Rodzina Chrześciańska, 1904, R. 3, nr 16

Pełen tekst

(1)

Rok III. Katowice, Niedziela, 24-go Kw ietnia 1904 r. Nr. 16

Rodzina chrześciańska

Pisemko poświęcone sprawom religijnym, nauce i zabawie.

Wychodź} raz na łydzień w Jfiedziełę.

Bezpłatny dodatek do „Górnoślązaka" i „Straży nad Odrą“.

Na Niedzielę trzecią po W ielkiej nocy.

Ewangelia u Jana świętego

w Rozdziale X V I.

Onego czasu: Mówił Jezus Uczniom swoim:

'Maluczko, a już mię nie ujrzycie: i zasię maluczko, a ujrzycie mię: gdyż idę do Ojca.« Mówili tedy Uczniowie jeden do drugiego: >Co to jest, co mó­

w i: ^Maluczko, a nie ujrzycie mię, i zasię maluczko, a ujrzycie mię, gdyż idę do Ojca.« Mówili tedy:

»Co to jest, co mówi: »Maluczko«; nie wiemy, co powiada. A poznai Jezus, że go pytać chcieli i rzekł im: »Oto się pytacie między sobą, iżem rzeki: »Ma- luczko a nie ujrzycie mię, i zasię maluczko, a ujrzy­

cie mię.« Zaprawdę, zaprawdę wam powiadam, iż będziecie płakać i lamentować wy, a świat się będzie weselił, a wy się smucić będziecie, ale smutek wasz w radość się obróci. Niewiasta, gd y rodzi, smutek ma, iż przyszła jej go d zin a: lecz gd y porodzi dzie­

ciątko, już nie pamięta uciśnienia dla radości, iż się człowiek na świat narodził. I wy tedy teraz smutek macie, lecz znów oglądać was będę, a będzie się r a ­ dowało serce wasze: a radości waszej nikt wam nie odejmie.*

---+---

Nauka z tej Ewangelii.

G dy patryarcha fakób czuł zbliżającą się śmierć zgromadził około siebie wszystkich synów i pożegnał się z nimi uroczyście. Synowie Jakóba zasmucili się, iż niezadługo oblicza kochanego ojca oglądać nie mieli. Umierający patryarcha pocieszał ich, każdemu z osobna błogosławiąc i przepowiadając im, iż ich B ó g z obcej im ziemi egipskiej wyprowadzi i da im na dziedzictwo ziemię Kanaan mlekiem i miodem płynącą którą Abrahamowi i potomkom jego pod przysięgą przyobiecał. T ak też i Zbawiciel przed śmiercią swc.ją żegnał się z uczniami swymi dłuższą do nich mając mowę, z której ewangelie św. na nie­

dziele po, Wielkiejnocy od 3 — 6 przeznaczone, są wyjęte. Z e odejdzie od nich, wyraźnie im to mówi:

»Maluczko a już mnie nie ujrzycie, iż idę do Oju i.« T e słowa ukochanego Mistrza napełniły wielkim smutkiem apostołów. Nie mogli się pogodzić tą myślą, źe Jezus ich opuści, źe się z nimi rozłączy i to wkrótce. »Przerażeni i boleścią zdjęci spuścili oczy ku ziemi, jak powiada św. Tomasz, i nie mogli

na siebie spojrzeć z bólu i dla łez, które zalały ich oczy.« I jakżesz nie miała boleść ścisnąć ich serca i smutek wyryć się na ich obliczu, gd y usłyszeli, że ich opuści ten, dla którego oni wszystko opuścili?

To też tak byli przerażeni, że, jak powiada św. C hry­

zostom, ani na Zbawiciela spojrzeć, ani Go pytać bliżej nie ośmielili się. Do tego odnoszą się one słowa: >A teraz idę do tego, który mię posłał, a ża­

den z was me pyta innie dokcid idziesz? Ale iżem to wam powiedział, smutek napełnił serca wasze.*

(Jan 16, 5, 6.)

Lecz Pan Jezus zraniwszy serca uczniów swoich, ma zaraz balzam w pogotowiu, aby je zleczyć. Bez pociechy ich nie zostawia, a pociesza ich w trojaki sp o só b : najprzód wykazuje pożytek, jaki dla nich wyniknie z Jego odejścia do Ojca. »Aleć ja prawdę wam powiadam: fiożytyczno wam abym odszedł; bo leźli nie odejdę pocieszyciel nie przyjdzie do was« (Jan 16, 7). Powtóre powiada im, że ich san ach j nie zostawi. *Nie zostawię was sierotami, lecz dam wam innego pocieszyciela«. Po trzecie zapowiada im, że nieobecność Je g o nie długo trwać będzie.

zasię maluczko, a ujrzycie mię.t Ptzędtem już był im powiedział: »Idę gotować wam miejsce, a jeśli odejdę 1 zgotuję wam miejsce, przyjdę zasię 1 wezmę ivas do mnie samego, iżbyście, gdzieni ja jest 1 wy byli« (Ja n 14, 2, 3). Któryż umierający ojciec tak pocieszać może zasmucone dzieci swoje? Któż bli- zkim będąc śmierci mógłby mówić swoim! maluczko a ujrzycie m ię? Chrystus sam tylkoi mógł mówić wobec śmierci o krótkiej chwili, w której Go ucznio­

wie widzieć nie będą. Gdyż te) samej nocy, której się z apostołami żegnał, przez żydów pojmany zo­

stał, rano ukrzyżowany, wieczorem pogrzebany i tak znikł z oczu ludzkich. Ale już dnia trzeciego uka­

zał się żywy wpośród ukochanych uczni, którzy »się cieszyli, gdy Pana ujrzeli.*

Apostołowie, gdy im Zbawiciel mówił o blizkiej swej śmierci, tak byli przygnieceni ciężarem smutku, że nie rozumieli tego, co mówił i wzajemnie pytali siebie mówiąc jeden do drugiego: eo to jest co nam mówi: maluczko?* »Co im w onczas,* mówi św.

Augustyn, »zakrytem było, wkrótce jednakże odkry­

łem, to nam jest zupełnie jasnem, bo wkrótce potem cierpiał i nie widzieli Go. W krótkim czasie zmar­

twychwstał i widzieli Go znowu, Powiedział zaś:

i nie ujrzycie mnie, ponieważ Chrystusa już więcej śmiertelnym nie widzieli.« T e słowa Jezusa » ma­

luczko* mogą się odnosić także do doczesnego życia ludzkiego na tej ziemi. Czemże są te nie wiele lat na ziemi w porównaniu z oną długą, nigdy niekoń­

czącą się wiecznością? »Cóż jest żywot wasz?* pyta

(2)

św. Jakób apostół, upara jest okazująca się na mały czas, a potem zniszczona będzie« (Jak. 4, 15). 1 dla * , tego mówi Job sprawiedliwy do B o g a : > krótkie są dni człowiecze, liczba miesiąców jego u ciebie fest« , (Job 34, 5), a psalmista Pański woła: urzekłem języ­

kiem moim oznajm ij mi P anie koniec mój i liczbę dni moich która jest, abym iviedział, czego mi nie- dosta/e. Otoś potnienie uczynił dni moje, a bytność moja jako mc przed tobą. Zaiste w obrazie prze­

chodzi człowiek, ale próżno trwoży sobą. Nie m ilcz!

bom ja jest przychodzień u ciebie 1 podróżny, jako wszyscy ojcowie m oi« (ps. 38, 5 — 13).

