę droższy ale za to bardzo skuteczny śro­

dek jest zlewanie miejsc kinianką nawiedzonych, siałCzanem żelaza czyli tak zwanym koperwasem zie­

lonym, którego daje się I kilo na 5 litrów wody- Od tego zniszczeje wprawdzie koniczyna, ale z nią razem i kanianka. Podlewać można zwykłą konewką ogrodową z sitem. Obfite posypanie kainitem również zalecają. Wszystky to jednak tizeba robić zawczasu, zaraz gdy sięfkanianka pokaże, gdyż po wykształce­

niu nasion środki te niewiele pomagają. Istnieje osobna ustawa nakazująca niszczenie kanianki po po- iach, a naczelnicy gmin mają obowiązek, dbać, aby to pożyteczne prawo było wykonywane i jeżeli który opieszały właściciel gruntu na swem polu nie niszczy kanianki, może mu to naczelnik gminy nakazać zro­

bić do pewnego terminu a nawet na jego koszt zni­

szczenie to przymusowo wykonać. Nikt jednak ro­

zumny nie będzie ociągał się z wygubieniem kanianki na własnem polu, bo przedewszystkiem sam przez nią szkodę ponosi.

Przed sianokosami.

Pora sianokosów i zbioru koniczyn na siano nadchodzi około św. Jana z końcem czerwca.’,Trzeb»

przedtem gotowym być z innemi pilnemi robotami, aby mieć ręce wolne i skoro się ma na pogodę, nie marudzić a brać się do kosy. A naprzód nie zawa­

dzi wozy obejrzeć czy całe, czy się koła nie rozsy­

pują, czy drabiny mają szczeble i witki. Pospieszyć się też z dokończeniem plewienia i okopywania zie­

mniaków, buraków i kapusty, bo gdy zbiór sian?- przeszkodzi tym robotom, to potem często już i czasu się na nie nie znajdzie a zielsko i chwasty zagłuszą okopowizny. Ziemniaki po pierwszem okopaniu we 2 lub 3 tygodnie znowu ziemią winny być obsyyane ręcznie lub płuźkiem do oborywania. Im wyżej zie­

mniak pulchną ziemią ogarnięty, tym większy plon daje. Pierwszy raz okrywa się ziemniaki zwykle w jednym kierunku tylko. Gdy ziemniaki są w kwa­

drat sadzone, wtedy przy drugiem okopywaniu ob- orywa się wdłuż i poprzek na krzyż tak, źe każdy krzaczek znajduje się jak w kopczyku. To okopy­

wanie i oborywanie najlepiej jest wykonywać w cza­

sie chłodniejszym i wilgotnym, gdy jednakże ziemia nie jest zbyt mokra.

Gdzie ziemniaków brakuje, nie wyszły w rzę­

dach. tam można dosadzić rozsadę kapusty, buraków, karpieli lub zasadzić fasoli, słonecznika.

Kukurydzę pod ten czas się oplewia i ziemię spulchnia się motyką, płewnikiem, lub płużkiem, tak samo i proso teraz oplewić należy. Gdy już są ka­

(7)

--- 199

wałki próżne np. jakiś ugór lub też pole po zebranej na paszę wczesną mieszance, to jeszcze przed roz­

poczęciem sianozbiorów wywieźć nawóz pod rzepak,

|ub też przeorać bez nawozu pod ż3'to świętojańskie

> zasiać. Na wcześnie opróżnionych polach w poło­

wie czerwca można jeszcze sadzić tytoń, siać rzepę angielską wielką czyli turnipis.

W czasie upałów czerwcowych gdy długo susza panuje, kapustę podlewać należy, jeżeli ma dać plon dobry. Jestto mozolna robota nosić lub wozić wodę na pole, ale kto raz spróbował poinódz w ten sposób kapuście, ten co roku będzie to robił. W małych gospodarstwach łatwo całe kapuściane pole podlać w ciągu dnia jednego. Najwygodniejszy sposób jest putnia do noszenia na grzbiecie z kawałkiem rury drewnianej lub węża parcianego, podlewa się zaś obficie w dołek koło każdej roślinki przy sadzeniu pozostawiony. Także i buraki pastewne znacznie lepiej rosną po podlaniu.

