A witness or something will have failed to summon help

W dokumencie Parallax 2015-2017 (Stron 57-66)

bio — 316 praca / work — 144, 222

ANG

Potykając się, ruszyłem w jego stronę, wciąż próbując opanować problemy ze wzrokiem, zaciskając szczęki i maksymalnie podnosząc i opuszczając brwi, niwelowałem ból głowy, dla lepszej równowagi opie-rając ręce na pudłach. Wyglądało to jak skecz Lee Evansa albo Andy Serkis w Ewolucji Planety Małp, czy jakoś tak. Jak w komicznym numerze machnąłem prawą stopą i popchnąłem jeden z plastikowych wózków sklepowych, który przejechawszy na drugi koniec pomieszczenia, deli-katnie uderzył Dział Historia w twarz. Rzuciłem się w kierunku wózka, ale nie zdołałem go złapać. Dział Historia nawet się nie wzdrygnął, co mnie trochę zaniepokoiło. Z półki za rogiem ryczeli Echo & the Bun-nymen, Wydawanie Towaru delektował się wolną chwilą, podczas gdy Przyjmowanie Towaru przedłużali sobie lunch.

Daleki odgłos płytkiego, nieustępliwego, nowotworowego kaszlu Wydawania Towaru wypełniał przerwy między piosenkami. Zdałem sobie sprawę, że od dłuższego czasu obejmowałem zgniecioną postać Działu Historia – z pochyloną głową, rękami na jego ramionach i rozsta-wionymi nogami wyglądałem jak stojak. Powiedziałem „antresola”, ale właściwie był to dach męskiej toalety i najwyraźniej nikt oprócz Działu Historia nie widział mojego widowiskowego upadku przez barierki. Sklep nadal zajmował się swoimi sprawami, tak na piętrze, jak i w oddali, przy głównym szybie windowym i schodach, do których przylegały toalety.

Wydawanie Towaru wystrzelił z pistoletu porcję taśmy klejącej. Drzwi – do pomieszczenia dla personelu, biura kierownika czy czegoś takiego – trzasnęły o framugę. Do ławki dla palaczy, stojącej u szczytu schodów,

dochodził szum z ulicy. A więc próbowałem akurat upolować dodatko-we reklamówki, co było zajęciem niespecjalnie wyjątkowym, ale za to wymagającym pewnej zwinności. Na dach toalety, na którym trzymano torby można było się łatwo dostać z półpiętra schodów, jednak było to również miejsce, w którym trzymano dokumenty księgowe i materiały promocyjne z ostatnich siedmiu czy ośmiu lat, nie mówiąc o regałach, świetlówkach i tym podobnych. Zapadnięte pudła z odzysku, pełne faktur – na każdym z nich, pomiędzy znakami towarowymi wydawcy i niechluj-nie nalepioną taśmą, udało się naniechluj-nieść markerem datę – stały ułożone w kolumny prawie dotykające sufitu (choć przy poprzednich polowaniach sięgały mi najwyżej do ramion), pomiędzy bezładnie usypanymi kupami mniejszych pudeł, o zróżnicowanej i nieokreślonej zawartości. W głębi tego bałaganu – nowe, a już zapomniane – stało zwykle pudło cennych reklamówek. W sklepie zawsze ich brakowało, niezależnie od tego, ile

FITTON

ENG I stumbled towards him, still struggling to normalise my vision, clenching my jaw and alternately raising and lowering my eyebrows as far as they’d go to brace against my headache, hands down on the boxes for stability. Like a Lee Evans sketch or Andy Serkis on a Planet of the Apes set or something. Comically, my swinging right foot connected with one of the shop’s wheeled plastic trolleys, which careened across the floor and hit History Desk gently in the face. I lurched forward but failed to stop it. He didn’t flinch, which worried me a bit. Echo & the Bunnymen blared from the shelf round the corner, Goods-Out enjoying his early-afternoon window while Goods-In protracted their lunch.

Goods-Out’s distant cough, thin and cancerous, relentless, peppered a gap between songs. I realised I’d been bracing myself over History Desk’s crumpled form for quite a while, head bowed, my hands planted on his upturned shoulder, legs out like a tripod. I said mezzanine, but it was actually the roof of the men’s toilet, and clearly no-one other than History Desk had seen my impressive tumble through its railings.

The shop carried on its business upstairs and around the far side of the central lift shaft and open staircase to which the toilets were attached.

Goods-Out’s gun fizzed out a length of packing tape. A door–the staff room or the manager’s office or something–banged against its frame.

Traffic noise drifted down past the smokers’ bench at the top of the stairs. I had been hunting more carrier bags; not an unusual activity, but one which required a certain agility. The roof of the toilets, where the boxes of new bags were kept, was fairly easily accessed from the half-landing of the stairs, but it was also home to seven or eight years’

worth of the shop’s paper accounts, all manner of future and surplus promotional material, spare shop fittings, fluorescent tubes and the like.

Sagging boxes of invoices, re-purposed with marker-pen dates squeezed between publisher’s logos and sloppily-applied tape, had been stacked in sketchy pillars almost floor to ceiling–barely shoulder height–during earlier hunts, and were interspersed with tumbledown piles of smaller boxes of varied and indeterminate content. Deep amongst the disorder, a fresh but long-obscured box of precious bags could normally be found.

There were never enough on the shop floor, no matter how many Head Office authorised us to order, and new shipments always seeped back inexorably into the morass.

I had squeezed through the scaffolding-tube railing onto the toilet roof, avoiding delicate foamboard authors, a microphone stand, and its

FITTON

ANG

Centrala zezwoliła nam zamówić, a nowa dostawa nieodmiennie zapa-dała się w bagno.

Przedostałem się na dach pomiędzy barierkami, unikając kontaktu ze zdjęciami pisarzy, przyklejonymi do piankowych plansz, stojakiem na mi-krofon i zakurzonymi głośnikami, ustawionymi niepewnie na popękanych i pożółkłych, akrylowych regałach. Stawiając ostrożnie kroki, dotarłem do miejsca, w którym zwykle udawało się coś upolować, z dala od scho-dów, w pobliże barierki, za którą zaczynał się chaos przyjętych ostatnio towarów ułożonych pod łuszczącą się od wilgoci ścianą, z kawałkiem pustej przestrzeni pomiędzy górą niedokończonych zamówień i wózkami pełnymi towarów gotowych do sprzedaży, do którego zamierzałem do-trzeć krętą ścieżką ze spracowanego betonu. Rozcinając taśmę kluczem, otwarłem parę leżących na wierzchu i obiecująco wyglądających pudeł, ale w jednym znalazłem tylko bezużyteczne reklamówki z nadrukiem jakiejś dawno nieaktualnej promocji, a w drugim mniejsze torby, których sporo mieliśmy jeszcze na górze. Wspiąłem się więc wyżej, aż pod sufit, na pudła z rolkami papieru do kas, i przesuwając na bok w połowie otwarte pudła z kątownikami do regałów, dokonałem obiecującego odkrycia. Jed-nak w tej właśnie chwili kolano obsunęło mi się na jednej z reklamówek, którą wcześniej wyciągnąłem i odrzuciłem na bok. Próbując odzyskać równowagę, niezręcznie wsunąłem z powrotem trzymane w wyciągnię-tej ręce pudło z kątownikami, a kiedy instynktownie pochyliłem się do przodu, starając się je podtrzymać, pośliznąłem się na tej samej torbie i poruszyłem kubek z nadrukiem Coś Tam University Press, który tkwił pod wieżą ułożoną ze spisów inwentarzowych. Poruszona wieża obojęt-nie zwaliła się w moją stronę, likwidując wszystkie inne dostępne opcje i zmuszając mnie do uskoczenia w bok. Prześliznąłem się przez barierkę jak uciekający jeniec wojenny.

Musiałem komuś powiedzieć o Dziale Historia – leżał cały czas nie-przytomny przy moich szeroko rozstawionych stopach, oddychał jednak, co przyjąłem z ulgą. Rozluźniłem uścisk na jego ramieniu i, powłócząc nogami, ruszyłem w stronę pomieszczenia dla personelu, starając się złagodzić ból w dudniącej głowie przyciskałem mocno kciuki do skroni.

Nie mam głowy do imion, próbowałem więc wymyślić jakiś sposób na wezwanie pomocy bez konieczności zdradzania tego faktu, kiedy Dział Poezja natknął się na mnie na korytarzu w drodze do ustępu. Wykręciłem rękę do tyłu, wskazując na Dział Historia, ale chyba leżał zbyt głęboko za rogiem, żeby go można było dostrzec. Kiedy z grymasem spojrzałem

FITTON

ENG dusty PA speaker balanced precariously on a selection of cracked and yellowed Perspex book stands. Wary of the rough ceiling, I had clam-bered through to an area where previous searches had proved fruitful, far from the stairs, and towards the barrier overlooking the chaos of goods-in where a shallow mountain of recent arrivals climbed the damply peeling back wall, separated from my soon-to-be landing-spot amongst the ageing pile of incompletes and the trolleys of shop-ready stock by a meandering pathway of worn concrete floor. Sawing at tape with my front door key, I had opened a couple of boxes at the top of low piles that looked promising, but one was of now-useless bags advertising some out-of-date promotion, and the other was of smaller bags of which we still had plenty upstairs. I had clambered past and over them, up onto some boxes of old till rolls under the low ceiling, hauling half-open boxes of shelf-supports to one side to uncover something promising underneath. But as I had done so, my knee had slipped on one of the bags I’d removed and discarded. Overcompensating, with the weight of the box of shelf-supports in my outstretched hands, I managed to roll it clumsily towards the edge, and as I lunged instinctively to stop it falling, I’d slipped again on the same bag and dislodged a Something University Press mug that had been trapped under a tower of stocktake records.

The destabilised tower collapsed indifferently towards me, removing my options and ramming me sideways. I had twisted through the safety railing like an escaping P.O.W.

I had to tell somebody about History Desk. He was still unconscious at my splayed feet; breathing, though, which was a relief. I loosened my grip on his shoulder and began to shuffle towards the staff room, thumbs jammed into my temples in an attempt to mitigate the pain in my throb-bing head. I’ve never been good with names, and I was still trying to work out how to summon help for him without giving away that I couldn’t remember what he was called when Poetry Section found me in the corridor on his way for a piss. I twisted an arm back and pointed towards History Desk, but he must have been too far round the corner to be seen.

As I grimaced back round I noticed Poetry Section’s eyes had widened considerably and, just like History Desk’s ‘fuck-fuck-ha-ha-ha-oh’, his initial ‘you OK?’ had quickly segued into a very genuine cry of alarm.

I couldn’t understand why he was already so concerned, if he hadn’t seen History Desk yet, but he started braying for help and embarked on a rather weird fumble with my face, shoulders and the top of my head.

FITTON

ANG

znów na Dział Poezja, spostrzegłem, jak jego oczy robią się coraz większe, a jego początkowe „w porządku?”, podobnie jak „kurwa-haha-o” Działu Historia, zamienia się w autentyczny okrzyk alarmowy. Nie rozumiałem, czym się tak przejął, skoro nie zobaczył jeszcze Działu Historia, ale on zaczął wrzeszczeć, wzywając pomocy i jak oszalały dotykać mojej twarzy, ramion i czubka głowy.

W drzwiach pomieszczenia dla pracowników pojawiły się zaniepo-kojone twarze. Podróże/Biografie i Prawdziwe Zbrodnie, czy jakoś tak, wybiegli pierwsi, najwyraźniej przekonani, że zachowanie Działu Poezja ma poważne przyczyny. Obróciłem się i znów wskazałem na nieruchomą figurę Działu Historia, starając się na nią skierować choć część nienależ-nej mi uwagi. Jeden z pracowników wydał krótki, zduszony okrzyk, inny spróbował ułożyć zdanie, którego jednak nie dokończył. Mnie również udało się wydać z siebie dźwięk, ale nie przyjął on nawet formy sylaby.

Wciąż trapiony moją niezdolnością do posługiwania się imionami, zmie-niłem taktykę i wskazałem palcem na antresolę i masę pudeł powstrzy-mywanych przez barierki. Twarze patrzyły na mnie z niedowierzaniem.

Opuściłem lewy bark i podniosłem głowę w górę, starając się, by mój zmącony wzrok wskazywał ten sam kierunek, co mój palec; musiałem przy tym przełamać niepewny uścisk Działu Poezja i –z większym tru-dem – jakiś rodzaj rigor mortis opanowujący moją szyję. Z głosów wokół mnie trudno było wyłowić choć cień sensu. Zobaczyłem czyjeś nogi, to ktoś z Fikcji schodził po schodach od strony ławki dla palących, mijając miejsce, w którym wdrapałem się na antresolę w poszukiwaniu rekla-mówek. Kiedy zwracałem głowę z powrotem w kierunku otaczającego mnie wzburzonego tłumu, rozległ się jednobrzmiący, choć nieokreślony w treści akord okrzyków alarmowych, nad który wybiło się głośne, choć równie trudne do zinterpretowania „NIE!”. Z miejsca, w którym staliśmy, wciąż nie mogliśmy jeszcze zobaczyć Działu Historia, więc zacząłem się poważnie niepokoić. Zdeterminowany, żeby tym razem stworzyć porząd-ne zdanie i w końcu uzyskać dla niego jakąś pomoc, z trudem opuściłem głowę i obróciłem ją znowu, zastygając w sztywny łuk. Nagle, w rozbłysku świadomości, przypomniałem sobie jego imię, ale kiedy spróbowałem je wyjąkać, poczułem z tyłu jakieś nieokreślone szarpnięcie za kołnierz swetra, które przypisałem jednemu z wciąż zdezorientowanych gapiów.

Sięgnąłem do tyłu i machnąłem ręką, żeby odwrócić jego źle ulokowaną uwagę, a podjęta w tym momencie próba wypowiedzenia imienia Działu Historia skończyła się na wyprodukowaniu głośnego i nieoczekiwanego

FITTON

ENG Worried faces emerged from the staff room doorway. Travel/

Biography and True Crime or something hurried forward, grasping the seriousness of Poetry Section’s distress. I twisted and pointed again, determined to divert some of the unwarranted attention I seemed to be receiving towards History Desk’s immobile bulk. One of the staff room people drew in a short, swallowed cry; another started a sentence but didn’t know how to finish it. I too managed a noise but swallowed it be-fore it could be called a syllable. Still blighted by my ignorance of names, I changed tack and threw a finger up towards the mezzanine’s boxes, amassed against the railings above us. Faces looked at me incredulously.

I dropped my left shoulder and turned my head up so my blurred gaze could follow my finger, forcing a little against Poetry Section’s uncertain grip, but more against something like rigor-mortis in my neck. Nobody’s words seemed to be making any sense. I saw someone’s legs, one of the Fictions, coming down the stairs from the smokers’ bench, passing where I’d clambered through to get to the bags. Then, as I started to return my head to face my agitated crowd, a gaggle of unanimous but objectless cries of alarm rang out, topped by a more forceful, if equally uninterpretable ‘NO!’. We still couldn’t see History Desk from where we were, so I was beginning to get anxious. Determined now to form a proper sentence and get him some much-needed help, I forced my upturned head down and round again in a stiff arc. His name came to me in a flash of clarity, but as I began to stutter it out I felt the fuss of an unnecessary tug on the collar of my jumper at the back, which I assumed was one of the still incoherent bystanders. I reached back and threw up my right hand to brush away their misdirected attentions, and as I did so, my pronouncement of History Desk’s name seemed to come out as quite a loud and unexpected buzzing noise, my tongue rattling weirdly against my palette. Simultaneously, a searing pain enveloped the back of my head and the whole left half of my body as my sweeping fingers caught in the junction of knitwear and sharp metal: the bent end of a shelf support bracket, I would later find out.

Its buried length, three inches or so, slid swiftly and wetly out o f my cerebellum before I could process what was happening through the enveloping pain. Its free end unsnagged itself from my jumper, and it pinged across the corridor, bouncing off a wall and somewhere down by the old vacuum cleaners, no doubt leaving a speckled trail of gore.

FITTON

ANG

bzyczenia, podczas którego język dziko uderzał w podniebienie. Jedno-cześnie poczułem, jak tył głowy ogarnia palący ból, który przeszedł na całą lewą połowę mojego ciała – stało się to w chwili, kiedy moje palce natrafiły na miejsce, w którym tkanina swetra łączyła się z ostrym ka-wałkiem metalu – kątownikiem, jak się później okazało.

Jego koniec, jakieś 7 centymetrów, gładko wyśliznął się z mojego móżdżka, zanim ogarnięty bólem zdołałem w ogóle ustalić, co się dzieje.

Jego drugi koniec odczepił się od swetra i z brzękiem, odbijając się od ściany, potoczył się w dół korytarza, gdzieś w okolice starych odkurzaczy, z pewnością zostawiając za sobą krwawy ślad.

Zbliżając się do końca schodów, nogi Fikcji przyspieszyły, a jej but uderzył w beton z mniej więcej tą samą prędkością i mniej więcej tą samą siłą, co moje czoło.

FITTON

ENG Fiction’s legs had speeded up as they neared the bottom of the open stairs, and her boot hit the concrete at more-or-less the same speed, and

with more-or-less the same force, as my forehead. FI

TTON

POL

Londyn jest dla mnie miastem zupełnie nieznanym. Wstyd się przyznać, ale nigdy w tym mieście nie byłam. Istnieje więc w moim umyśle w opar-ciu o lektury, filmy i obrazy podziwianych malarzy, którzy żyją i pracują w Londynie. Moja wizja tego miasta, wyłuskana z literatury, jest specy-ficzna, przede wszystkim kobieca – to mieszanka opisu z początków XX wieku, w którym przewodniczką jest Virginia Woolf, ze współczesnym twistem, głosem i akcentem Zadie Smith. Być może jednak, nawet od-wiedziwszy to miasto, miałabym podobne wyobrażenie na jego temat, ponieważ posiadam, co ze wstydem przyznaję, skłonność do zapadania się w sobie i zajmowania się swoimi myślami; jest to przypadłość wystę-pująca nawet w obcym i obiektywnie fascynującym otoczeniu. Właściwie mogę nawet stwierdzić, że im piękniejsze i bardziej interesujące jest miejsce pobytu, tym silniejsza męczy mnie irytacja i chęć zatopienia się w swoich niespiesznych sprawach. Bardzo więc możliwe, że znalazłszy się w Londynie, nie mogąc znieść obfitości ulicznych wrażeń, schowałabym się w jakiejś księgarni.

Księgarnie w zwiedzanych odległych miastach są dla mnie miejscem wytchnienia – kiedy mój mózg zajęty jest trawieniem tekstów na obwo-lutach, podziwianiem projektów okładek i architektury wnętrza, a także podglądaniem sprzedawców i kupujących, wtedy właśnie przyswajam niepostrzeżenie to, co widziałam wcześniej, tak jakby sama obecność w książkowym składzie porządkowała mi obrazy zbierane podczas kon-taktu z płynną rzeczywistością. Być może powinnam jakoś tę skłonność wykorzystać i chodzić zawsze z książką w ręku, tak aby jej obecność imito-wała przepływ zewnętrznych bodźców przez opowiadającego autora. Cały zgiełk miasta w jednym momencie przechodziłby przez papierowy filtr

W dokumencie Parallax 2015-2017 (Stron 57-66)