Lotos : miesięcznik poświęcony rozwojowi i kulturze życia wewnętrznego, 1935, R. 2, z. 9

Pełen tekst

(1)

W R Z E S I E Ń

K R A K Ó W

Z E S Z Y T 9

(2)

Treść zeszytu:

W gościnie u R ab in d ra n a th T agore'go — W. Loga.

W stęp w św iaty nadzm ysłow e (X III. Im ag in a cja) — J. A. S.

O sugestji m yślow ej — Dr. J. Ochorowicz.

T ajem n ice szlachetnych kam ieni — M. F lorkow a.

W ięźniow ie sarkofagów (now ela) — M. F lorkow a.

B ajki o w tajem niczonych — J. Św itkaw ski.

S z t u k a ż y c i a (R uch i spoczynek) — J. Głóg.

N o w o ś c i n a u k o w e : H arm o n je p rzestrzeni — K. Chodkiewicz.

P rzegląd hibljograficzny.

Jako osobny dodatek: E w olucja Ludzkości — K. C hodkiew icza (C. d. o A tlan­

tydzie).

W A R U N K I P R E N U M E R A T Y :

B e z d o d a t k u : ro cz n ie 10.— zł w Ameryce póln. — 3 dolary p ó łro cz n ie 5.50 „

k w a r ta ln ie 3.— „

miesięcznie 1.— „

z d o d a t k i e m : (w ychodzi k a ż d y m ie sią c 1 a rk u s z , tj. 16 str.) ro cz n ie 15.— zł w Ameryce póln. — 4 dolary p ó łro cz n ie 8.— „

k w a r ta ln ie 4.25 „

miesięcznie 1.45 „

K o n to P. K. O. 40 9 .9 4 0 .

(W a żn e są ró w n ież s ta re b la n k ie ty W . D. n a N r. P . K. O. 304.961.)

(3)

m

KULTURZE ŻYCIA WEWNĘTRZNEGO

” g " 1 j— ~~~~ MIESIĘCZNIK POŚWIĘCONY ROZWOJOWI

I____ J J P R Z E G L Ą D M E T A P S Y C H I C Z N Y O rgan T o w a r z y s tw a P a r a p s y c h ic z n e g o im . J u l j a n a O c h o r o w i c z a we L w o w i e

Rocznik II WRZESIEŃ 1935 Zeszyt 9

„Porwać ogień strzeżony, zanieść w ojczyste strony to cel . . . “

S t. W yspiański

W. L O G A (Santiniketan, Bengal, Indje).

W gościnie u ßabindranath-Tagore’go

Nie wiem, ilu w ielbicieli m a p o e ta hinduski R a b in d ra n a th T a g o re w P o l­

sce, ale w każdym razie w im ienu ich na p rz y ję c iu p ow italnem w je g o re z y ­ den cji dnia 1 listo p a d a odezw ałem się w te słow a: „M istrzu, p rzy n o szę Ci hołd od Twych polskich w ielbicieli.“

Zanim g łęb o k ie w rażen ia i m yśli, ja k ie p rzeżyłem i za czerp n ąłem w Indjach, w yrażę szczegółow iej w ro z p o częty m cyklu arty k u łó w p. t.

„D uchow e oblicze I n d y j“, nie m o g ę o p rz eć się chęci podzielen ia się b e z p o ­ średniego z zew n ętrzn ą ram ą te g o c z a ro d z ie jsk ie g o w p ro st o b ra zu , k tó ry podziw iam tu ta j, u ź ró d ła sta ro ż y tn y c h i budzących się Indyj.

T ak je s t w isto c ie : p o stać R a b in d ra n a th T ag o re, to bezw zględnie u o so ­ bienie n ajw yższej elity h in d u sk iej, z je j k u ltu rą k ilk u tysięcy lat, trad y c jam i, a z d ru g iej stro n y , je g o In sty tu t W ychow aw czy — to n ad z ie ja przyszłych Indyj, kuźnica now ych p o k o leń .

Jestem w łaśnie w gościnie u p o e ty w trak c ie trzy d n io w e g o zw iedzania tej niezw ykłej instytucji.

M aterja ly zeb ran e starc zą na sze reg pism dla p ra sy p o lsk iej ta k o c h a ­ ra k te rz e ogólnym , ja k i ściśle fachow ym , p ed ag o g iczn y m .

Ale przedew szystkiem chciałbym o d n o to w ać dla czytelników i dla sw ej pam ięci przeżycia o statn ich dni w ch ro n o lo g iczn y m p o rz ąd k u .

Celem m ej p o d ró ż y w In d jac h było i je s t p o zn an ie nie ty le eg z o ty c zn ej ich p rzy ro d y , nie cudow nych zab y tk ó w sztuki, k u czem u n a d a rz y ła mi się w y ją tk o w a o k a z ji od C ejlo n u p rzez M adras i okolice, K alkutę i niziny Ben- g alu , S antiniketan, B enares, A lm orę, H im alaje, B om bay, ile pozn an ie ludzi, ludzi i jeszcze raz ludzi, z ich sercam i, in telek tem , w iedzą p ozazm ysłow ą, z ich o d ręb n ą psychiką, uduchow ieniem codzien n eg o życia.

Cóż więc dziw nego, że p ra g n ą łe m nie tyle w idzieć św iątynię „ T aj M ahal“ w A gra, je d e n z n ajp ięk n iejszy c h ja k o b y zab y tk ó w a rc h ite k to n ic z ­ nych św iata, lub niebosiężne szczyty K in chinjunga lub E w erestu w H im a­

lajac h , ile szczyty społeczne i duchow e.

A k tó ż lepiej m oże re p rez en to w ać te szczyty trad y c y j i dążeń k u p rz y ­ szłości, ja k nie filozofow ie, poeci i pisarze, p ro feso ro w ie uniw ersy tetó w , 289

(4)

a z je d n o s te k — najw ięk szy ze w spółczesnych p o etó w Indyj, m oże i św iata

— R abindranath T a g o re, a z działaczy sp ołecznych Ghandi i je g o o toczenie?

To też kiedy z a o p a trz o n y w listy re k o m e n d a c y jn e i m ając ju ż pew ne

„ e n tre e “ p rzez a rty k u ły w łasne, um ieszczone w pism ach hinduskich, z w ró ­ ciłem się listow nie do p o e ty z p ro śb ą o zezw olenie zw iedzenia je g o zakładu nauko w eg o , p rzy zn am się, że z pew nym n ie p o k o je m oczekiw ałem o d p o ­ wiedzi.

D nia 4 listo p a d a p rzyszedł list do K alkutty, do m ego czasow ego m ie j­

sca p o b y tu , od s e k re ta rz a o so b iste g o , m istrza, p. C zandy: „ P o e ta chętnie p rz y jm ie P a n a i dał za rządzenie p o czynienia w szelkich ułatw ień pobytu w je g o re z y d e n c ji.“

Nie p o trz e b u ję dodaw ać, że ju ż 6 listo p a d a w yjech ałem z K alkutty i okolic, gdzie baw iłem w gościnie trzy tygo d n ie.

Na dw orcu w B olpur, o d d alo n y m o 4 g o d zin y ja z d y k o le ją , oczekiw ał d y re k to r In sty tu tu R a b in d ra n a th -T a g o re 'g o , p. Ariarn W illiam s z autem .

O p ró c z m nie dnia te g o zjec h ały w gościnę do p o e ty dwie p anie: je d n a z N ow ej Z elan d ji, d ru g a z L ondynu.

K rótkie p o w itan ia na sp o só b hinduski, t. j. dłonią ja k do m odlitw y, i a u to p o m k n ęło p rzez p ięk n y gościniec w to n ą c e j w zieleni p o d zw ro tn i­

k o w e j rów ninie b e n g a lsk ie j.

D ostałem w dom u, p rzezn aczo n y m dla gości, p o k ó j z łazienką i o lb rzy ­ mią w e ran d ą, w ychodzącą na p a rk re zy d en c ji m ah arad ży D evendranath- T agore, o jc a p o ety , a ju ż w g odzinę późn iej zacząłem zaw ierać znajom ości z ciałem p ro fe so rsk ie m i zw iedzać je d e n z w ydziałów In sty tu tu — szkolę pow szechną i zaw odow ą.

O pis ich zostaw iam dla pism fachow ych.

Ciało p ro fe so rsk ie — H indusi i H induski z w yższem w ykształceniem eu ro p e jsk ie m lub am erykańskiem , częściow o europejczy cy .

N iek tó re osoby, nie z n a ją c P olski, z n a ją P o la k ó w -k o leg ó w u niw ersy­

teckich; w ychodzą więc na ja w pew ne w spólne znajom ości. U łatw ia to, oczyw iście, rozm ow ę, choć tem atu w o g ó le nie b ra k u je .

P an i z N ow ej Z elandji ciągnie do o ddziału szkół żeńskich. P rzy g ląd a m y się arty sty cz n y m w yro b o m tk ack im i dziełom sztuki szkoły h a ftu i m a la r­

stw a. Je d e n z nauczycieli pow rócił niedaw no z J a p o n ji, gdzie specjalnie stu d jo w al k o lo ry sty k ę .

P o d zw ro tn ik o w y w ieczór z a p ad a o 6 -te j, ko ń czy m y częściow ą w izy­

ta c ję , p o e ta p ro si gości do siebie... .

P ra g n ą łe m za w szelką cenę nie być te g o dnia p rz y ję ty . Z byt zm ęczony n iep rz esp an ą p o p rz e d n io nocą, p o d ró ż ą, w s tro ju nieodpow iednim , nie ch cia­

łem źle za p re z e n to w a ć P olski, będąc, być m oże, pierw szym z P olakow

w S an tin ik etan . . ,

Z resztą jeszcze je d e n fo rm a ln y d ro b n y szczegół też m nie zatrzym yw ał.