Tytoń w suche lata koniecznie podlewania po­

trzebuje, zwłaszcza wnet po posadzeniu gdy jeszcze nie zbyt mocno zakorzeniony.

Praktyczne rady.

J a k się ch ro n ić od u k ąszeń o w a d ó w ?

i) Uśmierza się ból, nacierając kilkakrotnie pla­

sterkami cebuli. 2) Natr/eć ukłute miejsce kolońską wodą. 3) Posmarować ukłute miejsce I częścią sal- iniaku, 2 części spirytusu. 4) Chcąc się uchronić przed ukłuciem od komarów, nasmarować twarz i ręce olejkiem gwoździkowym lub eukaliptusowym.

J a k c z y śc ić rzeczy popstrzon e przez m u ch y ? Popstrzenia much usuwa się z bronzu i przed­

miotów metalowych szmatą skórzaną umaczaną w okowicie. Ozdoby przy ramach czyści się szczo­

teczką umaczaną w spirytusie. — Popstrzenie mebli polerowanych wywabia się watą bawełnianą z petio- lejem, a następnie miejsca te wysusza się flanelą.

---_ _ — 1 --- ----

R o z m a it o ś c i.

P o d ró ż a rty sty c z n a P a d e re w s k ie g o . Z koń­

cem maja Paderewski rozpoczął wielką podróż kon­

certową. Dnia 29 maja wsiadł w Neapolu na statek płynący do Melbourne; ztamtąd udał się do większych miast w Australii i Nowej Zelandyi, a nadto będzie koncertował w Hongkongu i Szanhaju. Poprzednio miał Paderewski zamiar udać się również do Japonii, wobec wojny odstąpił od zamiaru i uda się natomiast do Indyi i na Ceylon. W racając do Europy, da kilka koncertów w Konstantynopolu i Kairo.

P r z y g o d a m a la rz a . W Paryżu ogromną we­

sołość wywołała przygoda, jaka spotkała znanego malarza portretów Flamenga. Na loteryę, urządzoną niedawno przez redakcyę gazety »Gaulois« na cel do­

broczynny, posłał on zamiast fantu bon na portret przez siebie wykonany, z dopiskiem, że wart 20000 franków, (fest to zwykła cenu, jaką artysta za swoje utwory pobiera.) — Po loteryi otrzymał Flameng od szczęśliwego posiadacza ^głównej wygranej* list tej treści: .W ygrałem pański kwit. — 'Proszę o 10000 franków a w zamian zrzekam się portretu i reszty pieniędzy <.

C ar s p iry ty s ta . Car Mikołaj II znowu oddał się spirytystycznym praktykom. Tym razem uprawia spirytyzm z pewną piękną i wykształconą kobietą, a mianowicie panną Zenobią Gałecką, która przepo­

wiada przyszłość za pomocą jakiegoś metalu, posia­

dającego własność wydzielania światła. Metal rzuca na ekran obrazy przyszłości. Panna Gałecka prze­

powiedziała carowi, że Rosya po licznych klęskach pokona wreszcie Japonię. Na ekranie miał car wi­

dzieć w mglistych zarysach ruiny Porta Artura i wy­

sadzenie eskadry rosyjskiej w powietrze. Ale ostatni obraz przedstawiał odwrót Japończyków i zwycię­

stwo Rosyan.

Ż o n a d z ie sięc iu m ężów . Dotychczas słyszało się tylko o mężach, mających wiele ż o n ; obecnie uwięziono w Odesie niejaką Frymę Glikbergową, ży­

dówkę, mającą lat 40, przy której znaleziono 5 pa­

szportów na imię Frymy i nazwiska Złotopolskiej, Watman, Seid, Gold i Bornstein. Stwierdzono przy- tem, że wzięła już 10 razy ślub z różnymi mężczy­

znami, z którymi pożywszy kilka miesięcy, okradła ich i uciekła. Ostatniego męża ograbiła na sumę 1700 rubli. Trzy paszporty zgubiła. Wreszcie tera­

źniejszy mąż, Glikberg, znacznie od niej młodszy, okradł ją na 2000 rubli i uciekł do Melitopoła, gdzie żona go dogoniła, lecz sama także wpadła w ręce policyi.

M ia sto D a ln y . Miasto to (zajęte obecnie przez Japończyków) stworzyła wola despoty. Powiadają o powstaniu kolei syberyjskiej, źe car za pomoco ołó­

wka pociągnął linię od zachodu ku wschodowi i w ten sposób wytyczył tór nowej kolei. Dalny zawdzię­

cza swoje istnienie podobnemu duchowi. Gdy przed 13 laty zaczęto budować kolej syberyjską, chodziło przedewszystkiem o to, ażeby na wschodnim jej końcu stworzyć port wolny od lodu. Władywostok, przez pół roku skuty lodami, nie mógł wystarczyć Rosyanom ani dla celów wojennych ani dla celów handlowych. Wydzierżawiwszy na lat 24 półwysep Uaotung od Chin, ufortyfikowali Rosyanie Potr A r­

tura na wieczne czasy i stworzyli w ten sposób opar­

cie dla swojej floty wojennej na Dalekim Wschodzie, pozyskawszy port niezamarzający. — Przedewszyst­

kiem stworzono nazwę: Dalny. Potem wypracowano plan miasta, ulic, bulwarów, ogrodów, wodociągów i kanałów. Powstały dwa tak zwane suche warsztaty okrętowe; zbudowano »molo«, wpuszczono w morze, tamę łamiącą fale, wzniesiono esplanadą na gruncie, który niedawno leżał pod wodą. Ulice nazwano imieniem rozmaitych narodów, którym pobudowano kościoły i świątynie, nie brakuje nawet osobnej dziel­

nicy chińskiej. Usłano gniazdo dla przelotnych pta­

ków z całej kuli ziemskiej. — Port Dalny leży nad wielką zatoką Talienwan (Wiktoryi). Zatoka ma dwa głębokie ujścia, utworzone przez wyspę Sanszantan.

Największa nawet flota może tam zarzucić kotwicę, bezpieczna od burz i wiatrów. Zatoka ma 12 kilo­

metrów długości, 10 szerokości. Wysunięte przylądki Gordon i Panter chronią ją przed burzami.

T u n e l S im p lo n . Dnia 4 maja dwa zastępy robotników, wiercące tunel pod górą Simplon w Szwajcaryi, spotkały się. Jedna część robotników wierciła otwór od północy, druga od południa. Dzięki wyliczeniom inżynierskim oba otwory były wiercone w jednej linii z taką dokładnością, że po przebiciu calkowitem skały zeszły się i nie chybiły ani na jotę.

Tunel Simplon przedstawia arcydzieło działalności technicznej, zarówno co do długości jako też szyb­

kości budowli, mimo olbrzymich trudności. Jest długi na 19770 metrów i sięga 703 metrów ponad poziom morza, a przebicie jego wymagało niezmier-

(8)

200 me krótkiego stosunkowo terminu lat 5 i pól, co znamionuje olbrzymi postęp w technice budowlanej.

Poprzednio bowiem przebito już Alpy tunelem trzy­

krotnie, ale zawsze wiercenie wymagało znacznie dłuższego czasu. Tunel Mont-Cenis ( 1 2 2 3 3 metrów długi) wiercono przez lat 14, tunel święt. Gotarda (14 4 1 2 metróm) wymagał 10 lat pracy, a tunel Arl- berg (10 2 5 9 metrów) przekopano w sześciu latach i 3 miesiącach.

Wyjaśnienie rycin.

W enecuelańskie wojsko. Rycina nasza przed­

stawia nam kilka typów wojskowych z Wenecueli, rzeczypospolitej w południowej Ameryce, znanej z powodu różnych zatargów w ostatnich czasach 1 bę­

dącej niegdyś częścią olbrzymiego państwa kolonial­

nego Hiszpanów. Dlatego panuje tutaj jak w sąsie­

dnich rzeczachpospolitych katolicyzm i język hisz­

pański i są te same stosunki polityczne i kulturalne.