Jeżeli więc to ziemskie życie w porównaniu z nieskończoną wiecznością jest tylko małą chwilką, jak Pan Jezus powiada smaluczko*, jeźli jest tylko przejściem, krótką tylko pielgrzymką, toć bardzo nie­

rozsądnym jest, serce swoje do znikomych dóbr i ra­

dości świata przywiązywać, a o przyszłe życie się me starać. Dla tego powiada Piotr św. w swym liście (I. 2, u ) : »najmilejsi, proszę was jako przechodniów i gościów, abyście się wstrzymywali od pożądliwości cielesnych, które walczą przeciwko duszy.« Innemi słowy powiada apostół, ponieważ ta ziemia nie prze­

znaczona wam na stały pobyt, ale j-tko obci prze­

chodzicie tylko przez pustynię tego krótkiego życia ziemskiego, tedy nie obciążajcie serca wasze poźą- dłiwościami ciała, które wam będą przeszkadzały w rychłem osiągnięciu celu pielgrzymki waszej. Ponie­

waż to życie tak krótkie, toć jasną, że trzeba korzy­

stać z każdej godziny tego życia i starannie jej na dobre uczynki używać. Dlatego mówi dalej apostół św. »mając obcowanie dobre między pogany, aby w tym, w czym was pomawiają jako złoczyńcę z do­

brych uczynków przypatizywszy się wam chwalili B o g a w dzień nawiedzenia.* Potem przytacza apo­

stół, na czem to te dobre uczynki polegają: na bo- jażni Bożej, na poddaniu się zwierzchności przez Boga ustanowionej, na miłości braci, na posłuszeń­

stwie przełożonym. »Bo tak jest wola Boża, abyście d tbrze czyniąc usta zatkali niemądrych ludzi głupstwu.*

Z tem sumienniem używaniem życia doczesne­

go jest połączony nieraz smutek i płacz. »Płakać i narzekać będziecie a świat się będzie weselił « Dwa są królestwa na ziemi: królestwo Chrystusa i królestwo Antychrysta, te dwa królestwa walczą ze soba. Przyjaciele królestwa Chrystusowego smucą >

się najprzód dla tego, że tak długo nie oglądają Z b a ­ wiciela swego twarzą w twarz w niebie, z Dawidem zawodząc (ps. 119 , 5, ó): »Ach mnie, że się mie­

szkanie moje przedłużyło, długo przebywała dusza j

moja.* Zasmuca ich niedosk* nałość i słabość wła­

sna, która im nie pozwala hyżyrn lotem wznieść się z nizin zmysłowości i zrównać z Chrystusem. Sm u­

cą ich codzienne ich grzechy i upadki, do których ich prowadzi lenistwo, opieszałość, brak czujności, a które im tem więccj ciążą, im więcej Jezusa mi­

łują, Smucą się wieszcie na widok niezliczonych występków i zbrodni, których się dopuszczają nie­

wierni i bezbożni.

A gdy uczniowie Chrystusowi smucą się, to dzieci świata się weselą. Bo ustawicznie powtarza się to samo, co się działo na puszczy, gd y Mojżesz wśród postu i modlitwy rozmawiał z Bogiem. Około złotego cielca bogactwa i rozkoszy tańczy zmysłowy od B o g a odpadły świat, jak powiada Paweł św., pi­

sząc do Korynt. (I. io, y): »Siadł lud jeść i pić i wstali igiać.« Do kogóż się przyłączysz? czy do smuconcych się uczni Chrystusowych, czy też do śmiejących się dzieci świata? Mam nadzieję, że sta­

nowczo przyłączysz się do uczni Chrystusowych, o których Zbawiciel powiedział: »błogosławieni, któ- |j

rzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni*. Nie za*

zdrość świata krótkiej 1 niezupełnej radości, p^

krótkim śmiechu czeka go wieczny płacz, po radości bez końca wyrzekanie. Kto z Chrystusem i ucznia­

mi Jego wytrwa w świętym smutku, a serce swoje często ku niebu podnosi »szukając, co w górze jest«, na tym się spełni to, co Zbawiciel obiecał zasmuco­

nym uczniom sw o im : nieraz wprawdzie macie smu­

tek, lecz zasię oglądam was, a będzie się radowało serce ivasze, a radości waszej żaden od was nie odej­

m ie* (Jan 14, 22). Amen.

Matka Boska Pocieszenia.

Powieść historyczna z X V I-go wieku.

^ (Ciąg dalszy.)

Nie upłynął jeszcze rok od śmierci Sirtori’ego, gdy żona jego, jeszcze w grubej żałobie, udając się przez las do dóbr swoich, około kaplicy napadniętą została przez bandę rabusiów, którzy pozabijawszy towarzyszącą jej służbę, uprawadzili ją z sobą i od­

tąd nikt o niej żadnej nie mógł powziąść wiadomości.

Jeden ze sług, zabrawszy ze sobą kilkoletniego pod­

ówczas syna jej Aleksandra, zdołał uciec i ocalić mu życie.

Ptóżnemi okazały się wszelkie poszukiwania ro­

dziny, ani wdowy, ani jej ciała, nigdzie znaleść nie było można.

Wójtem w Barzago był podówczas zacny i ro­

zumny bardzo człowiek, zaczął on energicznie poszu­

kiwać zbrodniarzy, a gdy już wpadł na niezawodne ślady i miał już rzecz całą wyprowadzić na światło dzienne, schwytanj7 przez ludzi Don Alfonsa, został zbity i ^tyranizowany prawie na śmierć; zapowiedzia­

no mu, że gdyby raz jeszcze wdał się w tę sprawę, żywym nie wyjdzie. Tak więc sprawa ta upadła, bo nikt inny jej podjąć nie śmiał.

Aleksander Sirtori mógł mieć wtedy mniej więcej lat dziewięć — przestraszony podczas napadu, za_

chował o tem wszystkiem bardzo słabą pamięć.

Wreszcie krewni je g o pragnąc osłonić go przed gro­

żącym niebezpieczeństwem, wywieźli go do Padwy i oddali na wychowanie w klasztorze, gdzie jeden z jego dalekich krewnych był przeorem.

Poduczywszj' się, uczęszczał następnie do sła­

wnego podówczas uniwersytetu w Padwie. Tutaj nauczył się po grecku i po łacinie, układał wiersze a wśród nauki stracił prawie zupełnie z pamięci smu­

tny wypadek, jaki uczynił go sierotą i nienawiść ro­

dową do lsacchi’ch. Z natury łagodny i szlachetny, wyrobił w sobie poczucie dia cierpiących, chęć nie­

sienia tymże pomocy i bronienia uciśnionych.

Zaledwie skończył lat dwadzieścia, gdy opieku­

nowie jeg o , zawezwali go do siebie, a wynalazłszy pannę wysokiego rodu a przytem bardzo bogatą, przeznaczyli mu ją na żonę. Wybór padł bardzo szczęśliwie, panna była młodziutka i śliczna, zaledwie wróciła z klasztoru do domu rodziców, gd y jej przed­

stawiono don Aleksandra; młodzi ludzie podobali się sobie na wzajem i wkrótce zawarli z sobą śluby małżeńskie.

W miesiąc później młoda para pojawiła się na wsi, w zamku Sirtorich, gdzie Aleksander spędził pierwsze swe dziecinne łata. Tu dopiero smutne wspomnienia odezwały się w duszy młodego czło*

wieka, przypomniał on sobie ukochaną matkę, która

(3)

123 ---

otaczała go taką miłością i macierzyńską pieszczotą.

Dlatego też tajemnicze zniknięcie jej stało mu ciągle na myśli.

Z apragnął odwiedzić miejsce katastrofy, zebrać na miejscu jakieś wiadomości, a może odnaleść grób zabitej — pomodlić się za jej duszę.

Pewnego wieczora nadleśny Niedźwiedzia z B a r ­ zago, Antonio, zjawił się u swego pana z oznajmię- niem, że młody Aleksander Sirtori z licznym orsza­

kiem swoich dworzan wybiera się niewiadomo w ja­

kim celu do kaplicy Matki Boskiej Łaskawej.

Antonio był rodem z Brescti, zkąd zbiegł przed wyrokiem śmierci, za kilka spełnionych morderstw.

Słusznego wzrostu, silny i muskularny, twarzy brzyd­

kiej i ponurej, pozostawał w służbie don Alfonsa od lat bardzo dawnych, służąc mu według okoliczności,' - za Strzelca, leśniczego, śpiega, zbója, pomocnika do

każdej najnikczemniejszej zbrodni.

Don Alfons, usłyszawszy od swego powiernika, że Sirtori nazajutrz ma stanąć na jego terytoryum, zerwał się na równe nogi i maszerując wjelkiemi krokami po pokoju z dzikim na twarzy wyrazem [ przystanął przed wiernym stugą i rz e k ł:

a— Jutro do dnia polowanie, zbierz twoich ludzi, bądźcie w pogotowiu.

Antoni skłonił się i wyszedł.

Isacchi pozostał sam, był silnie wzruszony, chwili jednej nie mógł wytrzymać na miejscu, masze* j rował wieJkiemi krokami po p jk o ju , chwytał w ręce j

broń rozmaitą, uśmiechnął się dziko, wyszedł na ta­

ras i znów wrócił do pokoju — namyślał się, snuł plany zbrodnicze.

To jutro przedstawiało mu się teraz jako naj­

szczęśliwszy dzień w życiu — nakoniec, po tylu la­

tach oczekiwania, bo sam oddawał mu w ręce jedyną jeszcze pozostałą latorośl nienawistnego rodu. W y ­ dał rozkaz}' służbie, abyr się jeszcze przed wscho­

dem słońca gotowano na polowanie z całym prze­

pychem.

Następnie zamknąwszy drzwi na klucz od swego pokoju, poruszył ukrytą w ścianie po za łóżkiem sprężynę; ukazały się małe drzwiczki, otworzył je kluczem, który nosił zawieszony na s z y i ; postąpił parę kroków w ciemności, rzucił bochenek razowego chleba, który stoczył się w głąb z łoskotem po schodach.

— Na masz nikczemnico! Dziś dam ci tu to­

warzysza !

Zatrzasnął drzwi, wyjął klucz, zawiesił go.znów na łańcuszku na szyi, wrócił do pokoju, poruszył sprężynę i wszystko urządził jak było przedtem — następnie ukląkł na stojącym u wezgłowia klęczniku, podniósł czarną aksamitną zasłonę, z pod której ukazał się bogaty relikwiarz, a w nim pożółkła cza­

szka pradziada; patrząc na nią wzrokiem zamyślonym j

wyjął z zanadrza złoty medalik z wizerunkiem Matki Boskiej, przycisnął go do ust i zaczął mówić:

— Najświętsza Panno, opiekunko m oja! Jeśli wysłuchasz dziś modłów biednego grzesznika, jeśli pobłogosławisz dzisiejszym moim zamiarom, pozwo­

lisz, by się udała dzisiejsza obława, wystawię Ci ko­

ściół wspaniały, sam porzucę życie, jakie prowadzę i cały oddam się na Tw oje usługi.

— Wstał, zasłonił firankę, zawiesił kluczyk obok medaliku i ukrył go w zanadrzu. Pełen nadziei, uśmiechnął się do swoich myśli zbrodniczych i po­

czął się ubierać bardzo starannie; włożył koszulkę stalową, arcydzieło jakiegoś słynnego zbrojowmka, j

cienką i giętką jak z jedwabiu, a jednak tak harto­

waną, że najostrejszy sztylet zsunął się po niej nie- |

szkodliwie, pokrył ją pięknem aksamitnym ubraniem, zatknął za pas ostry sztylet damasceński, na głowę włożył czapeczkę, na ręku posadził ulubionego so­

koła i lekko skoczył na pięknego dzianeta, który niecierpliwie oczekiwał pana przed gankiem ; zatrąbił i cały orszak myśliwych ruszył w stronę lasu.

Droga prowadziła koło probostwa — ksiądz oparłszy się o sztachety swego ogrodu, rozmawiał właśnie z sąsiadem swoim, sołtysem, który na wpół odziany, z rydlem w ręku, przerwał pracę dla poga­

danki. Człowiek to był prawy, gotowy z narażeniem życia dochodzić krzywdy uciśnionych.

Nie lubił go don Alfonso, a nawet mówiono, że po strasznym wypadku, jaki spotkał wdowę po Sirtorim, gdyż sołtys zbyt gorliwie śledzić zaczął po­

pełnioną zbrodnię. Don Alfonso kazał napaść na niego swoim ludziom, którzy zbili go okrutnie; a zo- stawując nawpół nieżywego przestrzegli, aby się w tę sprawy nie wdawał, bo nic prócz własnej śmierci nie wyśledzi.

Don Amando, miejscowy proboszcz, żył w zn >- śnych stosunkach z don Alfonsem; bywał w zamku Barzago, gdzie był przyjmowany uprzejmie, na kościół często znaczne otrzymywał pieniądze.

Sołtys, wiecznie na możnego pana rozgniewany, a którego sprawiedliwość, choć liczne popełniał żbio- dnie, dosięgnąć nie mogła, ranka tego znów zaczął wyliczać przed proboszczem jakieś bezprawia don Alfonsa.

Proboszcz zamyślił się głęboko, poczem odp - wiedział:

— Czy też ty nigdy nie nabędziesz rozsądku ? Na co ci się przyda to narzekanie? Pan zawsze zrobi swoje, a laki chudy pachołek jak ty, nic na to nie poradzi. Don Alfons ma swoje wybryki, ale to pan pobożny i szlachetny.

— Ale moja licha sukmana jest czysta i plam ludzkiej krwi nie ma na niej — odparł solty's - - a je g o aksamity i brokatele na wskroś zbrodnią prze­

siąknięte.

— Cicho, cicho, — przerwał mu ksiądz — czy nie s u s z y s z ? Zdaje mi się, źe ja d ą z zamku rsa polowanie.

Z a chwilę ukazał się świetny orszak myśliwych.

— Dzień dobiy, kanoniku; może zechcesz się do nas prźyłączyć, zapolujemy na grubego zwierza !

— odezwał się don Alfons.

— Wolne żarty, dostojny panie, moja tusza od dawna nie dozwala mi używać tych przyjemności.

— A więc do widzenia, bo spirszę do lasu, ale nie zapominaj, kanoniku, że przy moim stole zawsze jest miejsce dla ciebie zachowane i nakrycie gotowe.

Ukłonił się z lekka i ruszył dalej, zanim ksiądz zakończył podziękowanie swoje kwiecistym a ciemnym stylem, w tym wieku tak wiele mającym wziętość w wysokich sferach włoskiego towarzystwa.

Don Alfons tymczasem zwrócił się w stronę, skąd miał przybyć don Aleksander ze swą świtą; jak gdyby przypadek go tam sprowadził.

Wkrótce nadjechali państwo Sirtoii, otoczeni zbrojnym wiernym sług orszakiem.

Don Alfons podjechał i z upizyjmym ukłonem zbliżywszy się do młodej pary rzekł;

— Jakiż to traf szczęśliwy sprowadza na moje terytoryum tak miłych g iści? Mam nadzieję, że nie zechcecie mnie zasmucić i przyjmiecie gościnę w zaniku moim, choćby tylko na dzień jeden. Wszel­

kich starań dołożę, aby jak najgodniej przyjąć tak dostojną parę.

(4)

1 2 4 ---

— Przebacz nam, panie i pozwól, że innym razem skorzystamy z miłego zaproszenia, ale dziś przed wieczorem do domu wrócić musimy.

— Rozumiem — rzekł z uśmiechem don Alfons,

— takim młodym ptaszkom pilno wracać do swego gniazda. A więc nie nalegam, żebyście u mnie no­

cowali, ale spodziewam się, że nie odmówicie mi przyjemności kilkugodzinnego zapolowania razem,—

moja straż leśna wyśledziła odyńca, każę go ruszyć i razem na niego natrzemy.

Zaproszenie wydało się młodemu Sirtoriemu tak szczere, tak serdeczne i naturalne, że nie czuł się na siłach odmówić, tem więcej, że na skinienie don Alfonsa natychmiast podano im sokoły i zaopatrzono w kompletny myśliwski rynstunek, używany w owych czasach.

Tak tedy jechali, polując i rozmawiając aż do chwili, gdyśmy ich zostawili, opuszczając biedną go­

spodę Cypiyana.

Don Alfons zmierzył badawczym wzrokiem or­

szak Sirtorich. a pochylając się do ucha Franciszka, rz e k ł:

— Tych spoić na śmierć do ciebie należy.

Służalec skłonić się na znak, że rozkaz zrozu­

miał dobrze. Młoda para tymczasem zatrzymała się około kapliczki.

— Patrz, Emilio, oto jest miejsce strasznego wypadku, czy wierzysz, że w tej chwili cały obraz tego nieszczęścia staje mi przed oczyma. T u obok kaplicy zatrzymała się lektyka matki m o je j; burza była straszna, deszcz lał jak z wiadra, bałem się piorunów i btyskawicy, tuliłem się do matki, a ta mnie całowała, pieściła i u spakajała; powstał krzyk pomiędzy ludźmi naszymi, kilku zbójców z zasłonię- temi twarzami wpadło, mordując ich ; krzyki, jęki do­

tąd bizmią mi jeszcze w uszach, w jednej chwili ro­

złączono mnie z matką. A c h ! Boże, mój Boże! co się z nią stało? Ona taka dobra, taka cnotliwa, mógłże znaleść się jaki zbrodniarz, co pozbawił ją życia!

I łzy rzęsiste popłynęły z oczu młodego czło­

wieka; żona też nie mogła wstrzymać się od płaczu i stali oboje zarówno smutni i wzruszeni.

Don Alfons pragnąc coprędzej zakończyć tę scenę, która wcale nie przypadała mu do smaku, zawołał:

— Kto słyszał poruszać tak smutne wspomnie­

nia; dajmy pokój żalom, łzy i westchnienia nie wskrzeszą umarłych.

I podniósł do ust swój róg myśliwski, zatrąbił przeciągle, kazał powypuszczać, spiął konia ostro­

gami i polowanie rozpoczęło się na nowo. Od rana wszystko było ułożone pomiędzy donAlfonsem i nad­

leśniczym; ten ostatni miał zręcznie podprowadzić pod pretekstem dzika Alewsandia do miejsca, gdzie trzech wytwornych zbójców czekało ukrytych wśród zarośli; ci mieli pochwycić młodego człowieka i ż y ­ wego lub zabitego dostawić do zamku, gdzie sutą obiecano im nagrodę za spełnioną zbrodnię. G ło ­ wnem zadaniem Bo n Alfonsa było, odłączyć Sirto- riego od jego eskorty, co okazało się trudniejszem, niź się spodziewał, ludzie ci niedowierzająco patrzeli na niego, a pana swego nie odstępowali ani na krok.

Don Alfons liczył już tylko na zręczność Franciszka, że spoi ich przy śniadaniu, a wtedy wszystko pójdzie ja k z płatka.

(Ciąg dalszy nastąpi.)

Nieco o kulturze japońskiej.

Zdaje się ludziom, należącym do naszego typu cywilizacyjnego, że właściwie po za kulturą euro­

pejsko aryjską każda inna kultura na święcie jest po w o łan a, by służyć interesom kupieckim i poli­

tycznym arjo-europejczyków.

Wniosek ten opiera się na doświadczeniu do- tychczasowem, które uczyło, że każdy lud, czy to czerwonoskóry amerykański, czy Herero, Zulus lub Matabele afrykański, czy nawet Malaj lub Indyjczyk nie mógł się oprzeć przewadze organizacyjnej i tej sile, płynącej z karabinów szybkostrzelnych, dział, i .pancerników i torpedowców.

Pół miliona Anglików trzyma w Indyach Wscho­

dnich w ryzach 500 milionów tubylczej ludności, t o a jr s t jeden Anglik-władca wystarcza na tysiąc mie­

szkańców Indyi wschodniej.

Sześć tysięcy Anglików prowadzi na pasku Egipt z sześcioma milionami mieszkańców.

Reguła zdawała się być bez wyjątku, aż tu na­

raz pojawił się wyjątek.

Wyjątkiem tym jest naiód japoński.

Do 19 stulecia, japończycy żyli dla siebie zu­

pełnie. Europejczyk, który postawił na ośmiu wy­

spach n ogę; ginął. Tymczasem admirał amerykański Fillmore zmusił za pomocą okrętów wojennych do otwarcia portów, a kiedy kilkanaście lat potem nie­

nawiść ku obcym buchnęła jasnem płomieniem i za­

brała wiele ofiar z pośród zamieszkałych w Japonii europejczyków, jako kara przyszło straszliwe zbom­

bardowanie miast wybrzeżnych.

Japończycy, jak powiada Teodor Herzl w swoim>

wcale z japończykami nie sympatującym artykule, powiedzieli sobie tak: »Albo trzeba z cudzoziemcami dobrze się obchodzić, albo nauczyć się także bom­

bardowania.*

Odtąd Japonia poczęła się uczyć od Europy organizacyi i rozmaitych nauk europejskich, na któ­

rych polega przecież sztuka bombardowania.

Uczyli się zaś biorąc od rozmaitych ludów to, co uważali dla siebie za najlepsze.

Armię wzorowali na Francyi, potem na Niem­

czech, marynarkę wzięli z Anglii, szkoły z A m e r y k i ) prawodawstwo karne z kodeksu napoleońskiego a cy­

wilny kodeks mają niemiecki.

Jednocześnie nie ginęło ani na chwilę stare przywiązanie do swoistej kultury wysokiej, choć zu­

pełnie odrębnej od europejskiej. ■ Wiadomo, że każdy w Japonii czytać i pisać umie, źe cały naród jest w zawodowe związki zorga­

nizowany, że wytwórczość artystyczno-rzemieślnicza stoi na ogromnej wysokości.

Każdy Japończyk jest artystą-rzemieślnikiem- Każdy posiada ową niesłychaną zmyślność rąk i po­

czucia artystycznego, które sprawia, że potrafi w s z y s t ­ ko zrobić z ogromną dokładnością, począwszy od wazy artystycznej, do precyzyjnie pękającej bomby melinitowej.

Powiadają, że wystarczy Japończykewi raz wi­

dzieć jakąś zrobioną rzecz, by uczynić j ą j e s z c z e lepszą i tańszą.

Ponieważ maszyna nawet pierwotnego rodzaju do niedawna była mało znaną, p rz e t) ta niesłychana sprawność palców i rąk i wyobraźni twórczej, uczy­

niła z nich w swoim rodzaju wyjątkowy naród.

Wystarczy wziąść do ręki waze japońskie, bronz,

!ą w którym ruch zwierzęcia pochwycony jest po pro­

stu i z doskonałością niesłychaną, obraz, gdzie n«J' pierwotniejszy ton barwny, pierwoci na formy i linii

(5)

125

zostały wzięte z przyrody i tchnięte świeżemi lek- kiemi barwami na papierze przepysznej roboty, aby dojrzeć sprawność ręki i ścisłość wiekami wyszkolo­

nej artystycznej wyobraźni.

A potem ta kultura harmonijnej linii, rysowanej pewną ręką, która wie w najdrobniejszych szczegó­

łach gdzie idzie i po co idzie.

W roczniku angielskiego pisma «Tbe Studio*, z r. 1897, był artykuł z mnóstwem fotografii, oma­

wiający ogrodnictwo japońskiej

Była tam moc obrazków kwiatów wazonowych.

Otóż w Japonii umieją kwiaty tak wychować, że one nawet łodygą, liśćmi i koroną kwiatu zakreślają ta­

kie linie, stoją w tym do siebie stosunku linijnym i przestrzennym, który uważają Japończycy za naj­

piękniejszy.

Dodać należy, że każdy kwiat ma swój wazon do swoich kształtów i barwy dostosowany i że znów wazony w stosunku do siebie ułożone są z wyrafino­

wanym poczuciem smaku.

Czem jest sztuka^ogrodnicza europejska wobec tak wysubtelnionych potrzeb artystycznych w odnie­

sieniu do kwiatów wazonowych?

Każdy ogródek przy domku japońskim, maleńki jak Japończyk^ i jego mieszkanie, jest arcydziełem fantazyi]i smaku, pokoleniami dtugiemi wyrobionego.

Jednak nie stanowi to jeszcze istoty dawnej kultury. Wszak i Indusi i Chińczycy mają swoiste artystyczne formy i wielki zmysł twórczy.

Tak, ale dawność i siła kultury mierzy się jeszczejczem innem, mierzy się poczuciem spoistości plemiennej, narodowej, ofiarności jednostek na rzecz ogółu, charakterem obywatelsko-rycerskim. T e wszyst­

kie zalety mają Japończycy w wysokim stopniu. P o ­ życzka dobrowolna wojenna została naprzykład obecnie pokryta w czterokrotnej wysokości. Odwaga i lek­

ceważenie życia żołnierzy japońskich, jeśli chodzi o dobro ojczyzny, jest znaną całemu światu.

S ą to wszystkie razem cnoty, które uczyniły z Japończyków potęgę światową cywilizacyjną dla Europy.

Cała «secesya» to przecież dziecko związku twórczości europejskiej ze sztuką japońską.

A jeżeli Japończycy mieszkają w domkach o pa­

pierowych ścianach, ubierają się w kimono jedwabne o żywym i delikatnym doborze kolorów, jedzą p a­

łeczkami z małych miseczek, siedząc na ziemi, to jeszcze z tego nie wynika, ażeby żyli podlej, tylko żyją inaczej niż my.

Nie niższą ani wyższą jest ich cywilizacya, ale jest inną.

T a równorzędność w kulturze pozwoliła im z tą łatwością nauczyć się używać karabinów, statków wojennych, bomb, kartaczy, stosować zasady orga- nizacyi naszej, o ile to było dla ich byiu narodo- wego potrzebne.

A źe zamiast chrześciaństwa panuje u nich Buddyzm i Szyntoizm, to dla tego, kto wie, jak mało jest jeszcze prawdziwych chrześcian w Europie między «chrześcianami», nie może przecież stanowić podstawy do wywyższania naszej kultury nad japońską.

Od Riviery do Lourdes.

^

(Ciąg dalszy.)

Całe wybrzeże odznacza się przepysznym kli­

matem. Ciepłe wiatry afrykańskie złagodzone przez morze śródziemne mają wolny dostęp i spowodują iście afrykańską roślinność podczas gdy ostre zimne

wiatry północne oziębione śniegami Alpów nie mają przystępu do tej rajskiej krainy. Na całym wybrze­

żu są śliczne zakłady kuracyjne, dokąd spieszą rok­

rocznie tłumy chorych, rozumie się bogatych z całej Europy. Wszędzie piękne wile i śliczne osady wśród zieleni. Przepyszną miejscowością jest także Monako, stolica małego księstewka. Są tu słynne na cały świat jaskinie gry, gdzie arystokracya pieniężna z ca­

łego świata próbuje szczęścia i w dzikiej namiętności najczęściej zgrywa się do ostatniego feniga i nie­

stety zbyt często kończy życie samobójstwem. Ta jaskinia gry jest istotną plamą na jasnem tle tej pięknej krainy. Skandaliczne te stosunki wciąż dalej istnieją bo są tolerowane i wprost utrzymywane przez rząd księstewka, którego główną część dochodów stanowią podatki płacone z strony banków, a któ­

rego mieszkańcy nie potrzebują płacić żadnych po­

datków.

L o u r d e s.

Później^przejeżdżaliśmy koło portu wojennego Toulon, ^dzie *mały kapral« późniejszy cesarz Na­

poleon L .'n a b r a ł pierwszej sławy. Również były widne różne wyspy i wysepki, między nimi słynna z owego więzienia dla przestępców politycznych wyspa Yf. Przypomniała mi się historya o »więźniu z żelazną maską*, który trzymany w tem więzieniu zmuszony był nosić bez ustanku czarną maskę i który jak najstaranniej był odłączony od całego świata, nieszczęsna ofiara dumy królewskiej ówczesnego króla francuskiego Ludwika XIV.

Tak stojąc na pokładzie okrętu patrzałem w stronę lądu. Okręt kołysał się spokojnie po cichych falach pozostawiając za sobą długą linię oznaczoną białą pianą i ruchliwemi falami. Morze było spokojne a słońce toczyło się zwolna ku zacho­

dniej stronie nieba. Lśniące dotąd białe promienie nabierały stopniowo czerwonego koloru, dalekie szczyty Alp morskich również się czerwieniły. K r a j­

obraz stawał się cudowny, istotne wcielenie spokoju, Z daleka odzywały się mewy i inne ptactwo morskie.

W miarę ja k się zbliżał wieczór, i myśmy się zbliżali do naszego celu, Różne większe i mniejsze statki krzyżowały nam drogę, tu i owdzie widać było łodzie rybackie wracające do portu, który widniał na dalekim widnokręgu, lecz stawał się prędko wyraź­

niejszym, aż nareszcie dolatywały nas odgłosy ruchu w porcie i na ulicach1 Okręt stanął wśród licznych okrętów różnych rozmiarów i spuszczono kotwice.