C hciałem o fiaro w ać m istrzow i k w iaty — biało-czerw one.

W K alkucie w p rzed d zień b y ła niedziela, p o rz ąd n e sk lep y angielskie były zam knięte. P o ra d z o n o mi kup ić k ilk a sym bolicznych ow oców , gran aty i m ozam biki, i u d ek o ro w ać je kw iatam i z okolic bliższych Santiniketanu.

Zw ierzyłem się ze sw ych k ło p o tó w sek retarz o w i. Z rozum iał dobrze me chęci. P o sła n o w n e t czarnych nag u só w w różne stro n y i w ieczorem m ogłem w ręczyć sek retarz o w i osob istem u p o e ty przyw iezione ow oce z piękną w ią ­ 290

(5)

zanką kw iatów i k ilk u serdecznem i słow y, ta k ja k je um iałem w yrazić w angielszczyźnie w ta k w y ją tk o w e j chwili.

A u d jen c ję o d ło żo n o do dnia n astęp n e g o .

S k o rzy stałem z te g o p o d w ó jn ie: P rzedew szystkiem bliżej poznałem dom i ro d z in ę d y re k to ra In sty tu tu , je g o su b teln ą m ałżonkę, w y k ła d a ją c ą w Instytucie san sk ry t, ale głów nie om inąłem w spólną a u d je n c ję z paniam i, k tó re, choć krw i an g lo -sa sk ie j, o b d arzo n e były ta k ą w ielom ów nością, że napew no z au d je n c ji tak iej nie w iele m ógłbym sk orzystać.

R ano o godz. 8-ej p o e ta p rz y sła ł po m nie se k re ta rz a . P rzeszliśm y duży p a rk i ju ż z oddala, na w erandzie w sp an iałej willi, w pow odzi kw iatów zauw ażyłem za to p io n e g o w lek tu rz e R a b in d ran a th -T ag o re, tę znaną pow szechnie w spaniałą sylw etkę człow ieka w ysokiej rasy — a ry s to k ra ty

ducha i ciała. J

W rażenie m o je o sobiste p ierw szeg o zetk n ięcia się z m istrzem je s t nie do opisania. J a k a ś dziw na a u re o la spływ a z te j szlac h etn ej tw arzy starca.

Z drżeniem serca w ypow iedziałem tych p a rę sak ram en taln y ch , lecz szczerych zupełnie słów : „ R everend Sir*), I b rin g y o u the h o m m a g e s fr o m yo u r polish adm irers“ — C zcigodny P anie, p rz y n o szę Ci hołd od Twych polskich wielbicieli.

D o brotliw y uśm iech, serdeczny to n odpow iedzi i o to cała m o ja trem a pi zechodzi. S ek re ta rz i k to ś z ro d zin y subtelnie odchodzą — p o z o s ta ję sam u M istrza, na te jż e w erandzie w kw iecistym p rz ep y ch u rezydencji.

R ab in d ran a th -T ag o re ro z p o czy n a rozm ow ę.

Z byt sza n u ję ludzi, z k tó ry m i m iałem zaszczy t czy szczęście sp o tk a ć się w Indjach, aby bez ich u p ow ażnienia p o w ta rz a ć ich słow a. M yśli zaś, w ypow iedziane p rzez tak ich ludzi ja k R a b in d ra n a th -T a g o re , m uszą zaw sze odbić się dalekiem św iatow em echem . N a jd ro b n ie jsz e ' ich zniekształcenie m og ło b y spaść na m nie ciężarem zb y t w ysokiej odpow iedzialności.

W strzy m u ję się zatem od w szelkiego ich streszczenia. C zytelnicy polscy dow iedzą się o m ych o g ó ln y ch w rażen iach z zetk n ięcia się z elitą hinduską w cyklu arty k u łó w p. t. „D uchow e oblicze In d y j“, inni zaś m oże z re fe ra ­ tów, w ygłoszonych po pow rocie na te n sam o g ó ln y tem at.

Jed n o ty lk o m o g ę pow iedzieć: M istrz d o sk o n ale rozum ie nasze w y ­ ją tk o w o tru d n e położenie, p am ięta sym patycznie zetknięcie się z d e leg a cją, k tó ra g o pow itała p rz ed laty, p rzy je g o p rzejeźd z ić p rzez P olskę, a co n ajciekaw sze, pom im o 73 la t życia, żywi n ad z ie ję być jeszcze u nas.

Czy je ste m tu ta j zw iastunem d o b re j dla nas o g ó ln e j k o n ju n k tu r) czy w yrazicielem tej w agi, ja k ą p rzy w iązu je on do te g o k lucza w ypadków dziejow ych, k o n c e n tru ją c e g o się obecnie w Ś rodkow ej i W schodniej E u ro p ie?

Nie wiem, nie śmiem robić w je g o im ieniu ja k ich k o lw iek zapew nień.

To je d n o d odam : w um yśle te g o w ielkiego człow ieka o d b ija ją się, ja k w zw ierciadle, n ajp o w a żn iejsze w ypadki dziejow e, w spółczesne i przyszłe...

A u d je n c ja trw a ła o k o ło pó ł godziny.

N igdy w życiu nie zap o m n ę tych chwil!

S zan u ję w o g ó le wiek, dośw iadczenie, wiedzę, talen t, ale u R abindra-

*) tak skromnie radzono mi tytułow ać m istrza.

291

(6)

n a th -T a g o re je s t jeszcze coś w ię c e j: ja k iś dziwny, nie do opisania u ro k osobisty, p ro sto ty , godności.

Słow a je g o uw ażałem za w ypow iedziane ja k o b y z za g robu, p rzez duchy je g o w ielkich p rz o d k ó w , ja k o też i p rzez p ro ro k a , zdum iew ającego m yślicieli św iata.

Ja k ż e p ra g n ą łb y m odd ać W am w iernie nie słow a, ale to uczucie p o g o d y i w iary w ludzkość, ja k ą tam za czerp n ąłem — o d ro d zy Rodacy!

J a k ż e p ra g n ą łb y m stąd, z te g o ź ró d ła n a jsta rsz e j cyw ilizacji św iata i jed n o cz eśn ie p a rn a su w sp ółczesnego, p rz esłać W am tę m oc ducha, k tó ra zw ycięża w szelkie p rz e sz k o d y i budzi n a ro d y do w ielkiej, św ietlanej przyszłości!...

/ . A. S. T N fi0I EEA1TON

Wstęp w światy nadzmysłowe

XIII. Im aginacja.

(W id ze n ie astralne.)

U praw a d h arany to ru je ci d ro g ę do im ag in acji, czyli do „sp o strz eg an ia o b ra z o w e g o “. W iesz ju ż , że im a g in a c ja nie m a nic w sp ó ln eg o z h alucynacją, złudzeniem , a u to s u g e s tją i t. p. o b jaw a m i p ato lo g iczn y m i. O braz nazyw a się w ję z y k u łacińskim im ago, ale o b ra z nie je s t b y n ajm n iej złudzeniem . Bez istnienia p rz ed m io tu rzeczyw istego nie m ó g łb y po w stać o b ra z je g o w zw ierciedle. To, co za p ośrednictw em zm ysłów wiesz o świecie z e w n ętrz­

nym , to w szystko są rów nież ty lk o o brazy, ale nie rzeczyw istość sam a.

Np. „ s tó ł“ je s t dla ciebie ob razem p ew n eg o przedm iotu, uzyskanym p rz ez sum ę tw ych w rażeń dotykow ych, w zrokow ych, w ęchow ych, etc. P rz y ­ p a trz y łe ś się stołow i, d o tk n ą łe ś g o , p o dniosłeś, i ta sum a w rażeń zm ysło­

w ych u tw o rz y ła w tw ym um yśle o b ra z „ sto łu “ . Tę sum ę w rażeń nazyw asz

„ sto łe m “ i m ożesz ją sobie w yobrazić w pam ięci, ile razy zechcesz; p ojaw i się w niej w ów czas w yo b rażen ie te g o stołu. W y o b rażen ie to nie m ogłoby się p ojaw ić, g dybyś p rz ed tem nie zeb rał p o trz e b n e j sum y w rażeń w z ro ­ kow ych, d o ty k o w y ch etc.

G dy ci k to ś o p o w iad a ja k ie ś zd arzen ie, m ożesz je sobie „w yobrazić“, m ożesz sobie w yw ołać w m yślach o b ra zy fa z poszczeg ó ln y ch te g o zd a rze­

nia, m ożesz je sobie „im ag in o w ać“ . T w o je w yo b rażen ie sto łu w idzianego je s t i m a g i n a c j ą te g o sto łu , u tw o rz o n ą na p o d staw ie tw ych w łasnych w rażeń zm ysłow ych; w y o b rażen ie zd a rze n ia sły szan eg o lub czy tan eg o je st n a to m ia st im ag in acją, u tw o rz o n ą z w rażeń w ew nętrznych. Zdarzenia, k tó re ci o p o w iad a ją , nie w idziałeś, a je d n a k p o d w pływ em opo w iad an ia p o w stają w tw ej duszy o b ra zy te g o zd arzen ia. P o w s ta ją d lateg o , bo opow iadanie w yw iera w rażen ie na ciebie.

Im ag in a cje ted y m o g ą się tw o rzy ć z w ra żeń zew nętrznych, lub z w ra ­ żeń w ew nętrznych. To, że słuchanie o p o w iad a n ia je s t w rażeniem słucho- wem, a zatem zew nętrznem , nie zm ienia p o staci rzeczy. Słuchanie budzi w tw ej duszy w rażen ia w ew nętrzne, i to ta k silne, że zdoła w yw ołać w yobra- 292

(7)

żenią rów nie w yraźne, ja k g d y b y ś p atrz y ł na zd arzen ia o p ow iadane. P rz y ­ pom nij sobie, ja k w yraźn e im ag in acje w y w o łu ją w duszy u tw o ry d obrych pow ieściopisarzów .

W róć te ra z do im ag in acji stołu. J e s t to p rz ed m io t fizyczny, zew nętrzny, m ożesz g o b ad a ć zm ysłam i. B ad ając, zw racasz nań uw agę, i od sto p n ia n atężen ia uw ag i zależy, ja k w y raźn ą im ag in ację zdołasz sobie o nim p o tem u tw orzyć. Ale bad an ie to nie budzi ż a d n y c h u c z u ć w tw ej duszy;

je s te ś w obec sto łu zupełnie o b o ję tn y . Inne p rz ed m io ty n a to m ia st m ogą budzić w duszy pew ne uczucia, a w ów czas im ag in acje takich przedm iotów , b ęd ą o w iele w yraźniejsze. Istn ie ją p o n a d to p rz ed m io ty (i isto ty ), k tó ry c h żadnym zm ysłem fizycznym zb adać nie m ożesz, bo sam e nie są fizyczne.

Istn ie ją je d n a k i w y w ie rają w rażen ia na zm ysły niefizyczne. Z tych w rażeń m ogą rów nież pow staw ać im ag in acje i do tak ich im aginacyj o tw iera d ro g ę dharana.

Rzecz p ro sta , że opis im ag in acji, p o w stałej z w rażeń nadzm ysłow ych, n a tra fia na trudności, g d y ż b ra k nazw n a o k reślen ie tak ich w rażeń. Chcąc posługiw ać się słow am i zrozum iałem i każdem u, m usisz używ ać nazw , w zię­

tych ze św iata zm ysłow ego, o d d a ją c y c h w przybliżeniu to, co chcesz w y ­ razić. B ędą to zatem ty lk o nazw y p o d o b n e. P rz e d m io t nadzm ysłow y w y ­ w ierać m oże n. p. w rażenie p o d o b n e tem u, ja k ie na w z ro k fizyczny w y ­ w iera b arw a niebieska. P ow iesz w tak im w y p a d k u : „w idzę b łę k it", ja k k o l­

w iek nie będzie to w idzenie oczym a, lecz ty lk o w rażenie p o d o b n e tem u, ja k ie odniósłbyś, p a trz ą c n a barw ę b łęk itn ą. U trz y m u ją c to w pam ięci, że nazw y tak ich w rażeń m uszą być ty lk o zbliżone, bo na ścisłe słów nie m am y, w y k o n aj ćw iczenia n a stę p u ją c e :

P rz y p a trz się ja k n aju w a żn iej zw ierzęciu dow olnie ob ran em u , abyś p o tem m ógł sobie o niem u tw o rz y ć im a g in a c ję ja k n ajw y razistszą. Będzie to im ag in acja z w rażeń zm ysłow ych. P o d o b n ie ż p rz y p a trz się roślinie i u tw ó rz sobie znow u im a g in a c ję d o k ład n ą. W reszcie p rz y p a trz się ta k sam o katnieniow i, n a jle p ie j k ry sz ta ło w i p rz e jrz y ste m u . M asz zatem w duszy trzy im ag in acje odrębne. T eraz zestaw je razem o b o k siebie i s ta ra j się dostrzedz, co k aż d a z nich m a w sobie indyw id u aln eg o , ró ż n ią ceg o ją od innych.

O to pew ną fo rm ę, p ew ną po stać, m a i kam ień, i roślina, i zw ierzę. Ale kam ień nie p o ru sz a się i nie w z rasta w idom ie, nie m a żadnych narządów , ani członków ; on ty lk o istnieje. R oślina istn ie je rów nież i rów nież nie zm ienia m iejsca, ale w zrasta, kw itnie, d o jrze w a, zm ienia p o stać, m a pew ne n arząd y do w z ro stu i ow ocow ania. Zw ierzę w reszcie rów nież w z rasta i d o j ­ rzew a, ale n a d to p o ru sz a się p o d w pływ em żądz i popędów , o d b iera w ra ­ żenia zm ysłam i. P o sta ć kam ienia u tw o rz y ły siły w olne o d żądz; roślina zaw dzięcza swą p o sta ć siłom w zrostu, zw ierzę swą p o sta ć żądzom . W ytęż te ra z uw agę na te siły tro ja k ie , w ytęż j ą ta k żyw o, aby aż p o w sta ły w d u ­ szy u c z u c i a odręb n e, a p o sz e re g u ćwiczeń d o jdziesz do im ag in acji całkiem now ej, bo w e w n ętrzn ej.

Uczucie, budzące się w duszy p o d w rażeniem k a m i e n i a , w yw oła ci im ag in ację, k tó rą w p o ró w n a n iu do w rażeń w zrokow ych nazw iesz fio ł­

k ow o niebieską. Im a g in a c ja p o d w pływ em r o ś l i n y da ci w rażen ie p o d o b n e, ja k ie odczuw asz p rz y barw ie zielonej, a im ag in acja, w yw ołana p rzez z w i e r z ę , da ci uczucie czerw ieni p o m ara ń czo w ej. W iad o m o ci

293

(8)

ju ż, że nie będzie to w rażen ie w zro k o w e; nie u jrzy sz kam ienia fio le to ­ w o, a zw ierzęcia p o m arań czo w o , lecz ty lk o odniesiesz w rażenia zbliżone do tych, ja k ie w y w ie rają na ciebie b arw y odnośne. P rzy dalszych ćw icze­

niach spostrzeżesz, że k ażd y k am ień w yw iera inny odcień w rażenia błę- k itn o -fio łk o w e g o ; k ażd e zw ierzę m a sw ój odcień czerw ieni żółtaw ej, a p o ­ dobnież k aż d a ro ślin a m a inny odcień zielony, przech o d zący aż w ja sn y różow y.

Jeż eli ćw iczenia — u p ra w ian e oczyw iście z w iadom ą ci ju ż cierp li­

w ością i w ytrw ało ścią — dop ro w ad zisz do w yniku w łaśnie opisan eg o , d oży­

jesz pierw szych im ag in acy j nadzm ysłow ych. B ędziesz m iał przy k ład , ja k p rz ed m io ty zew nętrzne, fizyczne, w y ra ż a ją się dla tw ych n arząd ó w w e­

w n ętrznych. G dy zdołasz ju ż odczuw ać tak ie w rażen ia nadzm ysłow e, p o ­ chodzące od p rz ed m io tó w zm ysłow ych, w zniesiesz się tak że do odczuw ania w rażeń, ja k ie w y w ie rają p rz ed m io ty nadzm ysłow e, nie istn iejące dla zm y­

słów fizycznych. N a rów ni e tery czn e j i a stra ln e j istn ie je m nóstw o p rz e d ­ m io tó w i isto t, nie w y w ierający ch ża d n eg o w rażen ia na zm ysły f i z y c z n e . U jrzeć je m ożna d o p iero zm ysłam i „nadzm yslow ym i“, a więc narządam i ciała e tery czn e g o , w zględnie a stra ln e g o .

W iesz ju ż z dośw iadczeń, ja k ie p o czyniłeś w o k resie p rz y g o to w a w ­ czym, że w obec n iek tó ry c h ludzi lub p rz ed m io tó w odczuw asz w rażenie chłodu, w obec innych ciepła; je d n y c h nazyw asz ciem nym i, d ru g ich jasnym i.

T eraz do ty ch w rażeń ciepła i jasn o ści d ołączą się w rażenia takie, k tó re m ożesz p o ró w n a ć z barw am i. B ędą to w rażen ia barw , nie pochodzące od ża d n eg o p rz ed m io tu w idom ego. P a trz ą c okiem fizycznem , widzisz barw ę i w idzisz zarazem p rz ed m io t, k tó ry tę barw ę posiada, widzisz je g o barw ną pow ierzchnię. Ale b arw a nie je s t czem ś, co zaw sze m usi być złączone z przedm iotem . B arw a sam a dla siebie w yw iera tak że w rażenie, naw et b ard zo w ybitne; należy ty lk o wyćw iczyć się w uśw iadam ianiu sobie teg o w rażenia.

S p o jrz y j w g łą b nieba b łę k itn e g o i s ta ra j się uśw iadom ić sobie nie isto tę te j w a rstw y p o w ietrz a b łęk itn eg o , lecz s a m ą b a r w ę , sam błękit.

O d d aj się uczuciu barw y, nie pow ietrza. P o pew nej w praw ie uśw iadom isz sobie, że b łęk it n iety lk o w yw iera w rażenie k o ją c e , ale w p ro st po ciąg a ku sobie, a p o c ią g a ją c , ro z p rze strzen ia. Z atracasz w błękicie poczucie o g r a ­ niczenia w ym iaram i p rz estrze n i; p o d ąż asz w g łąb te g o błękitu, w dal od siebie sam eg o , nie czu jesz je g o g ran ic, ani sw oich granic. W y k o n aj teraz dośw iadczenie p o d o b n e z inną b arw ą, np. czerw oną. U tkw ij w zro k w sukno czerw one lub p a p ie r czerw ony; s ta ra j się nie w idzieć m a te rji sukna czy p ap ieru , ty lk o sam ą barw ę, sam ą czerw ień. P o k ilk u p ró b a ch odczujesz, że ta czerw ień w y stę p u je silnie naprzeciw ciebie, że cię o g ra n ic za i p rz y ­ ciska, że je s t w p ro st n a trę tn a i eg o isty czn a. P ratjaharą nauczyłeś się już w ybierać sobie w ed łu g w oli w rażenia, k tó ry m chcesz się oddaw ać, a p o m i­

ja ć inne rów noczesne; tu zatem zdołasz nie w idzieć su k n a lub papieru, ty lk o b arw ę sam ą.

O tóż w św iatach nadzm ysłow ych są isto ty , k tó ry c h w rażenia, wyw ie­

ran e na ciebie, zdołasz o k re ślić języ k ie m zw ykłym ja k o p o d o b n e do barw . Nie są te b arw y s a m e m i i s t o t a m i , ty lk o ich w yrazem . Jeżeli zatem o dbierzesz n ag le w rażenie barw y, u n o szącej się sw obodnie w p rzestrzen i p rz ed to b ą bez ża d n eg o p rz ed m io tu w idom ego, to m asz p rzed sobą isto tę 294

(9)

astraln ą, k tó ra w y raża się tą w łaśnie barw ą. M asz tu im ag in ację, nie u tw o ­ rzoną z żadnych w rażeń zm ysłow ych, ani z w yo b rażeń pam ięciow ych. P o ­ czątkow o będziesz tak ie w izje barw n e brał za h alu cy n a cje lub za o b jaw y znużenia w z ro k u ; rychło je d n a k spostrzeżesz, że nie w y w o łu je ich żadna przyczyna fizyczna i że nie m a ją nic w sp ó ln eg o ze złudzeniam i.

W m iarę, ja k zyskasz pew ną sum ę tak ich im aginacyj barw nych, n a u ­ czysz się ta k ż e zw racać n a nie pilną u w agę o d r a z u , g d y się p o jaw ią.

Zauw ażysz, że z ja w ia ją się n agle, i trw a ją b ard zo k ró tk o , co n ajw y ż ej kilk a sekund. Z auw ażysz także, że te zjaw isk a barw n e nie m a ją ż a d n y c h w y m i a r ó w p rz estrze n n y ch : nie zdołasz określić ich rozm iarów , ani głębokości, a nieraz odniesiesz w rażenie, że je s te ś w ew n ątrz o b ło k u b a rw ­ nego. P óźniej zdołasz p o n a d to ocenić pew ne różnice w ja k o śc i barw sam ych, nie m ówiąc o ich odcieniach. C zasem będą to b arw y — św ietne w praw dzie — ale ja k g d y b y m ętne i n ie p rz e jrz y ste ; czasem znow u ta k czyste, ja k św iatła barw ne, a czasem o n a tu rz e p ro m ien istej i isk rzą cej. Do tych sp o strzeżeń dołączy się d alej poczucie, że b arw y m ętne są im ag in acjam i niższych isto t astraln y ch , b arw y św ietliste w yższych, a pro m ien ie iskrzące dostrzeżesz ty lk o w y jątk o w o , ja k o im ag in ację isto t n ajszc zy tn iejszy ch .

G dy zaczniesz dożyw ać tak ich w idzeń im aginatyw nych, m ożesz się niem i cieszyć i zachw ycać, ale nie usiłuj ich sobie t ł u m a c z y ć . S ta ra j się ty lk o zapam iętać je ja k n a jd o k ła d n ie j, ale nie p ró b u j sp e k u la c ją m y ­ ślow ą tw orzyć sobie jak ie k o lw ie k w nioski o tern, co te w idzenia barw n e ozn aczają. S ta ra j się n aw et nie ubierać ich w słow a, a tern m niej m ó w i ć 0 n i c h kom ukolw iek. Ci, co są w yżej niż ty na ścieżce, sp o strz e g ą o w iele lep iej, co ty widzisz, niż g d y b y ś im to d o p iero opisyw ał. A ci, co są niżej od ciebie, nie zrozum ieliby, co im m ów isz, b o b y ło b y to dla nich p rz e d ­ wczesne. Im w ięcej zbierzesz dośw iadczeń im aginatyw nych, tern d o k ład n iej pojm iesz, ja k nieudolny je s t ję z y k ludzki, g d y je chce uzm ysław iać.

O prócz im aginacyj barw nych będziesz m iew ał tak że cieplne, sm akow e, w ęchow e i jeszcze inne, dla k tó ry c h w ję z y k u ludzkim b ra k słów , naw et przybliżonych. B rak ci je d n a k będzie im aginacyj takich, k tó re m ógłbyś p o ró w n ać z w rażeniam i d ź w i ę k o w e m u R ów nia a stra ln a je s t niem a 1 cicha p rzy calem swem nieslychanem bog actw ie barw , św iateł, w oni i t. d.

Z biegiem czasu do te j barw istości w rażeń a stra ln y c h dołączy się ich forem ność. Im ag in ację o trz y m a ją p ró c z b arw tak że pew ne zarysy, pew ne k o n t u r y , ja k k o lw ie k b y n ajm n iej nie stale. C echą św iata a stra ln e g o je s t w łaśnie je g o „p ły n n o ść", je g o zm ienność ustaw iczna p o staci i kształtó w . Tam nic niem a stałeg o , nic sk rz ep łeg o . K ażda isto ta, k ażd y p rz ed m io t zm ienia tam ciągle swe k ształty ; stąd też naw et tru d n o m ów ić o różnicy m iędzy isto tam i a przed m io tam i; tru d n o dzielić je na żyw e i m artw e. Tam w szystko ży je, w szy stk o się rusza, w szystko zm ienia postać. J e s t to p ra w ­ dziwie „h ala nauki" dla ciebie. I praw dziw ie „ p o d każdym kw iatem w ąż się czai“ , bo p o stać na p o z ó r m iła i w dzięczna, zm ienić się m oże o d razu w szp e tn ą i g ro ź n ą. Żądza niska p rz y b rać m oże p o stać na p o z ó r niew inną, a ty lk o odcień b arw y i je j m ętność zdoła ci być ostrzeżeniem .

R ozum ienie te g o św iata a stra ln e g o , ta k odm ien n eg o od n aszeg o ziem ­ skiego, uzyskasz d o p iero na sto p n iach następnych. Tu s tu d ju j g o , p o z n a ­ w aj, ale nie osąd zaj jeszcze. A przedew szystkiem nie tra ć sta łe g o g ru n tu pod no g am i w świecie fizycznym . Tu na ziem i m asz o b jaw y , p o chodzące

(10)

od przed m io tó w lub isto t, a d h a ra n ą o trz y m u je sz objaw y, nie zw iązane p o zo rn ie z żadnym przed m io tem . Tern p o trz e b n ie jsz y ci tu zatem sąd z d r o ­ wy i lo g ik a w m yśleniu, abyś nie p o p ad ł w p o k u sę fa n ta zjo w an ia n ie k o n tro ­ lo w an eg o i na niczem rzeczyw istem nie o p a rte g o .

D lateg o ta k niezbędnie p o trz e b n a je s t to b ie k o n t r o l a ja k n a j­

ściślejsza tw ych m y ś l i i u c z u ć , k tó rą przysw oić sobie m iałeś p o d ­ czas p rz y g o to w an ia. T ak sam o niezbędna je s t biegłość w pratjaharze, aby podczas ćw iczeń w im ag in acji nie m ąciły ci skupienia żadne w rażenia niepożąd an e. Uczucia i m yśli, o p an o w an e ju ż p o p rz ed n io , m asz te ra z zw ra­

cać n a to ry zup ełn ie n o w e , dotychczas ci nieznane, m asz ich używ ać do w ykształcen ia całkiem now ych zdolności duszow ych. M usisz mieć do te g o sił ja k n ajw ięc ej, skupić je w szystkie razem w je d n y m k ierunku, bez ro z strzeliw an ia ich na p o ra n ie się z m yślam i n atrę tn em i lub w rażeniam i niepożądanem i. Z aczynasz ju ż rozum ieć i będziesz p rz y ćw iczeniach d a l­

szych ro zum iał co raz lep iej, ja k k o n ieczn a je s t u p ra w a d o k ład n a szczebli p rzy g o to w aw czy ch , je ż e li chcesz z pow odzeniem w stępow ać na wyższe.

P o d am ci te ra z jeszcze je d n o z ćwiczeń, w skazanych p rzez d ra Stei- n era (C), nadzw yczaj ow ocne w upraw ie dharany: „P o łó ż przed sobą dow olne nasienie rośliny... P rz y p a trz się d o k ład n ie k ształto w i nasienia, je g o barw ie i innym cechom . A p o tem rozw aż, że z te g o nasienia pow stanie ro ślin a u czło n k o w an a, g d y się je w ziem ię zasadzi. U przytom nij sobie tę roślinę, o d b u d u j j ą sobie w w yobraźni. A d alej m yśl: T ą co te ra z p rz e d ­ staw iam sobie w yo b raźn ią, to kiedyś n ap raw d ę w y k lu ją z te g o nasionka siły ziem i i słońca. G dybym m iał p rz ed sobą ziaren k o sztucznie zrobione, n aśla d u ją c e d o k ład n ie to nasienie, to z n ieg o siły słońca i ziem i nic by w y­

k łu ć nie zdołały.

G dy m yśl tę utw o rzy sz ja k n a jw y ra ź n ie j, g d y j ą p rzeży jesz w e w n ętrz­

nie, zdołasz u tw o rzy ć sobie o b o k uczucia odpo w ied n ieg o tak że myśl n a stę p n ą : W sp osób u ta jo n y tkw i ju ż w nasieniu — ja k o zdolność całej rośliny — to, co p ó źn iej z n ieg o w yrośnie. W naśladow nictw ie sztucznem nie tkw i ta k a zdolność. A je d n a k dla tw oich oczu o b a ziaren k a są rów ne.

W ziaren k u praw dziw em zaw iera się zatem coś niew idzialnego, czego nie­

m a w naśladow anem . N a to, co niew idzialne, w ytęż te ra z m yśl i uczucie.

U przy to m n ij sobie, że to niew idzialne zm ieni się pó źn iej w roślinę w idzialną, z fo rm am i i barw am i. P rze ży j w sobie tę m y śl: n i e w i d z i a l n e stanie się w idzialnem . G dybyś nie m ógł m yśleć, nie zdo łałb y ś przedstaw ić sobie ju ż n a p r z ó d te g o , co d o p iero pó źn iej będzie w idzialne.

To, co przem yślasz, m usisz zarazem odczuw ać ja k najżyw iej... a p o w ta ­ rzać ćw iczenia ta k dłu g o , aby aż w zro sły ci n ie ja k o w duszę te myśli i uczucia. P rze z nie rozw iniesz w sobie now ą zdolność, k tó ra otw o rzy ci now ą im ag in ację. S postrzeżesz, że n asio n k o pow leczone je s t ja k g d y b y o b łokiem św ietlistym . O dczujesz to w duszy ja k o ro d z aj płom yka, śro d e k p ło m y k a d a ci w rażen ie p o d o b n e, ja k ie odczuw asz p rzy barw ie 1 iljow ej, b rz eg i p ło m y k a n a to m ia st o d cz u je sz niebieskaw o. O to p o ja w ia ci się coś, czego p rz ed tem nie w idziałeś. W y tw o rzy ła to zdolność, k tó rą zbudziłeś w sobie siłam i uczucia i m yśli.“

G dy w tern ćw iczeniu d o jd ziesz do w yniku opisan eg o , p odejm n a ­ stępne, w iążące się ściśle z p o p rz ed n iem : „S tań przed rośliną (C) w pełni rozw iniętą. P rz y p a trz się je j, a n astęp n ie o d d a j się m yśli, że n adejdzie czas, 296

(11)

w k tó ry m zam rze ta roślina. Nie zo stan ie nic z te g o , co na niej te ra z w i­

dzisz. Ale w ów czas ro ślin a w yda nasiona, k tó re znow u stan ą się późn iej roślinam i. O to zauw ażasz ponow nie, że w tern, co widzisz, tkw i coś u t a j o ­ nego, czeg o nie sp o strze g asz. P o g rą ż się całkiem w te j m yśli, że ta p o stać roślin n a ze sw em i barw am i p rz estan ie istnieć w przyszłości. Ale p o jęcie 0 nasieniu pou cza cię, że o n a nie zniknie w nicości. A to, co j ą u ch ro n i od nicości, je s t ci ta k sam o n i e w i d z i a l n e oczym a, ja k daw niej niew i­

d zialn ą ci by ła ro ślin a w nasieniu. J e s t w niej zatem coś, czego oczym a nie m ożesz zobaczyć. G dy m yśl ta ż y je w to b ie i g d y ją w iążesz z uczuciam i odpow iedniem i, rozw inie się znow u p o pew nym czasie now e spostrzeżenie.

Z rośliny w yrośnie znow u ro d zaj pło m ien ia n adzm yslow ego. Będzie to oczywiście p łom yk innych rozm iarów , niż płom y czek nad nasieniem . O dczu­

je sz go, ja k o niebiesko zielonaw y p o śro d k u , a żó łtaw o czerw ony na k ra ń cac h .“

Rzecz p ro sta , że do tak ich ćw iczeń m usisz m ieć p rz ed sobą r z e c z y ­ w i ś c i e nasienie lub roślinę, bo nie w y starczy sam o w y o b ra żan ie ich sobie. B yłoby to fa n ta zjo w an ie m o d erw an em od rzeczyw istości, a w nauce ta je m n e j nie idzie o to, abyś ty sobie sam tw o rzy ł w duszy im ag in acje dow olne, lecz aby ci je w yw oływ ała w duszy rzeczyw istość zew n ętrzn a.

Owe płom yki barw ne, o ta c z a ją c e n asio n a i rośliny, nie są czem ś nieistnie- jącem , co sobie ty lk o w yobrażasz.

K ażdy uczeń ta je m n y widzi je tak ie sam e, w tym sam ym k ształcie 1 w te j sam ej barw ie dla d an ej rośliny, je ż e li ty lk o zd o ła je zobaczyć n apraw dę. G dyby k ażd y opisyw ał inaczej to co widzi, chociaż w szyscy o b serw u ją tę sam ą roślinę, m iałbyś p o d staw ę słuszną do nazw an ia takich w idzeń halu cy n acjam i lub a u to su g e stja m i. T ak je d n a k nie je s t. N a dalszych szczeblach, g d y p rz y jd z ie k o le j n a n au k ę „pism a ta je m n e g o “, spostrzeżesz, że te płom yki barw ne należą n ie ja k o do lite r te g o pism a, m uszą zatem, p osiadać f o r m ę s t a ł ą , je ż e li m a ją być rozum iane p rz ez w szystkich w taj em niczonych.

S koro pow iodą ci się ćw iczenia p o p rz e d n io opisane, m ożesz p rz e jść do następnych, k tó ry c h p rz ed m io tu d o starc zy ci zw ierzę lub człow iek. Z a­

sto su j całą swą b iegłość w p ra tja h a rz e , aby p rz y g lą d n ą ć się ja k n aju w ażn iej człow iekow i lub zw ierzęciu w chwili, g d y on — lub ono — czeg o ś p o żą d a usilnie. Zw róć uw agę na sam ą tę żądzę, nie na isto tę p o ż ą d a ją c ą , ani na p rz ed m io t pożąd an y . G dy żądza ta dochodzi do napięcia n ajw y ż szeg o — bez pew ności z a sp o k o je n ia , — s ta ra j się zachow ać ja k n ajw ięk szy sp o k ó j w ew nętrzny, a o d d aj się cały w rażeniu, ja k ie ta żądza w yw iera na tw ą duszę. S p okój p o trz e b n y ci je s t na to, abyś ty sam nie w zbudził w s o b i e żądzy p o d o b n e j; m asz być ty lk o św iadkiem uw ażnym , ale o b o jętn y m .

P o ja w i ci się w ów czas w duszy uczucie całkiem now e, ja k b y fa la je d y n a na s p o k o jn e j pow ierzchni je z io ra . Dr. S te in er p o ró w n y w a (C) to uczucie do chm urki, n a d c ią g a ją c e j na w id n o k rę g u nieba p o g o d n e g o . U czu­

cie to, często p o w tarzan e , do p ro w ad zi cię rów nież do pew nej im ag in acji zupełnie n ow ej. P o ja w i ci się w duszy w rażenie czegoś św iecącego i b a rw ­ nego, ja k g d y b y płom ień, żó łto czerw ony w środku, a liijo w y p o b rzeg ach . B ędzie to ucieleśnienie a stra ln e ow ej żądzy, k tó rą o b serw ujesz. P rzeb ły sk i tak iej im ag in acji m iew ałeś m oże ju ż w o k resie tw eg o p rz y g o to w an ia.

P a trz ą c na człow ieka, k tó ry m oże zn an y był ze sw ej b lad ej cery, odbierałeś

(12)

— nieum otyw ow ane na p o z ó r — w rażenie, ja k o b y barw a je g o tw arzy m ieniła się od p o m ara ń czo w ej do fio le to w e j, a to w tedy, gdy człow iek ten czegoś usilnie pożąd ał.

U zupełnisz to ćw iczenie, p rz y g lą d a ją c się w taki sam sposób człow ie­

kow i, k tó ry w łaśnie dopiął sp ełn ien ia sw ej żądzy. Im aginacja, do k tó re j dojd ziesz tak iem ćw iczeniem , da ci w rażenie płom ienia ż ó łte g o o brzegach ziełonaw ych. P rzy obu ćw iczeniach zauw ażysz, że fo rm a płom ienia i je g o b arw a je s t niezaw isła od indyw idualności człow ieka lub zw ierzęcia; u k a ż ­ d eg o bow iem zauw ażysz t a k i s a m płom ień i o tych sam ych barw ach.

R ozm iar p ło m ien ia n a to m ia st — ja k k o lw ie k tru d n y do o k reślen ia — zależy od n atęż en ia żądzy, p o d o b n ież nasycenie barw je g o . Św ietność zaś barw te g o pło m ien ia sto su je się do ja k o śc i żądzy. P o p ę d y czysto zm ysłow e m a ją b arw y m ętne, n ie p rz e jrz y ste ; p ra g n ie n ia m niej m a te rja ln e ja ś n ie ją b a r ­ w am i czystszem i.

Rzecz p ro sta , że tak ie o b serw acje ludzi nie śm ią być dla ciebie p obudką do k ry ty k o w a n ia ich lub lekcew ażenia. Tern b ard ziej nie śm iesz nigdy z d r a d z i ć kom u k o lw iek , ja k ie żądze sp o strz e g łe ś u niego lub u k o g o ś d ru g ie g o . M a ją to być dla ciebie dośw iadczenia czysto naukow e, z k tó ry ch nie w olno ci w ysnuw ać w niosków u jem n y ch dla człow ieka obserw ow anego.

Nie pow aż się n aw et m u w spom nieć, że co kolw iek na nim spostrzeg łeś, i sam o tern, co zauw ażyłeś, za p o m n ij w życiu codziennem . Nie o to idzie, u k o g o zauw ażyłeś, lecz o to, co zauw ażyłeś. Nie za p o m in a j także, że to, co nazw ałem „p ło m ien iem “, ty lk o w yw iera w rażenie p o d o b n e tem u, ja k ie dla o k a fizy czn eg o d a je p ło m ień ; niem a tam zatem nic p o d o b n eg o np. do uczucia g o rą ca. W iesz ju ż zresztą, że uczucie ciepła i chłodu duszo- w eg o oznacza zupełnie co i n n e g o , niż żądzę; d a je ci raczej p o g lą d na p oziom m o ra ln y w sto su n k u do tw eg o poziom u.

W y strz e g a j się p o d o b n ież oschłości i o b o ję tn o śc i „ n a u k o w e j“ p o z o r­

nie, w obec innych p rzed m io tó w tw ych o b serw acy j. P rzy g ląd a n ie się ro śli­

nom dla ro z w o ju im ag in acji nie pow inno um niejszać tw eg o um iłow ania P rzy ro d y , ani czynić cię niezdolnym do uczuć zachw ytu w obec zw ierząt, roślin, m in erałó w i t. p. O w szem , p ielęg n u j w sobie i ro z w ija j ze szczególną stara n n o ścią zam iłow anie P rzy ro d y , a w ów czas o n a będzie o tw iera ła p rzed to b ą swe tajem n ice.

„O b ja w i ci się ty lk o to, co u k o c h a sz “ , ten a k s jo m a t w iedzy ta je m n e j sp raw d zać będziesz na każdym szczeblu ścieżki dośw iadczeniam i w łasnem i.

A koch ać p ow inieneś w szy stk o : n iety lk o ludzi i isto ty żyw e, lecz rów nież zjaw isk a p rz y ro d y , dzieła sztuki, m yśli pięk n e i uczucia szczytne. Ju ż na szczeblu n astęp n y m zauw ażysz, że m o żn a k o ch a ć m yśli, że bez te g o u m iło ­ w ania niczego nie osiągniesz. C zego nie kochasz, p rz ed czerń się zam ykasz, co o d trąc asz, to rów nież zam y k a się p rz ed to b ą i u n ik a ciebie. O bo jętn a, czy tern czem ś je s t kam ień, deszcz, m ucha, lub człow iek.

tXXX^ÖÖOOOOQOOOCXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXlOOOOOClOOOOOOOOOOOOOCXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXDCy

O D D AJ S IĘ F A L O M . J a k ry b itw y na fa la ch , g d y zn u żo n e lo te m Usiądą b ez o b a w y , choć w re n u rt z ło sk o te m , S p o c zn ij i ty , p ie lg rzy m ie na w e zb ra n e j fali

O ceanu B o sko śc i i p ły ń coraz dalej... R o m an R oztw orow ski.

(13)

Dr. Juljan Ochorowicz

p rze k ła d J . D u n lm m ej

0 sugestji myślowej

Przypuszczalna sagest ja myślowa.

Ciąg dalszy.

Ale pow róćm y do rzeczy.

P odaję 3 doświadczenia, które w ykazują słuszność mego twierdzenia, że środowisko psychiczne dużą odgryw a rolę. Doświadczenia robiłem na zupełnie nowej osobie, trudno poddającej się hipnozie:

K o l o r y .

33. C zerw ony. j Różowy.

K w i a t y .

34. L ila bez. Bez.

O b e c n e o s o b y .

35. M. J. j M. D.

I

Na pierw szy rzut oka doświadczenia te w ydaw ać się mogą transm isją, ale rozpatrzm y dokładniej w aru n k i: w pierw szym w ypadku m edjum uprze­

dzone było, że odgadyw ać będzie kolory. Co było czerwone, to m edjum odgadło jako różowe (rose — oznacza we francuskim zarówno ró ż ę ); a m yśląc o kolo­

rze czerwonym, mieliśmy przed oczami i mimowoli na myśli czerw oną różę.

Medjum więc skojarzyło obydwa te pojęcia w jedno — kw iatu i pokrewnego koloru.

W drugim w ypadku uprzedziliśm y medjum, że będzie odgadyw ało kwiat, a stała na stole piękna prym ula koloru lila. Myśli nas wszyskich zatrzym ały się na tej prymulce, a potem na jej kolorze. Medjum odgadło „bez“, t. j. kw iat jednobrzm iący z kolorem lila (le lilas).

W trzecim w ypadku medjum odgadło jedną literę osoby. L itery miały określać pewną naszą znajom ą panią, a medjum myślało o pewnym panu, któ­

rego litery wymieniło. Jest to dowód, że sugestji myślowej nie było, pewne tylko asocjacje, domysły...

W 1885 r. w m aju powróciłem do mego poprzedniego m edjum i zacząłem z niem nową serję doświadczeń, którą starałem się przeprow adzić z większemi ostrożnościam i, unikając wszelkich skojarzeń idei i wrażeń.

R ó ż n e p r z e d m i o t y .

36. P o p ie rsie P. N. P o rtre t... m ężczyzny... b iu st.

37. W a c h la rz . Coś o k rąg łe g o = 0.

on' K lucz. Coś z ołow iu, z b ro n z u — to z żelaza.

o9. R ę k a z p ie rśc io n k ie m . Coś św iecącego —• d ja m e n t... p ie rśc io n e k

(14)

40. K w aśne.

41. K w a d ra t.

42. Kolo.

43. M.

44. D.

45. J.

46. B.

47. O.

48. Jan .

S m a k .

S łodycz = 0.

F o r m a .

Coś n ie p ro p o rc jo n a ln e g o T ró jk ą t... koło.

L i t e r y . D.

J.

A. X. R. B.

W . A. n ie, to O.

J. (— d a le j! —) Jan .

= 0 .

T rzecią serję doświadczeń zacząłem po małej pauzie i zrobiłem ich 25.

Zanotowałem tylko 3, ponieważ te jedne tylko w ydaw ały mi się dostatecznie godnemi uwagi.

A więc m edjum odwróciło się do nas, wzięło ołówek i zaczęło pisać, co mu tylko przychodziło do głowy. M yśm y również zapisali na kartce różne rzeczy. O dczytyw aliśm y ją w myśli dotykając palców medjum.

49. B ra b a n t.

50. P a ry ż . 51. T elefon.

52. Z.

53. B.

54. T.

55. N.

56. P.

57. I.

58. F..

59. G u staw . 60. D uch.

61. B a.

62. No,

B ra... B ra b a n d . P... ary ż . T... elefon.

C z w a r t a s e r j a . T e s a m e w a r u n k L. P. K. J. = 0.

B.

S. T. F.

M. N.

R — Z — A = 0.

V — J.

E.

F. J. G ab rie l = 0.

E. 0 = 0.

B. A.

F. K. O.

63. — 44.

64. — 2.

65. — 3.

66. — 7.

67. — 8.

L i c z b y .

6, 8, 12 = 0.

7, 5, 9 = 0.

S, &

7.

8, nie, 0, 6, 9.

I j e s z c z e 3 d o ś w i a d c z e n i a z o s o b a m i w y ó b r a ż o n e m i p r z e z m y ś l .

68. M edjum . 69. M. D.

P. O. n ie — to ja.

I » . j y l. u. M. D.

'0 W y o b ra z iliśm y sobie k się ży c p rzy - W id zę c h m u ry z a k ry w a ją c e k sięży c — b y w a ją c y a n a jego tle p. P., m n ie ta k k się ż y c (z w esołością),

za ś n a tle ciem nego n ie b a.

30C

(15)

Jeżeliby mnie kto zapytał po dokonaniu owych doświadczeń, czy wierzę w sugestię m yślową, odpowiedziałbym twierdząco. Nawet z punktu widzenia naukowego, logicznego i racjonalnego trudno w yobrazić sobie, aby tak wielki procent odpowiedzi udałych, lub bardzo zbliżonych do praw dy, był tylko p rz y ­ padkiem. Praw dopodobieństw o przechyla się na stronę sugestii. Np. n a 20 do­

świadczeń z literam i 15 było odgadniętych. To nie może być tylko przypadek, ponieważ w tych w ypadkach, kiedy nie posyłałem m yślow ych obrazów, na 24 zagadnień — odgadnięte zostało tylko jedno. Różnica jest więc kolosalna.

Nawet mój w rodzony sceptycyzm musi skapitulować przed siłą w ym ow y fak­

tów. M uszę tu zaznaczyć, że skonstatow anie faktów bynajm niej nie w ystarcza i nie m oże być m iarodajne, ponieważ obserw ator musi posiadać rutynę, dyscy­

plinę m yślową i znać się musi na tego rodzaju fenomenach, inaczej konstato­

wanie przez niego faktów może nie być ścisłe i pewne. Ja osobiście tylko w tedy mogłem się o czem przekonać i coś zbadać, jeśli przeprow adzałem doświad­

czenie sam. Niczyje opisy ani relacje nie m ogły mnie przekonać.

O s o b i s t e p r z e ś w i a d c z e n i e , s u b j e k t y w n e w r a ż e n i e , jest w tych w ypadkach najw ięcej m iarodajne. Jeśli chodzi o doświadczenia, zebrane przez inne osoby, zaw sze budzi we mnie więcej zaufania taki obserw a­

tor, któ ry skonstatuje, że doświadczenie nie udało się, ale jednak coś cieka­

wego tam było — niż górnolotne nadzw yczajne opisy o powodzeniach. Byłem zaw sze tak ostrożny i niedow ierzający, że naw et gdy sam urządzałem dośw iad­

czenia najściślej kontrolowane, obawiałem się podszeptów swej podświado­

mości, która m ogłaby mnie w yprow adzić w pole i bezwiednie skłonić do naj­

łatwiejszego w yboru karty, koloru czy przedm iotu. Często też, już po w ybraniu jakiegoś przedm iotu rzucałem go i brałem inny, chcąc tern pokrzyżow ać pod­

stępne plany mej podświadomości. C zęsto niestety m oja ostrożność była przez innych źle kom entowana — w ybieranie pow tórne przedm iotu eksperym entu było uw ażane za jakiś cel niejasny.

Tym czasem podpatryw anie podświadomości, odruchów psychicznych po­

szczególnych osób i grup, było mojem zamiłowaniem niemal od lat dziecin­

nych, pamiętam bowiem, że już robiłem doświadczenia m ając 15 lat, a pierw szą sw ą dysertację z tej dziedziny napisałem w 1869 roku, kiedy miałem lat 17.

Mam wrażenie, że to ja pierw szy poruszyłem tem at „O m e t o d a c h s t u ­ ri j ó w p s y c h o l o g i c z n y c h".

Sądzę, że nie powinienem być uw ażany za m istyka; odwrotnie, mam p ra ­ wo mniemać o sobie, iż tyle mam doświadczenia i ru ty n y w robieniu ekspery­

mentów i przeprow adzaniu badań, że mogę w yciągać konkluzje rzeczowe i ścisłe. Ale właśnie z tego powodu, że robiłem tyle tych doświadczeń, zdoby­

łem subtelność postrzegania — trudną do sprecyzow ania. Cała psychologia ma dla mnie zupełnie inne oblicze niż to, jakie ukazują najlepsze prace z tej dzie­

dziny naszej obecnej wiedzy. C ała teorja asocjacji np. jest podług mnie poło­

w iczną i zupełnie niew ystarczającą do zrozum ienia przejaw ów życia psychicz­

nego. Jest ona jakby grubo ciosanym schematem mechanizmu niesłychanie delikatnego, subtelnego. W iedza dzisiejsza w ystarczy ć może na pierw sze po­

trzeby dydaktyczne, lecz nie jest nauką pogłębioną, ani skończoną. Zupełnie szczerze w yznaję, że opierając się na dzisiejszych pojęciach o asocjacji, nie mógłbym zrozumieć, dlaczego myśli nasze kojarzą się, dlaczego Wogóle krążą i przejaw iają się nazew nątrz. Nie jestem jednak śmiałkiem, któ ry chce doczepić do teorji skojarzeń jakąś niejasną, niezrozum iałą siłę, byleby tę teorję ożywić.

(16)

Może być, że chodzi tu tylko o drobnostki, ale te drobnostki tak zmieniają cały w ygląd teorji, że różnicę tę porównać m ożna np. do różnicy między w izją we śnie, a w izją na jawie. Dla pospolitych przejaw ów życia psychicznego może tak a klasyfikacja skojarzeń psychicznych wystarczyć), ale jeśli idzie 0 subtelniejsze i rzadsze przejaw y wrażeniowe, jest ona niew ystarczającą 1 stanowi właśnie punkt mojego osobistego odosobnienia poglądu na psychologię.

Uważam np., że dość często m ożnaby notować fenomeny t. zw. „niepospo­

lite“, które tylko dlatego rzadko spostrzegam y, że nie potrafim y częściej je zauw ażyć. Jesteśm y podatniejsi na odróżnianie i notowanie przejawów kon­

trastow ych, ale mało wrażliwi na w yczucie wielkiej gradacji pośrednich odcieni.

Aby te subtelne różnice stw ierdzić, brak nam nietylko umiejętności postrze­

gania, ale nawet, gdy już je zobaczym y, nie um iem y ich ściśle określić.

Mój sceptycyzm nie w ypływ a oczywiście z nihilizmu, bo jeśli uważam, że dziś jeszcze czegoś nie widzimy, to nie wątpię, że zobaczym y jutro i że powoli zczasem znajdziem y w yraz dla nowych idei.

Ale oczekując nowych zdobyczy, lepiej będzie, gdy zatrzym am y się na tern, co m am y, niż stw arzać now y niezrozum iały język pod pretekstem propa­

gowania uniwersalnej wiedzy.

T acy filozofowie jak K anty i Hegle wychowali wielu psychologów o za­

cięciu „V o 1 a p ii k “, któ rzy jednak dla pozytyw nej nauki nie istnieją zupeł­

nie. To nie przeszkadza, że Kant i Hegel stw orzyli ideje głębokie, które kiedyś w przyszłości b ę d ą l e p i e j r o z u m i a n e , n i ż p r z e z n i c h s a m y c h . P rzy zn aję zasługę niemieckim filozofom, że chcieli w ydobyć na światło dzienne teorję o podświadomości, potrzebną i praw dziw ą — ale p rz y jrzy jm y się, co się z nią stało, gdy ich interpretatorzy, jak H artm ann, elegancko zechciał teorję tę precyzow ać. P ow stał z tego fantastyczny rom ans już naw et nie w stylu Jules Verne'a, ale w stylu E dgara Poe.

Z tej racji wolę już kontentow ać się kilkoma pożytyw nem i wskazówkami, które w ydają mi się jasne, niż pogrążać się w subtelnościach, których sam dobrze nie rozumiem.

W rezultacie jestem przekonany, iż p r z e j a w y sugestii myślowej istnieją, ale nie znaczy to, abym w ierzył w sam ą sugestię.

P rzejaw y skonstatowałem , lecz przy czy n a ich istnienia może da się w y­

tłum aczyć innem działaniem, nie bezpośrednim wpływem jednej myśli na drugą, jak tw ierdzi L. Richet.

P ozatem wchodzi tu w grę skala postrzegania różnych gestów, odruchów i w yrazów , przez mózg medjum. B yć może skala ta jest znacznie większa niż przypuszczam y, bo skoro potrafim y odgadnąć czyiś smutek, radość, łzy, śmiech, ironję, oburzenie, sym patję lub szczerość przez jeden uścisk ręki — przez uśmiech, spojrzenie, brzm ienie głosu — to istnieje zapew ne taka wielka skala postrzegania odruchów, która nie rzuca się nam odrazu w oczy, a która ułatwia odgadyw anie. Nakoniec wierzę, że em anacja m yśli istnieje, ale nie bezpośred­

nio od jednego mózgu do drugiego, lecz że rozprzestrzenia się ona wkoło i wibruje jak głos, dźwięk, któ ry znaleźć m oże swe odbicie, oddźwięk w jedna­

kowo nastrojonym kam ertonie (lub stacji odbiorczej).

Poniew aż ogarnięcie niesłychanie wielkiej całości w szystkich fenomenów jest rzeczą nadzw yczaj trudną, postawiłem sobie za zadanie możliwie ułatwić i uprościć warunki doświadczeń.

302

(17)

W próbach dotychczas opisanych uproszczenia takie były niemożliwością, ponieważ medjum m usiało być zaw czasu uprzedzone przed seansem, jakie we śnie będzie otrzym yw ało rozkazy, czyli w doświadczeniach tych do przejaw ów podświadomości medjum dołączała się kalkulacja świadoma. Np jeśli medjum uprzedzone było, że dziś odgadyw ać będzie kolory, a zeszłego razu odgady­

wało niebieski i żółty, to znaczy dziś będzie musiało odgadyw ać czerw ony i zielony, aby te sam e doświadczenia nie były pow tarzane.

W e śnie podświadomość m edjum pracuje znacznie intensywniej niż w dzien­

nej świadomości, dlatego w szystkie szufladki pamięciowe są zupełnie otwo­

rzone i medjum łatwo przypom ina sobie w szystkie subtelne odcienie byłych doświadczeń i kombinować przez to m oże znacznie łatwiej, czego jeszcze nie było, czego brakuje i jakie w konsekwencji może być dziś robione doświad­

czenie.

Między obieranymi przedm iotam i jednej kategorji jest często taka mała możliwość zmian, że nietrudne są do odgadnięcia. Np. jeśli medjum m a odga­

dywać kwiaty, napewno nie w ym yślę jakiejś „ s c r o p h u l a r n a n o d o s a “ albo „ c o n t r a y n a o f f i c i n a l i s “ — kw iaty rzadko spotykane i mało znane, a zatem trudne do m yślowego odtw orzenia ich obrazu. Zazw yczaj więc odgadyw ana będzie róża, bez, fijołek. Nic więc dziwnego, że o sukces nie trudno, no i w ten sposób medjum o d g a d n i e naszą myśl, ale to nie jest przejaw sugestji myślowej, o którą mi idzie.

Ja szukam transm isji istotnej, gdzie nic niem a do odgadyw ania, gdzie pod­

świadomość nie kalkuluje, aby osiągnąć powodzenie.

Potrzeba mi takiego doświadczenia, w którem m edjum nie należy uprze­

dzać, w którem nie miałoby ono nic do widzenia, ani do słyszenia, ani noto­

wania w pamięci i postrzegania — a było tylko odbiornikiem wibracji moich myśli. Chcę, aby reakcja medjum w i d z i a l n i e była połączona z p rzeja­

wami moich psychicznych impulsów. Zadowolnię się najm niejszą jej oznaką, ale niech ona będzie pewna i stała, zaw sze się pojaw iająca, abym był pewny, że to działanie myśli ją wywołało, a nie inne nieprzew idziane i skomplikowane czynniki.

Oto, czego szukam.

Dopiero wtedy, kiedy będę miał subiektyw ne wrażenie, że taka reakcja istnieje — uwierzę w sugestię myślową. W ted y stw orzę z niej naukę specjalną, pogłębioną i ugruntowaną, aby obaliła przesądy naukowe.

P rzychylna okazja zdobycia takich decydujących doświadczeń znalazła się i nie kazała na siebie długo czekać.

C. d. n.

Marja Florkowa (K raków)

Tajemnice szlachetnych kamieni

Ciąg dalszy.

T ak h is to rja staro ży tn o ści, j a k i czasy ostatn ie, n o tu ją w iele p rz y k ła ­ dów k u ltu k le jn o tó w u je d n o ste k w ybitnych i o nieprzeciętnej m entalności.

W spom inałam ju ż o słynnym n ap ierśn ik u arc y k a p ła n a h e b ra jsk ie g o , zw anym iirim -T u m im , k tó ry m ieścił w sobie dw anaście kam ieni sz la c h e t­

(18)

nych, będących — j a k g łę b o k o w ierzyli w to k ap łan i — re g u la to ram i i tra n sfo rm a to ra m i ty ch sił kosm icznych, k tó re em an u ją ze siebie dalekie k o n ste la c je gw iezdne, oznaczo n e w a stro lo g ]i m ianem 12-tu Znaków Z o d ia ­ kalnych. Znaczenie kam ien i szlach etn y ch łączono też z poszczególnem i im ionam i B oga, k tó ry c h było dw anaście, a k ażd e z im ion m ów iło o innych w łaściw ościach Jehow y.

I ta k :

Im ię : K a m ie ń :

M e le k (K ról) S ardonix

G om el (O b d a rza jący ) T o paz

A dar (P o tężn y ) S zm aragd

E loach (Silny B óg) K arbunkui

Halin (P ro m ien n y , W idzący) S zafir

E lcha’i (O dw ieczny) Jasp is

E lo h im (N a jp o tę żn iejszy ) K arneol

E l (Silny) A g a t

Iaho (B óg) A m etyst

Ischgob (N ajw yższy O jciec) C hryzolit

A donai (P an, W ładca) O nyx

Je h o va h (Jestem , k tó ry jestem ) Beryl

D w anaście kam ieni, um ieszczonych na słynnym U rim -T um im , sym bo­

lizow ały 12 p o k o le ń izraelskich i m iały p rz y p o m in a ć ludow i, że są „wy- b ra n e m i“ dziećm i P an a, na k tó re spływ a dw anaście z d ro jó w łask p o tę ż ­ n e g o A donai!

W późniejszy ch chrześcijań sk ich czasach łączono te kam ienie z im io ­ nam i 12 ap o sto łó w . Pierścień R yb a ka , zdobiący k aż d o raz o w o w ładczą rękę p ap ieża, p o siad a w sp an iały am etyst, k tó ry — nie dla pró żn o ści zapew ne — s ta ł się k le jn o te m sak raln y m w szystkich d o sto jn ik ó w Kościoła.

C haldejczycy, E g ip c ja n ie i R zym ianie o ch ran iali n iety lk o żyw ych — ale i zm arłych — tajem n iczą p o tę g ą , p ły n ącą z szlach etn y ch kam ieni. A m u­

le ty i talizm an y były w y so k o cenione i poszukiw ane.

H isto rja czasów o sta tn ic h n o tu je nazw iska tak ich ludzi, ja k A lek san ­ d e r V, W allenstein, K a ta rzy n a de M edicis, E d w ard VII, N ap o leo n I, i wielu, w ielu innych, w życiu k tó ry c h k le jn o ty , używ ane ja k o am u lety — o d g ry ­ w ały p ierw szo rzę d n ą rolę.

Książe S ch w a rzen b e rg o p isu je, że N a p o le o n p osiadał talizm an, zabrany z g ro b o w c a eg ip sk iej księżniczki, k tó ry o b d arzał g o zaw sze pow odzeniem i strz e g ł od złeg o . W yniesiony w y so k o — ja k o n a jp o tę ż n ie jsz y w ładca E u ro p y — u szczytu sław y i d o stę p n e g o ludziom szczęścia, w ierzył N ap o ­ leon, że gw iazda je g o zg a sn ąć nie m oże. N a jed n y m z p rz y ję ć ofiarow ał on pew nej dam ie dw oru a u strja c k ie g o sw ój talizm an ze słow am i: „Proszę p rz y ją ć ów talizm an, k tó ry spełnił w szystkie m o je m arzen ia i ju ż mi nie je s t p o trz e b n y .“

N iestety — szczęście N a p o le o n a załam ało się w k ró tce, a o n sam został sm utnym w y gnańcem na sa m o tn e j w yspie. O b d a rzo n a skarabeuszem dam ą z o sta ła n a to m ia st m ałżo n k ą w yżej w sp o m n ian eg o księcia Schw arzenberga.

304

(19)

Król J e rz y V nie w y jeż d ża z dom u, je ż e li w aucie b ra k u je je g o ta liz ­ m anu, a k ró lo w a M ary nosi na ram ieniu b ra n z o le tę z m aleńkim pieskiem i słoniem , k tó rą je j p rz ed w ielu la ty — ja k o talizm an — p o d aro w an o .

P rz y k ła d y p o d o b n e m o żn a m nożyć w n ieskończoność; ja s n o one św iadczą, że u pod staw y w szystkich w ierzeń i re lig ij, przesądów , z a b o ­ bonów o ra z m istyki, spoczyw a w sp ó ln a w szystkim ludom i rasom w iara, że pew ne kam ienie i k le jn o ty , pew ne m etale i ro ślin y n aw et — są w ścisłej łączności z tajem niczem i siłam i Kosm osu.

P isząc o „ a m u le ta ch “ m uszę je d n a k w yjaśnić, że m am tu n a myśli je d y n ie k le jn o ty , będące w y kładnikiem n ajcz y stsz y ch sil P rz y ro d y , z a s trz e ­ g am się n ato m iast p rzed sztucznie p re p a ro w a n e m i am uletam i, sp o rząd za- nem i z krw i i kości zw ierząt, n o w o ro d k ó w lub w isielców , k tó re są ju ż w y ­ czynam i czarnej m a g ji i p rzez o k u lty zm są w yraźn ie zak azan e, ja k o sp rz e ­ ciw iające się Karmie, k tó rą k a ż d y z nas — w m iarę sił — m usi w yczerpać za życia.*)

Aby w y jaśn ić w z ajem n y sto su n ek , ja k i zachodzi m iędzy „ a m u le te m “ ze szlachetnych kam ieni, a tam ty m , stw o rzo n y m sztucznie dla p rzy w o łan ia i opan o w an ia pew nych Sił, u ż y ję n a stę p u ją c e g o p o ró w n a n ia: U b rz eg u m o rza c z ek ają dw a o k rę ty ; o b a p rz e p ły n ą ć m a ją ocean. Je d e n z nich z a o p a tru je się w d alek o n o śn e działa, w tru ją c e g az y i z a ło g ę p irató w . J e g o celem niety lk o p rz ep ły n ąć m orze, ale pow iększyć sw ój ła d u n ek d ro g ą p rz e ­ m ocy, w alki i krw i. Nie istn ie ją dla n ieg o n ak a zy sum ienia, ale je d e n ty lk o cel: zdobyć co się da i za k ażd ą cenę...

D rugi natom iast, d o ce n ia jąc g ro z ę żyw iołu, ja k ie m u będzie m usiał pow ierzyć się, k o n tro lu je w ew n ętrzn ą m aszy n e rję, w zm acn iając z a g ro ż o n e i osłabione śruby, ro z p in a żag le, ucząc się sztu k i ch w ytania d o b ry c h w ia­

trów , a zw ijan ia ich, g d y ro z p ę ta ją się złe; je d n e m słow em — s ta ra się w yko rzy stać n a tu ra ln ą pom oc, ja k ą m u zsyła N a tu ra, a do p rz y ję c ia k tó re j m a pełne praw o. J e g o celem je s t ja k n ajb ez p iecz n ie jsz e dopłynięcie do p rzeciw ległego p o rtu , a uniknięcie n iep o trz eb n y ch niebezpieczeństw , na k tó ry c h narażan ie się b y ło b y zb yteczną s tra tą sił i lekkom yślnością.

Będzie dla nas jasn em , że zw olennicy m agicznych am u letó w są p ira ­ tam i życia, podczas g d y ci d rudzy ty lk o rozsądnym i k ap itan a m i, s z u k a ją ­ cym i pro sty ch i pew nych szlak ó w n a tajem n iczy ch fa la ch Bytu...

Czemże w sw ej istocie są te p rz ep ięk n e, tajem n icze „ k w ia ty “ g łębokich o tchłani, kw iaty u k ry te w łonie Ziemi i p rzez niezliczone m iljo n y la t t r a ­ w ione ogniem — je j w nętrzności, lub w ylugiw ane p rz ez sole rozpuszczone w wodzie, stanow iącej „k re w “ naszej P la n ety , k tó ra je s t d ro b n ą cząstką żyw ego o rg a n u , zw anego M akrokosm osem ?...

Czemże są te p rzepiękne, barw ne, siejąc e ogień, kam ienie, sycone m iljo n y la t m agnetycznem i p rom ieniam i gw iazd, n aład o w an e ż y c io d a jn ą siłą, k tó re j ty lk o nieliczne odm iany, ja k rad lub hel, zd o łała p o zn a ć lu d z ­ kość, ale isto ty k tó re j nie o d g ad n ie rychło?

K lejn o ty — czczone p rzez m ity i leg en d y w szystkich szczepów i ras, strz e ż o n e troskliw ie w sw oich rodzinnych sch ro n ach p rzez cz aro d z ie jsk ie G nom y, K rasnoludki i E lfy, k tó re — ja k w ierne i in telig e n te służki — czu­

w ały nad w zrostem tych czaro d ziejsk ich płom yków , za k lęty ch w za sty g łą,

*) Z obacz w K a le n d a rz u W ied z y D uchow ej n a ro k 1934 a r ty k u ł p. t. „ A m u le ­ ty i ta liz m a n y a K a r m a “.

305

Obraz

Updating...

Cytaty

Updating...

Powiązane tematy :
Outline : nowości naukowe