Kraj poniekąd tylko połowicznie cywilizowany, w ad- ministracyi korupcya i nieład, co chwila jakaś ru- chawka i rewolucyjka, zwane »pronunciamentos«, bo każdy pułkownik lub generał lub jakiś karyerowicz ma tę ambicyę, że dąży do prezydentury. W ojska nie należy porównjwać do wojsk europejskich, bo jest to raczej banda rabusiów, każdy umundurowany i uzbrojony według własnego gustu, lecz w bitwie nie źle się sprawia.

Gdańsk, w dzisiejszych Prusach Zachodnich, a dawniej za polskich czasów królewskich, jest wa- żnem miejscem handlowem nad ujściem W isły do Bałtyku, jest to tak ważny punkt, że Polska nie wahała się toczyć długie walki z zakonem krzyżackim, aby tylko posiąść to miasto, gdzie było centrum handlu zbożem polskiem. Rozumie się, że miasto takie było możnem i bogatem, szkoda tylko, że ni­

gdy nie było szczerze polskiem, gdyż żywioł niemie­

cki miał tu zawsze przewagę i nie zlał się z polskim jak w Krakowie. Dziś Polonia gdańska liczy kilka tysięcy dusz. Gdańsk oznacza się także tem, że wiernie zachował wygląd miasta średniowiekowego i mniej się zmodernizował niż inne wielkie miasta.

Jest tu bardzo wiele architektonicznych zabytków z średnich wieków, jak ratusz, kościoły i gmachy publiczne i prywatne. Obecnie wychodzi w tem mieście także pismo polskie, i to »Gazeta Gdańska*.

Objaśnienie.

Podoficer do rekruta:

— Co to jest pół obrotu w prawo ? Rekrut milczy.

Podoficer:

— Pół obrotu w prawo znaczy to samo, co pół obrotu w lewo, tylko na odwrót. Rozumiesz, wielbłądzie ?

Przykład z góry.

Ojciec do córki:

— Co ? Dopiero 4 tygodnie od waszego ślubu, a już przychodzisz do mnie ze skargami na męża ?

Córka : — Ależ on ustawicznie kłóci się zemną- O jciec: — Eh, to głupstwo! Ja i twoja matka kłócimy się codziennie już od 30 lat, a jednak Ry­

jemy zgodnie razem ?

Filozofia kaprala.

— Czemużby człowiek nie miał pochodzić od małpy, jeźli my, wojskowi, byliśmy niegdyś cywilami ?

Pociecha.

Ojciec, który pomagał synowi w wypracowaniu zadania szkolnego:

— No, i cóż powiedział pan profesor o twojem zadaniu ?

S y n :

— Powiedział, że staję się codzień głupszy.

W sądzie.

Prokurator do obrońcy:

— Obwiniony zabił 4 ludzi, do winy się przy^

znaje... gdzież pan widzi okoliczności łagodzące ? O brońca:

— Mógł był pięciu zabić ! S ęd zia:

— Przyznajesz, że skradłeś temu gospodarzowi 4 wiąski siana?

Podsądny:

— Tak, proszę pana sędziego, ale to było z głodu.

ZAGADKA.

Trzecie, pierwsze, czas pogody, Druga nigdy nie bez wody;

W szystko drzewo dość wysokie I częstokroć dość szerokie.

Pierwsze najchętniej spogląda Na drugie, gdy ładnie wygląda.

Wszystko zawsze chwalimy, Gdy się z kraju oddalimy.

Z a rozwiązanie powyższej szarady przeznacza my nagrodę.

Rozwiązanie szarady z nr. 23-go.

So— bót— ka.

Dobre rozwiązania nadesłali:

Józef Jarrocha*, Kuźnica, Aug. Wójcik, Nowe Hajduki, Paweł Nawrat, Paulina Lawandowska, Glau- benshuta, Nadnotecianin, Jadwiga Badura, Roździeń, Jan Wieczorek, Stanisław Nowak, Mała Dąbrówka, Franciszek Rychter z Roździenia, Jan Werner z L i­

pin, Ryszard Bodynek, Świętochłowice.

I nagróda, która przypadła temu, którego na­

zwisko oznaczone jest gwiazdką, jużeśmy wysłali.

N akładem i czcionkam i »G óm oślązaka«, spółki w ydaw niczej z ograniczoną odpow iedzialnością w Katow icach.

R edaktor odpow iedzialny: A ntoni W olski w {Łatewisari*.

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :