take your photo? (2007)

W dokumencie Parallax 2015-2017 (Stron 107-126)

Travelling further East on the train to Katowice I stared out the window at fields and groups of buildings going by. What was I up to? By the time I arrived and had found a hotel it was dark. My room on the eighth floor overlooked a vast car park with a petrol station stranded in the middle.

Looking out at this scene I decided that next day I would try making my way to Dabrowa Górnicza, a satellite town in the conurbation of which Katowice is the hub. On the map I had noticed a large industrial area at the town’s periphery. It seemed worth a look. The following morning, I wandered between the train and bus stations and the neighbouring streets looking for information on public transport but found nothing.

There seemed to be no maps of the network. I was told variously to take a bus or a train, but in the end, acting on impulse, I got on tram no. 15.

As it rolled through the streets some inkling of what I was doing here crept up on me. Travelling by bus or train was not finely detailed enough.

This old tram in its track was like a needle on a record; I could hear the

CHESHER

ANG

dzy dworcem kolejowym i autobusowym oraz przyległymi ulicami, na próżno starając się znaleźć informację dotyczącą transportu publiczne-go. Zdaje się, że nie istnieje żadna mapa połączeń. Ktoś radzi mi jechać autobusem, ktoś inny pociągiem, w końcu pod wpływem impulsu wsia-dam do tramwaju nr 15. Kiedy pojazd toczy się przez ulice, zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, co robię. Trasy autobusów i pociągów nie są dostatecznie szczegółowo opisane. Ten stary tramwaj porusza się po torze jak igła w rowku płyty; słyszę jego spracowane koła toczące się po stalowych szynach i czuję, jak z każdym zakrętem i nierównością wagon drży i kołysze się, odwzorowując w ten sposób topologię miasta.

Piętnastka wiezie mnie na osiedle, które zdaje się nosi niewiarygodną wręcz nazwę Bohaterów Monte Casino. Z faktu, że wszyscy pasażerowie wychodzą i znikają między blokami, wnioskuję, że to ostatni przystanek.

Zaczynam iść na wschód, w kierunku Dąbrowy Górniczej. Po około trzech kilometrach przechodzę przez tory kolejowe biegnące w kierunku kopal-ni Kazimierz-Juliusz i robię zdjęcie młotom skrzyżowanym nad bramą przejazdu kolejowego. Jakiś człowiek idący opustoszałą drogą zatrzymuje się, chcąc najwyraźniej upewnić się, czy się nie zgubiłem. Trochę dalej, już przy głównym wejściu do kopalni, próbuję rozmawiać ze strażnikami.

Nie rozumiemy się, ale i tak pozwalają mi wejść na plac. Idąc w kierunku konstrukcji, która wydaje się budynkiem nadszybia, podnoszę wzrok.

W oknach, na całej szerokości pierwszego piętra, stoją górnicy. W końcu to czas na drugie śniadanie. Rozmawiają, wyglądając przez okna. Mrużą oczy w świetle dnia, czy tylko tak mi się wydaje? Niektórzy patrzą na mnie, z pewnością stanowię tu anomalię. Zanim opuszczę teren kopalni, wolno mi wejść do westybulu: imponującego, sześciennego holu, w którym na kafelkach pokrywających ściany dominuje motyw skrzyżowanych młotów.

Chciałem zrobić zdjęcie górnikom kopalni Kazimierz-Juliusz patrzącym na mnie z góry, ale nie podniosłem aparatu. To nie jedyny moment, kiedy skrupuły wzięły górę. Podczas moich wędrówek przez Katowice i tereny wokół miasta podjąłem decyzję, by przed zrobieniem zdjęcia ludziom podczas ich pracy, pytać o pozwolenie. Jedna z niewielu fraz, których się nauczyłem, służyła właśnie do tego. Czy mogę zrobić zdjęcie?

Czasami uzyskiwałem zgodę, innym razem odpowiedź była odmowna, niekiedy jednak sam czułem się zbyt zawstydzony, żeby zapytać. Co kryło się, na przykład, za moim pragnieniem sfotografowania grabarza stojącego w dole? Później zdałem sobie sprawę, że zależało mi przede

CHESHER

ENG tram’s aged wheels tracing the steel tramlines and could feel the carriage, at each curve and undulation in its path, shudder and lurch as it slowly edged its way through the city’s topology.

The no. 15 took me to a housing estate that seemed to have the im-probable name Bohaterów Monte Cassino. As all the other passengers got out and dispersed between the surrounding blocks, I realised this must be the final stop. I started walking east in the general direction of Dabrowa Górnicza. After about three or four kilometres I crossed the railway line leading into the Kazimierz-Juliusz colliery and took photos of the crossed hammers on the level crossing gates. A man coming down the otherwise deserted road stopped, evidently to ask me if I’m lost. A little further along, at the main entrance to the colliery, I tried to talk to the security guards. We didn’t understand one another’s language, but they allowed me into the yard all the same. As I walked towards what I took to be the pithead I looked up, and there, lining the windows all along the first floor of the building, were the miners. It was lunchtime after all. They were talking to one another, staring out the window. Were they blinking at the daylight, or was I imagining that? Some of them glanced down at me and surely saw there walking across the yard an anomaly. Before leaving I was allowed into the vestibule of the building, an impressively vast, cubic hall with tiled walls on which the crossed hammer motif, the miners’ symbol, is prominent.

I wanted to take a photo of those miners looking down at me at the Kazimierz-Juliusz colliery, but I did not raise my camera. It was not the only time that compunction stopped me. As I wandered about Katow-ice and its surroundings I wanted to take shots of people working, and had decided to ask before I did. One of the few phrases I learnt was for this purpose. Czy mogę zrobić zdjęcie? Sometimes people said yes, and sometimes no. But sometimes I felt ashamed to ask and so did not. What was my motive for wanting to photograph the gravedigger in his hole, for example? It later dawned on me that it was the interaction itself that I was interested in, at least as much as if not more than the images. But to have the interaction I had to ask the question, the one arose out of the other. In one case, an image that remains in my mind more clearly than the rest, burnt into my memory so that I don’t have to look back at it now to describe it, the interaction happened in the moment the photo was taken. I took it of a labourer resurfacing a walkway near the main

CHESHER

ANG

wszystkim na interakcji, przynajmniej tak samo, jeśli nie bardziej niż na samym zdjęciu. Interakcja zaczynała się jednak od mojego pytania.

W jednym przypadku, który pamiętam wyraźniej niż inne – tak, że nie muszę nawet spoglądać na zdjęcie, żeby go opisać – interakcja nastąpiła w momencie wykonywania fotografii. Chciałem sfotografować robotnika układającego chodnik w pobliżu stacji. Skinął głową, nie przerywając pracy. Kiedy stanąłem, żeby zrobić zdjęcie, spojrzał w górę, ale twarz, którą udało mi się ująć, pozostaje dla mnie nieodgadniona. Nie patrzy w aparat, patrzy na niego. Nie wygląda na zdziwionego, ale jednocześnie nie robi wrażenia, jakby spodziewał się zobaczyć skierowany w siebie obiektyw. I z pewnością nie współpracuje w tworzeniu tej fotografii;

wygląda raczej, jakby jego twarz wstrzymywała zgodę udzieloną przez zrezygnowane, przyzwalające skinięcie.

Skrupuły budzili nie tylko ludzie, ale i rzeczy. Szare, robotnicze osiedle skupione w pobliżu kopalni było na swój sposób fascynujące, ale coś powstrzymywało mnie przed uruchamianiem aparatu. Surowe, dwu-piętrowe budynki z drzwiami, które chyba zawsze pozostawały otwarte.

Wszedłem do jednego z nich, idąc za drobną kobietą, która pytała o coś każdą z mijanych przez siebie osób. Ponieważ były to głównie dzieci, czające się w korytarzach lub bawiące się na podwórzu, przypuszczałem, że pyta o swoje dziecko. Zaczepiła chłopczyka, około siedmioletniego, opartego niedbale o pokryte łuszczącą się farbą zielone drzwi, a w jej głosie słychać było delikatny ton współczucia. Słyszałem potem, jak z identyczną melodią w głosie zadaje to samo pytanie dziewczynkom na podwórzu. Jedna z nich trzymała głowę w dłoniach, podczas gdy reszta dziewcząt stała wokół niej. Kiedy ją mijałem, podniosła twarz, smutną, ale wolną od łez. Przed domem sfotografowałem jedynie czarną plamę pyłu węglowego przed piwnicznym oknem.

Ruchomy grunt (2017)

Dziesięć lat później, podczas kolejnej podróży do Katowic, nie rozpo-znawałem miejsc, które widziałem w trakcie swojej pierwszej wizyty.

Tym razem podróżowałem samolotem, a ponieważ mój pobyt miał być krótki, częściej poruszałem się taksówkami niż pieszo. Podejrzewam, że zmiana w postrzeganiu ma w równym stopniu związek ze sposobem przemieszczania się, co ze zmianami w tkance miasta. Centrum miasta jest dziś pełne tętniących ulic handlowych, jak we Wrocławiu w 2007 roku.

Nowy budynek Akademii może mierzyć się ze swoimi nowoczesnymi

od-CHESHER

ENG station. He nodded consent to my request without pausing in what he was doing. When I stood back to take the picture he looked up, but his face captured in it remains indecipherable for me. He does not look into the camera, he looks at it. He does not look surprised, but neither does he look like he was expecting the camera to be pointed at him. And he certainly does not collude in the production of this image; it is as if his face withholds the consent his nod was resigned to giving.

There were things as well as people that my compunction stopped me taking photos of. The grey worker’s housing clustered close to a mine held a certain fascination, but I was hesitant to photograph them. Spar-tan three-storey tenements, their doors always seemed to sSpar-tand open.

I walked into one preceded by a small woman who asked something of everyone she met as she passed through. As she mostly asked the children who lurked in the corridor or played in the yard, I assumed she must be asking after her own child. She asked a boy of about seven slouched against a peeling green door and her voice had the gentle tone of sympathy in it. I heard her ask the same question with the same lilt of some girls in a yard. One them had her head in her hands while the others stood around her. As I passed, up came her face, frustrated but not crying. Outside I photographed just the black stain of coal dust in front of a cellar window.

Shifting Ground (2017)

On my return trip to Katowice a decade later I didn’t recognise much from my first visit. This time I had flown to the city and, as my stay was to be brief, I travelled round it more often by taxi than by foot. I suspect my changed perception had as much to do with my mode of transport as changes to the city’s fabric. The city centre, though, is now replete with bustling shopping streets, just as Wroclaw was in 2007. The ar-chitecture of the art school’s new building lays claim to a comparable global modernity, its spacious studios and state-of-the-art workshops the equal of its counterparts in Berlin, London and elsewhere. Back in 2007 I stopped to take a photograph of a hi-tech hoarding being installed.

Three men wearing uniform red T-shirts and tool belts stood on ladders inside the glass-fronted box. The engineer responsible for connecting it to the mains told me in fluent English that theirs was a booming business, nonetheless many of the hoardings I saw at the time were blank. In 2017 Silesia’s aspiration to a post-industrial future was now visible on its

bill-CHESHER

ANG

powiednikami na świecie; jego przestronne pracownie i najnowocześniej wyposażone warsztaty nie ustępują tym z Berlina, Londynu czy innych ośrodków. W 2007 zatrzymałem się, żeby sfotografować instalowanie nowoczesnego billboardu. Trzech mężczyzn w identycznych czerwonych podkoszulkach i z pasami na narzędzia stało na drabinach wewnątrz przeszklonej gabloty. Inżynier kierujący podłączaniem urządzenia do prądu wyjaśniał mi płynnym angielskim, że instalowanie billboardów to kwitnący biznes, choć pamiętam, że sporo z tych, które wtedy widziałem, pozostawało pustych. W 2017 śląskie aspiracje do postindustrialnej przy-szłości pojawiły się z powrotem na billboardach. Wiele z nich, rozpro-szonych po całym mieście, reklamowało pracę dla Google, prawdziwego postindustrialnego pracodawcy, którego nazwa stała się synonimem lekceważenia praw pracowniczych i zasad bezpieczeństwa: Google jobs.

Po zwiedzeniu akademii spotkałem się z Anną, pracującą w rektora-cie, której przypadło w udziale zawiezienie mnie na wystawę absolwentów do sąsiedniego Bytomia. Anna zaproponowała, że pokaże mi niektóre tereny przemysłowe, o które wcześniej pytałem. Pierwszym przystankiem była zlikwidowana już cynkownia na Wełnowcu. Wspięliśmy się na wał przy drodze i stanęliśmy na skraju olbrzymiego, pokrytego karłowatą roślinnością ugoru. Anna ostrzegła, że musimy uważać na doły, mimo to teren pozostawał zupełnie nieogrodzony. Byłem zdumiony, może nawet trochę rozczarowany. Miałem wrażenie, że nie zobaczę już niczego in-teresującego. Idąc dalej, minęliśmy kolejne miejsce będące rezultatem pracy buldożerów – rozległy obszar poprzemysłowych ruin, wysokich na kilka metrów, który zaczynał się tuż za skrajem drogi. Zauważyłem dwie sylwetki idące tamtędy, jakby spacerowały przez park. Kiedy obchodzi-liśmy to miejsce ponad kilometrowym łukiem, postacie to znikały, to pojawiały się na nowo pomiędzy zwałami gruzu i żelastwa.

Podczas podróży samochodem Anna opowiedziała mi, jak w czasie rozkwitu przemysłowego regionu jej dziadek przyjechał z Węgier na Śląsk.

Miał pieniądze, które chciał zainwestować, korzystając z perspektyw, które takie miasta jak Bytom i Katowice oferowały wówczas osobom przedsiębiorczym. W 1902 wybudował dom, w którym Anna dorastała.

Dziś, według jej słów, okna w domu raz się domykają, a raz nie; teren pod budynkiem jest tak podziurawiony szybami i tunelami, że około połowa miasta osiada. Między 1883 a 1994 miasto zapadło się średnio o 5 metrów.

Dziś działa tylko jedna z dwunastu bytomskich kopalń – inne zostały zamknięte z powodu nierentowności. Jednak scenę, na której rozgrywa

CHESHER

ENG boards. Many I noticed dotted around the city carried adverts for jobs with Google, the post-industrial employer par excellence, whose name is proverbial for the demise of workers’ rights and security: Google jobs.

After having toured the art school, I was met by Anna from the Rec-tor’s office who had been elected to drive me to a graduation exhibition in the neighbouring town of Bytom. She also volunteered to show me some of the industrial sites I’d asked about. Our first stop was the razed zinc works at Wełnowiec. We climbed a mound beside the road and stood on the edge of an immense scrub-covered wasteland. Anna warned me there were holes in the ground that we had to be careful not to fall into, though there was no fence to stop us entering. I was perplexed, maybe a bit disappointed. There seemed nothing to see of what I was looking for. Further on our route we passed another area newly bulldozed, an expanse of industrial rubble piled metres high that began directly at the road’s edge. I spotted two figures strolling through its middle as if through a park. They disappeared and appeared again from behind the debris and other remnants as our route circumnavigated the site for about a kilometre or so.

As we drove, Anna told me how her grandfather came to Silesia from Hungary during the region’s boom years. He had some money he wanted to invest, and work and business prospects were attracting the enterpris-ing to towns like Bytom and Katowice. In 1902 he built the house in which Anna grew up. Nowadays, she told me, the windows will open one day but not the next; the ground below is so riddled with shafts and tunnels that subsidence has affected around half of the town, its surface having sunk by an average of five metres between 1883 and 1994. Today, only one of Bytom’s original twelve mines is still in operation; the others have been closed because coal is no longer commercially viable. This history of rise and decline has a long backstory. Silesia’s industrial heyday was prepared for by a geological process that started some 350 million years ago and lasted 65 million years. It is less than two hundred years since the mining of Silesia’s subterranean resources started in earnest, but in that brief window the region’s rich coal deposits have been effectively depleted.

The political landscape has been as tumultuous as the shifting ge-ology below ground. On the site of the new Silesian Museum there is an old winding tower with a glass-walled lift to take visitors to its top. From here, Lesław, one of my hosts at the art school, told me, as he pointed

CHESHER

ANG

się ta historia wzrostu i upadku, ustawiono wiele lat temu. Rozkwit prze-mysłowy Śląska przygotowany został przez procesy geologiczne, które zaczęły się przed 350 milionami lat i utrzymywały się kolejne 65 milionów.

Zaledwie niecałe dwieście lat trwał okres intensywnego pozyskiwania podziemnych zasobów, a jednak w tak krótkim czasie śląskie złoża węgla zostały praktycznie wyczerpane.

Pejzaż polityczny jest równie wzburzony jak podziemna struktura geologiczna. Na terenie nowego Muzeum Śląskiego stoi otwarty dla turystów stary szyb z przeszklonymi ścianami. Z jego szczytu Lesław, jeden z goszczących mnie pracowników ASP, wskazał mi w oddali miej-sce, gdzie niegdyś zbiegały się granice trzech imperiów. Przed pierwszą wojną światową wszystkie trzy, Niemcy, Rosja i Austro-Węgry, miały swoją cześć Śląska. Choć po wojnie cały region stał się częścią nowo powstałego państwa polskiego, sytuacja ta nie trwała długo. Plebiscyt z roku 1922 doprowadził do kolejnego podziału tego regionu, tym razem pomiędzy Niemcy i Polskę. Według słów Anny, nowy podział przebie-gał w poprzek społeczności. Jej rodzinny dom w Bytomiu, lub Beuthen, znalazł się w granicach Niemiec, niektórzy członkowie zostali uznani za Niemców, inni za Polaków i znaleźli się po przeciwnych stronach granicy.

Szary śnieg

Kilka kilometrów na północ od kopalni Kazimierz-Juliusz droga prowadzi wzdłuż dużego cmentarza. Wysokie kominy, widoczne za cmentarzem, były pierwszym elementem wybudowanej w latach siedemdziesiątych Huty Katowice, który dostrzegłem. Huta wciąż działa – choć oczywiście nie jest już zakładem państwowym – a zajmując powierzchnię małego miasta, jest jak zapracowany bliźniak Dąbrowy Górniczej. Do głównego wejścia dotarłem, pokonując jeszcze dwa lub trzy kilometry. Przy wejściu strażnicy w czarnych, bojowych strojach, z pistoletami przy pasie lub z bronią automatyczną. Tutaj też spróbowałem rozmowy, ale przyjęto mnie o wiele chłodniej niż w kopalni.

Zostałem skierowany do kontuaru, gdzie jakaś kobieta odebrała ode mnie paszport. Podniosła szybę w okienku na zaledwie parę centyme-trów tak, że musiałem się schylić i przekręcić głowę, żeby powiedzieć coś przez powstałą szczelinę. Kiedy odwróciła się, by przejrzeć stertę

Zostałem skierowany do kontuaru, gdzie jakaś kobieta odebrała ode mnie paszport. Podniosła szybę w okienku na zaledwie parę centyme-trów tak, że musiałem się schylić i przekręcić głowę, żeby powiedzieć coś przez powstałą szczelinę. Kiedy odwróciła się, by przejrzeć stertę

W dokumencie Parallax 2015-2017 (Stron 107-126)