Wówczas na okręcie smorzało życie jak w ulu.

Wszystko parło naprzód. Nie chcąc się łudzić nie­

potrzebnie wśród olbrzymiego tłoku przystanąłem, aby obejrzeć sobie miasto Marsylię z mojego wyso­

kiego stanowiska.

Obraz który mi się przedstawiał był mniejwięcej ten sam co w Genui, tylko brak było tego, co

(6)

I2Ó nadaje Genui tyle przepysznego. Nareszcie i ja };

udałem się do miasta, lecz nie mając zamiaru ahi czasu do dłuższego pobytu i chcąc jaknajśpieszniej udać się do miejsca przeznaczenia, odjechałem jeszcze w nocy i wkrótce szybki j>train« niósł mię ku zacho- j dowi. W tym samym przedzie było sześciu lub sie­

dmiu Marsylijeżyków, którzy jednak widocznie znu­

żeni, wnet zasnęli i chrapali sobie w najlepsze.

Noc była pyszna. Z czystego nieba świeci księżyc. Mknęliśmy przez śliczną milczącą w śnie pogrążoną niby zaczarowaną krainę, przez ciche | j

wioski i miasteczka, tylko niekiedy zatrzymując się na większych stacyach.

Moich francuskich współtowarzyszy wszystkie te piękności wcale nie troszczyły. Siedzieli lub raczej leżeli w słodkim śnie pogrążeni, do czego się widocznie przyczyniły i wagony bardzo wygodnie urządzone. Tym samym pociągiem jechało jeszcze

K a te d ra w L o u rd e s.

kilka osób do Lourdes, z Marsylii i okolicy, z połu­

dniowych departamentów a niektórzy, których już przedtem spostrzegłem na okręcie, z Genui do Ri- viery a nawet dwu Węgrów, Tylko Polaka nie widziałem żadnego, choć byłem przekonanym, że w Lourdes będzie ich wielka liczba. Boć polski naród zawsze i chętnie hołdował Królowej Niebios.

Jakby więc w Lourdes, dokąd śpieszą wszystkie kato- ' lickie narody, nie miałoby być Polaków, synów nie- j

szczęśliwej Polski, dawniejszego przedmurza chrze- i ściaństwa.

Gdy się nareszcie moi towarzysze podróży prze­

budzili, zaczęli na mnie poglądać ciekawemi oczy­

ma, i rychło widocznie poznali, że nie jestem fran­

cuzem, bo grzecznie mnie się jeden zapytał, czy nie jestem z zagranicy. Gdy się dowiedział, że jestem Polakiem, powiedział: Ah c’est, la Pologne, toujours fidele a la fo i! (To jest Polska, która zawsze wiernie stoi przy wierze,) Cieszyło mnie to, że z różnych zalet charakteru narodu polskiego, mój Francuz wy- j j

mienił właśnie ten. Lecz w dalszym toku rozmowy spostrzegłem, źe Francuz, jak wogóle bardzo wielu z jego ziomków niewykształconych a nawet wykształ­

conych nie potrafi ściśle rozróżnić między Rosyą a Polską. Według ich pojęcia to język polski jest tylko narzeczem rosyjskiego, mniejwięcej tak jak gwara prowansalska odnośnie do francuzkiego a Po­

lacy to szczep rosyjski. Z niemałą biedą wytłoma- czyłem mu, że naród polski to zupełnie odrębny na­

ród z odrębną mową, historyą i kulturą, co prawda spokrewniony z rosyjskim, lecz bynajmniej jedno i to samo. Francuz mój uważnie słuchał i przytakiwał:

>Bien, c’est bien,« (dobrze, to jest dobrze), a gdy wysiadł na najbliższej stacyi, to jego twarz miała wyraz, jak gdyby był zrobił najważniejsze, całym światem wstrząszające odkrycie. (C. d. n.)

Poradnik gospodarczy.

Zasiewy wiosenne.

S a d z e n ie ziem n iak ó w .

Ziemniaki dają ogromne plony, jeżeli uprawia­

my je dobrze, można mieć bowiem z morga i po 2CO korcy ziemniaków przy umiętnej uprawie. Naj- lejiiej się udają ziemniaki na roli pulchnej, sybkiej, glinkowato piaszczystej. Na rolach płytkich dają jeszcze wprawdzie plony pewniejsze niż inne^okopowe rośliny, ale dobrego zbioru można się sp o d z ie w a ć tylko na roli głębokiej i nie podmokłej.

Odmian ziemniaków mamy wielkie mnóstwo i trzeba rozióźnić odmiany stołowe, smaczne, i od­

miany, które tylko do gorzelni i na paszę dla bydła służą, te są po ugotowaniu więcej łykowate i wo­

dniste. Dalej są odmiany wczesne a inne późne.

Bardzo wczesne odmiany nie są nigdy t a k plenne jak dobre odmiany późne.

W gospodarstwach podmiejskich, gdzie można korzystnie sprzedać na targach ziemniaki stołowe, trzeba uprawiać odmiany smaczne a .szczeg ó ln ie wczesne. Wymieniamy tu: różanki albo amerykany różowe, bardzo smaczne i sypkie, średnio plenne, łatwo się jednak psują w lata mokre.

Są teraz już i polskie odmiany doskonale hodo­

wane w Nowej Wsi pod Kętami i z tych wczesną odmianą jest Lech średnio plenny i Topaz; później­

sze odmiany dobre są Mągnum bonum, Andersony, zwane przez lud zielonkami, bo mają długo nać zie­

loną — wreszcie Sine olbrzymy, które i na cięższych wilgotnych gruntach dobry plon dają Jeżeli gdzieś grunt jest nie bardzo dobry do uprawy zi emn i a k ów,

to każda odmiana po kilku lub kilkunastu latach się wyrodzLi będzie dawać coraz mniejsze plony. W takim razie trzeba częściej ziemniaki kupować do sadzenia zwinnego m iejsca; odmieniać. Szczególnie przy7dałoby“ się to w wielu gospodarstwach w górach, gdzie od wielu lat ciągle te same zawsze może zie­

mniaki sadzą a rola tam zwięzła, ciężka, szybko po­

woduje wyrodzenie. Tu trzeha wskazać na kółka rolnicze i towarzystwa, które mogą sprowadzać na próbę lepsze 'odmiany ziemniaków i dawać swoim członkom do rozmnożenia.

Do sadzenia wybiera się średniej wielkości zie­

mniaki i takich krajać nie trzeba. Sadzenie drobnych ziemniaków jest złem, bo wprawdzie większą prze­

strzeń można wtedy z jednego korca zasadzić, ale też nigdy z małego ziemniaczka nie urośnie plon wielki. Młoda kiełkująca roślina ziemniaka, zanim lozwinie liście i korzenie, żywi się z początku treścią posadzonoj bulwy, dlatego gdy ta bulwka mała, to i pierwsze pędy wchodzących ziemniaków będą liche, cienkie, biedne i nigdy nie dadzą potem wielkich bulw. Ziemniaki bardzo wielkie trzeba pokrajać na połowę wzdłuż i tak sadzić,

Uważać trzeba, aby ziemniaki do sadzenia w kopcu nie zrosły, nie wypuściły kolec. Gdy się kieły poobłamuje, to oczka wypuszczają wprawdzie drugie pędy, ale te nie są nigdy tak dorodne. W kopcach grubo, dobrze przykrytych a suchych nie zrosną ziemniaki łatwo, bo się ciepłó z wiosną nie dostaje do nich. Jeżeli zaczynają rosnąć to należy je zaraz, przynajmniej to co ma być posadzone, przenieść do jakiegoś suchego miejsca, do szopy albo stodoły i rozłożyć w niegrubej warstwie, aby przewiędnąć mogły dobrze, Przewiędnięcie przez

f

(7)

127 -

przechowanie w suchem miejscu na 2 do 3 tygodnie przed sadzeniem, wpływa dobrze na plon. Pilnować trzeba jednak dobrze, aby przy tej sposobności zie­

mniaki nie przemarzły i w razie obawy o przymro­

zek, słomą grubo okryć.

Ziemniaki udają się na oborniku danym w e- sieni lub na wiosnę dopiero. Uprawa roli pod zie­

mniaki ma być następna: jeżeli w jesieni nawóz był przyorany, co jest najlepiej, to się spulchnia rolę raz lub dwa razy radłem i sadzi za znacznikiem. Gdy zaś mamy przyorywać ziemniaki pługiem, to przed tem spulchniać nie potrzeba. Jeżeli nawóz w zimie wywieziony, to się go przyoruje jak można najwcze­

śniej na wiosnę dość głęboko, włóczy dobrzy i wał­

kuje a w parę tygodni potem za znacznikiem lub w płytbą skibę sadzi.

Na rolach żyznych udają się dobrze również w drugim polu, np. po burakach na nawozie; w tym wypadku potrzebują zwykle jeszcze zasilenia sztu­

cznymi nawozami, mianowicie fosforowymi n. p.

3 cetnary tomasówki przed ostatnią orką albo do 2 cetnarów superfosfatu przed sadzeniem. Doskonale udają się ziemniaki w każdej prawie z>emi po zie­

lonym nawozie przyoranym w jesieni albo na wiosnę, dodać jednak należy wtedy irochę supeifosfatu około 2 centnary na mórg. Na rolach lekkich piaszczy­

stych śmiało można zalecić taką kolej; po życie lub po owsie rychliku dać zielony nawóz a na niem ziemniaki.

Sadzi się ziemniaki rozmaicie:

1. Powinny być sadzone płytko zwłasza w ziemi zw ięzłej: 3 do 4 cale; w piasku można głębiej na 5 cali. Głębsze sadzenie jest złe, bo ziemniaki, gdy przypadkowo slota nastanie, wygniją. Rola powinna być obeschnięta i pulchna.

2. W czas sł .tny, mokry, nie sadzić, bo gdy po sadzeniu przypadnie deszcz silny i długi, to na glebie zwięzłej ziemniaki źle zejdą.

3. Za pługiem sadzić należy tylko na większych Obszarach dla pospiechu. W małych gospodarstwach najlepiej sadzić za znacznikiem kołem w rzędy albo w kwadrat.

Pole przed sadzeniem równa się broną gładko, wyciąga się rzędy czyli radliny trójradelkowym płuź- kiein lub rzęd >wnikiem, w te rzędy sadzi się zie­

mniaki (jeżeli krajane, to odkrojoną stronę do ziemi).

Potem się co drugi rządek rozoruje płużkiem do oborywania i przykrywa w ten sposób w redlinach.

Rzędy mają być na łokieć (60 cm.) odlegle, na ro­

lach zaś bardzo żyznych można sadzić gęściej (co 40—50 cm.) na jałowych rzadziej. Zresztą trzeba się stosować i do gatunku ziemniaków, jedne rosną razem przy krzaku, tak, żeby je w czapkę zebrał, te- można sadzić trochę gęściej, inne się rozłażą szeroko i powinny mieć więcej miejsca.

Na rolach pulchnych lepszy jeszcze sposób niż w redliny, jest sadzenie w kwadrat. Pole dobrze spulchnione i zrównane gładko, znaczy się znaczni­

kiem wzdłuż i w poprzek i tam, gdzie się znaki krzyżują, sadzi się za motyką ziemniaki. Dwoje lu­

dzi idzie naprzód z motykami i każdy po dwuch rządkach i robi dołki motyką co najgłębiej, za jednem uderzeniem, a jeden idzie z koszykiem ziemniaków za nimi, rzuca w każdy dołek po ziemniaku i przy- sypuje ziemię do dołka nogą. Robota taka idzie łatwo i prędko i wszędzie dobrze się nadaje, a szcze­

gólnie w ziemi zwięzłej, bo potem okopać można lepiej we dwóch kierunkach; co bardzo na plony korzystnie wpływa, a na rolach zwięzłych chroni od gnicia.

W parę tygodni po zasadzeniu, skoro ziemniaki się zakorzenią już i listki troszkę się pokażą, trzeba zaraz ogrzebać, spulchnić rolę, a chwasty tępić. Na większych polach ziemniaki się bronuje lek kie mi bronami, aby chwasty zniszczyć, a rolę spulchnić, ale ostrożnie, żeby bulw nie powyciągać, na mniej­

szych kawałkach lepiej jest ręcznie motyką to zrobić.

(Szanownym czytelnikom, których uprawa zie­

mniaków bliżej interesuje, polecamy książeczkę: »Jak należy uprawiać kartofle ?« którą nabyć można w księgarni ^Górnoślązaka* w Katowicach; kosztuje 25 fenygów, z przesyłką 30 fen.)

Siew jęczmienia.

Jęczmienia jest kilka gatunków, które się różnią kształtem kłosa, a różne też mają wymagania co do

| gleby. Najczęściej uprawiane są : 1. Jęczmień dwu­

rzędowy płaskur ma kłosy długie, pochylone na dół, wąsy skupione. Ten daje najlepsze, najpełniejsze ziarno na słód do browarów piwnych i gorzelni.

Lepsze odmiany tego gatunku są: nadwiślański, mo­

rawski Hanna 1 probsztajski.

2. Jęczmień Karasek, zwanym także rybakiem albo rybim, a z niemiecka ryżowym i pawim, ma kłos stojący dj góry7, płasni, rozpostarty, jak ogon karasia. Nie jest tak plenny, jak poprzedni i tylko na bardzo żyznych, a ciepłych próchnicznych grun­

tach się udaje. Ziarno ma ładne i białe, bielsze jak zwykły, a słomę mocniejszą, twardszą, i nie tak

j łatwo wylęga,

3. Jęczmień czterorzędowy ma kłos czworogra­

niasty gruby, zwisły. Ziarno ma cieńsze, drobniejsze, udaje się na rolach i gorszych i więcej zwięzłych, gliniastych, i w górach można go jeszcze uprawiać tam, gdzie jęczmień dwurzędowy już się nie udaje.

Ziarno tylko na paszę, mąkę lub krupy, lub do go­

rzelni — do browarów nie zdatne.

Do rodzaju jęczmienia należą jeszcze jęczmiona nagie czyli orkisze, a mianowicie:

1. Orkisz zwyczajny dwurzędowy, podobny do jęczmienia dwurzędowego płaskura, o kłosie zwi­

sły m — i

2. Orkisz czterorzędowy, nazywany w niektórych okolicach na podgórzu niewłaściwie »samopszą« (bo ziarno trochę podobne do pszenicy), obydwa mają ziarno grube, wypadające z plewy. Orkisz wymaga roli żyznej, średnio zwięzłej, udaje się i na cięższych ziemiach, szczególnie orkisz czterorzędowy.

Uprawa pod jęczmień i orkisz jest jednaka.

Najlepsze pole dla jęczmienia jest po okopowych burakach lub ziemniakach, które były na nawozie.

Przed zimą musi być pole zorane, a na wiosnę przed sie­

wem extyrpatorem albo radłem się spulchnia, zasiewa i włóczy. Tylko na ziemiach bardzo się zlewających gdy wyszły ze zimy bardzo zbite, albo gdy w jesieni nie można było podorać, to się orze pod siew płytko zaraz jak można najwcześniej na wiosnę, zrazuje się broną w poprzek, zasiewa, przykrywa radłem lub drapaczem, albo wreszcie dwukrotnem bronowaniem.

Jęczmień powinien być zasiany wcześnie, ale trzeba czas tak wybierać, by ziarno już nie leżało w ziemi długo na słocie i zimnie, bo źle w takim razie wschodzi. Jęczmień więc zasiewa się. później niż owies, gdy już nie spodziewamy się nowych śniegów i mrozów 1 wiosna na dobre się zaczyna.

Jęczmień czterorzędowy 1 orkisze znoszą siew jeszcze późniejszy.

W jęczmieniu dobrze jest siać koniczynę i inne rośliny na paszę albo na nawóz zielony, jak seradelę i lucernę chmielową żółtą.

(8)

--- 128

Najdorodniejsze ziarno browarniane rodzi się przy zasiewie rzędowym od odległości rządków 10,

12 cm. Wtedy jęczmień tak łatwo nie wylęga. Siew nie ma być gęsty, szczególnie na żyźniejszych rolach, bo wybuja w słomę a ziarno da liche. Wysiewa się na mórg korzec 4 garce, na słabych piaskowych ziemiach suchych do półtora korca (100— 130 kg).

Przy siewie rzędowym wystarcza 90— 130 kg, na mórg.

Na rolach suchszych po przykryciu ziarna zwa­

łować wałkiem pierścieniowym.

jeżeli się wsiewa koniczynę samą lub z trawą w jęczmień, to wsiać należy po przykryciu i zabro- nowaniu jęczmienia zaraz i przywałkować dobrze.

Na rolach łatwo zlewających się po deszczu i zasychających w skorupę, nie należy wałkować za­

raz po siewie, ale dopiero wtedy, kiedy jęczmień zejdzie i ma po dwa piórka, wtedy wsiewa się koni­

czynę i wałkuje pierścieniowym wałkiem.

Pod jęczmień z wiosną dobrze jest zasilić rolę snperfosfatem I do półtora centnara metr, na mórg, a jeżeli ma być siana koniczyna, to lepiej toma- sówką 2 do 3 centnary na mórg.

Superfosfat rozsypuje się tuż przed zasiewem ziarna, tomasówkę należy przed tem radldm z ziemią wymieszać.

Praktyczne rady.

Do czy szcze n ia ra m p o z ła can ych i t. p. na­

leży używać tylko czystej wody przy pomocy mięk­

kiego pędzelka lab gąbki, a brud usuwać ty’lko przez lekkie przyciskanie. To imitowane złocenie jest zwykle pociągnięte szelakiem lub lakierem żywicznym, które niszczą się pizy użyciu wody mydlanej, roz- I tworu sody, potażu, boraksu lub spirytusu i t. p.

Przy ścieraniu powłoki lakieru, ściera się również nadzwyczaj cienka warstwa złota lub srebra znajdu­

jącego się pod nim.

P rę d k o sc h n ą c ą powłokę, b ru n a tn ą na przed­

mioty metalowe przyrządza się w ten sposób: topi się szelak pospolitego gatunku przez co bardzo on ciemnieje i 100 jego gramów rozpuszcza się w 180 gramach alkoholu — a 10 gramów w gęstej terpen­

tynie; mieszania dają ładny brunatny pokost, jeżeli chcemy przyrządzić pokost koloru czerwono-bruna- tnego, to bierze się 50 gramów szelaku rubinowego, 5 gr. balsamu kopajwy, 2 —5 gr. aniliny brunatnej i to się rozpuszcza w 150 gr. spirytusu. Otrzymuje się pokost pięknie błyszczący i z ogniem; przez do­

branie pól grama aniliny fioletowej otrzymamy bardzo wdzięczną farbę.

N a sądzie.

Gdy pewną kobietę do sądu zawezwano za świadka, zaczęła swe zeznania słowami: »Miłości wy s ą d z i e . . w tym tłómacz jej przerywa: »Sąd nie po­

trzebuje waszej m iłości!«

N a ra u cie .

— Nie znoszę kobiet uczonych!

— Mnie pan to mówi ? Przecież ja także ukoń­

czyłam wyższe studya.

— Taaak?... To jest,.. Właściwie... Ale na pani to nic a nic tego nie znać!

W r e s ta u r a c y i.

— Jakże ci jedzenie smakuje w tej restauracyi?

— Nieźle? Befsztyki co prawda małe, ale za to dużo trzeba czasu do ich zjedzenia.

D o b ry zięć.

— Wyobraźcie sobie, wybrałem się raz z teścio­

wą na grzyby. Wtem wysuwa się jadowity wąż i ugryzł tę sekutnicę babę w nogę.

— Umarła?

— Żyje do dzisiaj! ale za to wąż w pół godzi­

ny zdechł.

P r z y ja c ió łk i.

— Dałabyś bardzo wiele, prawda, aby mieć ta kie warkocze jak ntoje ?

— A ile daiaś za swoje?

D z iw n y p ro feso r.

— Ale powiedz mi, jak on może być profesorem,

i kiedy jest głuchoniemy?

— On też umarłe wykłada języki.

& Z J Ł 1 U Ł J > A . Pierwszy zwrotny jest stworzenie, W muzyce też ma znaczenie;

W pierwszym razie złośnik skryty, W drugim rzewny, gdy użyty.

Drugi wprost, śpiewami słynął, Lecz w przeszłości już zaginął;

Tenże zwrotny pośrod ludzi, Jeźli tęgi, postrach budzi;

Cały zaś po wszystkie kraje Wciąż zabiera i oddaje.

Za rozwiązanie powyżsyej szarady przeznacza­

my nagrodę

Rozwiązanie łamigłówki z nr. iĄ-go.

Edyp-troport-Dore-Drop-dera-tor-pora-opera-era- rota-port T o rp e d a .

Dobre rozwiązania nadesłali:

Bracie toć ci łamigłówka, Odgadłem ją co do słówka.

Miałem przy tym trud niemały, Wybrać stąd słów tuzin cały.

Zrób taksamo, potem powiedz, Ze całość jest T o rp e d o w ie c

Franciszek Kołodziejczyk z Szarleja, Jan Szulc, Poznań, Józef Wypich, Królewska Huta,

Antoni Spinczyk, Król. Huta, Piotr Walczak, Król.

Huta, Marya Ceblik, Bytom, Leon Nowacki, Katowice, Jadwiga Woicik, Król. Huta.

N akładem i czcionkam i »G óm oślązaka«, spółki w ydaw niczej z ograniczoną odpow iedzialnością w K atow icach.

R edaktor odpow iedzialny: A ntoni W olski w K atow icach.

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :